Spotkanie dnia 4 czerwca 2018 r.

Dnia 4 czerwca 2018 r. o godz.17.00 zapraszam  na  kolejne  nasze  spotkanie do  Muzeum  Historii  Kielc  ul.Św. Leonarda 4.

Temat : Konwersje  z  judaizmu  na  katolicyzm  w XIX wieku.

Wykładowca : dr  Lech  Frączek z Uniwersytetu  Jagiellońskiego.

Wiatrak w Suchedniowie

Poszukując w Archiwum w Radomiu Akt Stanu Cywilnego Parafii z Jastrzębia /parafia Jastrząb/ i z Szydłowca /moje drzewo genealogiczne po mieczu/ dość przypadkowo dokopałem się do rewelacyjnego dokumentu dotyczącego mojego rodzinnego Suchedniowa. Jako że wykonuję reprodukcje fotograficzne tych dokumentów – zrobiłem i ten dokument , który teraz jest w moim archiwum dokumentów starych. Całość artykułu Andrzeja Sasala  znajduje się pod tym linkiem Wiatrak-w-Suchedniowie-Andrzej-Sasal lub na https://www.facebook.com/andrzej.sasal

Spotkanie dnia 7 maja 2018 r.

Dnia 7 maja 2018 r. o godz.17.00  zapraszam  sympatyków genealogii do  Muzeum  Historii  Kielc ul.Św. Leonarda 4  na  kolejne  nasze  spotkanie.

Temat:  Warsztaty  genealogiczne- szukamy  przodków poza  aktami  metrykalnymi.

Spotkanie prowadzi : Maciej  Terek

Życzenia świąteczne

Z okazji  Świąt  Bożego  Narodzenia oraz Nowego Roku 2018  życzę wszystkim  naszym członkom , sympatykom oraz  ich  rodzinom , zdrowia , radości , miłości  i  miłych  chwil  przy  wigilijnym stole oraz wszelkiej  pomyślności w  nadchodzącym  roku.

Z Urzecza.

Ciekawość człeka z czasem nachodzi,

kim był jego przodek i skąd pochodzi?

Gdy mnie dopadła chęć poznania

zabrałem się do poszukiwania –

Wygodnie siadłem do komputera

i zabawiłem się w genehuntera.

 

Wpisałem w Google swoją godność,

wygooglowało mi jedną zgodność –

‚Modry urzyczak” -Zwierciadło etnologiczne?

– drobny druk, ryciny, odsyłacze liczne.

Sto siedemdziesiąt cztery strony!

Końca nie widać. ” Byłem przerażony.

 

Czytałem wszystko. Nuda była.

Ciekawość jednak zwyciężyła,

(Nie mogłem czytać na odczepnego

bym nie przegapił tego modrego).

Szukałem ciekaw w elaboracie

czy modry bo – po denaturacie.

 

Wreszcie znalazłem to co szukałem

o denaturat już się nie bałem.

W tekście wyjaśniał dr Stanaszek,

że jest to męski fatałaszek,

innymi słowy – strój wilanowski

nosiły go nad Wisłą wioski.

 

Więc źródłosłowem mego nazwiska,

(jak dajmy na to – bluzka ciału bliska),

był były, męski przyodziewek?

Mam być ofiarą licznych prześmiewek?

Kupiłem książkę. A co mi szkodzi.

Z niej dowiedziałem się o co chodzi.

 

I nawiązałem kontakt z autorem

wkrótce odpisał mi z humorem;

„Ze Skolimowa przodek Twój

Nosił w Falentach z Urzecza strój

Jak go widzieli tak go nazwali

Odtąd Urzyczak w aktach pisali”.

 

Do dziś autora darzę sympatią

trochę za książki dedycatio.

„Temu, który nie mieszka na Urzeczu,

lecz jego korzenie po mieczu

świadczą, że jego dola człowiecza

wzięła początek od przodka z Urzecza.”

 

Jerzy Wnukbauma

Dawne wigilie w dworach,domach mieszczan i chatach chłopskich

Przygotowując ten  temat na  wykład, który miałam  w  dniu 4 grudnia 2017 r. w Muzeum  Historii  Kielc zajrzałam do  opisów  wigilii  Glogiera, Kitowicza i Kolberga. Porównałam  z  opisami dawnych  wigilii  w  mojej  rodzinie korzystając z  listów moich  ciotek, stryjów. Rodzina  zasiadała  do  wigilii  w  licznym  gronie  w  kilku  miejscach  w  Polsce  i  poza  granicami. Stąd  pochodzą opisy  jak  ucztowano  , co  jedzono i  jakie  panowały  zwyczaje. Uczestniczyłam  w  wielu  wigiliach  w  różnych  regionach  w  Polsce i wśród  polonusów w Stanach  Zjednoczonych. Wszędzie  starano  się  zachować  przekazywane  z  pokolenia  na  pokolenie  nasze dawne  zwyczaje. Co  z tych  moich obserwacji  wynika   napiszę  w  podsumowaniu.

„Starodawna wilija” –  to  nie  tylko  uczta  przy  suto  zastawionym  stole często zakrapiana  wspaniałymi nalewkami  w dworach  u  mieszczan  i  chatach  chłopskich . To  był  wieczór pełen  różnych  magicznych  zdarzeń, ceremonii, wróżb w  formie  jakiegoś  widowiska  przenoszony z dworu, chat  chłopskich  do  miast.  Wszystko  zaczynało  się  o  świcie , a  nawet  wcześniej  gdy  zaczynały  piać  koguty. Wierzono,że :

  •  kto  rano zerwie  się  dzielnie z łoża – ten  przez  cały  rok  nie będzie  przeżywał kłopotów  ze  wstawaniem,
  • która panna tarła  w  tym  dniu mak, to w nadchodzącym  roku czeka ją  zamążpójście,
  • który  myśliwy w  tym  dniu  coś  upoluje, ten mógł  liczyć  w  najbliższych   miesiącach na  szczęście  spod  znaku  Huberta ,
  • każdy  chłop wybierał  się  rano przezornie  do karczmy  aby chlapnąć  okowity, bo  to  wróżyło, że  w  nadchodzącym  nowym  roku  nie  grozi  mu  abstynencja,
  • który  spryciarz  podebrał ukradkiem  sąsiadowi siekierę, pług, czy  nawet  wóz ten  cieszył  się odtąd, że  wszelkie  dobro  będzie  mu  lgnęło  do  rąk,
  • mówiono, że  w  wilią  chłopców  biją, a dziewczęta  we  święta
  • przyjmowano, że w  wigilię  los  człowieka może  się odmienić – nawet  Melchior  Wańkowicz  w  to  wierzył i twierdził,   w  jednym  z  felietonów  że” w  dzień  wigilii gdzieś  na  Mlecznej Drodze  Szafarz Niebieski odwraca klepsydry naszych żywotów „.

Wróżby  jak  to  wróżby istniały  od  dawna , ale  w  tym  dniu  prym  wiodła  kuchnia w  których  królowały przeważnie  kobiety.

Mężczyżni   wszystkich  grup  społecznych  nie  cierpieli tego  dnia  gdyż aż  do  kolacji wigilijnej  obowiązywał  post, a  w  domu  panował niesamowity  rwetes   więc  nie  mogli  doczekać  się  pierwszej  gwiazdki. Wreszcie , kiedy  stół  był  nakryty  białym  obrusem  pod którym ułożono  siano, a  na  talerzyku   ułożono  opłatek czas  było  zasiadać  do  kolacji  jak  tylko  ukazała  się  na  niebie  pierwsza gwiazda. Należy dodać , że  zwyczaj  kładzenia  siana  pod  obrus   nie  dotyczył  tylko  chat  chłopskich, ale zwyczaj  ten  obowiązywał   w  dworach   i    domach  mieszczańskich.

Wieczerzę  rozpoczynano okolicznościową modlitwą  na  głos, zwykle  czynił  to  gospodarz  lub leciwa  osoba, albo  zaproszony ksiądz  dobrodziej.  Łamano  się  opłatkiem i składano  sobie  życzenia . Przypominano  tych  co  odeszli  na  zawsze „bywało  też ( zwłaszcza  w  legendach ), że  skądś  nadchodził w  ostatniej chwili  strudzony  wędrowiec,  że zjawił  się  nieśmiało  syn  marnotrawny, że przykuśtykał o  kuli  wiarus z dawno skończonej  wojny. Była  radość, łzy”

Wigilią rządziła pewna magia liczb. Tak więc :

  •   ilość ucztujących musiała  być  zawsze  parzysta jako , że przypadek  odmienny groził komuś z nich  rychłą  śmiercią. Znany  jest  przypadek, że  dwa  razy  odstąpiono od  przesądu , pisała babce Maria Estreicherówna „raz  siedziało już dwanaścioro osób, gdy przy  stole dowiedziano się , że sąsiad Leon Mikuszewski spędza samotnie  wieczór. Sprowadzono  go –  mimo, że  musiał  być  trzynastym i rzeczywiście  umarł w ciągu  roku. Drugi  raz  do  stołu  zasiadło dziewięć  osób, a w kilka miesięcy póżniej  umarł mój  dziadek. ” Te dwa przypadki utrwaliły w  jej  rodzinie wiarę  w  feralność  nieparzystych  liczb  i  odtąd  aby  uniknąć podobnych  sytuacji do  stołu  zapraszano  kogoś  ze  służby.
  • bardzo  ważne  było i  jest  nadal pozostawianie wolnego  jednego  nakrycia przy  wigilinym stole Ciekawe jest , że w przypadku  potraw kierowano  się  liczbą nieparzystą  i tak :
  •   –   magnaci  musieli  mieć  11 potraw
  • –     szlachta   9
  • –     na wsi  7 a nieraz sadziła  się  na  więcej.

Na  dworskim  stole i  stole  mieszczańskim  w  wigilię  podawano do  wyboru : barszcz czerwony z kiszonych  buraków  z  fasolą  (  potem i  obecnie   uszka  z  farszem  grzybowym ) zupę  grzybową  z  łazankami  lub  zupę  rybną  z  migdałami , pierogi  z  kapustą  i  grzybami, karp  smażony, karp w galarecie , karp w szarym  sosie, szczupak  faszerowany, łazanki  zapiekane  z kapustą  i  grzybami , kluski  z  makiem i  miodem, kulebiak lub  cebulaki , kapelusze  borowików nadziewane  farszem  grzybowym  zapiekane  na  maśle, kompot  wigilijny  ugotowany  z  suszonych  owoców .

Na  deser  podawano różne  ciasta : strucla  z  makiem , zawijaniec  z  masą  śliwkową, kakową ,  makowce  na kruchym  spodzie  mocno  lukrowane, chały słodkie  z kruszonką , baby drożdżowe  gotowane , pierniki  przekładane  różnymi  masami i  mnóstwo różnych  ciasteczek . Podawano  również  owoce  cytrusowe , suszone  bakalie  , orzechy  włoskie, laskowe  i tp. Kutia była  też  obowiązkowo  podawana  na  deser.

W chatach  chłopski na  wieczerzę  wigilijną  podawano :

żur z grzybami, zupę  z  konopi  zwaną siemieńcem lub  siemieniatką

kapustę  z  grochem  lub  fasolą,

polewkę  z  suszonych śliwek , gruszek, jabłek,

grycok,

rzepę  suszoną lub  smażoną  na  oleju ,

karp  smażony,

kompot  wigilijny  z  suszonych  owoców.

Po  głównych  jadłach  podawano  ciasta : drożdżowe  z  kruszonką, struclę  makową i  z masą  śliwkową  a  dla  dzieci  słodkie makiełki .

Ze  zwyczajów  wigilijnych należy  jeszcze  wymienić :

  •  nie  odkładać  łyżki dla odpocznienia, gdyż ten  co  to  uczyni może  nie  doczekać następnej wigilii,
  • póżnym  wieczorem raczej  bliżej  pasterki do  drzwi  dobijały  się ” gwiazdory” lub „Józefy”-brodaci przebierańcy z laskami, dzwonkami, torbami  a  przede wszystkim rózgami . Dziwni przebierańcy przepytywali z pacierza,  nieraz  nagradzali jabłkiem albo cukierkiem ale też czasami przycięli  po  siedzeniu rózgą nie  bardzo  uwzględniając , że  to  wigilia.

Dopiero  po  wieczerzy  dzieci  mogły  podejść pod podłaziczkę obecnie choinkę i odszukać  swoje  prezenty. Choinka  zagościła  u  nas  jakieś  150  lat  temu i  wymyślona  jest  przez Niemców. Naszą podłaziczkę w  niektórych  regionach Polski jeszcze spotykamy . W Polsce  istniał  zwyczaj  obdarowywania  dzieci  prezentami  dopiero  po  Nowym Roku –  teraz  w  wigilię. W tym czasie  gdy  dzieci  zajmowały  się  prezentami  młodzież  zajmowała  się  wróżbami :

  • kto wyciągnął  spod  obrusa zielone  siano – to oznaczało  ożenek  w  karnawale,
  • żółte  siano – trzeba  na  ożenek  poczekać,
  • wyschłe  i  poczerniałe – będzie  się  kiepściło w samotności  do  końca życia,
  • rzucano  kłosami  o belkę w powale  bo  chciano  się  dowiedzieć jaki będzie urodzaj,
  • dziewczęta z krzykiem wybiegały z domu, żeby z psiej szczekaniny dowiedzieć się z której strony nadjedzie kawaler  chętny  do  ożenku,
  • gospodarze udawali  się  do  sadu,  pukali  w  ule aby   obwieści ” Chrystus  Pan  się  narodziŁ ” albo przymierzali  się  siekierami do  drzewa ,  najczęściej  jabłonki  i  pytali ” będziesz  rodziła czy  nie  będziesz ? „.  Gdy   milczała  obchodzili  wokoło  i  powtarzali  pytanie, dopiero  uzyskawszy  odpowiedż ” tak ” ( głos  dawał  ktoś  z  domowników ) gospodarz  obłapywał drzewo  i  nie  przymierzał  się  z  siekierą.                                                                                            Od  zwierząt  nie  żądano  żadnych obietnic. Wilki przywoływano ” do  grochu ” co  było  zaklinaniem, aby  tu się  nie  pojawiały. Bydło  raczono resztkami  opłatka i  resztkami  ze  stołu  wigiliinego. Przed północą szybko  opuszczano  oborę aby o 12.00 w  nocy  nie  słyszeć o  czym  rozmawiają  zwierzęta  bo  mowa krasul  może  być  słuchana  tylko  przez  tych  co nie  popełnili  żadnego  grzechu.                                                                                                                      We  wszystkich  domach słychać  było śpiew  kolęd : w  dworach, domach miejskich, chłopskich  chatach. W dworach  i  miejskich  domach śpiewano  przy akompaniamencie fortepianu, pianina, klawikordu itp.W  chatach  chłopskich najczęściej  skrzypce, basetle , fujarki  itp.             Wszędzie  śpiewano: ”  Bóg  się  rodzi „,”Wsród  nocnej ciszy”,” Lulajże  Jezuniu” ,
  • , pastorałki i  najpiękniejsza  z  nich”: Oj  maluśki , maluśki”
  • Po  wieczerzy  udawano  się  na   Pasterkę : państwo z  dworów ubrane  w  futra saniami  wyśćiołanymi też  futrami, z chałup  chłopskich  ludzie  w  kożuchach – saniami  wyśćiołanymi  słomą  i  zarzuconymi  derkami .
  • Pastorałki  miały różną  oprawę muzyczną i  przyozdabiane  były  ćwierkaniem  wróbli, świergotem skowronków , gwizdami  kosów  lub  krakaniem  wron a czasami  zawył  wilk.  To zmyślna  kawaleria wojskowa  popisywała  się umiejętnościami   wychodząc  ze  swą  produkcją  na  chór. W kieleckiej  katedrze  takimi  umiejętnościami popisywał  się  będąc  na urlopie kawalerzysta Jerzy ” Świerszcz ” Pytlewski .
  • Czy  to   nie  o  takich  występach, świergotach myślał Liebert  pisząc  swoją Pasterkę ?  Śpiewu ptaków i  odgłosów  różnych  zwierząt  tam  nie  brakuje .
  • Podczas  Pasterki  robiono  sobie  różne  figle : zszywano  nicią  sukmany albo  długie  kiecki żeby  było  się  z  czego  pośmiać. Zdarzało  się , że  uczniaki  do  kropielnicy  nalali  inkaustu.  Śmiano  się  ze  wszystkiego  gdyż  uważano, że  ta  noc  powinna  być  radosna.                            Po  Pasterce   mieszkańcy  dworów  udawali  się w  odwiedziny  do  następnych  dworów i  wędrówka  trwała  aż  do  białego  dnia. Chłopi  udawali  się  do  swoich  chałup ale  też  biesiadowali  aż  do  pierwszej  mszy świętej.
  • Wiele tradycji  wigilijnych  przetrwało  do  naszych  czasów, różny  jednak  jest  zestaw  potraw  wigilijnych  na  naszych  stołach. Zawdzięczamy  to masowej  wędrówce  naszych  rodaków,zawieranym  związkom  małżeńskim w  różnych  rejonach  naszego  kraju .
  • Wspomnę  jeszcze  o jednym  zwyczaju  do  tej  pory  w  niektórych  rodzinach  trwającym i  spotykanym tylko  na Kielecczyźnie : w latach  gdy 24 grudnia  wypada  w  niedzielę,  dzień wigilii Bożego Narodzenia jest przesuwany  na sobotę ponieważ :  niedziela  nie  przyjmuje postu . W takim przypadku wigilia  jest  w  sobotę a Boże  Narodzenie  jest  obchodzone  przez  trzy  dni.

Nabijanie w butelkę, czyli moje stanowisko w sprawie.

Jestem z pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Pokolenia, które na życiowym starcie nie znało mamiących oko i oszukujących zdrowy rozsądek reklam. Pokolenia nieznającego kolorowych nadruków i błyszczących od lakierów  folii, torebek, kartoników, pudełeczek. Po wojnie liczyło się tylko to co było w środku. W okresie o którym piszę, do sklepów spożywczych zdecydowana większość towaru była dostarczana w dużych i ciężkich pojemnikach. W 200 litrowych dębowych beczkach, w 50 kg płóciennych i papierowych workach, w dużych plecionych, wiklinowych koszach. Dostarczane w ten sposób artykuły spożywcze, były układane przez personel na półkach. Rozwijający się powojenny przemysł, po za płóciennymi siatkami na zakupy, metalowymi bańkami i szklanymi słoikami, nie produkował żadnych opakowań na potrzeby gospodarstw domowych. Dlatego, po większość artykułów spożywczych, matka wysyłała mnie tylko z siatką, bańką, lub słoikiem. Wyboru nie było. Mleko, śmietanę, maślankę, jogurt, sprzedawczyni wlewała mi bezpośrednio do przyniesionej ze sobą emaliowanej bańki. W późniejszym okresie w wersji exclusive, na wymianę przynosiłem butelki lub płaciłem za nie kaucję. Na kiszoną kapustę i kiszone ogórki przynosiłem słoik. To ja, kupujący decydowałem, czy po zważeniu słoika i ogórków, ekspedientka do słoika doleje mi gratis kwas z beczki. Materiały sypkie takie jak mąka, kasza, czy cukier ekspedientka odważała w papierowych torebkach. Do ważenia tych artykułów, na ladzie stała waga sklepowa z obustronnie umieszczonym wskaźnikiem, tak by kupujący widział czy nie jest oszukiwany na wadze.

W tamtym czasie w sklepach królowała szarość. Wszechobecne były opakowania w postaci  arkuszy papieru i różnego rozmiaru papierowych toreb. Gdy tych zabrakło, w razie potrzeby z arkusza papieru błyskawicznie zwijany był rożek – torebka w kształcie stożka. W warzywniakach czyli tzw. „zielonych budkach” sprzedawczyni odważone na szalkowej wadze buraki lub ziemniaki wsypywała kupującym bezpośrednio do przyniesionych ze sobą siatek. Oczywiście niczym nie różniących się od innych siatek, ale noszących nazwę „siatek na ziemniaki” .

Przyszło nowe i z czasem tradycyjne opakowania zaczęły ustępować miejsca opakowaniom z tworzyw sztucznych. Te były i są zdecydowanie lepsze, lepiej przystosowane do transportu, nie tłuką się i są odporne na wilgoć. Czy sprawdziły się w handlu? Moim zdaniem tak. Są wszechobecne nie tylko w handlu. Mają tylko jeden minus. Przez to, że nie rozkładają się, szkodzą przyrodzie. Na ich biodegradację w ziemi, trzeba czekać kilka lub kilkanaście pokoleń. Coraz częściej słyszy się też głosy, że przedostając się do mórz i oceanów oraz wód gruntowych, unicestwią całe życie na Ziemi.

Do powyższych refleksji skłoniły mnie pojawiające się od czasu do czasu zmiany wprowadzane w SZwA, oraz w PTG z którego nader często korzystam. Zmiany te miały poprawiać, służyć, spełniać, być… Nie nazwę tego rzucaniem kłód pod nogi genealogicznej braci. Mają swój cel. Odnoszę jednak wrażenie, że tak jak w supermarkecie – jestem nabijany w butelkę. W moim odczuciu niektóre zmiany mają się  tak do rzeczywistości jak w supermarketach przekładanie towarów na półkach. Niby wszystko jasne, bo roszadę artykułów robi się w trosce o klienta. Moim zdaniem działanie to jest zwykłym wybiegiem. Ukrytym celem (moim zdaniem) jest pokazanie kto tu rządzi. W końcu podwładnym trzeba dać coś do roboty, a swoim przełożonym pokazać operatywność i że jest się potrzebnym, niezastąpionym. W trosce o swoje stołki. Czy w takim razie byłbym w stanie wrócić do starych zasad? Zdecydowanie nie! Choć nie ma już starych sklepowych wag ze wskaźnikiem,  nauczyłem się patrzeć handlowcom na ręce. Opakowania służą mi do sprawdzania składu i terminu przydatności do spożycia. Na nadmuchanych do granic możliwości powietrzem torebkach, sprawdzam wagę netto. Tego co jest w środku. Kłopot mam z mrożonkami. Z nich nie da się usunąć nadmiaru wody. Nauczyłem się też segregować śmieci. Nie sortuję ich już na te co się palą i na te co nie nadają się do pieca.

Jerzy Wnukbauma.

Na obraz i podobieństwo – więcej światła.

Niedawno spotkałem się z ciotką. Ucieszyłem się na jej widok i uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Nie widziałem jej ładnych kilka lat. Suszenie przeze mnie ząbków ciotka skomplementowała słowami;

– Masz jeszcze piękne zęby.

– To po matce! – odparłem z niegasnącym uśmiechem.

– Niemożliwe! Pasowały? – zauważyła ciotka.

 

Powoli wchodzę już w wiek, po przekroczeniu którego można bezkarne przechodzić przez tory kolejowe, oraz pokonywać skrzyżowania na czerwonym świetle. Pomimo to faktycznie wciąż mam jeszcze swoje „po matce zęby”.  Po powrocie do domu zastanowiłem się co jeszcze mogłem odziedziczyć w genach po moich rodzicach i przodkach. Na swoje potrzeby stworzyłem własne archiwum x. Zacząłem od Adama i Ewy.

Dawniej sądzono powszechnie, że kobieta w ciąży przez zapatrzenie w sposób świadomy (lub podświadomy), ma wpływ na płeć i wygląd swojego dziecka. Siłę wyobraźni ojca wykluczano ponieważ uważano, że odnosiła się tylko do krótkiego czasu kopulacji. Murzyn zrobił swoje i nie miał dalszego wpływu na swoje dzieło. Za uformowanie płodu odpowiadała matka. To jej wyobraźnia działała od chwili poznania partnera, poprzez moment poczęcia, aż do chwili rozwiązania. Dlatego w niektórych miastach włoskich, żony od przezornych mężów dostawały tabliczki porodowe (desco da porto) będące obrazkami ślicznych małych dzieci. Częste spoglądanie na owe obrazki miały wykluczyć zapatrzenie się, a w wyobraźni kobiet miało ukształtować się dziecko na obraz i podobieństwo jego ojca. Cechy dzieci poczętych z małżeńskiej zdrady także tłumaczono mimowolnym zapatrzeniem się na kochanka. Uczeni lekarze włoscy udowodnili zdradzonemu mężowi, że jego ślubna małżonka tak bardzo zafascynowana była czarną skórą jego służącego (murzyna), że powiła mu czarne dziecię. Ówcześni lekarze uważali także, że silne przeżycia matki mają wpływ na wygląd noszonego w jej łonie dziecka. Opisywali w uczonych rozprawach o historiach kobiet w ciąży przerażonych widokiem zwierząt i później rodzących dzieci z ich głowami. Pisano o kobietach widzących języki ognia sięgające aż nieba i rodzące dzieci o skórze czerwonej jak płomień, o niewiastach przestraszonych przez myszy lub płazy i rodzące dzieci z ich znamionami na skórze. Terapię tych przypadłości opracował znany szwajcarski medyk Paracelcus. W jednej ze swych rozpraw pisał on;

„Załóżmy, że masz przed sobą dziecię, które nosi na swoim ciele widoczne i barwne znamię w kształcie robaka, przy czym znamię jest niemal identyczne co żywe stworzenie. Po pierwsze, odpytaj matkę o typ, wielkość, kolor i formę robaka, a także o wszystkie okoliczności, jakie towarzyszyły powstaniu jego wizerunku tj. o pogodę, dzień, godzinę i minutę w którym zobaczyła to okropne stworzenie. Jeśli skaza jest rezultatem strachu czy przerażenia kobiety, to zrób wszystko, co możliwe, aby powtórzyć to samo doświadczenie u jej dziecka w chwili, gdy pokażesz mu robaka podobnego do tego, którego wizerunek ma na swym ciele. W ten oto sposób, używając żywego odpowiednika stworzenia, którego przeraziła się matka i o którym nieustannie myślała, możesz wymazać te wstrętne znamiona ze skóry jej dziecięcia.”

Taki wtedy tlił się kaganek „oświaty”. Teorię zapatrzenia i matczynej imaginacji odrzucono dopiero pod koniec XIX wieku, jednakże ma ona swoich zwolenników także i dzisiaj. Czasy się zmieniły. Gdy ulice miast zaczęto oświetlać gazowymi latarniami, w proces powstania człowieka zaprzęgnięto krew. Naukowcy zaczęli pisać i mówić o kopulacji jako o mieszaniu krwi, a rodzące się dzieci były krwią z krwi ich rodziców. Można było być obciążonym; dobrą lub złą krwią, szlachetną, błękitną lub pospolitą krwią. Krew psuła się i burzyła. W medycynie królowało upuszczanie krwi i stawianie pijawek. Zaprzestano bronić wiarołomne żony. Zdradzony mąż nie dał się już nabrać, bo skoro nie jego krew to czyja? Powiedzenie – o swym dziecku „moja krew”, w języku polskim jest wciąż zakorzenione głęboko. Powiedzenie to z pewnością wyprze inne, nowe, bo w dobie żarówki naukowcy doszli do wniosku, że o płci dziecka decyduje wyścig plemników. Tu zwycięzca bierze wszystko. O cechach i wyglądzie dziecka od chwili poczęcia w łonie matki, decydują jednakże już geny. Po przodkach dziedziczymy nie tylko domek z ogródkiem i zgromadzony przez nich majątek, ale także; osobowość, temperament i wygląd. Pewne ich cechy (zapisane w genach) przemierzają przez pokolenia i przekazywane są dopiero wnukom i prawnukom. Sam jestem tego doskonałym przykładem. Przypominam sobie jak matka wspominała, że za każdym razem, gdy babka sadzała mnie na swoje kolana mówiła, że jestem „całym dziadkiem”. Czy jestem jego kopią? Dziś nie ma już nikogo kto jednoznacznie mógłby to stwierdzić. Na dzień dzisiejszy skłaniam się do hipotezy, że jego obraz został mi dany w akcie stworzenia, a podobieństwo musiałem wypracować sobie sam. Z genetyki czyli nauki o genach dowiedziałem się niewiele. Zapamiętałem tylko co mówi jeden gen, gdy spotka drugi gen. – Halogen! Zatem, wszystko powinno być jasne. Jednakże nie jest. Mój czas też zatrzymał się w miejscu. Jestem zwolennikiem starych żarówek, lecz w moim przypadku mogą one być co najwyżej powodem do wyjścia ze ŚTG – genexitu.

Jerzy Wnukbauma

Kto śpiewa, dwa razy się modli.

W wielu rodzinach żyje tradycja przekazywania wykonywanego zawodu z ojca na syna. Ojciec uczył zawodu swoje dzieci, z kolei jego przyuczał do zawodu jego ojciec, jego ojca przysposabiał do rodzinnej profesji jego ojciec, … itd. Taki swojski łańcuszek – łun łunego, łun łunego. Rodzinna sztafeta pokoleń. Zabezpieczanie siebie na starość poprzez przekazanie w schedzie swym dzieciom źródła utrzymania dla całej rodziny. W mojej rodzinie tego nie było. Przynajmniej tak do tej pory myślałem. Do chwili gdy w pojawiających się w internecie aktach, czarno na białym, przez kilka pokoleń,  powtarzała się profesja moich przodków. Profesja ściśle związaną z kościołem katolickim i z jego obrzędami. Z posługą do mszy. Tu szybko wyjaśniam – nie chodzi o kapłana. Nie po tym ojcu (duchownym) rodzili się moi przodkowie przejmujący rodzinną specjalizację. Moi męscy przodkowie z dziada, pradziada byli organistami. Zwyczaj przygrywania księdzu do mszy trwał w mojej linii po mieczu kilkadziesiąt lat. Tą regułę przerwała moja ojczysta prababka, Waleria.

Organiści. Muzycy grający na organach. Do najbardziej znanych należeli Johann Sebastian Bach, Georg Friedrich Händel, Stanisław Moniuszko, Feliks Nowowiejski. Najbardziej znanym utworem skomponowanym przez kościelnego organistę Franza Xawera Grubera, jest kolęda „Cicha noc”.  Zawód który wykonują kościelni organiści nie jest łatwy. Zmusza ich do wielu wyrzeczeń. Kościelny organista musi współgrać z kapłanem, orientować się w jakiej tonacji i rytmie zagrać i zaśpiewać. Kilka razy dziennie. Rano i wieczorem. W świątek i piątek. W weekendy i kościelne święta. Zawsze dyspozycyjny, na posterunku. Organy są instrumentem o który też trzeba regularnie dbać. Te stare, często wymagały napraw. Lepiej miał tylko ksiądz.

Gdy na Mszy św. zabraknie organisty milknie śpiew. Z czasem nie podejmuje go także kapłan celebrujący Mszę św. Wierni nierówno, mimochodem i pod nosem odpowiadają na wezwania kapłana. Pewnie dlatego posługa organisty była i jest ceniona przez zawiadujących parafiami proboszczów. Dawniej z urzędem kościelnego organisty wiązały się liczne przywileje. Większe, bogatsze parafie oferowały przyjmowanemu muzykowi mieszkanie, powszechnie zwane organistówkami. Były to wolnostojące budynki ufundowane przez parafię. Zazwyczaj ulokowane były one w pobliżu kościoła. Do skromnych pensji, organiści dorabiali grając na ślubach, chrzcinach i pogrzebach. Mogli uczyć w kościołach gry na organach przyszłych organistów, pobierając od nich opłatę za naukę. W adwencie roznosili opłatki. W świątecznym, bożonarodzeniowym okresie chodzili po kolędzie. Wśród okolicznej ludności cieszyli się wielkim mirem. Byli zawsze pod ręką, gdy ojcowie przynosili do chrztu swoje dzieci. Stąd w tak wielu aktach urodzonych, jest tylu organistów zapisanych jako świadków chrztu. Bo organista to był ktoś. Grał dla Boga i dla ludzi.

Przypuszczam, że „moich mazowieckich organistów”; do nauki gry na organach, od dziecka gonił do klawiszy ich ojciec a mój praprapradziadek Joachim Kuźmiński. Być może pedagogusem był jego teść organista kuflewski, Paweł Michniewski (mój 4xdziadek). Wcześniej tych nauczycieli też uczyli ich ojcowie. Przyszli adepci od małego dziecka przebywali z rodzicami w kościele. Przysłuchiwali się grze ojca (lub dziadka). Z ciekawością przyglądali się jak gra przyciskając wielkie klawisze, licznie uszeregowane na organowym manuale. Potykali się o klawiaturę nożną, szelkami zahaczali o wystające registry. Zapewne początkowo dziwili się skąd wydobywają się rozchodzące się po całym kościele piękne dźwięki. Później być może poznawali mniej przyjemną stronę gry na organach, wymagającą znacznej siły fizycznej tj. kalikowanie czyli pompowanie powietrza w miechy, które dostarczały powietrze do organowych piszczałek. Gdy połknęli muzycznego bakcyla, zostawali kontynuatorami rodzinnego zawodu. Często stawali przed wyborem – gra na organach czy nauka w seminarium. Do takich wniosków doszedłem, analizując nazwiskach niektórych katolickich księży. Nie sprawdzałem których powołań było więcej. Skupiałem się na protegowanych św. Cecylii.

Osobę kościelnego organisty i jego posługę wierni zazwyczaj dostrzegają tylko raz w tygodniu na niedzielnej Mszy św. Bywa nieraz, że przez przyjezdnych gości, do jego oceny wystarczy tylko jeden jedyny dzień z życia kościelnego organisty. Nieważne ślub czy chrzest. Liczne tego przykłady można oglądać na youtube. Kto śpiewa – dwa razy się modli. Nie grzeszy ten co fałszuje. Ten co śpiewa i musi słuchać kakofonii – modli się cztery razy. W myśl starych zasad rekrutacji – śpiewać każdy może – niektórzy księża przyjmowali organistów jak leci. Dziś zgodnie z artykułami Instrukcji synodalnej „Posługę organisty może podjąć każdy katolik, zarówno mężczyzna jak i kobieta, posiadający należyte kwalifikacje fachowe i moralne”, ale… Stawiane są także wyższe poprzeczki – „Od kandydata do posługi organisty należy wymagać ukończenia Studium Organistowskiego” a w większych parafiach, dyplomu szkoły muzycznej. Przy naborze wymagane są także: minimum trzyletnia praktyka, umiejętność nauczania śpiewu, dyrygowania i prowadzenia chóru. Na organistę nakłada się także obowiązek doskonalenia wyuczonych umiejętności gry i śpiewu. Dla Boga i dla ludzi. I wszystko gra.

Jerzy Wnukbauma.

Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę.

Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę

Przysięga klęcząc; naszym świadkiem Bóg

Z bagnetem w ręku pójdziem w świętą sprawę

śmierć naszym hasłem niechaj zadrży wróg.

I dobosz zagrzmiał już sojusz zawarty

z panewką próżną idzie w bój pułk czwarty.

Julius Mosen

Przeglądając porozrzucane po licznych księgach parafialnych akty moich krewnych, natrafiłem na akt małżeństwa mojej pierwszej kuzynki w czwartym pokoleniu, wnuczki mojego 4x pradziadka. Było to jej drugie małżeństwo. Od niespełna roku, dokładniej …”od 25 lutego roku ubiegłego wdowa po żołnierzu wojsk polskich pułku dwudziestego piechoty liniowej, poległym w batalii pod Grochowem.” Jak chłonny wiedzy studenciak sprawdziłem co na temat bitwy mówią wszechwiedzące Google. Przypomniałem sobie wiedzę o powstaniu listopadowym i o bitwie pod Olszynką Grochowską. Gdy zaspokoiłem swoją wiedzę, pozostała ciekawość – skąd w 1832 roku, kilka miesięcy po bitwie o Olszynkę Grochowską moja pra…kuzynka wiedziała, gdzie walczył i poległ jej mąż.

 

Strategia i taktyka dawnych walk, polegała na zaangażowaniu jak największej ilości wojska i dążeniu do rozstrzygnięcia konfliktów w decydującej bitwie. Drogą do zwycięstwa było wykrwawienie się przeciwnika. Ludzkie życie nie miało wartości. Pojedynczy żołnierz był bezimiennym graczem i nie znaczył nic. Liczyły się rzucane do boju masy „armatniego mięsa”. Po bitwie, świadectwem rozegranych dramatów, były liczne masowe groby rozsiane na szlakach ofensyw. Kryły one anonimowych uczestników walk. Po wsiach i miasteczkach do których nie powróciło kilkudziesięciu lub kilkuset ich mieszkańców stawiano symboliczne mogiły. Zbyt wielu poległych nie miało swojego grobu. Ich ciał nie odnaleziono lub nie zidentyfikowano. Symbolem ich losów są groby nieznanego żołnierza. Te jednak bardziej upamiętniają miejsca stoczonych bitew, niż przywołują ich bohaterskich uczestników. Z czasem zmieniła się strategia i taktyka walk. Po rewolucji technicznej, do dyspozycji armii stanęła rzesza naukowców; konstruktorów, inżynierów, mechaników, chemików, fizyków… Do ich pomocy oddawano nowoczesne laboratoria i instytuty naukowe. Wszechobecne w armii konie, zastąpiono nowoczesnymi środkami transportu. Zapotrzebowanie w paliwo i na surowce strategiczne stało się jednym z głównych działań do ich pozyskiwania. To z kolei spowodowało wytyczanie nowych obszarów w konfliktach zbrojnych. Żołnierzy zaczęto wyposażać w znaki tożsamości – nieśmiertelniki.

 

Nieśmiertelniki, identyfikatory żołnierzy w razie ich śmierci, lub zranienia, zostały wprowadzone dość niedawno. W Polsce zostały wprowadzone po Bitwie Warszawskiej rozkazem z dnia 22.12.1920 roku. Rozkaz ten nakazywał zaopatrzenie w nieśmiertelniki każdego żołnierza i zobowiązywał ich do jego noszenia w czasie wojny (po mobilizacji). Od tego czasu zmieniały się zarówno ich wzory jak i materiały z których je wyrabiano. Niezmiennym jest fakt, że noszący je człowiek-żołnierz jest bezimiennym numerem w machinie wojennej, opętanych manią wielkości szaleńców. Nieśmiertelniki nie stanowią też żadnej gwarancji, że wygrywający wojnę będzie przestrzegał międzynarodowych umów i będzie zainteresowany ustaleniem tożsamości  poległych żołnierzy. Dowodem są liczne przykłady niemieckich i sowieckich władz okupacyjnych, a także rodzimych, powojennych władz komunistycznych, które skupiały się na wyłapywaniu i mordowaniu pozostałych przy życiu żołnierzy. Niechęć okupantów a później komunistów przyczyniły się do tego, że do dziś niewiadomo ilu żołnierzy poległo, oraz kto i gdzie zginął. Dziś wątpliwa jest także szansa jaka pojawiła się ostatnimi czasy. Badania DNA. Jest zbyt kosztowna, a czas nieubłagalnie płynie i robi swoje.

 

W świetle powyższego uzasadniona była moja dociekliwość – skąd w 1832 roku moja pra wiedziała, że  poległ jej niedawno poślubiony mąż i na dodatek skąd umiała dokładnie wskazać gdzie i kiedy zmarł?  Nie była w tym odosobniona. Takich jak ona wdów było tysiące kobiet. Część z nich o śmierci mężów dowiadywała się od ich towarzyszy broni którzy mieli szczęście przeżyć i powrócić do domu. W jej przypadku sprawa też była prosta. By powtórnie wyjść za mąż poruszyła niebo i ziemię by udokumentować fakt śmierci swojego męża. Odszukała dwóch świadków jego śmierci. Złożyła w Sądzie Królestwa Polskiego prośbę o uznanie go za zmarłego. Po uznaniu go za poległego w bitwie, dostała pozwolenie na ponowne małżeństwo. W akcie jej drugiego małżeństwa, ksiądz przy jej nazwisku zapisał – …”od 25 lutego roku ubiegłego wdowa po żołnierzu wojsk polskich pułku dwudziestego piechoty liniowej, poległym w batalii pod Grochowem.” Jak widać zarówno przynależność wojskowa jak i miejsce stoczonej bratali nie były tajemnicą wojskową. Od 31 stycznia 1832 roku powtórnie została mężatką, a wkrótce matką ośmiorga dzieci, w tym trójki przyszłych żołnierzy. O jej pierwszym mężu pisali niemieccy (Polenlieder) i francuscy poeci i pisarze wychwalając męstwo żołnierza polskiego. Z tego czasu w Polsce najbardziej znany jest wiersz Juliusa Mosena, którego przetłumaczone na język polski słowa posłużyły  do skomponowania pieśni o powstańcach listopadowych – „Walecznych tysiąc”. Waleczność jej synów i wnuków opiewali inni, m.in. szwedzka hardrockowa grupa Sabaton. Rodzimi w tym czasie poprzestali na słowach krytyki pod adresem dowódców, popełnionych przez nich błędów taktycznych, rozbudzonych nadziejach, bezsensowności walki. Bo my potrafimy komplikować swoje życie doszukując się Bóg wie czego w powodzie naszych klęsk. Stąd powiedzenie – Mądry Polak po szkodzie. Warto pomyśleć przed szkodą.

Jerzy Wnukbauma.