Z Urzecza.

Ciekawość człeka z czasem nachodzi,

kim był jego przodek i skąd pochodzi?

Gdy mnie dopadła chęć poznania

zabrałem się do poszukiwania –

Wygodnie siadłem do komputera

i zabawiłem się w genehuntera.

 

Wpisałem w Google swoją godność,

wygooglowało mi jedną zgodność –

‚Modry urzyczak” -Zwierciadło etnologiczne?

– drobny druk, ryciny, odsyłacze liczne.

Sto siedemdziesiąt cztery strony!

Końca nie widać. ” Byłem przerażony.

 

Czytałem wszystko. Nuda była.

Ciekawość jednak zwyciężyła,

(Nie mogłem czytać na odczepnego

bym nie przegapił tego modrego).

Szukałem ciekaw w elaboracie

czy modry bo – po denaturacie.

 

Wreszcie znalazłem to co szukałem

o denaturat już się nie bałem.

W tekście wyjaśniał dr Stanaszek,

że jest to męski fatałaszek,

innymi słowy – strój wilanowski

nosiły go nad Wisłą wioski.

 

Więc źródłosłowem mego nazwiska,

(jak dajmy na to – bluzka ciału bliska),

był były, męski przyodziewek?

Mam być ofiarą licznych prześmiewek?

Kupiłem książkę. A co mi szkodzi.

Z niej dowiedziałem się o co chodzi.

 

I nawiązałem kontakt z autorem

wkrótce odpisał mi z humorem;

„Ze Skolimowa przodek Twój

Nosił w Falentach z Urzecza strój

Jak go widzieli tak go nazwali

Odtąd Urzyczak w aktach pisali”.

 

Do dziś autora darzę sympatią

trochę za książki dedycatio.

„Temu, który nie mieszka na Urzeczu,

lecz jego korzenie po mieczu

świadczą, że jego dola człowiecza

wzięła początek od przodka z Urzecza.”

 

Jerzy Wnukbauma

W obronie krzyży staję!

Jedną z nienaruszalnych zasad na wszystkich stronach genealogicznych, jest zakaz publikowania treści obrażających: inne narodowości, pochodzenie etniczne, oraz uczucia religijne. Dlatego pisanie na portalu genealogicznym na tematy wiary, może być odbierane przez ich administratorów jako łamanie regulaminu. Zabrania się też poruszania wszelkich tematów związanych z polityką. Nie zamierzam politykować, nikogo obrażać i łamać regulaminu. Muszę się jednak liczyć, że znajdzie się ktoś, kto połączy politykę z religią i będzie udowadniać wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. W ten sposób szybko narażę się na heit, a nawet na ostracyzm. A niech tam. W dobie coraz częstszych zakazów, nakazów i znikania krzyży z życia publicznego, zabiorę głos, by pokazać nierozerwalny związek krzyża z genealogią.

Krzyże, krzyże, krzyże. Towarzyszą każdemu poszukiwaczowi korzeni. Niezależnie od wiary. Są one znakiem rozpoznawczym naszych świątyń, kaplic, cmentarzy. Ich znak spotykamy wielokrotnie, często nie zdając sobie z tego sprawy. Nie mam tu na myśli krzyży widniejących na flagach państw i znakach drogowych, umiejscowionych przed przejazdami kolejowymi. tzw. krzyży św. Andrzeja spotykanych podczas podróży do archiwów. Przemilczę też powiedzenia towarzyszące nam przy pożegnaniach; – w domu przez współmałżonka – „Mam z tobą krzyż pański” a w archiwach przez urzędników – „Krzyż na drogę”.  W kręgu genealogicznych zainteresowań są także liczne kościoły pod wezwaniem Św. Krzyża. W moim przypadku aż cztery.  Ale nie o nich będzie mowa. Napiszę o krzyżach, które  spotykamy w genealogii. To o nich napiszę kilka słów.

Każdy z nas, wcześniej czy później w starych aktach natrafił na znak krzyża zastępujący podpis osoby niepiśmiennej. Jeden lub kilka w rzędzie postawionych obok siebie krzyży lub krzyżyków (iksów) zastępujących podpis. Ten z pozoru prosty znak był poświadczeniem mówienia (i pisania) prawdy. Niejednego genealoga ucieszył analfabetyczny gryzmoł poczyniony niewprawną ręką niepiśmiennego przodka. Dlaczego znak krzyża, a nie inny nieskomplikowany znak pisarski? W moim przypadku odpowiedź jest prosta. Życie moich przodków nierozerwalnie powiązane było z wiarą i religią. Znakiem krzyża moi przodkowie rozpoczynali i kończyli dzień. Błogosławili dzieci i pokarmy. Przystępowali do pracy, odżegnywali się nim od złego. Postawiony przez nich krzyż przydrożny, był miejscem modlitw i spotkań również okolicznych mieszkańców. Także i dziś, przechodząc lub przejeżdżając obok niego, wiele osób skłania głowę, zdejmuje czapki, lub żegna się kreśląc na piersi znak krzyża.

Krzyże znajdują się też na tarczach herbowych. Jego różne formy widnieją na rodowych godłach. Występują na tarczy jako figury; zaszczytne, uszczerbione i zwykłe. Genealodzy obeznani z językiem blazonowania potrafią dokładnie określić zarówno kształt krzyża, jak jego rodzaj i usytuowanie go na herbowej tarczy (lub klejnocie nad tarczą). Mniej obeznani mogą posłużyć się wyszukiwaniem ich na stronach;                    www.gajl.wielcy.pl     lub         www.genealogia.okiem.pl

Za pomocą tej  drugiej strony, po wybraniu formy krzyża i kliknięciu na „Herby z tym symbolem” można zapoznać się z całą gamą herbów z wybranym krzyżem. Szczęśliwcy mogli także odziedziczyć po swych znamienitych przodkach pamiątki z tym znakiem; zegarki, sztućce, oraz biżuterię z wygrawerowanymi krzyżami w herbie. Także monety i odznaczenia z motywem krzyży – to niektóre z przykładów pamiątek z tym znakiem.

Przydrożne krzyże wraz z przydrożnymi figurkami i kapliczkami, stanowią małą architekturę sakralną. Rozsiane są wszędzie tam gdzie istniało i istnieje chrześcijaństwo. W Polsce są czymś naturalnym. Cały nasz kraj jest nimi bogato ozdobiony. Te pomniki religijnej kultury, są niemymi świadkami naszych dziejów. Stawiano je z różnych powodów. W zależności od dziejów. Wznoszenie ich nasilało się w czasach prześladowań, wojen, zaraz, powstań, uwłaszczeń. Stawiane były także w czasie zaborów, chociaż stawiania ich było zabronione przez zaborców. Wznoszono je także w PRL-u. Najgłośniejszym wydarzeniem z tego okresu było postawianie krzyża w Nowej Hucie, kiedy to w kwietniu 1960 r. doszło do rozruchów z milicją.

Żaden z krzyży nie powstał przypadkowo. Każdy z nich przypomina o jakimś wydarzeniu – lokalnym bądź państwowym. W mikro skali – jednego fundatora lub kilku osób. Stawiane były w miejscach ważnych; przy kościołach, w centrum wsi lub osad. Stawiano je także w miejscach mniej ważnych lub całkiem na odludziach. Stawiane na końcu wsi, wytyczały jej granice. W kilku regionach Polski, te graniczne krzyże, były świadkami ostatniego pożegnania osoby zmarłej z wsią i jej społecznością. Pod krzyżami stojącymi na rozstajnych drogach, witano zacnych przybyszów i żegnano odchodzących gości. Stawiane przy ścieżkach do lasów, miały chronić mieszkańców przed czyhającym w lesie złem. Lokowane przy zbiornikach wodnych miały chronić przed utonięciem lub upamiętniały czyjeś utonięcie. Służyły do pochówków pod nimi. Akt zgonu nr 23 z 1811 roku z parafii Raszyn.

http://metryki.genbaza.pl/genbaza,detail,163330,6

Akt nr 23   Posiada Załuski

Roku tysiąc osiemset jedenastego dnia czwartego miesiąca maja o godzinie piątej pod wieczór przed Nami Proboszczem Raszyńskim sprawującym obowiązki urzędnika Stanu cywilnego gminy raszyńskiej powiatu warszawskiego w departamencie warszawskim Stawili się; Piotr Baran mający lat pięćdziesiąt dwa, tudzież Grzegorz Ostrowski mający lat trzydzieści dwa obydwaj stanu rolniczego gospodarze we wsi Opaczy Dużej do której Posiada Załuski jest przyległa w gminie i parafii raszyńskiej położonej zamieszkali i oświadczyli Nam iż znaleźli człowieka płci męskiej w tym dniu, wcale nieznanego, który się obwiesił w gaiku między brzezinką tejże Posiady Załusk w gminie i parafii raszyńskiej, zostający już wiszonego, za uczynioną tedy przez zesłanych od rządu Fizyka i chirurga na miejscu excuteracyja i wykonanym w przytomności mnie urzędnika cywilnego opisie i zatwierdzeniem podpisu mojego, tenże Człek na rozstajnej drodze pod figurą głęboko w ziemię zakopany został. Po czym oświadczający gdy pisać nie umieją my akt niniejszy zejścia takowego po przeczytaniu onego stawiającym podpisaliśmy.

Ksiądz Szczepan Bogdanowicz proboszcz raszyński sprawujący obowiązki urzędnika stanu cywilnego.

 

Każdy z wznoszonych krzyży był okolicznym drogowskazem; zarówno duchowymi, czysto ludzkimi jak i dosłownie użytkowymi. Niektóre krzyże z czasem stały się tak charakterystyczne dla miejscowego krajobrazu, że podróżni określi swoje położenie w terenie względem nich. Chociaż większość z nich jest dzisiaj anonimowa, każdy krzyż do czegoś nawołuje lub przypomina o zdarzeniu z przeszłości. Były wznoszone w podzięce za otrzymane łaski, za uzdrowienie z choroby, za uratowanie z wojennej pożogi, lub klęski żywiołowej. Stąd tak wiele z nich powstało w czasie wojen i powstań lub po ocaleniu mieszkańców przed nadciągającą zarazą.

Charakterystyczne są krzyże choleryczne. Osoby które pochłonęła zaraza chowano na osobnych cmentarzach cholerycznych i wznoszono krzyże, które noszą nazwę krzyży morowych, lub krzyży cholerycznych. Występowały jako pojedyncze lub potrójne. Forma ustawienia trzech krzyży była ściśle określona. Pośrodku znajdował się dwuramienny krzyż zwany krzyżem cholerycznym, morowym lub od hiszpańskiego miasta – karawaką. Taki rodzaj krzyża nazywany jest także krzyżem św. Zachariasza. Po jego bokach stawiano dwa niższe krzyże jednoramienne. Takie krzyże w dobrym stanie zachowały się w kilku miejscowościach m.in. w Babkowicach w Wielkopolsce. Na pionowych i poprzecznych belkach wyryto 7 krzyży oraz 18 liter będących początkiem modlitewnych psalmów. Patronami od morowego powietrza byli św. Rozalia i św. Roch.

Osobnym zagadnieniem są krzyże pokutne. Stawiane były na przestrzeni XIII do XIX wieku. Zwyczaj  stawiania ich przywędrował do Polski z zachodu Europy. W Niemczech i Czechach zwane były krzyżami pojednania, bo nie pokuta a akt przebaczenia leżał u podstaw stawiania krzyży. Krzyże te przypominają raczej o surowości prawa, niż skrusze zabójcy. Stawiane one były przez sprawców zbrodni po spełnieniu kilku warunków m.in. pielgrzymka do miejsc świętych, poniesienie opłat sadowych, wpłacie pewnej sumy na rzecz Kościoła -światło, pochówek, msze za zmarłego, msza za sprawcę, zadośćuczynienie rodzinie ofiary – pokrycie kosztów leczenia, renta dla wdowy itp.  Te kamienne krzyże nader często przenoszone były z pierwotnych miejsc ich umiejscowienia w odległe miejsca. Wykorzystywane były na cmentarzach, w parkach i ogrodach. Niejednokrotnie posłużyły jako tani materiał kamieniarski przy wznoszeniu nowych krzyży lub budowli. Przykładem jest Bytom Odrzański, gdzie kilka takich krzyży zostało wmurowane przy budowie wieży. Także na Ziemi Świętokrzyskiej można spotkać krzyże pokutne. Znajdują się w pobliżu Kielc, w Żernikach, w gminie Sobków, w powiecie jędrzejowskim.

Mówiąc o krzyżach i genealogii nie sposób nic nie powiedzieć o instytucjach, do których najczęściej zwracamy się listownie lub e-mailowo. Odpowiedzi na piśmie z tych instytucji są podstemplowane pieczątkami z wizerunkiem krzyża. Mają go liczne USC miast w których herbie jest krzyż.  Wykorzystują go także PCK, Policja i niektóre Towarzystwa Genealogiczne. Krzyż jest w logo; Warszawskiego i Ostrowskiego TG oraz ŚTG „Świętogen”. Podczas wertowania aktów spotykamy się z nazwiskami których krzyż stał się etymonem słowotwórczym. Oto niektóre z takich nazwisk; Krzyżak, Krzyżan, Krzyżaniak, Krzyżanowski, Krzyżeński, Krzyżewski, Krzyżkowiak, Krzyżosiak, Krzyżuk. Nie sposób nie wspomnieć też o licznych miejscowościach, które w swej nazwie mają ten znak. Są one rozsiane po całej Polsce. Zajmują kilka stron Słownika geograficznego Królestwa Polskiego; Krzyż, Krzyżaki, Krzyżanów, Krzyżanowice, Krzyżany, Krzyżowa… To tylko niektóre z nich. W naszym województwie też jest kilka takich miejscowości. Najbardziej jednak znane są; klasztor na Świętym Krzyżu i ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe.

Dzisiaj proste krzyże stają się niepopularne. Dla części ludzi są wręcz passe. Wykorzystywane są też nader często do niemających nic wspólnego z religią celów. (Amber Gold, faszyści, sataniści, Ku-Klux-Klan skinheadzi). Ostatnio zapanowała moda na ich usuwanie. Niektórzy chętnie posprzątaliby je wszystkie. Myślę, że nie trzeba odgórnych zaleceń, decyzji, poleceń do ich usuwania. Krzyże starzeją się, niszczeją i same znikają z polskiego krajobrazu. Taka jest kolej rzeczy. Trzeba robić wszystko by swym działaniem nie przyczyniać się do powstawania nowych krzyży. Myślę tu o krzyżach stawianych na miejscu wypadków komunikacyjnych oraz o opisywanych powyżej przyczynach stawiania krzyży – prześladowania, wojny, zarazy, powstania.

Jerzy Wnukbauma

 

Kochać? Nie kochać?

Kochać? Nie kochać?

 

Wkrótce dekada w Świętogenie. Okrągły jubileusz jest zawsze okazją do świętowania i zadumy. To czas robienia podsumowań, czas rozpamiętywania i retrospekcji. Cofnę się więc w czasie i wrócę do moich początków; do wykopalisk liczących sobie tyle lat co nasz jubilat. Bo moja przygoda z genealogią zaczęła się też dziesięć lat temu. Wtedy to w Internecie znalazłem całą linię swoich przodków po kądzieli. Nie przeszkadzało mi, że to nie była moja praca i że ściągam od kogoś gotowca. Liczyło się tylko to, że na tacy dostaję bonus w postaci niemieckich przodków po matce. Całą gałąź, aż do 6xpradziadka. Uczucie jakiego wtedy doznałem jest trudne do opisania. Wstąpiło wtedy coś we mnie, dostałem powera i poczułem potrzebę zgłębienia wiedzy o swoich korzeniach. Konsekwencją było wstąpienie do „Świętogenu”.

 

Co się od tamtego czasu zmieniło? Czy jestem mądrzejszy? Minęło dziesięć lat i w dalszym ciągu wiem, że zbyt mało wiem. Nadal istnieje szereg białych plam, a odnalezienie nowych dokumentów budzi szereg nowych pytań. Faktem jest, że dzisiaj znacznie lepiej poruszam się po meandrach genealogii i z całą pewnością dziś mogę powiedzieć; -Duchem, czuję się o dziesięć lat młodszy.

 

Pytanie postawione w tytule, nie jest [broń Boże] moim rozrachunkiem z przeszłością, ani też metafizycznym rozważaniem w sensie być albo nie być? Kocham wszystkich moich przodków bez najmniejszego wyjątku. Nie różnicuję nikogo. W tytule nie posługuję się też żadnym kluczem i nikogo nie namawiam do pokochania Niemców. Pytanie to zadaję wyłącznie sobie i to w kontekście kochać to co robię, czy szkoda na to czasu i rzucić to w cholerę. Zadanie dla wróżki? Zabawię się więc we wróża. Zerwę kwiat i zacznę obrywać z niego płatek, po płatku.

Niemieckie osadnictwo w Galicji. Ostsiedlung.

Zacznę od początku. Od historii niemieckiej kolonizacji na ziemiach polskich. W zasadzie mógłbym pominąć ten wstęp. Po sobie jednak wiem, że należy się parę słów wprowadzenia. Sam, trzydzieści, czterdzieści lat temu o kolonistach niemieckich, sądziłem, że „wpieprzyły się do nas pieprzone szkopy”. Jak słychać i widać – język mówi sam za siebie. Przekazuje mój dawny stan emocji. Dzisiaj, gdy na ten temat wiem nieco więcej, zmieniłem zdanie i już tak nie uważam. Dziś z tamtego młodzieńczego rozumowania zgadzają się tylko szkopy (w rozumieniu Niemcy). Dziś w stosunku do kolonistów niemieckich nie używam epitetu pieprzeni. Zmieniłem też zdanie co do ich wtargnięcia. Byli tu zapraszani, a ówczesna Polska była dla nich saksami.

Co mówią na ten temat źródła?

Ostsiedlung, to nic innego jak stopniowe przemieszczanie się ludności niemieckiej na obszary wschodnie zamieszkałe przez Słowian. Proces ten był znacznie rozłożony w czasie i z różnym nasileniem przebiegał na różnych terenach. W państwach, które przyjęły chrześcijaństwo i które zostały uznane przez Rzym, osiedlenie przebiegało pokojowo. Natomiast kolonizacja na terenach zamieszkałych przez pogańskich Słowian, miała charakter podboju ziem. Proces ten nabrał nieznacznie tempa pod wpływem zakonu krzyżackiego. Zwolnił nieco pod wpływem klęski pod Grunwaldem i czarnej śmierci.

 

Na terenach Galicji, pierwsze osiedlenia niemieckich grup datuje się na VIII wiek, a pierwsza nieco większa fala osadników niemieckich na te tereny, nastąpiła w późnym średniowieczu – po przyłączeniu do Polski przez Kazimierza Wielkiego Rusi Czerwonej. Wcześniej terenami tymi władali książęta Rusi. Ziemie doliny Wisłoka, dzisiaj okolice Rzeszowa, Łańcuta, Krosna były słabo zamieszkałe, porośnięte gęstymi lasami. Na tych terenach królowała; Puszcza Karpacka i Puszcza Sandomierska. Po przyłączeniu Rusi Czerwonej do Polski, Kazimierz Wielki rozpoczął na tych terenach akcję osadniczą. Z tego okresu pochodzą dwa silne skupiska ludności pochodzenia niemieckiego w okolicach Łańcuta i Sanoka. Wtedy to założono min. Rzeszów i  Łańcut. Stara nazwa Łańcuta w tamtym okresie, brzmiała Landschut identycznie jak nazwa miasta skąd przybyli osadnicy. O cechach kolonii nie decydowała liczba niemieckich osadników, lecz monarcha i miejscowi władcy.

Także w późniejszym okresie, ludność niemiecka zachęcana przez miejscowych władców, napływała do miast Galicji. Mieli oni własne kościoły i swych kapłanów. Dla ciekawości powiem, że niektóre Polskie miasta, w tym Kraków, sprawiały wrażenie miast niemieckich. Przypomnę tu, że Kościół Mariacki w Krakowie początkowo należał do gminy niemieckiej. Na początku XVI wieku polscy rajcowie zaczęli domagać się spolszczenia kościoła. W 1537 roku Zygmunt I wydał edykt ograniczający niemieckie nabożeństwa do poobiednich. Także niektóre drewniane zabytki budownictwa sakralnego zaliczane są do pomników kultury niemieckiej z tamtego okresu. Należą do nich między innymi drewniane kościoły w Haczowie i Dębnie.

Z czasem niemieccy koloniści zasymilowali się z miejscową ludnością do tego stopnia, że zatracili swoją mowę i pismo, przejmując mowę i zwyczaje od rdzennej ludności. Określano ich mianem głuchoniemcy (taubdeutsche). Pozostawili po sobie spuściznę w języku polskim – liczne zapożyczenia. Dziś, mówiąc czy pisząc, nie zdajemy sobie sprawy, że posługujemy się zapożyczeniami z języka niemieckiego. Wyrazy te często traktujemy jak stare, polskie nazwy. Dla przykładu niektóre z nich. Średniowieczny rozkwit miast na prawie magdeburskim, a wiec niemieckim, zaowocował  takimi urzędniczymi stanowiskami jak; burmistrz, radny, kanclerz, wójt, sołtys,… Architektura miast wzbogaciła się o; krużganek, jarmark, rynek, szyld, grunt, rynsztok, handel, kiermasz, knajpa, szpital, plac, lamus. W domach mieszkalnych jest strych, rynny, furtki, ganek, wanna, wazon… Kuchnia zyskała szynkę, kartofle, brytfanny, chleb, cukier, sól, olej, knedle, Aby nie było za pięknie. Do naszej mowy weszły także nowe słowa pochodzące z języka niemieckiego; fałsz, gwałt, ofiara, plądrować, pręgierz, rabunek, szajs, szmalcownik, szpicel, szwindel, zaszlachtować, żołdak… Na koniec trochę niemieckich zapożyczeń z naszego, genealogicznego podwórka. W genealogii oprócz imion i nazwisk typowo niemieckich, często posługujemy się niemieckimi zapożyczeniami jak – szlachcic, herb, szwagier… Według naszego rodzimego językoznawcy dr Janusza Wróblewskiego, pierwsze nazwiska noszące przymiotnikową strukturę zakończoną na -ski pojawiły się na zachodzie, gdzie funkcjonowała administracja niemiecka. Niemieccy koloniści którzy przybywali do nas i asymilowali się z Polakami dokonywali dosłownego tłumaczenia zawodów i dodawali do nich końcówkę -ski, która tworzyła strukturę nazwiska. Dzisiaj nie sposób dowiedzieć się czy Młynarski to nie dawny Muller czyli młynarz, a Kowalski to nie potomek Szmieda czyli kowala.

Gorącą zwolenniczką kolonizowania biednych, zacofanych terenów Galicji była cesarzowa Maria Teresa – matka Józefa II. Akcje przeprowadzane przez nią, od jej imienia zwane były kolonizacją teresińską. Od wcześniejszych średniowiecznych akcji kolonizacyjnych, były znacznie lepiej zorganizowane, zalegalizowane prawnie i obejmowały w głównej mierze katolickich kupców i rzemieślników, którzy byli zachęcani do osiedlania się w galicyjskich miastach bez żadnych ograniczeń. Dla kupców i rzemieślników protestanckich, patent kolonizacyjny opiewał na cztery wyznaczone miasta; Lwów,  Jarosław, Zamość i Zaleszczyki. Koloniści niemieccy mieli duży wpływ na rozwój rzemiosła. Dzisiaj jeszcze w języku polskim funkcjonują niemieckie nazwy niektórych powszechnie używanych narzędzi. Z biegiem lat i ci niemieccy osadnicy ulegli asymilacji z miejscową polską ludnością.

Pierwsza w pełni udana, zaplanowana i przeprowadzona na znacznie większą skalę akcja mająca na celu zasiedlenie ludnością niemiecką terenów dawnej Galicji przeprowadzona była przez syna Marii Teresy, Cesarza Austro-Węgier, Józefa II. Stąd jej nazwa – kolonizacja józefińska. Nosiła ona już cechy obco narodowościowej ekspansji. Podpisany przez cesarza patent cesarski z 17 września 1781 roku, rozpoczął kolonizację Galicji na szeroką skalę włączając w nią oprócz dotychczasowego osadnictwa miejskiego także kolonizację rolniczą. Nieco późniejszy patent z listopada tegoż roku dopuszczał na terenach byłych ziem Polskich także osadnictwo protestantów. Kolonizując te tereny, Cesarz  zamierzał doprowadzić te biedne, słabo zaludnione tereny do stopniowego rozwoju. Chciał dobrze a wyszło jak zawsze. W kolejnych latach w śród rdzennej ludności nasilała się bieda, głód, pogorszenie sytuacji społecznej, zwłaszcza na wsiach i w konsekwencji Rzeź Galicyjska zwana także Rabacją lub Powstaniem Szeli.

Odrębnym okresem mającym największy, negatywny wpływ na postrzeganie całego procesu niemieckiej kolonizacji był okres zaborów oraz I i II Wojny Światowej. Głównie pod wpływem obu wojen w naszej świadomości zachowały się negatywne oceny osadnictwa niemieckiego. Nic dziwnego, bo niektórzy koloniści przyczynili się do wielu krzywd wobec swych sąsiadów. Przez nich niektórzy Polacy byli więzieni w obozach a dla wielu po burzy nie wzeszło już słońce. Koloniści brali też udział w łapankach i eksterminacji Polaków i Żydów. W woj. świętokrzyskim w okolicach  Łopuszna w Skałce Polskiej , 11 maja 1943 doszło do pacyfikacji wsi. Oddziały niemieckie wspierane przez uzbrojonych volksdeutschów spacyfikowały wieś. Mienie ofiar zagarnęli miejscowi  folksdojcze z sąsiedniego Antonielowa. Wieś spalono. Zamordowano wtedy 91 osób. Czas  goi rany? W końcu, nie takie rzeczy działy się nawet w najlepszych rodzinach.

Jerzy Wnukbauma