TERMINARZ SPOTKAŃ W ROKU 2022

W roku 2022 jeśli pozwolą nam obostrzenia sanitarne związane z epidemią Covid-19 to będziemy nadal spotykać się o godz.17.00 w Muzeum Historii Kielc ul. Św. Leonarda 4 :

7 lutego 2022
7 marca 2022
4 kwietnia 2022
9 maja 2022
6 czerwca 2022
lipiec
sierpień
5 września 2022
3 października 2022
7 listopada 2022
5 grudnia 2022

ODWOŁANE SPOTKANIE …

Muzum Historii Kielc odwołuje wszystkie spotkania które w najbliższym czasie mają się odbywać w ich budynku.

Poinformowano mnie, że nasze spotkanie w dniu 6 grudnia br. też zostaje odwołane.

Kornelia Major

Konferencja naukowa „Jak powstawały Kielce? Nowe badania i nowe perspektywy”

14–15 października 2021 r. od godz. 9.00
https://www.facebook.com/events/460483681906843

Serdecznie zapraszamy na konferencję współorganizowaną przez Muzeum Historii Kielc, Instytut Historii Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach oraz Wydział Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, która odbędzie się w sali konferencyjnej Ośrodka Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej (Kielce, ul. Zamkowa 3).

Rocznica 950-lecia powstania miasta Kielc przypadająca w 2021 r., aczkolwiek umowna i dyskutowana w nauce, nawiązuje do tradycji poprzednich obchodów początków miasta, uroczystości i wydarzeń zorganizowanych w 1971 r. pod hasłem „IX wieków Kielc”. Przyjęto wówczas, że moment ufundowania kolegiaty kieleckiej w 1171 r. przez bpa krakowskiego Gedeona był poprzedzony co najmniej stuletnim okresem zawiązywania się osady i jej stopniowego rozwoju, a przede wszystkim ufundowaniem w – bliżej nieokreślonym czasie – najstarszego kościoła św. Wojciecha. O zorganizowanych wówczas uroczystościach przypomina do dziś nazwa jednej z ważniejszych ulic w mieście: „IX wieków Kielc”. Od tego czasu minęło kolejne pół stulecia. To okazja do ponownej refleksji naukowej nad genezą, początkami i rozwojem „mieściny łysogórskiej”, jak określił Kielce przed laty prof. Kazimierz Tymieniecki, kielczanin, klasyk polskiej historiografii i jeden z najwybitniejszych polskich mediewistów, współzałożyciel Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Z tej okazji zapraszamy na konferencję naukową, która zgodnie z tytułem przedstawi najnowsze ustalenia interdyscyplinarnego zespołu referentów, archeologów, historyków, historyków sztuki, archiwistów, bibliotekoznawców reprezentujących różne ośrodki naukowe w kraju, na temat genezy oraz rozwoju osady i miasta w swojej najwcześniejszej średniowiecznej i nowożytnej fazie powstania.

Specjalnym akcentem konferencji będzie uhonorowanie postaci oraz dorobku naukowego prof. Kazimierza Tymienieckiego, prekursora badań nad początkami miasta, którego osobowości twórczej poświęcony zostanie specjalny panel konferencji.

 

Patronat honorowy: Biskup Kielecki, Marszałek Województwa Świętokrzyskiego, Wojewoda Świętokrzyski, Prezydenta Miasta Kielce, Rektor UJK, Wydział Historii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu.

Patronat medialny: TVP3 Kielce, Radio Kielce, Radio EM, Radio Fama, Echo Dnia, Gazeta Wyborcza.

Konferencja odbędzie się przy zachowaniu obowiązujących obostrzeń sanitarnych. Z tego względu liczba miejsc dla publiczności jest ograniczona.

SPOTKANIE dnia 7 czerwca 2021 r. Wznawiamy działalność.

Dnia 7 czerwca o godz.17.00 zapraszam na spotkanie do Muzeum Historii Kielc.
.Temat spotkania : Genealogia po pandemii. Dopływy akt metrykalnych w Archiwum Diecezjalnym w Kielcach.

Kornelia Major

To Jurka Użyczaka wiersz sprowokował mnie, aby już się spotkać. Przeczytajcie :

Czekając na koniec pandemii

Jeszcze trochę moi mili
doczekamy się tej chwili
że Kornelia nam obwieści
informację takiej treści :
” Dość kwarantan, dość odludzia
Czas się spotkać, wypić brudzia
porozmawiać o normalce
w muzealnej małej salce”.

jeszcze trochę cierpliwości,
i normalność znów zagości.
Nic nas w domach nie uziemi
odetchniemy od pandemii,
zaprosimy sympatyków
nowicjuszy i praktyków.
Bądżmy cierpliwi Panie i Panowie
aż Prezes te słowa wypowie.

Jerzy Wnukbauma

Wigilia naszego czasu

Wigilia naszego czasu
Inna niż wszystkie bo tamtych nas już nie ma
kalendarze odliczyły dni utopiły w szarej codzienności
nasze zielone emocje i oczekiwania
czas zakpił z jednego sensu myśli
zostawił ślad w zakrętach i pytania o dalszy ciąg
osadzeni bez wyboru na wirującej Orbicie
krążymy w samotnym korowodzie
dzieci jednego księżyca i jednej epoki
świętujemy Boże Narodzenie
bo to tutaj na Ziemi a nie w przestworzach
ta Boska droga do Betlejem
czas zaznaczył to miejsce od ponad dwóch tysięcy
a ta ubogość narodzonego zadziwia i budzi lęk
bo skąd ta jasność na Drodze
ale ciągle w nas mieszka dziecinny nastrój
tamtego magicznego wieczoru
kiedy niebo zapali pierwszą gwiazdkę
pomyślmy o bliskich i niemożliwym
jak poznać smak rodzinnego świętowania
kiedy nie można być razem
w ramie tradycji stroimy zielone drzewko
obdarowane prezentami
może to jego żywiczny zapach przypomina
o więzi z naturą daje poczucie bezpieczeństwa
na stole białym podzielone życzenia
dla nieobecnych kruchym opłatkiem
kapiące łzy świecy sianko rybia łuska
zamyślenie wspomnienia i kolęda
a nasz spłoszony lęk ukrywa się
w wigilijnej ciszy i przywołuje do nas
Aniołów z szopki betlejemskiej
B.Kocela grudzień 2020

Książka o brzezińskich rodach.

Ukazała się książka: HISTORIA życiem pisana brzezińskie rody część I

Autorzy : Marianna Węgrzyn i Damian Zegadło

W sprawie nabycia książki proszę skontaktować się z panem Damianem Zegadło nr telefonu
731 413 326

książka kosztuje 25.00 zł Do książki jest dołączona płyta z odtworzonymi
drzewami genealogicznymi opisanych rodów.

MILCZĄCA CISZA

Dzisiaj cisza
zamieszkała między nami
obsiała pola makiem
obiecuje skrawek nieba
na własność
wzruszone słowa
zamieniła w milczenie
wyludniła ulice
w lasach tylko zawilce
i zdziwione ptaki
podarowała czas
przemyśleniom
co ważne a co ważniejsze
na lotniskach
ustawiła samoloty
w równych szeregach
aby ochronić
milczące błękitom niebo.

Barbara Kocela 13 kwietnia 2020

Wielkanoc nastała, moc radości nam dała!
Życzymy więc wiosny i obfitości.
Niech ten czas Wam upłynie w pokoju i miłości

ODWOŁANIE

WALNE ZGROMADZENIE ODWOŁANE.

O nowym terminie powiadomimy  po wygaszeniu epidemii koronawirusa.

 

W dniu 6 kwietnia 2020 r. w Muzeum Historii Kielc ul.Św.Leonarda 4 w I terminie o godz.17.00 w II terminie o godz.17.30 odbędzie się Walne Zgromadzenie Sprawozdawcze członków Świętokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen” w Kielcach.

Kornelia Major

Życzenia

Wszystkim genealogom i sympatykom  naszej  działalności  życzę  zdrowia,szczęścia,pełnych  spokoju i radości ŚWIĄT BOŻEGO  NARODZENIA ,wypoczynku w gronie rodziny i przyjaciół  oraz wszelkiej pomyślności w Nowym  Roku.

Kornelia Major

SPOTKANIE WYJAZDOWE 26 pażdziernika 2019 r.

Nasze spotkanie z dnia 4 listopada 2019 r. przekładamy  na  dzień 26 pażdziernika 2019 r. Pojedziemy do pałacu – DZIĘKI- w Wiązownicy. Wycieczka potrwa około 6 godz. Planowany wyjazd z Kielc  o  godz. 9.30-  zbiórka na  dziedzińcu Muzeum Historii  Kielc  o  godz.9.15.

Mamy już komplet  uczestników którzy zgłosili się  i potwierdzili  uczestnictwo w wycieczce.  Dziękuję.

Kornelia Major

Zapraszam na pierwsze powakacyjne spotkanie, które odbędzie się dnia 2.09.2019 roku o godzinie 17:00 w Muzeum Historii Kielc.  Opowiem Państwu o duchu. Duchu, którego każdy nosi w serduchu. A jeśli ktoś nie wierzy w ducha, uwierzy kiedy wykładu wysłucha!

Temat spotkania „Genius loci”.

Spotkanie prowadzi Jerzy Użyczak.

Pogrzeb

Zmarla  nasza  koleżanka  Maria  Brylska.

Msza święta  w intencji Zmarłej odprawiona  zostanie w czwartek 21 marca o godz.14.00 w kościele p.w.św. Prokopa w Krzęcicach, po czym nastąpi  odprowadzenie do  grobu  rodzinnego na  cmentarz  parafialny.

Będzie  nam  Ciebie   brakowało Mario.

Koleżanki i  koledzy „Świętogenu ” w Kielcach

 

Spotkanie 4 lutego 2019

Świętokrzyskie Towarzystwo Genealogiczne „Świetogen ” w  Kielcach
zaprasza dnia 4 lutego 2019 r.o godz.17.00  do  Muzeum Historii Kielc na
wykład Pana Dariusza Kaliny.
Temat : Dzieje  Czarnowa i zachodniej części Kielc.
Wstęp  wolny.
Kornelia Major

Spotkanie dnia 4 czerwca 2018 r.

Dnia 4 czerwca 2018 r. o godz.17.00 zapraszam  na  kolejne  nasze  spotkanie do  Muzeum  Historii  Kielc  ul.Św. Leonarda 4.

Temat : Konwersje  z  judaizmu  na  katolicyzm  w XIX wieku.

Wykładowca : dr  Lech  Frączek z Uniwersytetu  Jagiellońskiego.

Wiatrak w Suchedniowie

Poszukując w Archiwum w Radomiu Akt Stanu Cywilnego Parafii z Jastrzębia /parafia Jastrząb/ i z Szydłowca /moje drzewo genealogiczne po mieczu/ dość przypadkowo dokopałem się do rewelacyjnego dokumentu dotyczącego mojego rodzinnego Suchedniowa. Jako że wykonuję reprodukcje fotograficzne tych dokumentów – zrobiłem i ten dokument , który teraz jest w moim archiwum dokumentów starych. Całość artykułu Andrzeja Sasala  znajduje się pod tym linkiem Wiatrak-w-Suchedniowie-Andrzej-Sasal lub na https://www.facebook.com/andrzej.sasal

Spotkanie dnia 7 maja 2018 r.

Dnia 7 maja 2018 r. o godz.17.00  zapraszam  sympatyków genealogii do  Muzeum  Historii  Kielc ul.Św. Leonarda 4  na  kolejne  nasze  spotkanie.

Temat:  Warsztaty  genealogiczne- szukamy  przodków poza  aktami  metrykalnymi.

Spotkanie prowadzi : Maciej  Terek

Życzenia świąteczne

Z okazji  Świąt  Bożego  Narodzenia oraz Nowego Roku 2018  życzę wszystkim  naszym członkom , sympatykom oraz  ich  rodzinom , zdrowia , radości , miłości  i  miłych  chwil  przy  wigilijnym stole oraz wszelkiej  pomyślności w  nadchodzącym  roku.

Z Urzecza.

Ciekawość człeka z czasem nachodzi,

kim był jego przodek i skąd pochodzi?

Gdy mnie dopadła chęć poznania

zabrałem się do poszukiwania –

Wygodnie siadłem do komputera

i zabawiłem się w genehuntera.

 

Wpisałem w Google swoją godność,

wygooglowało mi jedną zgodność –

‚Modry urzyczak” -Zwierciadło etnologiczne?

– drobny druk, ryciny, odsyłacze liczne.

Sto siedemdziesiąt cztery strony!

Końca nie widać. ” Byłem przerażony.

 

Czytałem wszystko. Nuda była.

Ciekawość jednak zwyciężyła,

(Nie mogłem czytać na odczepnego

bym nie przegapił tego modrego).

Szukałem ciekaw w elaboracie

czy modry bo – po denaturacie.

 

Wreszcie znalazłem to co szukałem

o denaturat już się nie bałem.

W tekście wyjaśniał dr Stanaszek,

że jest to męski fatałaszek,

innymi słowy – strój wilanowski

nosiły go nad Wisłą wioski.

 

Więc źródłosłowem mego nazwiska,

(jak dajmy na to – bluzka ciału bliska),

był były, męski przyodziewek?

Mam być ofiarą licznych prześmiewek?

Kupiłem książkę. A co mi szkodzi.

Z niej dowiedziałem się o co chodzi.

 

I nawiązałem kontakt z autorem

wkrótce odpisał mi z humorem;

„Ze Skolimowa przodek Twój

Nosił w Falentach z Urzecza strój

Jak go widzieli tak go nazwali

Odtąd Urzyczak w aktach pisali”.

 

Do dziś autora darzę sympatią

trochę za książki dedycatio.

„Temu, który nie mieszka na Urzeczu,

lecz jego korzenie po mieczu

świadczą, że jego dola człowiecza

wzięła początek od przodka z Urzecza.”

 

Jerzy Wnukbauma

Dawne wigilie w dworach,domach mieszczan i chatach chłopskich

Przygotowując ten  temat na  wykład, który miałam  w  dniu 4 grudnia 2017 r. w Muzeum  Historii  Kielc zajrzałam do  opisów  wigilii  Glogiera, Kitowicza i Kolberga. Porównałam  z  opisami dawnych  wigilii  w  mojej  rodzinie korzystając z  listów moich  ciotek, stryjów. Rodzina  zasiadała  do  wigilii  w  licznym  gronie  w  kilku  miejscach  w  Polsce  i  poza  granicami. Stąd  pochodzą opisy  jak  ucztowano  , co  jedzono i  jakie  panowały  zwyczaje. Uczestniczyłam  w  wielu  wigiliach  w  różnych  regionach  w  Polsce i wśród  polonusów w Stanach  Zjednoczonych. Wszędzie  starano  się  zachować  przekazywane  z  pokolenia  na  pokolenie  nasze dawne  zwyczaje. Co  z tych  moich obserwacji  wynika   napiszę  w  podsumowaniu.

„Starodawna wilija” –  to  nie  tylko  uczta  przy  suto  zastawionym  stole często zakrapiana  wspaniałymi nalewkami  w dworach  u  mieszczan  i  chatach  chłopskich . To  był  wieczór pełen  różnych  magicznych  zdarzeń, ceremonii, wróżb w  formie  jakiegoś  widowiska  przenoszony z dworu, chat  chłopskich  do  miast.  Wszystko  zaczynało  się  o  świcie , a  nawet  wcześniej  gdy  zaczynały  piać  koguty. Wierzono,że :

  •  kto  rano zerwie  się  dzielnie z łoża – ten  przez  cały  rok  nie będzie  przeżywał kłopotów  ze  wstawaniem,
  • która panna tarła  w  tym  dniu mak, to w nadchodzącym  roku czeka ją  zamążpójście,
  • który  myśliwy w  tym  dniu  coś  upoluje, ten mógł  liczyć  w  najbliższych   miesiącach na  szczęście  spod  znaku  Huberta ,
  • każdy  chłop wybierał  się  rano przezornie  do karczmy  aby chlapnąć  okowity, bo  to  wróżyło, że  w  nadchodzącym  nowym  roku  nie  grozi  mu  abstynencja,
  • który  spryciarz  podebrał ukradkiem  sąsiadowi siekierę, pług, czy  nawet  wóz ten  cieszył  się odtąd, że  wszelkie  dobro  będzie  mu  lgnęło  do  rąk,
  • mówiono, że  w  wilią  chłopców  biją, a dziewczęta  we  święta
  • przyjmowano, że w  wigilię  los  człowieka może  się odmienić – nawet  Melchior  Wańkowicz  w  to  wierzył i twierdził,   w  jednym  z  felietonów  że” w  dzień  wigilii gdzieś  na  Mlecznej Drodze  Szafarz Niebieski odwraca klepsydry naszych żywotów „.

Wróżby  jak  to  wróżby istniały  od  dawna , ale  w  tym  dniu  prym  wiodła  kuchnia w  których  królowały przeważnie  kobiety.

Mężczyżni   wszystkich  grup  społecznych  nie  cierpieli tego  dnia  gdyż aż  do  kolacji wigilijnej  obowiązywał  post, a  w  domu  panował niesamowity  rwetes   więc  nie  mogli  doczekać  się  pierwszej  gwiazdki. Wreszcie , kiedy  stół  był  nakryty  białym  obrusem  pod którym ułożono  siano, a  na  talerzyku   ułożono  opłatek czas  było  zasiadać  do  kolacji  jak  tylko  ukazała  się  na  niebie  pierwsza gwiazda. Należy dodać , że  zwyczaj  kładzenia  siana  pod  obrus   nie  dotyczył  tylko  chat  chłopskich, ale zwyczaj  ten  obowiązywał   w  dworach   i    domach  mieszczańskich.

Wieczerzę  rozpoczynano okolicznościową modlitwą  na  głos, zwykle  czynił  to  gospodarz  lub leciwa  osoba, albo  zaproszony ksiądz  dobrodziej.  Łamano  się  opłatkiem i składano  sobie  życzenia . Przypominano  tych  co  odeszli  na  zawsze „bywało  też ( zwłaszcza  w  legendach ), że  skądś  nadchodził w  ostatniej chwili  strudzony  wędrowiec,  że zjawił  się  nieśmiało  syn  marnotrawny, że przykuśtykał o  kuli  wiarus z dawno skończonej  wojny. Była  radość, łzy”

Wigilią rządziła pewna magia liczb. Tak więc :

  •   ilość ucztujących musiała  być  zawsze  parzysta jako , że przypadek  odmienny groził komuś z nich  rychłą  śmiercią. Znany  jest  przypadek, że  dwa  razy  odstąpiono od  przesądu , pisała babce Maria Estreicherówna „raz  siedziało już dwanaścioro osób, gdy przy  stole dowiedziano się , że sąsiad Leon Mikuszewski spędza samotnie  wieczór. Sprowadzono  go –  mimo, że  musiał  być  trzynastym i rzeczywiście  umarł w ciągu  roku. Drugi  raz  do  stołu  zasiadło dziewięć  osób, a w kilka miesięcy póżniej  umarł mój  dziadek. ” Te dwa przypadki utrwaliły w  jej  rodzinie wiarę  w  feralność  nieparzystych  liczb  i  odtąd  aby  uniknąć podobnych  sytuacji do  stołu  zapraszano  kogoś  ze  służby.
  • bardzo  ważne  było i  jest  nadal pozostawianie wolnego  jednego  nakrycia przy  wigilinym stole Ciekawe jest , że w przypadku  potraw kierowano  się  liczbą nieparzystą  i tak :
  •   –   magnaci  musieli  mieć  11 potraw
  • –     szlachta   9
  • –     na wsi  7 a nieraz sadziła  się  na  więcej.

Na  dworskim  stole i  stole  mieszczańskim  w  wigilię  podawano do  wyboru : barszcz czerwony z kiszonych  buraków  z  fasolą  (  potem i  obecnie   uszka  z  farszem  grzybowym ) zupę  grzybową  z  łazankami  lub  zupę  rybną  z  migdałami , pierogi  z  kapustą  i  grzybami, karp  smażony, karp w galarecie , karp w szarym  sosie, szczupak  faszerowany, łazanki  zapiekane  z kapustą  i  grzybami , kluski  z  makiem i  miodem, kulebiak lub  cebulaki , kapelusze  borowików nadziewane  farszem  grzybowym  zapiekane  na  maśle, kompot  wigilijny  ugotowany  z  suszonych  owoców .

Na  deser  podawano różne  ciasta : strucla  z  makiem , zawijaniec  z  masą  śliwkową, kakową ,  makowce  na kruchym  spodzie  mocno  lukrowane, chały słodkie  z kruszonką , baby drożdżowe  gotowane , pierniki  przekładane  różnymi  masami i  mnóstwo różnych  ciasteczek . Podawano  również  owoce  cytrusowe , suszone  bakalie  , orzechy  włoskie, laskowe  i tp. Kutia była  też  obowiązkowo  podawana  na  deser.

W chatach  chłopski na  wieczerzę  wigilijną  podawano :

żur z grzybami, zupę  z  konopi  zwaną siemieńcem lub  siemieniatką

kapustę  z  grochem  lub  fasolą,

polewkę  z  suszonych śliwek , gruszek, jabłek,

grycok,

rzepę  suszoną lub  smażoną  na  oleju ,

karp  smażony,

kompot  wigilijny  z  suszonych  owoców.

Po  głównych  jadłach  podawano  ciasta : drożdżowe  z  kruszonką, struclę  makową i  z masą  śliwkową  a  dla  dzieci  słodkie makiełki .

Ze  zwyczajów  wigilijnych należy  jeszcze  wymienić :

  •  nie  odkładać  łyżki dla odpocznienia, gdyż ten  co  to  uczyni może  nie  doczekać następnej wigilii,
  • póżnym  wieczorem raczej  bliżej  pasterki do  drzwi  dobijały  się ” gwiazdory” lub „Józefy”-brodaci przebierańcy z laskami, dzwonkami, torbami  a  przede wszystkim rózgami . Dziwni przebierańcy przepytywali z pacierza,  nieraz  nagradzali jabłkiem albo cukierkiem ale też czasami przycięli  po  siedzeniu rózgą nie  bardzo  uwzględniając , że  to  wigilia.

Dopiero  po  wieczerzy  dzieci  mogły  podejść pod podłaziczkę obecnie choinkę i odszukać  swoje  prezenty. Choinka  zagościła  u  nas  jakieś  150  lat  temu i  wymyślona  jest  przez Niemców. Naszą podłaziczkę w  niektórych  regionach Polski jeszcze spotykamy . W Polsce  istniał  zwyczaj  obdarowywania  dzieci  prezentami  dopiero  po  Nowym Roku –  teraz  w  wigilię. W tym czasie  gdy  dzieci  zajmowały  się  prezentami  młodzież  zajmowała  się  wróżbami :

  • kto wyciągnął  spod  obrusa zielone  siano – to oznaczało  ożenek  w  karnawale,
  • żółte  siano – trzeba  na  ożenek  poczekać,
  • wyschłe  i  poczerniałe – będzie  się  kiepściło w samotności  do  końca życia,
  • rzucano  kłosami  o belkę w powale  bo  chciano  się  dowiedzieć jaki będzie urodzaj,
  • dziewczęta z krzykiem wybiegały z domu, żeby z psiej szczekaniny dowiedzieć się z której strony nadjedzie kawaler  chętny  do  ożenku,
  • gospodarze udawali  się  do  sadu,  pukali  w  ule aby   obwieści ” Chrystus  Pan  się  narodziŁ ” albo przymierzali  się  siekierami do  drzewa ,  najczęściej  jabłonki  i  pytali ” będziesz  rodziła czy  nie  będziesz ? „.  Gdy   milczała  obchodzili  wokoło  i  powtarzali  pytanie, dopiero  uzyskawszy  odpowiedż ” tak ” ( głos  dawał  ktoś  z  domowników ) gospodarz  obłapywał drzewo  i  nie  przymierzał  się  z  siekierą.                                                                                            Od  zwierząt  nie  żądano  żadnych obietnic. Wilki przywoływano ” do  grochu ” co  było  zaklinaniem, aby  tu się  nie  pojawiały. Bydło  raczono resztkami  opłatka i  resztkami  ze  stołu  wigiliinego. Przed północą szybko  opuszczano  oborę aby o 12.00 w  nocy  nie  słyszeć o  czym  rozmawiają  zwierzęta  bo  mowa krasul  może  być  słuchana  tylko  przez  tych  co nie  popełnili  żadnego  grzechu.                                                                                                                      We  wszystkich  domach słychać  było śpiew  kolęd : w  dworach, domach miejskich, chłopskich  chatach. W dworach  i  miejskich  domach śpiewano  przy akompaniamencie fortepianu, pianina, klawikordu itp.W  chatach  chłopskich najczęściej  skrzypce, basetle , fujarki  itp.             Wszędzie  śpiewano: ”  Bóg  się  rodzi „,”Wsród  nocnej ciszy”,” Lulajże  Jezuniu” ,
  • , pastorałki i  najpiękniejsza  z  nich”: Oj  maluśki , maluśki”
  • Po  wieczerzy  udawano  się  na   Pasterkę : państwo z  dworów ubrane  w  futra saniami  wyśćiołanymi też  futrami, z chałup  chłopskich  ludzie  w  kożuchach – saniami  wyśćiołanymi  słomą  i  zarzuconymi  derkami .
  • Pastorałki  miały różną  oprawę muzyczną i  przyozdabiane  były  ćwierkaniem  wróbli, świergotem skowronków , gwizdami  kosów  lub  krakaniem  wron a czasami  zawył  wilk.  To zmyślna  kawaleria wojskowa  popisywała  się umiejętnościami   wychodząc  ze  swą  produkcją  na  chór. W kieleckiej  katedrze  takimi  umiejętnościami popisywał  się  będąc  na urlopie kawalerzysta Jerzy ” Świerszcz ” Pytlewski .
  • Czy  to   nie  o  takich  występach, świergotach myślał Liebert  pisząc  swoją Pasterkę ?  Śpiewu ptaków i  odgłosów  różnych  zwierząt  tam  nie  brakuje .
  • Podczas  Pasterki  robiono  sobie  różne  figle : zszywano  nicią  sukmany albo  długie  kiecki żeby  było  się  z  czego  pośmiać. Zdarzało  się , że  uczniaki  do  kropielnicy  nalali  inkaustu.  Śmiano  się  ze  wszystkiego  gdyż  uważano, że  ta  noc  powinna  być  radosna.                            Po  Pasterce   mieszkańcy  dworów  udawali  się w  odwiedziny  do  następnych  dworów i  wędrówka  trwała  aż  do  białego  dnia. Chłopi  udawali  się  do  swoich  chałup ale  też  biesiadowali  aż  do  pierwszej  mszy świętej.
  • Wiele tradycji  wigilijnych  przetrwało  do  naszych  czasów, różny  jednak  jest  zestaw  potraw  wigilijnych  na  naszych  stołach. Zawdzięczamy  to masowej  wędrówce  naszych  rodaków,zawieranym  związkom  małżeńskim w  różnych  rejonach  naszego  kraju .
  • Wspomnę  jeszcze  o jednym  zwyczaju  do  tej  pory  w  niektórych  rodzinach  trwającym i  spotykanym tylko  na Kielecczyźnie : w latach  gdy 24 grudnia  wypada  w  niedzielę,  dzień wigilii Bożego Narodzenia jest przesuwany  na sobotę ponieważ :  niedziela  nie  przyjmuje postu . W takim przypadku wigilia  jest  w  sobotę a Boże  Narodzenie  jest  obchodzone  przez  trzy  dni.

Co w pieśni ożywa, w życiu musi odejść.

Was im Liede soll erstrehen,
mus im Leben untergrehen.
„Co w pieśni ożywa, w życiu zginąć musi”
Często to słyszałem od mojej mamusi,
gdy mówiła kim byli, jej po mieczu przodkowie.
Dzisiaj w kilku słowach Wam o nich opowiem.

Dawno, dawno temu, przodek ze strony matki,
spakował pośpiesznie wszystkie manatki
i opuścił w Nadrenii swoje fatherlandy
udając się do kraju Kraka i jego córki Wandy.
Tej co nie chciała za męża mieć Niemca,
lecz zmuszono ją przyjąć z Niemiec osiedleńca.

Gdy w Bechtheim za nimi zamknięto wierzeje,
mając młodość, dwie ręce i w Bogu nadzieję,
ruszyli przed siebie na Wschód koloniści,
wierząc, że marzenie o Raju tutaj im się ziści.
Zasiedlali w Galicji; Lwów, Czermin i Pniewy…
budowali domostwa i rozpoczęli siewy.

Kiedy w Hohenbach wzeszły ich pierwsze kłosy,
Moi Baumowie pisali dalsze „polskie” losy;
Orali i siali. Żenili się z Niemkami,
pozostając sobą czyli – kolonistami.
Z czasem Johan Baum z niemieckiego ziomka
stał się Janem Baumem i płodził Polce potomka.

Po wojnie Baumowie w dalszej poniewierce,
zasiedlali; Katowice, Białystok i Kielce…
Niektórzy za oceanem odnaleźli Raj.
Opuścili ojcowiznę i przyjazny kraj,
bo widać jest coś w genach, co na nas przełazi
i Baum za chlebem po Świecie wciąż łazi.

Być Baumem to zaszczyt, honor i duma,
panienki nogi ściskają na widok Bauma.
Mężczyzna z krwi i kości, nie z soli i gliny,
po grób kochający dzieci i dziewczyny.
Mądry, zdolny, pracowity. Roboty się nie boi,
żyje w ciągłym ruchu. Umiera tak jak stoi.

Wielki zapał do pracy mają nasze Baumki.
Taki, że gdyby zamiast konia zaprząc je do gumki,
krzyknąć – Wio! i świsnąć batem koło dupska,
toby uciągnęły, gdyby nie choróbska,
które dręczą nieustannie Baumów kobitę,
lecz nie jęczą i nie leżą, bo są pracowite.

Czas nie stanął w miejscu i jak wariat leci.
My się starzejemy, za to nasze dzieci
niechaj wniosą w ten ród, swój odwieczny wkład
i młode pokolenia Baumów przyjdą na ten świat.
Niech i tą latorośl Bóg płodnością darzy
i szczęśliwie pary Baumów kojarzy.

Drzewo obumiera już po moim dziadku.
Nie dostał nazwiska żaden wnuczek w spadku,
lecz póki w mych żyłach krew Baumów płynie,
póty po mym dziadku pamięć nie przeminie.
Nie zagłuszy jej requiem, ni śmierci kosy świst.
Jerzy wnuk Bauma – Last but not least.

Grajcie na chwałę Pana.

Wspomnę  dzisiaj o tym, czego już niema;
o drewnianym krzyżu z rzeźbami trzema,
kiedyś stał przy drodze, dziś już wśród albumów,
dzieło mego przodka zwane Krzyż Baumów.
                                                 Jerzy Wnukbauma

O postawionym przez mojego pradziadka Jana Henryka Bauma krzyżu, po raz pierwszy usłyszałem podczas wakacyjnego pobytu w rodzinnych stronach mojego matecznego dziadka Władysława. Dokładnej daty nie pamiętam. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Było to chyba na początku lat 60 ubiegłego wieku. To wtedy w czasie rozmowy mojej matecznej babki z siostrą mego dziadka, padła wzmianka o krzyżu Baumów. Tak go wtedy nazwała – Krzyż Baumów. Musiałem być wtedy dzieckiem z wielką wyobraźnią, bo pod wpływem tej rozmowy, krzyż ten w moich oczach urósł do rangi niecodziennego, wielkiego, wspaniałego monumentu. Ogarnęła mnie chęć zobaczenia tego swoistego cudu. Sposobność nadarzyła się niespodziewanie szybko, bo w najbliższą niedzielę pojechaliśmy całą rodziną do kościoła w Zgórsku. Była to niecodzienna dla mieszczucha podróż. Wyprawa ogumioną furmanką zaprzężoną w dwa konie. W drodze do kościoła ciotka wskazując na przydrożny krzyż, powiedziała; – To jest ten krzyż. Venimus! Vidimus! Nichil factum est! (przybyliśmy, zobaczyliśmy, nic się nie stało). Rzeczywistość okazała się banalna. Krzyż był starym, drewnianym, przydrożnym krzyżem jakich wiele było rozsianych po całej Polsce. Stare, poczerniałe drewno noszące znamiona czasu. Bez najmniejszego znaku wskazującej na fundatora. Bez tabliczki przybliżającej intencję jego postawienia. Jedyną ozdobą pociemniałych od słońca i deszczu belek były trzy rzeźby. Centralnie umiejscowiony ukrzyżowany Jezus, oraz dwie inne rzeźby przymocowane poniżej nóg ukrzyżowanego Zbawiciela. Figurki Najświętszej Marii Panny i Św. Józefa. O ile sobie przypominam, wszystkie rzeźby były kolorowe. Pomalowane jakąś farbą. Wspominam o tym, bo dzisiaj z powodu piaskowania rzeźb, trudno jednoznacznie to stwierdzić.

Jan Baum i Zbigniew Baum przy Krzyżu Baumów.

Kiedy dokładnie stanął ten krzyż i co było intencją jego postawienia? Dlaczego na krzyżu nie ma najmniejszego śladu wskazującego na jego fundatora. Dlaczego stoi tak daleko od miejsca zamieszkania darczyńcy (około 3 km) Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Same niewiadome a brak wyjaśnień. Żadne sensowne rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy. Sięgnąłem do mojego archiwum w którym zachował się list stryjecznego brata mojej matki. W liście o tym krzyżu wujek pisze tak;  – „Jest przy drodze ze Zgórska do Partyni drewniany krzyż znajdujący się około 300 m od kościoła. Obecnie stoi tam nowy krzyż, ale ma stare figury, które jak sądzę na podstawie opowiadań mojego ojca, były wyrzeźbione przez naszego dziadka Jana z Pnia. Na tym krzyżu były wykonane także „Narzędzia Męki Pańskiej”, których część istniała na tym krzyżu także po wojnie. Dziś ich już nie ma. Z opowiadań rodziny wiem, że było jakieś ważne wydarzenie w życiu dziadka, które on uwiecznił na tym krzyżu. Jest ten krzyż święty cichym miejscem kultu religijnego. Nie powinno to być zapomniane. Myślę, że wymaga to upowszechnienia wśród wnuków i prawnuków dziadka Jana i babci Marianny.  Białystok 19.11.1990 r.”

 Jak wynika z listu, wcześniej w tym samym miejscu stał inny krzyż. Przypuszczalnie też drewniany i  prawdopodobnie też uległ zniszczeniu pod wpływem czasu. Później w tym miejscu został wzniesiony nowy drewniany krzyż. Istnieje też przypuszczenie, że po przegniciu znajdującej się w ziemi belki, z racji oszczędności, stary krzyż został skrócony o zbutwiałą część i ponownie, już krótszy, został w tym samym miejscu wkopany. Na tą hipotezę, nie ma jednak dowodów. Dalej wujek pisze, że na tym nowym krzyżu przytwierdzono stare figurki wyrzeźbione przez jego dziadka Jana. Figurki te przetrwały na krzyżu do jesieni 2017 roku, a więc do jego końca. Dalej wujek pisze, że z krzyża powypadały metalowe narzędzia męki pańskiej. Jak one wyglądały? Kolejna niewyjaśniona zagadka. Zakładam, że były to typowe, najczęściej spotykane na krzyżach symbole męki Jezusa; młotek, obcęgi, włócznia, gwoździe… List nie wyjaśnia kto wykonał owe narzędzia i kto ufundował krzyż, za to jednoznacznie wskazuje na wyrzeźbienie figurek przez mojego pradziadka. W liście wujek Jan przemilcza także ustne polecenie jego dziadka nadzoru krzyża po jego śmierci. Opiekę nad nim miał sprawować ten potomek Jana, który pozostanie na ojcowiźnie, a kolejno po nim jego sukcesor. O tym dowiedziałem się od matki która znała ten fakt z ustnych rodzinnych przekazów.

Pod koniec 2017 roku Krzyż Baumów dokonał żywota. Wcześniej przez kilka lat pochylał się ze starości i dla bezpieczeństwa podwiązano go kilkoma odciągami, gdyż obawiano się przewrócenia go w czasie silnych wiatrów. Pośród miejscowej ludności zawiązał się komitet budowy nowego krzyża. Po wykonaniu i wkopaniu nowego krzyża odbyła się uroczystość jego poświęcenia.  Stary krzyż spalono, a pozostałe po nim figurki oddano w posiadanie spadkobiercom jego fundatora i wykonawcy.

Nowy krzyż. Zdjęcie z 2017 roku. Za krzyżem na łące czarny bocian.

O fakcie zwrotu figurek z Krzyża Baumów dowiedziałem się z rozmowy telefonicznej z kuzynką, która weszła w ich posiadanie. Naprędce wykonałem kilka telefonów i zebrałem chętnych do zaopiekowania się rodzinnymi pamiątkami. Po odbiór figurek wybraliśmy się w czteroosobowym składzie zapaleńców rodzinnej genealogii. Dwóch wujecznych braci z Białegostoku – Janusz i Zbyszek oraz nas dwóch braci z Kielc. Pojechaliśmy do kuzynki. Droga upływała nam w atmosferze wspomnień. Ja jednak czekałem na relację Zbyszka z jego podróży do „fatherlandu”. Na jego pełną wersję, bo skrócony wariant opowiadał mi wcześniej przez telefon. Jego przygody opisałem kiedyś w swoim felietonie, kładąc nacisk na jego metafizyczne, trudne do wyjaśnienia przygody. Opowiem je jeszcze raz, bo ich zakończenie jest ściśle związane z naszą podróżą, ze mną i z Krzyżem Baumów. Ale, żeby wszystko miało ręce i nogi relację Zbyszka zacznę od początku. Od jego sentymentalnej podróży do Nadrenii. Do miejsca skąd wywodzą się nasi przodkowie – Baumowie.

Podróż do Niemiec upływała Zbyszkowi bez większych przygód. Dopiero po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej zauważył, że po drodze sporadycznie pojawiają mu się zwierzęta i ptaki parami. W sensie po dwie sztuki. Dwie sarny, dwa psy, dwie kaczki, dwie jaskółki… Niby nic w tym dziwnego i niezwykłego ale zastanawiał się dlaczego tak się dzieje? Podzielił się tym spostrzeżeniem z towarzyszącym mu kolegą Andreasem. Ten nie znajdując w tym żadnego sensu, wzruszył tylko ramionami. Gdy przyjechali na miejsce Andreas zażartował ze Zbyszka mówiąc do niego; – Ciebie tu nawet dzwony witają. W tym momencie do Zbyszka dotarł odgłos dzwonów z oddalonego miasteczka. Wysiadając z samochodu, Zbyszek przeciągnął się i zamarł w bezruchu.  Po chwili wskazał palcem na dach domu w którym mieszkał Andreas i spytał – Andreas! Co to jest? Na kalenicy dachu domu Andreasa siedziały dwa rzadko spotykane ptaki – para kruków, która za nic miała rozlegające się po okolicy bicie dzwonów.

Zbigniew Baum przy tablicy z nazwą miejscowości.

Następnego dnia Andreas i Zbyszek pojechali w rodzinne strony naszych przodków. Zatrzymali się przed tablicą z napisem Bechtheim. Miejscowości z której pochodził nasz 6xpradziadek Johan Nicolaus Baum. W chwili gdy Andreas robił Zbyszkowi zdjęcie z miejscowego kościoła doleciało bicie dzwonów. Po krótkim spacerze po Bechtheim na jednej z uliczek znaleźli dom zamieszkały przez Baumów. Wskazał go napotkany mieszkaniec wsi. Niestety nikogo w nim nie zastali. Po krótkim pobycie w Bechtheim pojechali do położonego nieopodal Uelversheim – miejsca urodzenia kolejnego pokolenia Baumów. Przed wjazdem do tej wioski nie obyło się od zrobienia pamiątkowej fotografii przy tablicy miejscowości. Tym razem obyło się bez bicia dzwonów. Pierwsze kroki po przyjeździe do Uelversheim Zbyszek skierował do miejscowego kościoła protestanckiego. Niestety ten był zamknięty. Nieopodal tego kościoła był drugi, sądząc po urzędowej tabliczce, zabytkowy kościół. W odróżnieniu od tego pierwszego, wolnostojącego kościoła, ten drugi charakteryzowała ściśle przylegająca do jego murów zabudowa. Tak ścisła, że mury niektórych sąsiednich domostw stanowiły część składową kościelnego muru. Na szczęście ten kościół był otwarty. Obaj nasi globtroterzy weszli do jego środka. Z chwilą przestąpienia progu kościoła rozległo się bicie dzwonów. Po ich ustaniu, w kościele pojawiły się dwie kobiety; młoda, starsza i mały, kilkuletni chłopiec. Pojawił się promyk nadziei, bo skoro pojawili się ludzie, nadarzyła się okazja spytać o kontakt z pastorem. Po próbie nawiązania rozmowy Zbyszek spotkał się z piorunującym spojrzeniem i napomnieniem ze strony starszej kobiety. Krótkim – Ciii! rozkazała mu by zachował ciszę. Jak sam opowiadał, poczuł się wtedy niekomfortowo. Urażona duma podpowiadała mu by odwrócić się na pięcie i wyjść z kościoła. Jednak jakaś nieopisana siła kazała mu usiąść i ochłonąć. Usiadł i po chwili zobaczył jak starsza kobieta zwracając się do chłopca powiedziała; – Jutro będzie twój chrzest. Tu będą stali twoi rodzice, tu dziadkowie… Zaznaczę cię znakiem krzyża świętego ….

Zbigniew Baum w kancelarii parafii protestanckiej w Uelversheim

Gdy kobieta kończyła wyjaśniać przebieg ceremonii, do Zbyszka dotarło, że to co przed chwilą wydarzyło się było dla niego niecodziennym darem Nieba. Fuksem a może nawet cudem. Jakby ktoś specjalnie na jego przyjazd zorganizował coś na wzór jasełek. Dzięki niecodziennemu zbiegowi okoliczności mógł naocznie zobaczyć jak mogła przebiegać ceremonia chrztu naszego przodka, bo w tym kościele ochrzczony był nasz 4xpradziadkek Johan Baum urodzony w Uelversheim w 1773 roku. Wnuk wspomnianego przy okazji mowy o Bechtheim Johana Nicolausa Bauma. To on był jednym z pionierów zakładających niemiecką kolonię w Galicji. Zmarł w 1844 roku w Hohenbach, dzisiaj Czermin. Negatywne emocje związane z oschłym potraktowaniem ustąpiły. Do końca z zaciekawieniem śledził przebieg przygotowań do ceremonii chłopca. Po skończonej przymiarce chrztu, rozemocjonowany podszedł do pani pastor. Przedstawił się i powiedział z czym przybywa. Poprosiła go do swojej kancelarii. Po chwili poszukiwań położyła przed nim otwartą na interesującej go stronie starą księgę urodzeń i wyszła. Jak opisywał Zbyszek, odniósł wrażenie, że to co się dzieje jest siłą sprawczą jakiejś niewidzialnej  mocy. Zrobił kilka zdjęć i ruszyli w drogę powrotną.

Strona księgi urodzeń z 1773 roku z wpisem aktu urodzenia Johana Bauma.

Opowiadanie Zbyszka traktowałem z dużym dystansem. Nie podejrzewałem go o konfabulację. Raczej o zbyt emocjonalne podejście i doszukiwanie się w prostych ziemskich zdarzeniach jakiś nieziemskich, metafizycznych, nadprzyrodzonych sił. Sam niejednokrotnie widziałem przed maską samochodu przebiegające zwierzęta. Bicie dzwonów też nie powodowało u mnie gęsiej skórki. Ot! Zwykły zbieg zdarzeń. Nie doszukiwałem się w tym niczego nadzwyczajnego. Mieszkam blisko kościoła i bicie dzwonów słyszę codziennie. Nawet kilka razy dziennie. Na mszę, na Anioł Pański, na Apel Jasnogórski i okazjonalnie przy udzielaniu ślubu bądź wyprowadzeniu zwłok. Prawdopodobnie i w jego przypadku musiał zaistnieć zwykły zbieg okoliczności. Przejąłem się jednak, gdy ja stałem się mimowolnym świadkiem kontynuacji niesamowitych znaków opatrzności. Wróćmy jednak do naszej podróży do Zgórska.

Po dotarciu do celu i po krótkim odpoczynku, nazajutrz pojechaliśmy na cmentarz w Zgórsku. Po drodze mijaliśmy nowo postawiony krzyż. Kątem oka zauważyłem przechadzającego się po łące za krzyżem czarnego bociana. Zastanawiałem się skąd się tu wziął. Koniec września. Już dawno powinien odlecieć do Afryki, poza tym czarny bocian jest ptakiem leśnym, stroni od ludzi, jest bardzo płochliwy i trzeba mieć niesamowite szczęście by go zobaczyć. Zatrzymaliśmy się. Pogoda była fatalna. Było chłodno i lało. Na odwagę wyjścia z samochodu zdobył się tylko Janusz – brat Zbyszka. Zrobił kilka zdjęć nowo postawionego krzyża. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę. W czarnym bocianie nie dostrzegałem żadnego związku z wcześniejszym opowiadaniem Zbyszka. Aż do chwili, gdy dotarliśmy do kościoła w Zgórsku. Zajęci rozmową zbliżyliśmy się do furtki prowadzącej na dziedziniec kościoła. Zbyszek nacisnął klamkę i wtedy wszyscy usłyszeliśmy głośne bicie przykościelnych dzwonów. Wtedy zagrały na chwałę Pana. Dzisiaj 21.12.2021 roku, kościelne dzwony zagrały mojemu wujecznemu bratu ostatni raz. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.            Jerzy Wnukbauma

Ani jedna więcej!

W niedzielny poranek udałem się jak zwykle w niedzielę, na godzinę dziesiątą, na mszę świętą do kościoła. Poszedłem, bo nie idąc i nie uczestnicząc w niedzielnej Mszy Św. zgrzeszyłbym ciężko wobec siebie i wobec Boga. Msza jak msza. Bez żadnych niespodzianek. Przełknąłem gorzko kazanie księdza, który czynił wtręty o zabijaniu nienarodzonych dzieci. Odniosłem wrażenie, że oczekiwał od wiernych zero jedynkowej postawy – jesteś za zabijaniem nienarodzonych dzieci TAK czy NIE. To tak nie działa. Wiem, bo kieruję się nauką Jezusa i nie szukam innej drogi. Ksiądz proboszcz skończył celebrować mszę. Pożegnał wiernych – Idźcie do domu, ofiara spełniona. Wstałem i ruszyłem w kierunku wyjścia. Po wyjściu z kościoła moje ciśnienie podniosły dwie idące przede mną parafianki rozmawiające o obecnej sytuacji na granicy z Białorusią. Gorzko przełknąłem porównanie przez jedną z nich, tłumu „nielegalnych” uchodźców na granicy, do bydła. Nie! Nie zareagowałem. Spokojnie przeszedłem obok nich. Postanowiłem, że dopiero po przyjściu do domu, odreaguję i POGRZESZĘ. Napiszę co ja o tym wszystkim myślę.

Jak wspomniałem, w moim życiu staram kierować się nauką Jezusa Chrystusa. Dla Jezusa wartością nadrzędną, niepodlegającą żadnym stworzonym przez ludzi przepisom jest CZŁOWIEK. Bez żadnego wyjątku ze względu: na płeć, wiek, kolor skóry, stan posiadania, zdrowia, narodowość, poziom wykształcenia, przynależność. Jeśli chodzi o miłość do bliźniego swego, Syn Boży na każdym kroku był przykładem do naśladowania. W imię tej miłości kochał każdego człowieka takim, jakim stworzył go Bóg. Miłości do ludzi nie wyparł się nawet gdy był przez nich zdradzony, wzgardzony, opuszczony i ukrzyżowany. Dał temu wyraz tuż przed swoją męczeńską śmiercią słowami – „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.” Te Jego krótkie, a jakże wymowne słowa – trochę zmienione, ale o tym samym wydźwięku, mówił do mnie i mojego brata na łożu śmierci nasz ojciec. – Szanujcie się i kochajcie! Często słyszałem te słowa od mojej matki – Jest was tylko dwóch. Kochajcie się i szanujcie. Słyszę te słowa dziś od mojego teścia przy okazji rodzinnych spotkań. – Cieszę się, że się szanujecie! Cieszę się wraz z nim. Serce mi rośnie gdy i ja widzę szanujące się i pomagające sobie moje dzieci. Przesłanie rodziców niosą szerszy wydźwięk, bo nie tylko my bracia mamy się wzajemnie kochać. Ma się kochać i szanować wszelka brać. Skąd więc w moim kościele takie różnice w pojmowaniu miłowania bliźniego swego. Skąd w ludziach deklarujących się katolikami tyle, zła, nienawiści, pogardy i dzielenia ludzi na naszych – dobrych i na gorszy sort – tych złych, niepopierających tych uważających się za dobrych?

Porównywanie spędzonych i wykorzystywanych na granicy ludzi do stłoczonego bydła, uważam za grzecznie mówiąc NIE-STO-SOW-NE! Wszystkich myślących inaczej odsyłam do genealogii. Do poszukiwania swych korzeni, bo według mnie, badania genealogiczne uczą pokory. Chronią przed popełnieniem grzechu różnicowania i personifikowania bliźnich. Genealogia nie obraża przodków. Moim zdaniem, nie popełni takiego grzechu ten, kto bada swoje korzenie. Ten kto wie, że jego przodkowie gnani byli po bezkresach Syberii przez carskich żołdaków, a po zwycięstwie komuny przez uzbrojone oddziały NKWD. Ubliżające i niestosowne było by dla genealogii obrażanie naszych jeńców wojennych stłoczonych za kolczastymi drutami w licznych łagrach czy stalagach. Oficerów gnanych i ustawianych przy samej granicy głębokich wykopów, które po strzałach w potylicę, zasypane naprędce, staną się mogiłami. Przez gardło by nie przeszło takie porównanie komuś, kogo bliscy w panice uciekali przed Niemcami w 1939 roku. Przez myśl by nie przeszło nazwać ludzi przewożonych do obozów zagłady w bydlęcych wagonach – bydłem. Stanowczo zareagowałby  ktoś, kto wie, że jego babka wraz z małym jego ojcem czy matką popędzana była z liczną grupą innych Warszawiaków jako żywa tarcza przed nacierającymi na barykady czołgami. Nie! Genealogowi nie przeszłoby to przez myśl, a co dopiero przez gardło. A jeśli już wpadnie, to powinien zająć się czymś innym. Dobry człowiek nie obraża bliźniego swego. Jeśli uważa się za dobrego chrześcijanina, a nie bierze przykładu z Jezusa, to nie jest dobrym człowiekiem.

Niektóre akty zgonów, które indeksowałem dla potrzeb geneteki powodują u mnie stan ducha i umysłu, którego nie potrafię opisać. Za każdym razem, gdy natrafię na akty martwo urodzonych dzieci, czuję coś w rodzaju przybicia. Nawet po kilkunastu, kilkudziesięciu czy setkach lat jakie upłynęły od zdarzenia czuję gęsią skórkę. Celowo tragedię dziecka, jego ojca,  matki i całej rodziny nazwałem zdarzeniem, bo została tak w akcie nazwana – Zdarzyło się w parafii takiej a takiej w dniu tym i tym… Dalej reszta suchego wpisu. Martwo urodzony człowiek nie posiadał swojego imienia. Nie był żywym, zdrowym dzieckiem. Czy nie był istotą Boga? W przypadkach poronień ówcześni księża umywali ręce metodą na Piłata – Nie było ochrzczone! Bóg tak chciał. Idąc takim rozumowaniem można dojść do wniosków, że to kobieta wina. Mogła nie przeć i zaciskać mocniej pośladki. Urodzić i okazać zdrowe dziecko księdzu. Dla matek nie jest to zero jedynkowa sytuacja – Rodzić czy zabić?

Dobry człowiek nie nadużywa z uporem maniaka, zwrotu – NIE ZABIJAJ! To jest święte przykazanie i nie powinno być metodą zastraszania. Owszem, w Starym Testamencie roi się od przemocy i zbrodni. Starotestamentową bratobójczą zbrodnię zaczyna Kain od zabicia Abla. Później mordy powielane są już hurtowo. W Nowym Testamencie panuje większa pobłażliwość. Chciałbym zrobić tu jakieś odwołanie do nauki Jezusa o zabijaniu, ale poza jednym, lakonicznym przykładem nic nie znajduję. Jezus dawał zawsze człowiekowi wybór. Przecież Jego Ojciec obdarzył ludzi wolną wolą. Szanował to. W Ewangelii piąte przykazanie nie jest już dekalogowym – Nie zabijaj! Jezus proponuje przejść nam na wyższy level. Na poziom serca, rozumu i miłości. Złość, nienawiść, złe myśli, złe słowa i zła wola podawane w małych dawkach po przepełnieniu czary goryczy potrafią zabić najsilniejszego człowieka. Zapominają o tym współcześni faryzeusze (kapłani) triumfująco pląsający u toruńskiego Rumburaka. Niektórzy z nich za daleko odeszli od nauk Jezusa. Broniąc i ukrywając faryzeuszy w sutannach krzywdzących dzieci, stawiają się ponad Jezusem.

Nigdzie nie jest powiedziane za jakie przestępstwa ukrzyżowano dwóch złoczyńców konających na Czaszce wraz z Jezusem. Istnieje prawdopodobieństwo, że obaj mogli być skazani za złamanie V przykazania. Pomimo to w jednym z nich Jezus dojrzał dobrego człowieka. Dostrzeżenie w Jezusie Syna Bożego pozwoliło złoczyńcy dostąpić łaski. Poparcia i daru życia dostąpiła też od Jezusa cudzołożnica. Kapłanom (faryzeuszom) którzy przyprowadzili ją do niego nie powiedział – Chłopaki przestańcie bo grzeszycie. Spadajcie, bo tu nie wolno zabijać. Powiedział za to słowa, które mogły zachęcić do morderstwa. Do rzucenia kamieniem i w konsekwencji zabicia kobiety. Ukazał ułomność oskarżycieli a jawnogrzesznicy przekazał coś znacznie więcej. Powiedział do niej – „Ja ciebie też nie potępiam.” Zastanawiam się co by powiedział dziś Pan Jezus gdyby „uczeni w piśmie” wraz z Kają Godek przyprowadzili do niego kobietę, która ratując swoje życie usunęła zagrożoną ciążę. Myślę, że odpowiedziałby jej tj. Kai Godek – Nie baw się w Boga! Idź i nie grzesz więcej. Prywatnie myślę, że to co robi ta pani jest odciąganiem opinii społecznej od właściwego celu. Babsko robi szum wokół siebie. O niej jest głośno. O zboczeniu faryzeuszy ze ścieżki którą podążał Jezus jest cichutko. O to w tym wszystkim chodzi.

Jerzy Wnukbauma