Artykuły z jubileuszowego wydania

Testowa strona Świętogenu z indeksami

Witam
Dzięki Leszkowi Ćwiklińskiemu, udało uruchomić się testową wersję strony do publikowania indeksów. Osoby które mają konto na gmail po zalogowaniu mają dostęp do funkcji przeszukiwania arkuszy, osoby które nie zalogują się , nie mają konta mogą pobrać arkusze na swój dysk.
Wszelkie uwagi dotyczące strony, funkcjonalności itp proszę kierować pod adresy :
leszek@cwiklinski.pl lub keret@allegata.pl
Link do strony : tutaj

Szybkie podsumowanie spotkania z 5 czerwca 2017

I miało być nieziemsko bo i ( miejsce specjalne ) jak ktoś tam był pierwszy raz w Hotel Odyssey & SPA w Dąbrowie k.Kielc i przy takiej wspaniałej zamówionej pogodzie to chyba czuł się naprawdę jak w zaświatach ? to tam udało się zrobić tę piękną panoramę.

Na początku zagajał i wprowadzał odpowiedni genealogiczny nastrój. Człowiek legenda Lech Sulimierski aktor, kawaler Suwerennego Zakonu Szpitalniczego św. Jana Chrzciciela. Na spotkaniu w Odyssey tematem wystąpienia były dzieje Zakonu Maltańskiego oraz tematy genealogiczne.

Dalej nasza szefowa „Świętogenu”  Kornelia ustaliła harmonogram uroczystości i zaczęło się przedstawianie najpierw szanownych gości w porządku od najwyżej umocowanych a więc Senat, władze miasta – Prezydent oraz wielu Dyrektorów różnych szczebli samorządowych i kościelnych i innych.

Wiesława Rutkowska Jan Główka Ewa Łęk-Nocula Andrzej Kwaśniewski Wojciech Lubawski Jacek Włosowicz Marek Michniewski Iwona Pogorzelska

Dalej była cała ta reszta ho….. honorowych przedstawicieli różnych szczebli i klasa pracująca dla genealogii. I dyplomów i wyróżnień nie było końca , bo ten najlepszy w ilości sfotografowanych dokumentów, ten najlepszy w indeksacji a też zasłużeni w propagowaniu idei genealogi i tworzeniu wyszukanych graficznie drzew i drzewek genealogicznych. I tak po kolei :

a w dalszej części uroczystości 10 –lecia były podziękowania i prezenty

Tu Kornelia wymienia wszelkie swoje zasługi, nagrody i wyróżnienia jakie otrzymała

Ale jak zwykle zaczęła trochę przynudzać a to zaraz dało się to zaobserwować na sali plenarnej

A na koniec naszego spotkania był poczęstunek w hotelowej restauracji Menu : przystawka-Rösti ziemniaczane z grilowanymi boczniakami,zupa- krem z pomidorów alla’Italia i wykwintna gęś z kluseczkami francuskimi.

I to nie koniec jubileuszowej biesiady genealogicznej bo był jeszcze
specjalny węgierski tort okolicznościowy:

A potem już były tylko pobożne życzenia abyśmy spotkali się na następnym
Jubileuszu przynajmniej w takim samym składzie i w tak dobrej kondycji jak
teraz !!

tekst i zdjęcia Andrzej Sasal

Spotkanie dnia 5 czerwca 2017 r.

Przepraszamy naszych  sympatyków,że  dnia 5 czerwca 2017 roku o godz.17.00 nie  będzie  spotkania w Muzeum Historii Kielc. W tym  dniu z okazji  10-lecia działalności „Świętogenu” odbędzie się wyjazdowe  spotkanie członków  towarzystwa  i  zaproszonych  gości.

 

Kochać? Nie kochać?

Kochać? Nie kochać?

 

Wkrótce dekada w Świętogenie. Okrągły jubileusz jest zawsze okazją do świętowania i zadumy. To czas robienia podsumowań, czas rozpamiętywania i retrospekcji. Cofnę się więc w czasie i wrócę do moich początków; do wykopalisk liczących sobie tyle lat co nasz jubilat. Bo moja przygoda z genealogią zaczęła się też dziesięć lat temu. Wtedy to w Internecie znalazłem całą linię swoich przodków po kądzieli. Nie przeszkadzało mi, że to nie była moja praca i że ściągam od kogoś gotowca. Liczyło się tylko to, że na tacy dostaję bonus w postaci niemieckich przodków po matce. Całą gałąź, aż do 6xpradziadka. Uczucie jakiego wtedy doznałem jest trudne do opisania. Wstąpiło wtedy coś we mnie, dostałem powera i poczułem potrzebę zgłębienia wiedzy o swoich korzeniach. Konsekwencją było wstąpienie do „Świętogenu”.

 

Co się od tamtego czasu zmieniło? Czy jestem mądrzejszy? Minęło dziesięć lat i w dalszym ciągu wiem, że zbyt mało wiem. Nadal istnieje szereg białych plam, a odnalezienie nowych dokumentów budzi szereg nowych pytań. Faktem jest, że dzisiaj znacznie lepiej poruszam się po meandrach genealogii i z całą pewnością dziś mogę powiedzieć; -Duchem, czuję się o dziesięć lat młodszy.

 

Pytanie postawione w tytule, nie jest [broń Boże] moim rozrachunkiem z przeszłością, ani też metafizycznym rozważaniem w sensie być albo nie być? Kocham wszystkich moich przodków bez najmniejszego wyjątku. Nie różnicuję nikogo. W tytule nie posługuję się też żadnym kluczem i nikogo nie namawiam do pokochania Niemców. Pytanie to zadaję wyłącznie sobie i to w kontekście kochać to co robię, czy szkoda na to czasu i rzucić to w cholerę. Zadanie dla wróżki? Zabawię się więc we wróża. Zerwę kwiat i zacznę obrywać z niego płatek, po płatku.

Niemieckie osadnictwo w Galicji. Ostsiedlung.

Zacznę od początku. Od historii niemieckiej kolonizacji na ziemiach polskich. W zasadzie mógłbym pominąć ten wstęp. Po sobie jednak wiem, że należy się parę słów wprowadzenia. Sam, trzydzieści, czterdzieści lat temu o kolonistach niemieckich, sądziłem, że „wpieprzyły się do nas pieprzone szkopy”. Jak słychać i widać – język mówi sam za siebie. Przekazuje mój dawny stan emocji. Dzisiaj, gdy na ten temat wiem nieco więcej, zmieniłem zdanie i już tak nie uważam. Dziś z tamtego młodzieńczego rozumowania zgadzają się tylko szkopy (w rozumieniu Niemcy). Dziś w stosunku do kolonistów niemieckich nie używam epitetu pieprzeni. Zmieniłem też zdanie co do ich wtargnięcia. Byli tu zapraszani, a ówczesna Polska była dla nich saksami.

Co mówią na ten temat źródła?

Ostsiedlung, to nic innego jak stopniowe przemieszczanie się ludności niemieckiej na obszary wschodnie zamieszkałe przez Słowian. Proces ten był znacznie rozłożony w czasie i z różnym nasileniem przebiegał na różnych terenach. W państwach, które przyjęły chrześcijaństwo i które zostały uznane przez Rzym, osiedlenie przebiegało pokojowo. Natomiast kolonizacja na terenach zamieszkałych przez pogańskich Słowian, miała charakter podboju ziem. Proces ten nabrał nieznacznie tempa pod wpływem zakonu krzyżackiego. Zwolnił nieco pod wpływem klęski pod Grunwaldem i czarnej śmierci.

 

Na terenach Galicji, pierwsze osiedlenia niemieckich grup datuje się na VIII wiek, a pierwsza nieco większa fala osadników niemieckich na te tereny, nastąpiła w późnym średniowieczu – po przyłączeniu do Polski przez Kazimierza Wielkiego Rusi Czerwonej. Wcześniej terenami tymi władali książęta Rusi. Ziemie doliny Wisłoka, dzisiaj okolice Rzeszowa, Łańcuta, Krosna były słabo zamieszkałe, porośnięte gęstymi lasami. Na tych terenach królowała; Puszcza Karpacka i Puszcza Sandomierska. Po przyłączeniu Rusi Czerwonej do Polski, Kazimierz Wielki rozpoczął na tych terenach akcję osadniczą. Z tego okresu pochodzą dwa silne skupiska ludności pochodzenia niemieckiego w okolicach Łańcuta i Sanoka. Wtedy to założono min. Rzeszów i  Łańcut. Stara nazwa Łańcuta w tamtym okresie, brzmiała Landschut identycznie jak nazwa miasta skąd przybyli osadnicy. O cechach kolonii nie decydowała liczba niemieckich osadników, lecz monarcha i miejscowi władcy.

Także w późniejszym okresie, ludność niemiecka zachęcana przez miejscowych władców, napływała do miast Galicji. Mieli oni własne kościoły i swych kapłanów. Dla ciekawości powiem, że niektóre Polskie miasta, w tym Kraków, sprawiały wrażenie miast niemieckich. Przypomnę tu, że Kościół Mariacki w Krakowie początkowo należał do gminy niemieckiej. Na początku XVI wieku polscy rajcowie zaczęli domagać się spolszczenia kościoła. W 1537 roku Zygmunt I wydał edykt ograniczający niemieckie nabożeństwa do poobiednich. Także niektóre drewniane zabytki budownictwa sakralnego zaliczane są do pomników kultury niemieckiej z tamtego okresu. Należą do nich między innymi drewniane kościoły w Haczowie i Dębnie.

Z czasem niemieccy koloniści zasymilowali się z miejscową ludnością do tego stopnia, że zatracili swoją mowę i pismo, przejmując mowę i zwyczaje od rdzennej ludności. Określano ich mianem głuchoniemcy (taubdeutsche). Pozostawili po sobie spuściznę w języku polskim – liczne zapożyczenia. Dziś, mówiąc czy pisząc, nie zdajemy sobie sprawy, że posługujemy się zapożyczeniami z języka niemieckiego. Wyrazy te często traktujemy jak stare, polskie nazwy. Dla przykładu niektóre z nich. Średniowieczny rozkwit miast na prawie magdeburskim, a wiec niemieckim, zaowocował  takimi urzędniczymi stanowiskami jak; burmistrz, radny, kanclerz, wójt, sołtys,… Architektura miast wzbogaciła się o; krużganek, jarmark, rynek, szyld, grunt, rynsztok, handel, kiermasz, knajpa, szpital, plac, lamus. W domach mieszkalnych jest strych, rynny, furtki, ganek, wanna, wazon… Kuchnia zyskała szynkę, kartofle, brytfanny, chleb, cukier, sól, olej, knedle, Aby nie było za pięknie. Do naszej mowy weszły także nowe słowa pochodzące z języka niemieckiego; fałsz, gwałt, ofiara, plądrować, pręgierz, rabunek, szajs, szmalcownik, szpicel, szwindel, zaszlachtować, żołdak… Na koniec trochę niemieckich zapożyczeń z naszego, genealogicznego podwórka. W genealogii oprócz imion i nazwisk typowo niemieckich, często posługujemy się niemieckimi zapożyczeniami jak – szlachcic, herb, szwagier… Według naszego rodzimego językoznawcy dr Janusza Wróblewskiego, pierwsze nazwiska noszące przymiotnikową strukturę zakończoną na -ski pojawiły się na zachodzie, gdzie funkcjonowała administracja niemiecka. Niemieccy koloniści którzy przybywali do nas i asymilowali się z Polakami dokonywali dosłownego tłumaczenia zawodów i dodawali do nich końcówkę -ski, która tworzyła strukturę nazwiska. Dzisiaj nie sposób dowiedzieć się czy Młynarski to nie dawny Muller czyli młynarz, a Kowalski to nie potomek Szmieda czyli kowala.

Gorącą zwolenniczką kolonizowania biednych, zacofanych terenów Galicji była cesarzowa Maria Teresa – matka Józefa II. Akcje przeprowadzane przez nią, od jej imienia zwane były kolonizacją teresińską. Od wcześniejszych średniowiecznych akcji kolonizacyjnych, były znacznie lepiej zorganizowane, zalegalizowane prawnie i obejmowały w głównej mierze katolickich kupców i rzemieślników, którzy byli zachęcani do osiedlania się w galicyjskich miastach bez żadnych ograniczeń. Dla kupców i rzemieślników protestanckich, patent kolonizacyjny opiewał na cztery wyznaczone miasta; Lwów,  Jarosław, Zamość i Zaleszczyki. Koloniści niemieccy mieli duży wpływ na rozwój rzemiosła. Dzisiaj jeszcze w języku polskim funkcjonują niemieckie nazwy niektórych powszechnie używanych narzędzi. Z biegiem lat i ci niemieccy osadnicy ulegli asymilacji z miejscową polską ludnością.

Pierwsza w pełni udana, zaplanowana i przeprowadzona na znacznie większą skalę akcja mająca na celu zasiedlenie ludnością niemiecką terenów dawnej Galicji przeprowadzona była przez syna Marii Teresy, Cesarza Austro-Węgier, Józefa II. Stąd jej nazwa – kolonizacja józefińska. Nosiła ona już cechy obco narodowościowej ekspansji. Podpisany przez cesarza patent cesarski z 17 września 1781 roku, rozpoczął kolonizację Galicji na szeroką skalę włączając w nią oprócz dotychczasowego osadnictwa miejskiego także kolonizację rolniczą. Nieco późniejszy patent z listopada tegoż roku dopuszczał na terenach byłych ziem Polskich także osadnictwo protestantów. Kolonizując te tereny, Cesarz  zamierzał doprowadzić te biedne, słabo zaludnione tereny do stopniowego rozwoju. Chciał dobrze a wyszło jak zawsze. W kolejnych latach w śród rdzennej ludności nasilała się bieda, głód, pogorszenie sytuacji społecznej, zwłaszcza na wsiach i w konsekwencji Rzeź Galicyjska zwana także Rabacją lub Powstaniem Szeli.

Odrębnym okresem mającym największy, negatywny wpływ na postrzeganie całego procesu niemieckiej kolonizacji był okres zaborów oraz I i II Wojny Światowej. Głównie pod wpływem obu wojen w naszej świadomości zachowały się negatywne oceny osadnictwa niemieckiego. Nic dziwnego, bo niektórzy koloniści przyczynili się do wielu krzywd wobec swych sąsiadów. Przez nich niektórzy Polacy byli więzieni w obozach a dla wielu po burzy nie wzeszło już słońce. Koloniści brali też udział w łapankach i eksterminacji Polaków i Żydów. W woj. świętokrzyskim w okolicach  Łopuszna w Skałce Polskiej , 11 maja 1943 doszło do pacyfikacji wsi. Oddziały niemieckie wspierane przez uzbrojonych volksdeutschów spacyfikowały wieś. Mienie ofiar zagarnęli miejscowi  folksdojcze z sąsiedniego Antonielowa. Wieś spalono. Zamordowano wtedy 91 osób. Czas  goi rany? W końcu, nie takie rzeczy działy się nawet w najlepszych rodzinach.

Jerzy Wnukbauma