Pogrzeb

Zmarla  nasza  koleżanka  Maria  Brylska.

Msza święta  w intencji Zmarłej odprawiona  zostanie w czwartek 21 marca o godz.14.00 w kościele p.w.św. Prokopa w Krzęcicach, po czym nastąpi  odprowadzenie do  grobu  rodzinnego na  cmentarz  parafialny.

Będzie  nam  Ciebie   brakowało Mario.

Koleżanki i  koledzy „Świętogenu ” w Kielcach

 

Spotkanie 4 lutego 2019

Świętokrzyskie Towarzystwo Genealogiczne „Świetogen ” w  Kielcach
zaprasza dnia 4 lutego 2019 r.o godz.17.00  do  Muzeum Historii Kielc na
wykład Pana Dariusza Kaliny.
Temat : Dzieje  Czarnowa i zachodniej części Kielc.
Wstęp  wolny.
Kornelia Major

Spotkanie dnia 4 czerwca 2018 r.

Dnia 4 czerwca 2018 r. o godz.17.00 zapraszam  na  kolejne  nasze  spotkanie do  Muzeum  Historii  Kielc  ul.Św. Leonarda 4.

Temat : Konwersje  z  judaizmu  na  katolicyzm  w XIX wieku.

Wykładowca : dr  Lech  Frączek z Uniwersytetu  Jagiellońskiego.

Wiatrak w Suchedniowie

Poszukując w Archiwum w Radomiu Akt Stanu Cywilnego Parafii z Jastrzębia /parafia Jastrząb/ i z Szydłowca /moje drzewo genealogiczne po mieczu/ dość przypadkowo dokopałem się do rewelacyjnego dokumentu dotyczącego mojego rodzinnego Suchedniowa. Jako że wykonuję reprodukcje fotograficzne tych dokumentów – zrobiłem i ten dokument , który teraz jest w moim archiwum dokumentów starych. Całość artykułu Andrzeja Sasala  znajduje się pod tym linkiem Wiatrak-w-Suchedniowie-Andrzej-Sasal lub na https://www.facebook.com/andrzej.sasal

Spotkanie dnia 7 maja 2018 r.

Dnia 7 maja 2018 r. o godz.17.00  zapraszam  sympatyków genealogii do  Muzeum  Historii  Kielc ul.Św. Leonarda 4  na  kolejne  nasze  spotkanie.

Temat:  Warsztaty  genealogiczne- szukamy  przodków poza  aktami  metrykalnymi.

Spotkanie prowadzi : Maciej  Terek

Życzenia świąteczne

Z okazji  Świąt  Bożego  Narodzenia oraz Nowego Roku 2018  życzę wszystkim  naszym członkom , sympatykom oraz  ich  rodzinom , zdrowia , radości , miłości  i  miłych  chwil  przy  wigilijnym stole oraz wszelkiej  pomyślności w  nadchodzącym  roku.

Z Urzecza.

Ciekawość człeka z czasem nachodzi,

kim był jego przodek i skąd pochodzi?

Gdy mnie dopadła chęć poznania

zabrałem się do poszukiwania –

Wygodnie siadłem do komputera

i zabawiłem się w genehuntera.

 

Wpisałem w Google swoją godność,

wygooglowało mi jedną zgodność –

‚Modry urzyczak” -Zwierciadło etnologiczne?

– drobny druk, ryciny, odsyłacze liczne.

Sto siedemdziesiąt cztery strony!

Końca nie widać. ” Byłem przerażony.

 

Czytałem wszystko. Nuda była.

Ciekawość jednak zwyciężyła,

(Nie mogłem czytać na odczepnego

bym nie przegapił tego modrego).

Szukałem ciekaw w elaboracie

czy modry bo – po denaturacie.

 

Wreszcie znalazłem to co szukałem

o denaturat już się nie bałem.

W tekście wyjaśniał dr Stanaszek,

że jest to męski fatałaszek,

innymi słowy – strój wilanowski

nosiły go nad Wisłą wioski.

 

Więc źródłosłowem mego nazwiska,

(jak dajmy na to – bluzka ciału bliska),

był były, męski przyodziewek?

Mam być ofiarą licznych prześmiewek?

Kupiłem książkę. A co mi szkodzi.

Z niej dowiedziałem się o co chodzi.

 

I nawiązałem kontakt z autorem

wkrótce odpisał mi z humorem;

„Ze Skolimowa przodek Twój

Nosił w Falentach z Urzecza strój

Jak go widzieli tak go nazwali

Odtąd Urzyczak w aktach pisali”.

 

Do dziś autora darzę sympatią

trochę za książki dedycatio.

„Temu, który nie mieszka na Urzeczu,

lecz jego korzenie po mieczu

świadczą, że jego dola człowiecza

wzięła początek od przodka z Urzecza.”

 

Jerzy Wnukbauma

Dawne wigilie w dworach,domach mieszczan i chatach chłopskich

Przygotowując ten  temat na  wykład, który miałam  w  dniu 4 grudnia 2017 r. w Muzeum  Historii  Kielc zajrzałam do  opisów  wigilii  Glogiera, Kitowicza i Kolberga. Porównałam  z  opisami dawnych  wigilii  w  mojej  rodzinie korzystając z  listów moich  ciotek, stryjów. Rodzina  zasiadała  do  wigilii  w  licznym  gronie  w  kilku  miejscach  w  Polsce  i  poza  granicami. Stąd  pochodzą opisy  jak  ucztowano  , co  jedzono i  jakie  panowały  zwyczaje. Uczestniczyłam  w  wielu  wigiliach  w  różnych  regionach  w  Polsce i wśród  polonusów w Stanach  Zjednoczonych. Wszędzie  starano  się  zachować  przekazywane  z  pokolenia  na  pokolenie  nasze dawne  zwyczaje. Co  z tych  moich obserwacji  wynika   napiszę  w  podsumowaniu.

„Starodawna wilija” –  to  nie  tylko  uczta  przy  suto  zastawionym  stole często zakrapiana  wspaniałymi nalewkami  w dworach  u  mieszczan  i  chatach  chłopskich . To  był  wieczór pełen  różnych  magicznych  zdarzeń, ceremonii, wróżb w  formie  jakiegoś  widowiska  przenoszony z dworu, chat  chłopskich  do  miast.  Wszystko  zaczynało  się  o  świcie , a  nawet  wcześniej  gdy  zaczynały  piać  koguty. Wierzono,że :

  •  kto  rano zerwie  się  dzielnie z łoża – ten  przez  cały  rok  nie będzie  przeżywał kłopotów  ze  wstawaniem,
  • która panna tarła  w  tym  dniu mak, to w nadchodzącym  roku czeka ją  zamążpójście,
  • który  myśliwy w  tym  dniu  coś  upoluje, ten mógł  liczyć  w  najbliższych   miesiącach na  szczęście  spod  znaku  Huberta ,
  • każdy  chłop wybierał  się  rano przezornie  do karczmy  aby chlapnąć  okowity, bo  to  wróżyło, że  w  nadchodzącym  nowym  roku  nie  grozi  mu  abstynencja,
  • który  spryciarz  podebrał ukradkiem  sąsiadowi siekierę, pług, czy  nawet  wóz ten  cieszył  się odtąd, że  wszelkie  dobro  będzie  mu  lgnęło  do  rąk,
  • mówiono, że  w  wilią  chłopców  biją, a dziewczęta  we  święta
  • przyjmowano, że w  wigilię  los  człowieka może  się odmienić – nawet  Melchior  Wańkowicz  w  to  wierzył i twierdził,   w  jednym  z  felietonów  że” w  dzień  wigilii gdzieś  na  Mlecznej Drodze  Szafarz Niebieski odwraca klepsydry naszych żywotów „.

Wróżby  jak  to  wróżby istniały  od  dawna , ale  w  tym  dniu  prym  wiodła  kuchnia w  których  królowały przeważnie  kobiety.

Mężczyżni   wszystkich  grup  społecznych  nie  cierpieli tego  dnia  gdyż aż  do  kolacji wigilijnej  obowiązywał  post, a  w  domu  panował niesamowity  rwetes   więc  nie  mogli  doczekać  się  pierwszej  gwiazdki. Wreszcie , kiedy  stół  był  nakryty  białym  obrusem  pod którym ułożono  siano, a  na  talerzyku   ułożono  opłatek czas  było  zasiadać  do  kolacji  jak  tylko  ukazała  się  na  niebie  pierwsza gwiazda. Należy dodać , że  zwyczaj  kładzenia  siana  pod  obrus   nie  dotyczył  tylko  chat  chłopskich, ale zwyczaj  ten  obowiązywał   w  dworach   i    domach  mieszczańskich.

Wieczerzę  rozpoczynano okolicznościową modlitwą  na  głos, zwykle  czynił  to  gospodarz  lub leciwa  osoba, albo  zaproszony ksiądz  dobrodziej.  Łamano  się  opłatkiem i składano  sobie  życzenia . Przypominano  tych  co  odeszli  na  zawsze „bywało  też ( zwłaszcza  w  legendach ), że  skądś  nadchodził w  ostatniej chwili  strudzony  wędrowiec,  że zjawił  się  nieśmiało  syn  marnotrawny, że przykuśtykał o  kuli  wiarus z dawno skończonej  wojny. Była  radość, łzy”

Wigilią rządziła pewna magia liczb. Tak więc :

  •   ilość ucztujących musiała  być  zawsze  parzysta jako , że przypadek  odmienny groził komuś z nich  rychłą  śmiercią. Znany  jest  przypadek, że  dwa  razy  odstąpiono od  przesądu , pisała babce Maria Estreicherówna „raz  siedziało już dwanaścioro osób, gdy przy  stole dowiedziano się , że sąsiad Leon Mikuszewski spędza samotnie  wieczór. Sprowadzono  go –  mimo, że  musiał  być  trzynastym i rzeczywiście  umarł w ciągu  roku. Drugi  raz  do  stołu  zasiadło dziewięć  osób, a w kilka miesięcy póżniej  umarł mój  dziadek. ” Te dwa przypadki utrwaliły w  jej  rodzinie wiarę  w  feralność  nieparzystych  liczb  i  odtąd  aby  uniknąć podobnych  sytuacji do  stołu  zapraszano  kogoś  ze  służby.
  • bardzo  ważne  było i  jest  nadal pozostawianie wolnego  jednego  nakrycia przy  wigilinym stole Ciekawe jest , że w przypadku  potraw kierowano  się  liczbą nieparzystą  i tak :
  •   –   magnaci  musieli  mieć  11 potraw
  • –     szlachta   9
  • –     na wsi  7 a nieraz sadziła  się  na  więcej.

Na  dworskim  stole i  stole  mieszczańskim  w  wigilię  podawano do  wyboru : barszcz czerwony z kiszonych  buraków  z  fasolą  (  potem i  obecnie   uszka  z  farszem  grzybowym ) zupę  grzybową  z  łazankami  lub  zupę  rybną  z  migdałami , pierogi  z  kapustą  i  grzybami, karp  smażony, karp w galarecie , karp w szarym  sosie, szczupak  faszerowany, łazanki  zapiekane  z kapustą  i  grzybami , kluski  z  makiem i  miodem, kulebiak lub  cebulaki , kapelusze  borowików nadziewane  farszem  grzybowym  zapiekane  na  maśle, kompot  wigilijny  ugotowany  z  suszonych  owoców .

Na  deser  podawano różne  ciasta : strucla  z  makiem , zawijaniec  z  masą  śliwkową, kakową ,  makowce  na kruchym  spodzie  mocno  lukrowane, chały słodkie  z kruszonką , baby drożdżowe  gotowane , pierniki  przekładane  różnymi  masami i  mnóstwo różnych  ciasteczek . Podawano  również  owoce  cytrusowe , suszone  bakalie  , orzechy  włoskie, laskowe  i tp. Kutia była  też  obowiązkowo  podawana  na  deser.

W chatach  chłopski na  wieczerzę  wigilijną  podawano :

żur z grzybami, zupę  z  konopi  zwaną siemieńcem lub  siemieniatką

kapustę  z  grochem  lub  fasolą,

polewkę  z  suszonych śliwek , gruszek, jabłek,

grycok,

rzepę  suszoną lub  smażoną  na  oleju ,

karp  smażony,

kompot  wigilijny  z  suszonych  owoców.

Po  głównych  jadłach  podawano  ciasta : drożdżowe  z  kruszonką, struclę  makową i  z masą  śliwkową  a  dla  dzieci  słodkie makiełki .

Ze  zwyczajów  wigilijnych należy  jeszcze  wymienić :

  •  nie  odkładać  łyżki dla odpocznienia, gdyż ten  co  to  uczyni może  nie  doczekać następnej wigilii,
  • póżnym  wieczorem raczej  bliżej  pasterki do  drzwi  dobijały  się ” gwiazdory” lub „Józefy”-brodaci przebierańcy z laskami, dzwonkami, torbami  a  przede wszystkim rózgami . Dziwni przebierańcy przepytywali z pacierza,  nieraz  nagradzali jabłkiem albo cukierkiem ale też czasami przycięli  po  siedzeniu rózgą nie  bardzo  uwzględniając , że  to  wigilia.

Dopiero  po  wieczerzy  dzieci  mogły  podejść pod podłaziczkę obecnie choinkę i odszukać  swoje  prezenty. Choinka  zagościła  u  nas  jakieś  150  lat  temu i  wymyślona  jest  przez Niemców. Naszą podłaziczkę w  niektórych  regionach Polski jeszcze spotykamy . W Polsce  istniał  zwyczaj  obdarowywania  dzieci  prezentami  dopiero  po  Nowym Roku –  teraz  w  wigilię. W tym czasie  gdy  dzieci  zajmowały  się  prezentami  młodzież  zajmowała  się  wróżbami :

  • kto wyciągnął  spod  obrusa zielone  siano – to oznaczało  ożenek  w  karnawale,
  • żółte  siano – trzeba  na  ożenek  poczekać,
  • wyschłe  i  poczerniałe – będzie  się  kiepściło w samotności  do  końca życia,
  • rzucano  kłosami  o belkę w powale  bo  chciano  się  dowiedzieć jaki będzie urodzaj,
  • dziewczęta z krzykiem wybiegały z domu, żeby z psiej szczekaniny dowiedzieć się z której strony nadjedzie kawaler  chętny  do  ożenku,
  • gospodarze udawali  się  do  sadu,  pukali  w  ule aby   obwieści ” Chrystus  Pan  się  narodziŁ ” albo przymierzali  się  siekierami do  drzewa ,  najczęściej  jabłonki  i  pytali ” będziesz  rodziła czy  nie  będziesz ? „.  Gdy   milczała  obchodzili  wokoło  i  powtarzali  pytanie, dopiero  uzyskawszy  odpowiedż ” tak ” ( głos  dawał  ktoś  z  domowników ) gospodarz  obłapywał drzewo  i  nie  przymierzał  się  z  siekierą.                                                                                            Od  zwierząt  nie  żądano  żadnych obietnic. Wilki przywoływano ” do  grochu ” co  było  zaklinaniem, aby  tu się  nie  pojawiały. Bydło  raczono resztkami  opłatka i  resztkami  ze  stołu  wigiliinego. Przed północą szybko  opuszczano  oborę aby o 12.00 w  nocy  nie  słyszeć o  czym  rozmawiają  zwierzęta  bo  mowa krasul  może  być  słuchana  tylko  przez  tych  co nie  popełnili  żadnego  grzechu.                                                                                                                      We  wszystkich  domach słychać  było śpiew  kolęd : w  dworach, domach miejskich, chłopskich  chatach. W dworach  i  miejskich  domach śpiewano  przy akompaniamencie fortepianu, pianina, klawikordu itp.W  chatach  chłopskich najczęściej  skrzypce, basetle , fujarki  itp.             Wszędzie  śpiewano: ”  Bóg  się  rodzi „,”Wsród  nocnej ciszy”,” Lulajże  Jezuniu” ,
  • , pastorałki i  najpiękniejsza  z  nich”: Oj  maluśki , maluśki”
  • Po  wieczerzy  udawano  się  na   Pasterkę : państwo z  dworów ubrane  w  futra saniami  wyśćiołanymi też  futrami, z chałup  chłopskich  ludzie  w  kożuchach – saniami  wyśćiołanymi  słomą  i  zarzuconymi  derkami .
  • Pastorałki  miały różną  oprawę muzyczną i  przyozdabiane  były  ćwierkaniem  wróbli, świergotem skowronków , gwizdami  kosów  lub  krakaniem  wron a czasami  zawył  wilk.  To zmyślna  kawaleria wojskowa  popisywała  się umiejętnościami   wychodząc  ze  swą  produkcją  na  chór. W kieleckiej  katedrze  takimi  umiejętnościami popisywał  się  będąc  na urlopie kawalerzysta Jerzy ” Świerszcz ” Pytlewski .
  • Czy  to   nie  o  takich  występach, świergotach myślał Liebert  pisząc  swoją Pasterkę ?  Śpiewu ptaków i  odgłosów  różnych  zwierząt  tam  nie  brakuje .
  • Podczas  Pasterki  robiono  sobie  różne  figle : zszywano  nicią  sukmany albo  długie  kiecki żeby  było  się  z  czego  pośmiać. Zdarzało  się , że  uczniaki  do  kropielnicy  nalali  inkaustu.  Śmiano  się  ze  wszystkiego  gdyż  uważano, że  ta  noc  powinna  być  radosna.                            Po  Pasterce   mieszkańcy  dworów  udawali  się w  odwiedziny  do  następnych  dworów i  wędrówka  trwała  aż  do  białego  dnia. Chłopi  udawali  się  do  swoich  chałup ale  też  biesiadowali  aż  do  pierwszej  mszy świętej.
  • Wiele tradycji  wigilijnych  przetrwało  do  naszych  czasów, różny  jednak  jest  zestaw  potraw  wigilijnych  na  naszych  stołach. Zawdzięczamy  to masowej  wędrówce  naszych  rodaków,zawieranym  związkom  małżeńskim w  różnych  rejonach  naszego  kraju .
  • Wspomnę  jeszcze  o jednym  zwyczaju  do  tej  pory  w  niektórych  rodzinach  trwającym i  spotykanym tylko  na Kielecczyźnie : w latach  gdy 24 grudnia  wypada  w  niedzielę,  dzień wigilii Bożego Narodzenia jest przesuwany  na sobotę ponieważ :  niedziela  nie  przyjmuje postu . W takim przypadku wigilia  jest  w  sobotę a Boże  Narodzenie  jest  obchodzone  przez  trzy  dni.

Dawno, dawno temu.

Niedawno, przed moim wyjściem na zebranie „Świętogenu”, żona nakręciła naszą trzyletnią wnuczkę by ta zapytała mnie co robią genealodzy. Nie czekałem na pytanie. Dałem znać obu paniom, że spieszy mi się bardzo i gotów jestem na udzielenie wyczerpujących odpowiedzi, ale dopiero po powrocie z zebrania. Nie dałem się wkręcić. Każda moja odpowiedź mogłaby rodzić galopadę pytań – Dziadziusiu! A dlacego?  Nie znalazłbym czasu na objaśnienie dziecku. Było już późno, przede mną długa droga. Myślami byłem już na spotkaniu. Obiecałem wnuczce i babci, że po powrocie do domu udzielę im krótkiego instruktażu. Dałem obu całusa i wyszedłem.

W drodze powrotnej przypomniałem sobie o danej wnuczce obietnicy. Zastanawiałem się nad stosowną do jej wieku odpowiedzią. Ułożyłem nawet krótki konspekt. Trafny, prosty, odpowiedni do późnej pory dnia i wieku małego przedszkolaczka. Zaczynał się utartym zwrotem – „Dawno, dawno temu.” To stare jak świat zdanie jest inicjałem większości bajek. Zagajeniem bez mała każdej opowieści na dobranoc. Używane jest często, bo buduje tajemniczy, bajkowy klimat. Dlatego też wydaje mi się być najlepszym wstępem i do mojej rozmowy z dzieckiem. A co się tyczy żony. Będę musiał nieco wysilić się i odkoloryzować opowieść o tym czym zajmuje się dziadek na zebraniach. Z nią nie pójdzie mi tak łatwo, bo intuicyjnie wyczuwa,  kiedy jestem niepoprawnym bajkopisarzem.

Na szczęście Państwu nie muszę wyjaśniać czym zajmują się genealodzy. Doskonale wiemy co robimy. Mam natomiast przekonanie graniczące z pewnością, że zapominamy o bajkowości naszego hobby. To określenie może wydawać się komuś nietrafne lub zbyt na wyrost. Ja uważam jednak, że w naszą pasję też wpisany jest bajkowy klimat. Tylko trzeba dać sobie szansę go poczuć. Jak dziecko, poddać się chwili i dać się ponieść wyobraźni. Podobnie jak to robią „genealodzy” doszukujący się swojego szlacheckiego pochodzenia. „Koleżanki” i „koledzy” wertujący wszystkie możliwe herbarze w poszukiwaniu swojego nazwiska, którzy z chwilą znalezienia go w herbarzu, pielęgnują marzenia o znamienitych przodkach, herbie i błękicie swojej krwi. Nie mam nic przeciwko genealogii szlacheckiej. Jest wspaniała i  prawdziwa. Pod warunkiem udokumentowania szlachectwa przodków w archiwalnych dokumentach. Grupę pseudo genealogów podaję tu tylko jako przykład doznań. Uważam, że mając pochodzenie chłopskie, też można podobnie jak oni nakręcać się. Jak oni postrzegać wyższość swych bliskich i doświadczać podobnej dumy. Mierzyć czas miarą – Dawno, dawno temu. W genealogii jednak ten wstęp bajek, jest zwieńczeniem naszych poszukiwań. Dochodzimy do granic możliwości, walimy głową w mur i jak w bajce żyjemy nadzieją – A nuż gdzieś, ktoś, jeszcze, kiedyś. Jak dzieci łakniemy dowiedzieć się co było jeszcze wcześniej – dawniej, dawniej temu.

O feerycznym, mieniącym się barwami, pulsującym światłem i przesyconym dźwiękami świecie w którym żyli moi przodkowie, opowiem szerzej na naszym powakacyjnym zebraniu. Oczywiście wtedy, gdy Kornelia pozwoli. Postaram się uwolnić swoje wspomnienia zamknięte w szufladzie. Zabawię się w narratora i dołożę wszelkich starań by ożywić uwięziony w starych aktach; obraz i dźwięk. Wskazane będzie zamknięcie oczu i wczucie się w klimat. Będę mówił cicho i powoli. Czasem włączę nastrojową muzykę. Sprawi ona nastrój tego spotkania. Być może uda mi się też sprawić przewietrzenie Waszych szuflad.

Jerzy Wnukbauma.

Jak liść (autokrytyka).

Po wojnie, w dobie socjalistycznej budowy kraju, „modne” było składanie samokrytyki. Była ona publicznym przyznaniem się skruszonych osób do popełnienia odstępstw od jedynie słusznej drogi. Celowo wziąłem w cudzysłów ich popularność, gdyż były to zazwyczaj wymuszane przez kolektyw rachunki sumienia. Czasem nie była to jedyna kara za prawdziwe lub domniemane, niepopełnione czyny. Często gęsto samobiczujący się słowem, po wyznaniu samokrytyki odbywał pokutę. Zostawał przesuwany na niższe stanowisko, lub był usuwany z szeregów partii i szedł do więzienia. Była podstawa prawna – przyznał się przecież do błędu. Dzisiaj przepraszanie jest oznaką słabości. Jest to pojęcie mylne i krzywdzące dla osoby tak „spowiadającej się”. Trzeba mieć odwagę by pokajać się publicznie. Dlatego też z wrodzoną sobie skromnością wyznaję szczerze moje zaprzaństwo. Mea culpa.

Kiedy zaczynałem genealogiczną przygodę, łapałem się każdego sposobu. Byle tylko mieć, byle szybko i byle jak. Postrzegałem drzewo jako zwieńczenie poszukiwań. Dzisiaj wiem, że myliłem się. Cała para szła w gwizdek, a ja wciąż o moim drzewie wiedziałem tyle, co pojedynczy liść o swoim drzewie. Nic a nic. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Zacząłem czerpać składniki nieodzowne do jego życia z innych, bogatszych źródeł. Nadal żyłem drzewem, lecz coraz częściej sięgałem do innych materiałów; do przekazów historycznych, do etnologii, do informacji  regionalnych, do wspomnień starych mieszkańców, do genetyki. Spróbowałem nawet zrobić rodzinny genogram. Zacząłem postrzegać genealogię znacznie szerzej i znacznie bogaciej. Poczułem się jego (drzewa) nierozłącznym elementem.

Gdy napotykam w aktach nieznane, inne niż dotychczasowe miejsce urodzenia lub zamieszkania moich przodków, włącza mi się funkcja „szukaj i sprawdź”. Większość miejscowości, które wiem gdzie leżą, z racji braku czasu, zaliczam pobieżnie. Wsie w których znajdowały się rodowe posiadłości, oraz miejscowości, które zostały zasiedlone przez moich krewnych, bardziej leżą mi na sercu i zgłębiam je dokładniej. Tu pomocne okazują się książki historyczne i opracowania etnograficzne. Z nich poznaję; historię, zarys społeczny, geopolityczny, gospodarczy interesującego mnie regionu. Poznaję miejscowy folklor; muzykę, stroje ludowe, zwyczaje i obyczaje, miejscowe wyroby. Czasami dowiaduję się o znanych ludziach urodzonych bądź zamieszkałych na tych terenach. Po ostatnich słownych przepychankach naszych starszych braci w wierze, śledzę też relacje między kościołem a synagogą.

Kiedy przypominam sobie moje początki, czuję się trochę zażenowany. Jak można było być aż tak niemądrym i naiwnym. Jak można było pokładać wielkie nadzieje w etymologii? Liczyć, że pomoże mi ona dojść do sedna sprawy? Do genezy, do rodowego gniazda, do źródła od którego moje nazwisko wzięło swoją nazwę. Kiedy przestałem pokładać nadzieję a zacząłem przyswajać wiedzę, stało się to co musiało się stać. Cud. Dzięki etnografii natrafiłem na etymologię swojego nazwiska. Dowiedziałem się od czego wywodzi się jego nazwa i skąd pochodzili moi przodkowie po mieczu. Wcześniejsze badania genealogiczne, choć kierunkowały mnie właściwie, nie dawały mi tak szerokiego spektrum. Dzięki etnografii nie umrę nieświadomy, bo wiem, że „Lepiej na Łurzycu na wierzbie, niż na Polesiu w izbie” oraz  że „Na Łurzycu woda topi”. Posiadłem też wiedzę – „Za co piją łurzycoki. – Za pszenice i buroki”. Robiąc głębszą archeologię dusz – genogram, poczułem się lekko oszukany. Miał zaspokoić potrzebę poznania i zrozumienia przeszłości mojej rodziny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle – „wiem, że nadal nic nie wiem”. By mieć efekty, muszę jeszcze podkształcić się w dziedzinie psychologii, socjologii, politologii, prawa, norm społecznych i prawnych. O psychiatrii nie wspomnę.

Sorry. Byłbym zapomniał. Przez cały czas zajmowania się poszukiwaniem swych korzeni, byłem pasożytem czerpiącym treściwe soki z pracy innych. Dzień bez przeszukiwania genealogicznych stron, ściągania zeskanowanych i zindeksowanych przez kogoś aktów, bez wertowania wyszukiwarek nazwisk, tabel, herbarzy, uważałem za dzień stracony. Za wszystkie grzechy żałuję. Widząc znaczące pukanie i słysząc głos żony – Nie grzesz więcej – odchodzę w pokorze odbyć pokutę.

Jerzy Wnukbauma.