Czekając na koniec pandemii.

Jeszcze trochę moi mili,

doczekamy się tej chwili,

że Kornelia nam obwieści,

informację takiej treści; –

– „Dość kwarantann, dość odludzia!

Czas się spotkać, wypić brudzia,

porozmawiać o normalce

w muzealnej małej salce.”

 

Jeszcze trochę cierpliwości

i normalność znów zagości.

Nic nas w domach nie uziemi,

odetchniemy po pandemii,

zaprosimy sympatyków,

nowicjuszy i praktyków.

Bądźmy cierpliwi Panie i Panowie

aż Prezes te słowa nam powie.

Jerzy Wnukbauma

 

 

O co tu biega?

Zdarza się, że przeglądając archiwalne księgi, od czasu do czasu w moje ręce wpadnie jakiś ciekawy akt. Na czym polega ich wyjątkowość? Różnie. Czasami w niektórych aktach są słynne, lub obcobrzmiące, niepospolite nazwiska. Czasem znane, lub wyjątkowe miejsce urodzenia. Zdarza się, że natrafię na wyszukane, wręcz rokokowe zawijasy podpisów osób stawiających, lub księży. Osobliwością są także stare, lakowe pieczęcie, ozdobne druki i rękopisy. Najczęściej natrafiam jednak na nietuzinkowy zawód (patrz niedawno opisywany miśkarz). Nie jest tego dużo. W całym gąszczu przejrzanych przeze mnie dokumentów, trafiają się tylko pojedyncze okazy. Chciałoby się więcej, ale ktoś na górze rozsądnie dozuje mi związane z nimi przyjemności. Pewnie dlatego by mi się w tyłku nie przewróciło. Przeróżnie reaguję na takie znaleziska. Zależy od ich rangi. Ostatnio dzięki jednemu aktowi, a dokładniej mówiąc, opisowi Pana Młodego w tym akcie, poczułem się uczestnikiem escape roomu. Rzuciłem wszystko by poświęcić mu wiele cennego czasu na wertowanie słowników i czytanie internetowej „wiedzy”. Jakaś wewnętrzna siła nie pozwalała mi zająć się kolejnymi stronami księgi, dopóki nie uporam się z tą zagadką. Kto by pomyślał, że jeden dłuższy wpis, którego w zasadzie nie powinno być w tym akcie, może mieć taką siłę sprawczą. Poniżej postaram się napisać o co konkretnie chodzi. Mam nadzieję, że poniższym artykułem zainteresuję również Państwa. Zastrzegam sobie jednak honorowe wyjście – Jakby coś było nie tak (z moim tłumaczeniem i interpretacją zapisu) – to jest to wyłącznie wina księdza.

We wszystkich, no, prawie wszystkich aktach małżeństw, po nazwisku Pana Młodego występuje szablonowy wpis księdza określający jego stan cywilny (kawaler lub wdowiec). Później wykonywany zawód, wiek, imiona rodziców, miejsce urodzenia i obecnego zamieszkiwania. To wszystko zapisane jest ciurkiem. Po przecinku i z małej litery. W większości aktów typowa sztampa. Wzorcowa kalka. Poprzestawianie w którymś akcie, choćby tylko szyku określeń, zapala w każdym kto to czyta czerwoną lampkę. Zaczyna się czytać wolniej i uważniej. Tak było niedawno ze mną podczas indeksacji, gdy zauważyłem szereg odbiegających od wzoru określeń. No i zaczęła się burza mózgu.

…kawaler, wyrobnik, (robotnik dniówkowy), szeregowy (zwykły), urlopowany (zwolniony), mający (posiadający) bilet żółtego koloru. 29 lat syn…. itd. Niby wszystko ok. ale… Skąd ten bilet? Znalezisko to spuentowałem słowami z filmu Machulskiego – Ja tu widzę siostry, że wy niezły burdel macie w tym swoim Archeo. Odłożyłem indeksację i zająłem się poszukiwaniem informacji o bilecie żółtego koloru. Ciekawiło mnie co to jest, z czym to się je i jakie warunki musiały być spełnione, by cieszyć się jego posiadaniem. Po kilku chwilach czytania uświadomiłem sobie, że tak mało wiem o naszych babkach. Z racji obszerności tematu postaram się opisać go tutaj krótko i zwięźle. Zagadnienie o którym napiszę jest stare jak świat, dlatego ograniczę się do okresu w którym spisany był ów akt – do lat młodości naszych pra i praprababek.

Żółty bilet, lub bilet żółtego koloru w carskiej Rosji i co za tym idzie na ziemiach Polski pod rosyjskim zaborem, był dokumentem. Trzy w jednym – legitymacją, pozwoleniem i kartą medyczną wydawaną prostytutkom przez carską policję. Zaopatrzone w taki bilet panie miały zarówno swoje prawa jak też obowiązki. Po raz pierwszy w dziejach Rosji prostytucja zalegalizowana została 1843 roku. Wtedy też w Petersburgu powstał pierwszy zalegalizowany dom publiczny. W rzeczywistości przebiegło to tak – Policja wyłapała panie. Spisano i poddano kontroli medycznej wszystkie „dziewczęta”. Zdrowym i chętnym wydano bilet uprawniający do świadczenia usług seksualnych. Chore i brzydkie wysłano do Irkucka. Co jakiś czas bilet ten musiał być przedłużany na posterunku policji. Bez ważnego, przedłużonego biletu nie wolno było świadczyć płatnych usług w całej Rosji. Także w Królestwie Polskim, które było częścią carskiego Imperium. Tyle o bilecie. O kobietach przemilczę. Były przecież czyimiś; córkami, siostrami, kuzynkami, a niektóre; żonami i matkami.

Medyczna wkładka do żółtego biletu.

W zasadzie mógłbym na tym już skończyć. Zastanawiam się jednak dlaczego wzmianka o żółtym bilecie znalazła się przy Panu Młodym, tj. męskiej stronie zawartego związku? Nie mam pewności co do poprawności mojego tłumaczenia. Ot choćby wyraz riadowym w moim rozumieniu to szeregowy. Od riad – rząd, szereg) Poprawnie było by wpisać czastnyj i wiadomo, że chodzi o żołnierza najniższej rangi, urlopowanego a raczej zwolnionego z wojska. Według mnie zwolnienie jest tu bardziej trafne. Wynika z wcześniejszej wzmianki o wykonywanym zawodzie (podienszczyk). Urlopowany żołnierz nie podjąłby raczej pracy zarobkowej. Był uposażony i z tego co wiem, nie mógł raczej podjąć pracy. Być może kluczem nie jest dokładne, lecz bardziej intuicyjne przetłumaczenie fragmentu tego aktu. Nie mam zielonego pojęcia, czy podążam prawidłowym tropem. Być może w tym przypadku nie jest to żółty bilet, a raczej zwolnienie z wojska na podstawie żółtych papierów. Ale! Czy wtedy ksiądz udzieliłby mu ślub? Wykluczam sprawy o których dzisiaj jest głośno za sprawą filmów braci Sekielskich. Nie mogę jednak z całą pewnością tego wykluczyć.

Dlaczego piszę o pedofilach w Kościele?

Bo chcę mieć pewność, że w każdą niedzielę

przyjmując z rąk księdza komunię do ust,

ksiądz ten nie łapał dziewcząt za biust,

nie penetrował w pipce, lub w pupie.

Nie wiem dlaczego? Może to głupie?

Lecz mam wrażenie, że miast Ciała Pana,

ksiądz taki daje komuś szatana.

Tak! Chcę mieć pewność, że z mojej świątyni

ksiądz nigdy takich rzeczy nie czyni,

że biskup nie zmiecie sprawy naprędce –

Idź! (na inną parafię) I nie grzesz więcej?

 

Życzę wszystkim zdrowia i doczekania lepszych, pod każdym względem i zdrowszych czasów.

Jerzy Wnukbauma.

Ab ovo.

Nie mogłem zasnąć. Liczenie baranów na mnie nie działa. Ze środków nasennych preferuję tylko łyk destylowanego napoju z regionu Cognac. Przewracałem się z boku na bok. Do barku nie podchodzę, bo żona coś wspomniała o wyrwanej z dupy nodze. Kiedy byłem dzieckiem, nie cierpiałem na bezsenność. Gdy nie mogłem zasnąć zjawiała się moja matka, dawała mi mojego ulubionego misia, zanuciła kołysankę i już po chwili byłem w ramionach Orfeusza. Później, gdy byłem starszy i umiałem czytać, łatwo zasypiałem przy czytaniu bajek. Wtedy też, mój ukochany miś poszedł w odstawkę. Straciłem go z oczu na wiele lat. Nie wiedziałem, że zaopiekowała się nim moja matka. Wyciągnęła moją przytulankę z czeluści szafy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Mój stary miś posłużył jeszcze moim dzieciom i bratankom. Przetrzymał dwa pokolenia małych rączek stworzonych do niszczenia zabawek. Dobra, profesjonalna robota. Pomimo tego, że był niezniszczalny, wylądował na śmietniku. Dzisiaj kręcę się i nie mogę zasnąć, bo zastanawiam się, jak nazywa się ktoś kto robi misie dla dzieci. Lalki robi lalkarz. Rozumując analogicznie to miśki robi… Nie! Nie idźmy tą drogą.

Miśkarz nie robił zabawek. Miśkarz był osobą zajmującą się miśkowaniem, czyli kastracją zwierząt. Miśkowanie to potocznie używany termin chirurgicznego zabiegu pozbawienia samców zdolności rozmnażania się. Najczęściej miśkowane były małe knurki. Zauważono bowiem, że kastrowane knurki szybciej przybierały na wadze, a ich mięso uwolnione było od przykrego knurzego zapachu. Zapach ten jest efektem nagromadzenia się dużych ilości „męskiego” hormonu płciowego produkowanego przez jądra. Gromadzi się on w tkankach tłuszczowych, ponieważ jest łatwo rozpuszczalny w tłuszczach.

Miśkarz był zawodem poszukiwanym. Wiodło im się dobrze. W odróżnieniu od wyśmiewanych i poniżanych pracowników zajmujących się trzodą chlewną (pastuchów świń, świniarków, świniopasów, świniarzy, świniarczyków), profesja miśkarza budziła respekt. Miśkarze należeli do wyższego stanu społeczności wiejskiej. Pozostawali zawsze ludźmi luźnymi, tj. wędrującymi od wsi do wsi, od dworu do dworu, oferując swoje usługi z zakresu…(?) Tu potrzebna jest chwila zastanowienia gdyż miśkarze nie zajmowali się tylko i wyłącznie kastrowaniem zwierząt. We „wszystkowiedzącym” internecie znalazłem informacje, że miśkarze po kastracji zajmowali się kilkudniową opieką nad okaleczonymi przez nich knurkami. Utrzymywali rany w czystości i kontrolowali powstałe blizny. Odchodzili od wykastrowanych zwierząt,  gdy mieli pewność, że wszystko poszło po ich myśli. Leczyli też chore zwierzęta i pomagali chorym ludziom. Cieszyli się sławą wiejskich; zielarzy, lekarzy, znachorów, magów. Wyrywali bolące zęby i leczyli ziołami inne dolegliwości. Z racji swobodnego przemieszczania się po kraju pod zaborami, miśkarze byli także źródłem cennych informacji. Początkowo zawód ten wykonywany był przez Czechów, Niemców, Ślązaków. Ich wiedza weterynaryjna przekazywana była z ojca na syna. Wędrówkę zaczynali po Świętach Wielkanocnych. Wracali do domów przed zimą. Z czasem miśkowanie przejęli miejscowi przyuczeni chłopi. Współcześnie neutralizacje rozrodczości wykonują wyłącznie lekarze weterynarii. W czasach gdy w Polsce  powstawały nazwiska zawód ten dał początek takim nazwiskom jak; Miśkarz, Misiak, Misiewicz, Miśkiewicz, Miśkowicz i inne.

Przez tysiące lat stosowano też kastrację mężczyzn. Mężczyzn wytrzebiano w celu; upokorzenia pojmanych jeńców, karania więźniów, napiętnowania niewolników i wrogów. Tylko nieliczni mężczyźni oddawali dobrowolnie swoje klejnoty. Działo się tak przed laty w męskich klasztorach katolickich i prawosławnych. Mnisi poddawali się dobrowolnie okaleczeniu, by wyrzec się pokus i grzechu. W niektórych krajach biedota sprzedawała i poddawała kastracji swoje męskie potomstwo, by zapewnić mu lepsze życie. Kastraci byli strażnikami haremów na dworach; egipskich, bizantyjskich, perskich, osmańskich, chińskich, hinduskich. Eunuchowie obejmowali wysokie stanowiska państwowe i wojskowe, mieli wpływ na bieg spraw na dworach. Byli członkami straży przybocznych i opiekunami świątyń. Stanowiska te ustawiały eunuchów i ich rodziny na całe życie. Z powodu zakazu występowania kobiet na scenie w Państwie Kościelnym, papieżowi, kardynałom i biskupom czas umilały chóry kastratów. Po scenach Watykanu moda ta trafiła do oper całej Europy. W okresie największego rozkwitu opery, kastraci stanowili znaczny procent wszystkich śpiewaków. Ostatni taki sławny śpiewak zmarł w 1922 roku. Co mają kastraci do genealogii? Tylko tyle, że byli czyimiś; braćmi, stryjkami, wujkami, szwagrami, kuzynami… i siłą rzeczy znajdują się w drzewach genealogicznych. Nieco komicznie musiały wyglądać ich Święta Wielkanocne, gdy siedząc przy rodzinnym stole usłyszeli – „Podzielmy się teraz jajkami”. Ale bez jaj panowie i panie! Bez jaj!

Jerzy Wnukbauma.

Paradoks

Czas domowej kwarantanny. Korci mnie by pospacerować, spotykać się ze znajomymi, pogadać, pooddychać pełną piersią i poczuć się wolnym. A tu nuda. Wszechobecna pandemia. Brakuje mi trochę comiesięcznych świetogenowych spotkań. Tych normalnych, nie maseczkowych zebrań. Aby nie zwariować postanowiłem przygotować materiał na kolejne spotkanie ŚTG. Zaprezentuję go jednak już dzisiaj w dobie pandemii. Przekażę go bezpiecznie, bo w formie pisemnego artykułu. Nasze comiesięczne spotkania poprzedzają zazwyczaj krótkie informacje o ich terminie, prelegencie i temacie spotkania. Odstąpię od tej zasady, bo: *przedstawiać się nie muszę, *termin przeczytania go zależny od Was. Pozostaje mi tylko określić temat artykułu – nazwałem go „Ociupina sprzeczności”.

Szedłem w Warszawie po bulwarze, słoneczko grzeje, wiosna, więc marzę.

Korzystam z pierwszej, ciepłej okazji i puszczam wodze swojej fantazji.

Tutaj konkretnie w tym przypadku, myślami byłem przy moim dziadku.

Wyliczam przodków gdym tak chodził; Dziadek przed wojną tu ojca spłodził,

tu mieszkał ojciec mego dziadka… Ilość pradziadków dla mnie zagadka.

Dziś jest okazja więc ich policzę i przy okazji pamięć poćwiczę;

Każdy ma ojca i dwóch dziadków, czterech pradziadków i ośmiu prapra,

trzydziestu dwóch, sześćdziesiąt cztery…. Coś tu nie tak? Co do cholery?

Dalsze liczenie na nic się zda. Pomnażam tylko przed dziadkiem pra,

a gdybym mnożył numer przy dziadku, całą Warszawę miałbym w spadku.

Z punktu widzenia genealoga, nie tędy droga. Naszła mnie trwoga.

Może nie trwoga , lecz obawy, że wkrótce dotrę do Warsa i Sawy.

Na nic liczenie i dalszy mój trud, wszak Wars i Sawa wznieśli ten gród.

Zakradł się błąd? Coś jest nie tak? Może od Warsa policzę wspak.

Pewnie gdy zliczę Warsa wstępnych dojdę do wniosków już przystępnych.

Płyną minuty, mijają godziny, Warsowi rosną w rozmiar syny

i z mego liczenia Warsa plemię po kilku wiekach zaludnia Ziemię,

żeby w przyszłości jego dziedzice zaczęli życie gdzieś w galaktyce.

Pryma aprilis, omam, czy co? Przestałem liczyć idąc ulicą.

W pierwszy dzień wiosny nic po rozumie. Zakłopotany skryłem się w tłumie.

Naszły mnie zgoła inne obawy. Być może „moich” jest pół Warszawy.

Wiersz powstał w 2006 roku. Pisałem go na moim pierwszym, stacjonarnym komputerze w początkowym okresie moich genealogicznych zmagań. Opublikowałem go na genealodzy.pl w 2010 roku. Przypomniałem sobie o nim za sprawą tęsknoty za moimi wiosennymi spacerami po Warszawie. Dotyczy on genealogicznego paradoksu tj. z pozoru logicznych rozważań, które w końcu prowadzą do jednej wielkiej sprzeczności. Dla potrzeb wiersza ograniczyłem się w nim tylko do moich męskich przodków. Nie ująłem w nim naszych babek. Sorry moje babki, ale i bez Was moje teoretyzowanie tworzy nieskończony ciąg. Tą moją rymowaną wyliczankę oparłem na zasadzie ciągu geometrycznego tj. uporządkowanego ciągu liczb w którym każda kolejna liczba różni się od poprzedniej iloczynem wyrazu poprzedniego. Liczenie takie, lawinowo doprowadza do niesamowitych astronomicznych cyfr. Z ciekawości brniemy w pomnażaniu przodków, aż do chwili gdy dojdziemy do zaskakujących i sprzecznych wniosków. Sytuacja pozornie możliwa, staje się nierealna z chwilą gdy uświadomimy sobie, że na kuli ziemskiej nigdy nie żyło tylu ludzi. Wyliczanka będzie bardziej bezowocna i nierealna, gdy uświadomimy sobie, że naukowcy wskazują na małą grupkę homo sapiens żyjącą w Afryce, która rozprzestrzeniając się po naszej planecie, dała obecny kształt życia ludzi na Ziemi. Moja religia zacieśnia tą grupę tylko do dwóch osób – do Adama i Ewy.

Jak przebiega takie liczenie? Prosto. Każdy ma ojca i matkę, czwórkę dziadków i ośmiu pradziadków, szesnaście 2xpradziadków, trzydziestu dwóch 3x pradziadków, sześćdziesiąt cztery 4xpradziadków, sto dwadzieścia osiem 5xpradziadków, dwieście pięćdziesiąt sześciu 6xpradziadków, pięćset dwunastu 7xpradziadków, tysiąc dwadzieścia cztery 8xpra, dwa tysiące czterdzieści osiem 9xpra, cztery tysiące dziewięćdziesiąt sześciu 10xpra, osiem tysięcy stu dziewięćdziesięciu dwóch 11xpra, 16384, 32768, 65536, 131072… itd., itd. Z czasem dalsze liczenie staje się nudne. Nie chce się nawet dodawać wyróżnika ileś tam razy pra które przecież świadczy o tym, że nie są to tylko suche liczby, lecz konkretni nasi przodkowie. Ludzie z krwi i kości tworzący przeogromne rozmiary genealogicznych drzew na przestrzeni wieków. Licząc tak, powielimy swoich przodków do; bilionów, biliardów, trylionów… Wyliczanie w moim wierszu skończyłem na 64 przodkach. Bo tak mi się pięknie zrymowało. Liczenie wspak od Adama i Ewy, a w moim przypadku od Warsa i Sawy, nie wniesie nic konkretnego. Na samym początku skażone będzie błędem, ale… pozwoli lepiej zrozumieć zjawisko zwane ubytkiem, lub ubywaniem przodków. Dla lepszego zrozumienia moje rozważania zacznę od związków między bliskimi członkami w grupie. Takim swoistym pokrywaniu wszystkiego co się wokół rusza. O endogamii i egzogamii. Endogamia polegała  na dobieraniu się w pary i prokreacji w obszarowo zamkniętych grupach etnicznych w celu zabezpieczenia jej przed utratą jej członków. Egzogamia zakazywała związków kazirodczych i nakazywała systematyczną wymianę kobiet (i mężczyzn) między tymi samymi grupami egzogamicznymi. O takim doborze decydowała starszyzna. Z chwilą przyrostu i rozprzestrzeniania się ludności, łatwiej było o dobór niespokrewnionego partnera. Omawiane związki zachodziły coraz rzadziej.

Rozprzestrzenienie się ludności na kuli ziemskiej, nie wyklucza innego zjawiska zwanego ubytkiem przodków. Występował on i nadal występuje w drzewach genealogicznych każdego z nas. Możemy o nim nie wiedzieć, gdy zjawisko takie występowało w czasach w których nie było, bądź nie zachowały się źródła i nie sposób go udowodnić. W mniej odległych czasach w których możemy dotrzeć do archiwalnych ksiąg i dokumentów ubytek przodków jest miłym (lub nie) zaskoczeniem dla każdego poszukiwacza korzeni. Polega ono na tym, że któryś z naszych xpradziadków jest wspólnym przodkiem dla nas w sensie mąż – żona, lub idąc w górę – naszych rodziców bądź dziadków, pradziadków… Dzieje się tak z kilku powodów. Ubytek ten powodowany był świadomie i nieświadomie. Występował nieświadomie, gdyż z czasem potomkowie blisko ze sobą powiązanych rodziców lub dziadków zapominają, lub niewiedzą, że wiążą się ze swoimi dalszymi krewnymi lub kuzynami. Świadomie natomiast był inicjowany w ramach bliskiego pokrewieństwa w rodzinach królewskich, arystokratycznych i bogatszych kręgach społecznych. Celowemu doborowi spokrewnionych małżonków, przyświecało pragnienie nierozłączności, niedzielenia a wręcz pomnożenia majątku. Ubytkowi przodków sprzyja zasiedziały tryb życia. Dawne osady, wioski, parafie, były wielkim kotłem wspólnych genów osób ze sobą spowinowaconych i skoligaconych. Krewnych i pociotków, piątych, siódmych czy dziesiątych wód po kisielu.

Nie możemy też wykluczyć w naszych drzewach genealogicznych na przestrzeni wieków, związków kazirodczych. Choć termin ten powoduje strach i niechęć do dalszych poszukiwań swoich korzeni, jest wielce prawdopodobny. O dzieciach tak poczętych wspomniałem na spotkaniu ŚTG prezentując w lutym tego roku temat „Trup w szafie”. W dawnych księgach metrykalnych możemy natknąć się na termin pater incestuus – ojciec kazirodczy. Dzieci związków kazirodczych (liberi incestuosi) są dziećmi poczętymi ze związków pary spokrewnionej. W kościele katolickim definicja ta zmieniała się przez wieki. Istniała różnica między prawem kanonicznym a prawem cywilnym. Kiedyś za związek kazirodczy kościół uważał nawet stosunki osób  spokrewnionych w czwartym stopniu prawa kanonicznego, oraz osób spowinowaconych ze sobą bez żadnych związków krwi. Jak sami widzicie – strachu nie ma. Chyba, że zaszła koicja między rodzeństwem, rodzicami a ich dziećmi, lub dziadkami a wnukami. Fe! O starych prawach pierwszej nocy, sororacie i lawiracie tylko wspomnę. Tak poczętych przodków niech doszukują się zwolennicy genealogii genetycznej. Życzę powodzenia.

W moim drzewie genealogicznym po kądzieli, po za jednym przypadkiem, nie doszukałem się większego ubytku przodków. Mógł on zaistnieć i prawdopodobnie zaistniał w okresie w którym nie zachowały się archiwalne źródła. Dość bliskie relacje rodzinne występują natomiast w rodowodzie mojej ojczystej babki Felicji z domu Krośnicka. Są one dobrze udokumentowane. Przodkowie po mieczu mojej babki wywodzą się ze starego rodu mazowieckiej szlachty. Ich miejscem rodowym były Krośnice. Miejscowość w parafii Lekowo leżąca na trasie kolejowej między Ciechanowem a Mławą. Mężczyźni z tego rodu żenili się z okolicznymi szlachciankami głównie z dwóch powodów. Pierwszym był majątek; ziemia, bydło, posag, dożywocia. Drugim powodem wynikającym z pierwszego, było ówczesne prawo zabraniające szlachcicowi bądź szlachciance poślubienia kogoś ze stanu niższego. Stabilizacja małżeńska stanowiła warunek przetrwania i stabilności własności szlacheckiej. Uczucie odgrywało drugoplanową rolę. Seks miał służyć wyłącznie rozmnażaniu, a nie przyjemności. Pośród zawierających związek małżeński z Krośnickimi powtarzają się nazwiska okolicznej szlachty; Smoleńscy, Milewscy, Stryjewscy, Olszewscy, Żmijewscy, Gogolewscy, Pszczółkowscy, Kołakowscy, Szczepkowscy, Szymborscy, Czarzaści, Purzyccy, Zembrzuscy… Wystarczy jeden rzut oka na mapie na okoliczne wioski i wszystko jasne. Większość z nich jest rodowymi siedzibami sąsiadów moich przodków Krośnickich. Część wymienionych nazwisk występuje także w Warszawskiej linii rodu Krośnickich. Nie zauważyłem drastycznego załamania rodowodu w rodzie mojej babki. Dostrzegalny natomiast jest długotrwały proces jej zubożenia w rodowej posiadłości. Z czasem staną się „dziedzicami swej części na Krośnicach”. Nie przeszkadza to ich krewnym być dziedzicami i dziedziczkami w okolicznych majątkach szlacheckich.

W tym temacie to by było na tyle! Przez pandemię, a dokładniej mówiąc przez przedłużający się okres kwarantanny, mój stan zdrowia powoli wchodzi w etap choroby współistniejącej tzn. – Cholera mnie bierze! Za sprawą wnuka, muszę zaprzestać pisania. Poprosiłem zstępnego o przeczytanie mojego artykułu. Wymigał się brakiem czasu. Spytał tylko o czym piszę. Odpowiedziałem, że o ubywaniu przodków. Roześmiał się tylko i powiedział – Dziadek weź to na klatę! W tym wieku faceci tak mają. Miałbyś problem gdyby ci ubywało tyłków. Siedziałbyś teraz u proktologa. Początkowo nie zaskoczyłem o co chodzi. Po chwili dotarło do mnie. Nie czytając artykułu, krytycznie go ocenzurował. Dlaczego? Bo lekarz tej specjalności jest – do dupy. Przestaję pisać. Życzę zdrowia i wytrwałości.

Jerzy Wnukbauma.

Niespodziewany zgon.

Zbliża się piąta rocznica śmierci  Jerzego Kowalczyka, kielczanina, historyka, pasjonaty powstania styczniowego. Autora internetowej strony http://powstanie1863.zsi.kielce.pl poświęconej powstaniu styczniowemu na naszym terenie. To za sprawą tej redagowanej i prowadzonej przez pana Jerzego strony miałem okazję uścisnąć mu dłoń. Celowo nie piszę, że miałem okazję go poznać. Nasze fizyczne spotkanie trwało krótko. Ograniczyło się tylko do wymiany kilku zdań i przekazaniu mu kilku zdjęć „mojego powstańca”. Nasza wcześniejsza znajomość trwała dłużej i polegała na korespondencyjnej wymianie wiedzy o „moim” powstańcu – Macieju Wojtali. Dziś przypomniałem sobie o panu Kowalczyku za sprawą kilku aktów zgonów, na jakie natrafiłem przy indeksowaniu parafii Sędziszów.

Indeksując akty zgonów z 1864 roku w parafii Sędziszów uwagę moją przykuło dziewięć na pozór niczym nie różniących się od innych, występujących po sobie aktów zgonów. Aktów, według mnie, związanych z jakimś wydarzeniem na tym terenie. Data, miejsce zgonu, oraz osoby zgłaszające, we wszystkich tych aktach są identyczne. To nie wygląda na przypadek. Zważając na datę zgonów 31.01.1874 r. (to okres powstania styczniowego), w grę mogła wchodzić jakaś powstańcza potyczka. Pochyliłem się nad tym tematem i zacząłem zbierać informację o Sędziszowie w okresie powstania styczniowego. Niestety, znalezione przeze mnie źródła historyczne nie wskazywały na taki fakt. Sięgnąłem więc do znanych mi internetowych źródeł; to jest do wspomnianej wcześniej http://powstanie1863.zsi.kielce.pl oraz do równie interesującej https://genealogia.okiem.pl

Pomocnym w poszukiwaniach okazał się tylko jeden z dziewięciu aktów zgonu. To po nim jak po sznurku dotarłem do informacji o tym wydarzeniu. Nazwiska innych zmarłych nie występują w internetowych wyszukiwarkach powstańców styczniowych. W aktach zgonów trzech osób zamiast nazwisk, widnieje w niczym niepomocne NN               

Jest to akt zgonu Romana Russockiego, syna właściciela majątku Sędziszów Kwiryna Russockiego h. Zadora, oficera i uczestnika powstania listopadowego, oraz jego małżonki Teodory z Walewskich. Co o rodzinie Rusockich pisze Jerzy Kowalczyk? Na prowadzonej przez niego stronie można przeczytać;

„Od roku 1845 właścicielem Sędziszowa był Kwiryn Russocki h Zadora, podczas powstania listopadowego porucznik jazdy krakowskiej, odznaczony Orderem Virtuti Militari w dniu 15.IX.1831 r. W dobrach sędziszowskich był propagatorem nowoczesnego rolnictwa. W okresie powstania styczniowego również zaangażował się w działalność patriotyczną: w organizacji cywilnej był naczelnikiem okręgu Słupia Jędrzejowska”.

W powstaniu styczniowym walczył starszy syn Kwiryna Konstanty Russowski. Początkowo walczył on pod rozkazami Kurowskiego a później Langiewicza. Był ranny w bitwie na Grochowiskach. O drugim synu Kwiryna autor pisze:

„Drugi syn Kwiryna, Romuald Russocki (1835 – 1864) przypadkowo został zamordowany przez Kozaków w dniu 31 stycznia 1864 r. podczas utarczki pod Sędziszowem. Rtm Jan Mazaraki w swoich wspomnieniach (Pamiętnik…) opisał jak to po potyczce przy folwarku Rajsko, do dóbr Sędziszowa należącym, widział jak kilkunastu Kozaków pędziło galopem za szlachcicem przejeżdżającym wózkiem. Mazaraki z podwładnymi chciał udzielić pomocy – … ruszyliśmy kłusem. Dojechaliśmy tak do osady z kilku chałup złożonej; tam był młyn i jakieś zamożniejsze gospodarstwo, gdyż dwie stodoły, stajnia, budynek mieszkalny, a w środku dziedzińczyk; otóż w tym miejscu dopędzili kozacy szlachcica, którym był Roman Russocki, syn Kwiryna, zamordowali go tam z furmanem i obdarli do naga. Wpadliśmy na nich obces; ci kozacy, którzy siedzieli na koniach, uciekli, ci zaś, którzy byli na ziemi, zginęli; trzech odprzęgało od wózka konie, ci polegli, dwóch zaś, którzy zdarte z nieszczęśliwego człowieka futro i odzienie troczyli do kulbak, wpado nam w ręce i ci natychmiast na wierzbach tam będących powieszeni zostali. …”

Niby wszystko jasne. Dzięki ogromowi pracy jaką włożył p. Kowalczyk, dowiedziałem się jak i w jakich okolicznościach zginął Rommuald Russocki s. Kwiryna ale… Nadal nie wiem czy jest to jedna i ta sama osoba. W 1864 r. w akcie zgonu przy jego nazwisku ksiądz wpisał nieco inne imię zmarłego – Roman. Nie zgadza się także wiek. Romuald w chwili śmierci liczył sobie lat 28 lub 29 lat. Opracowanie śp. Jerzego Kowalczyka nie wyjaśnia także skąd w sędziszowskiej księdze zgonów pod datą 31.01.1864 r. znalazły się akty zgonu 8 innych powstańców. Dokładniej wyjaśnia to genealogia.okiem

          

Widzimy więc z powyższej relacji, że podczas potyczki pod Sędziszowem rotmistrz Jan Mazaraki stracił kilku zabitych i rannych. Natomiast autorzy powyższej informacji mijają się z prawdą pisząc o zamordowaniu bezbronnych dziedziców „Romualda i jego syna Kwiryna Rusockich i Teodorę z Walewskich, jadacych bryczką do Węgrzynowa.” Romuald był synem Kwiryna i Teodory. W chwili tragedii jego rodziców przy nim nie było. Oboje zmarli później.

Dla Romualda Russockiego i pozostałych 7 powstańców rotmistrza Mazarakiego; była to ostatnia niedziela. Dziewiątą ofiarą był miejscowy kucharz Jakub Piątek lat 21 syn Macieja i Brygidy z Trębaczów. Otwarty pozostaje temat zabitego woźnicy powożącego wóz. Oprócz dwóch miejscowych osób; szlachcica i kucharza, w aktach zgonu nie ma innych tutejszych osób. Nie ma najmniejszej wzmianki o woźnicy Według mnie z dziedzicem Sędziszowa bryczką jechał jego kucharz. Prawdopodobnie gotujący obiad dla powstańczego oddziału. Obaj prawdopodobnie uciekali z miejsca potyczki. Na pamiątkę tamtego wydarzenia siostra zabitego Teresa Russocka ufundowała krzyż z tablicą informacyjną. Fundatorka przeżyje kolejną tragedię. W czerwcu tegoż roku umrze jej dwuletnia córka.

                                               

Nie sposób nie wspomnieć o pozostałych zabitych powstańcach. O Nowakowskim, Swidzińskim, Kowalskim i Eliaszu Opoczyńskim. Być może ich nazwiska są tylko powstańczymi pseudonimami. Takiej wątpliwości nie ma w aktach zgonu 3 innych młodych mężczyzn. Oni figurują jako NN.

To tyle w temacie niespodziewanej śmierci. Zgodnie z zaleceniem siedzę w domu i nudzę się. Czy się boję? Tak! Mam wielkiego cykora. Boję się jak cholera; o siebie i o moich najbliższych. Stracham się nawet o to, co kiedyś po mnie zostanie. Kupa makulatury? Wykorzystuję czas domowej kwarantanny, porządkuję i zmieniam swoje zapiski na bardziej przyswajalny materiał dla moich zstępnych.

Oczekuję, że wkrótce ktoś na górze da znać do odegrania hejnału do odwrotu i wszystko wróci do normy. Kiedyś przed wieloma laty, głos kościelnych dzwonów nakazał powrót do domu z leśnej, morowej kwarantanny moim przodkom. Praprababka moja przed wyjściem z lasu zjadła ostatnią kromkę chleba z masłem. W powrotnej drodze na leśnej ścieżce napotkała myśliwego. Na zadane jej pytanie czy się nie boi, odpowiedziała mu, że nie – „Zarazy już nie ma, powystrzelałeś wszystkie wilki, a seks to owszem – lubię!” Życzę wszystkim, byście mogli się spotykać w szerokim rodzinnym gronie i pełną piersią zaśpiewać historię tamtej znajomości (mojej praprababki i myśliweczka) – „Szła dzieweczka do laseczka”.

Jerzy Wnukbauma.

 

Czym mierzyć pracę genealogów?

Czym mierzyć pracę genealogów?;

  • Ilością przestąpionych archiwów progów?
  • Sumą wpłaconych za akty „co łaska”?
  • W patach, sukcesach, czy może w fiaskach?
  • Kilometrami w zmęczonych nogach?
  • Paliwem spalonym na polskich drogach?
  • Rozmiarem drzew, tabel, wywodów?
  • Liczbą: urodzeń, zgonów, godów

krewnych po mieczu i po kisielu

spisanych w Wordzie lub w Excelu…?

  • Procentem ksiąg zindeksowanych?
  • Miarą lat swojej rodzinie zabranych?
  • Tomami ksiąg i starodruków?
  • Bajtami; postów, blogów, e-booków?
  • Poziomem spotkań, postów na forum?
  • Ryzami pism, rozpraw, variorum?
  • A może wszystko mierzyć jak leci

– w metrach sześciennych – miarą śmieci?

Jerzy Wnukbauma

 

Serce wie swoje.

Ilekroć przejeżdżam w pobliżu starej, od lat nieczynnej społemowskiej piekarni na Głęboczce, zastanawiam się w którym miejscu stał duży, drewniany dom, w którym mieszkała moja ojczysta babka. Dzisiaj w mojej pamięci zachowały się tylko nieliczne obrazy z rodzinnych wypadów na Głęboczkę; brukowana ulica Zagnańska, Superfosfaty, tartak, górujący nad całą okolicą stary szpital psychiatryczny… Wspomnieniom mym towarzyszy także smak pochłanianych po drodze pączków lub kajmaków. Zwieńczeniem podróży była krótka, gruntowa uliczka kończąca się tuż przy kolejowych torach. Na jej końcu stał dom w którym mieszkali moi krewni.

Kurcze! Co takiego jest w tym miejscu, że gdy jestem w jego pobliżu, za każdym razem mimowolnie mój wzrok kieruje się w jego stronę. Co takiego jest w tym zakątku, że nawet gdy jestem na drugim końcu świata, wracają dawne wspomnienia i ożywają w nich nieżyjący moi najbliżsi?  Co to za magia, że moim wspomnieniom towarzyszy odgłos przejeżdżających nieopodal pociągów oraz fabrycznych buczków ogłaszających fajrant w fabryce SHL? Co takiego sprawia, że dziś bezbłędnie rozpoznałbym zapachy tego miejsca; Superfosfatów, tartaku, piekarni i pobliskiej magistrali kolejowej. Co kryje w sobie ten niewielki skrawek ziemi przejęty przez rozbudowujący się KZWM, że moja cioteczna siostra, sześćdziesięcioletnia kobieta nie zważając na straż przemysłową, chce przeskoczyć zakładowy parkan? Co to za siła? Ta moc to nic innego jak duch miejsca – genius loci.

Co to jest genius loci? Dosłowne tłumaczenie to duch opiekuńczy miejsca. Jego łacińska nazwa sugeruje, że zjawisko jest stare jak świat. Ten martwy język doskonale oddziela istotę przyjaznego ducha od duchów które opuszczają ciało ludzkie i których należy się bać. Te w języku łacińskim nazwane są spiryt. Spirytus sanctus (powiew, tchnienie) to Duch Święty. Łacina jednak nie pokazuje istoty sprawy, bo w dosłownym tłumaczeniu genius to duch opiekuńczy. Wracamy więc z powrotem do punktu wyjścia – do ducha. Różnicę ducha w znaczeniu spiryt a genius doskonale wyjaśnia polszczyzna, gdyż w języku polskim słowo duch jest także określeniem cech natury ludzkiej; zapału, entuzjazmu, temperamentu, usposobienia, charakteru. I tak duch może być; bojowy, sprawczy, zwycięstwa, wolności. Ktoś może być wielkiego lub małego ducha. Ktoś może być nieobecny duchem. Można być Bogu ducha winnym, marzyć o czymś w skrytości ducha. Można spotkać się w duchu przyjaźni. Można stracić ducha, iść z duchem czasu, upaść na duchu, wyzionąć, lub oddać ducha. Może być duch czasu, duch świąt, duch opiekuńczy, duch miejsca. Gdy ostatni zgasi światło i zapanuje cisza, powiedzieć, że nie ma już żywego ducha i pożegnać się harcerskim okrzykiem – Czuj duch! Wyraz duch jest także członem słowotwórczym wyrazów takich jak; lekkoduch, łapiduch, pięknoduch, znajduch, zaduch, duchota. Powstałe w ten sposób nowe wyrazy  są określeniami pejoratywnymi tj. mającymi ujemny negatywny odcień. Nasz duch miejsca – to coś, co podobnie jak duch (spiryt) jest nieuchwytne, lecz przez nas odczuwalne. Zawarty jest w murach, przestrzeniach, rzeczach i ludziach, którzy je wypełniają (lub wypełniali) swoim życiem. Towarzyszy wszystkim ludziom, jednak różnie go odczuwamy i opisujemy.

Według słowników duch opiekuńczy miejsca nie posiada jednej, uniwersalnej definicji. Nie będę się silił na naukowe wyjaśnienia. Samo  pojecie „MIEJSCE” nie jest sprecyzowane. Dla każdego człowieka jest to inny obiekt zainteresowania. Dla ludzi zajmujących się poszukiwaniem swoich korzeni miejscem takim zazwyczaj są; dom rodzinny, ojcowizna, strony rodzinne, region, parafia, archiwum w którym znajdują się ślady pobytu naszych przodków. W naszym odczuciu, takie miejsca obdarzone są wyjątkowymi cechami  i w istotny sposób wpływają na naszą wyobraźnię. Nie wyklucza to faktu, że takich miejsc możemy mieć setki, oddalonych od siebie nawet o wiele kilometrów. Miejsc mających i nie mających nic wspólnego z naszymi korzeniami. Co się zaś tyczy ducha. Ducha opiekuna miejsca. To relacja zachodząca w nas samych. Relacja człowiek-miejsce. Są to te silne odczucia, które rodzą się gdy patrzymy lub tylko wspominamy takie miejsca.

Nie znaczy to jednak, że miejsca w których mieszka duch genius loci są wyjątkowe. Nie znajdują się w nich bliżej niepojęte miejsca mocy, promieniowanie kosmiczne, czakramy, lub jakieś inne anomalia fizyczne. Są to zazwyczaj zwykłe miejsca, mające swoją rangę tylko w określonych przypadkach, a mianowicie gdy zachodzi w nas wspomniana relacja – relacja człowiek-miejsce tj. silny lub nawet słaby, sentymentalny związek emocjonalny z tym miejscem.

Nie wszyscy zjadacze chleba czują ducha miejsca i nie wszyscy gotowi są na spotkanie z nim. Część ludzi obojętnie przechodzi obok miejsc obdarzonych genius loci i nie robi on na nich żadnego wrażenia. Nie czują tego ducha. By doświadczyć jego władczą moc, musimy dać sobie szansę na poczucie jego obecności. A możemy go poczuć, dostrzec i doświadczyć pod jednym warunkiem – gdy potrafimy; zwolnić, wyluzować, wsłuchać się w głos swego serca. Człowiek zaganiany „nie ma czasu na takie pierdoły”. Ludzie odwiedzający miejsce z zegarkiem w ręku, ludzie którym pali się grunt pod nogami, nie są w stanie poczuć tego ducha. Co najwyżej mogą zrobić sobie na tle takiego miejsca sweet focie, by później móc chwalić się nim znajomym na facebooku. Jak pisał Ryszard Kapuściński – „Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz.” I to jest prawda.

Nie zdając sobie z tego sprawy, sami  wpływamy na ducha miejsca w którym mieszkamy, pracujemy, przebywamy, opiekujemy się nim. Wystarczy wspomnieć, że idąc do; teatru, filharmonii, opery ubieramy się stosownie. Wpływając na jakość swojego życia i społeczności wokół nas przyczyniamy się do poczucia tożsamości z tym miejscem. Duch tak postrzeganego miejsca wzbogaca sferę duchową człowieka, nobilituje go, wpływa na jakość życia, obliguje go do bycia innym, lepszym. Miejsca takie potęgują naszą wrażliwość. Posiadają moc wywoływania wspomnień. Znajdując się w nich dostrzegamy odległe zjawiska związane z przeszłością. Oprócz miejsc ściśle związanych z naszymi przodkami, niezaprzeczalnie wszystkie świątynie, muzea i atrakcje turystyczne mają takiego ducha. Posiadają wyjątkowy, specyficzny niepowtarzalny klimat, mają swoją tradycję i wyjątkowa atmosferę.

Dzisiaj obserwuje się tendencje przeciwne tzn. niedoceniania roli ducha miejsca. Zmniejszanie jego roli oddziaływania na otoczenie, a nawet celowe niszczenie go. Powodów jest kilka. Brak wrażliwości, kultury, wiedzy, bądź też chęć celowego zniszczenia. Duch miejsca jest zarówno zjawiskiem cennym jak i nietrwałym. Podlega zmianom a czasem przestaje w ogóle istnieć. By go zachować i ocalić trzeba go rozpoznać i zrozumieć.

Na koniec zagadka. Czy duchem miejsca jest; BIAŁA DAMA z zamku w Kórniku, tatrzański ŚPIĄCY RYCERZ, lub przybierający ludzką postać SKARBEK? Odpowiedź jest prosta. Mózg analizuje i kalkuluje, duch podpowiada i wzywa, a serce wie swoje. To genius loci tych miejsc – zamku w Kurniku, Doliny Kościeliskiej i Tatr, a także licznych kopalń – sprawił, że powstawały o nich legendy i miejscowe podania.

Jerzy Wnukbauma.

Jasna cholera.

Indeksując dziewiętnastowieczne księgi z parafii Sędziszów, natknąłem się na kilka kolejno zapisanych po sobie aktów zgonów, osób zamieszkałych w tej samej miejscowości i noszących to samo nazwisko. Zbieg okoliczności? Nie trzeba marnować czasu na analizowanie faktów. Wystarczy jeden rzut oka, by stwierdzić, że do piachu poszła cała rodzina. Rodzice i ich dzieci. Co było powodem ich śmierci? Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy przyczyną ich zgonu była choroba. Znajdujące się w państwowych archiwach duplikaty ksiąg, nie zawierają informacji o przyczynach zgonów. Pomimo to, takie akty robią na mnie przytłaczające wrażenie. W takich chwilach chciałbym, żeby indeksację aktów zgonów robili za mnie przeciwnicy obowiązkowych szczepień.

Od czasu do czasu świat obiega informacja o ogniskach chorób zakaźnych. Wszystkich ogarnia wtedy panika, a internetowe fora pękają w szwach od nadmiaru chętnych do pogaduch. Z czasem wszystko wraca do normy. Świat uspakaja się. Okazuje się, że zagrożenie nie było wcale tak wielkie jak starano się nam wmówić. Ptasie czy świńskie grypy, okazują się nie tak groźne dla ludzi jak je nam starano się przedstawić. Pacjenci mają pretensje do lekarzy. Lekarze do polityków. Politycy do WHO. Wszyscy zarzucają Światowej Organizacji Zdrowia niekompetencję i wymuszanie na krajach członkowskich kupowanie od koncernów farmakologicznych drogich szczepionek, które na domiar złego nie zostały przebadane i wyrządzają więcej szkód niż pożytku. Z czasem wszystko przycicha. Wszyscy wiedzą o co chodzi, bo jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Winni nie są ukarani. Ten łańcuch kryminogennych powiązań działa tylko w jedną stronę. Skończę na tym, bo nie jestem od wskazywania, karania lub rozgrzeszania winnych. Zajmę się inną sprawą. Napiszę o zarazach które kiedyś dziesiątkowały naszych przodków.

O wielkich epidemiach dziesiątkujących starożytnych ateńczyków i rzymian wiemy niewiele. Historycy sprzeczają się co do rodzajów chorób powodujących rozprzestrzenianie się starożytnych zaraz. Na czele tych chorób były; dżuma, tyfus, cholera i ospa. Inne, choć też śmiertelne, nie wywoływały tak szybko rozprzestrzeniających się po świecie epidemii. Najgroźniejszą zarazą jaka nawiedziła Ziemię była dżuma – czarna śmierć. Kilkakrotnie atakowała ludność Ziemi. Na wielką skalę w Europie szalała kilkakrotnie. Największe żniwo zebrała w VI i w XIV wieku. Ta pierwsza nazwana została od imienia bizantyjskiego władcy dżumą Justyniana. Początkiem pierwszej pandemii była Etiopia. Druga znacznie większa miała swój początek w Chinach. Po uśmierceniu ok 25 mln Azjatów jedwabnym szlakiem niesiona przez kupców i mongolskie wojska inwazyjne parła na Zachód. W ciągu kilku lat cała Azja Mniejsza oraz tereny okupowane przez Złotą Ordę nad Wołgą i na Krymie zostały zainfekowane tą śmiertelną chorobą. Do Europy dotarła za sprawą kupców z Genui i Wenecji. Po najeździe mongolskiego chana na Kaffę (port handlowy na Krymie), wystraszeni kupcy spakowali swój dobytek na 12 statków i popłynęli w strony ojczyste. Zatrzymywali się po drodze w Konstantynopolu i w innych licznych portach Morza Śródziemnego. Dotarli do Genui, Wenecji i Pizzy niosąc za sobą zarazę dżumy. Z zadżumionych portów, drogą morską i lądową dżuma szybko rozprzestrzeniła się po całej Europie. Dotarła aż do Moskwy. Nie ominęła także Polski.

W XIX wieku naszych przodków nękała także cholera. Ta ostra, zakaźna choroba przewodu pokarmowego do Polski dotarła za sprawą wojsk rosyjskich podczas powstania listopadowego. Ten początkowy nasz sprzymierzeniec w walce z zaborcą, przyczynił się do śmierci wielu istnień ludzkich. Choroba nie przebierała w ofiarach. Na całym świecie atakowała zarówno; białych, azjatów, czarno i czerwonoskórych. Bogatych i biednych. Zmarł na nią min. wielki książę Konstanty, carski marszałek Dybicz i nasz wieszcz Adam Mickiewicz. Tereny polski obfitują w liczne XIX wieczne krzyże choleryczne – karawaki. W Polsce cholera po raz ostatni zebrała żniwo w latach 1892- 1894.

Tyfus inaczej dur plamisty to kolejna choroba zakaźna dziesiątkująca naszych przodków. Roznoszona jest przez wszy i pchły ludzkie. Między innymi jego epidemia odpowiedzialna jest za odwrót  wojsk Napoleona z Rosji. W jej wyniku zmarło ponad 400 tys. żołnierzy. Powrót zarazy nastąpił podczas I Wojny Światowej. Zabijała także w więzieniach. Do czasu pojawienia się penicyliny i antybiotyków jedynym lekarstwem na cholerę były szczepionki wynalezione w latach dwudziestych XX wieku przez polskiego biologa Rudolfa Weigla.

Grypa. Odmiana tej sezonowej choroby zakaźnej, zwanej hiszpanką, w 1918 roku zaatakowała ludzi na wszystkich kontynentach. Zabiła ponad 100 mln ludzi. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Liczne żniwo zbierała w przedziale wiekowym 20 do 40 lat.

Miałem nadzieję, że w XXI wieku wirusy już nigdy nie wydostaną się na światło dzienne. Myliłem się. Według arcybiskupa Marka Jędraszewskiego czeka nas inna, jeszcze większa zaraza. Tęczowa. I jak tu żyć i ewentualnie zapobiegać jej pandemii? Na NFZ nie mamy co liczyć, bo jaka jest służba zdrowia każdy widzi. Na jej reformowanie, ze Skarbu Państwa poszło już tyle pieniędzy, że już dawno sama powinna się wyleczyć. Pozostają tylko tradycyjne metody; wiara, zielarstwo, szczepionki, pijawki i bańki? Sorry. Znowu  gafa. Te ostatnie puszczane przeze mnie w dzieciństwie mieniły się przecież kolorami tęczy. Niesione przez wiatr tęczowe bańki szybko rozprzestrzeniałyby się po całym świecie przyczyniając się do dalszego roznoszenia zarazy. Pozostaje niekonwencjonalna ochrona. Tylko nie mów tego nikomu. Ja zapobiegawczo zaciskam pośladki i odnoszę wrażenie, że to Ekscelencja zamyka się przed ludźmi w doskonale pilnowanych, szczelnie zamkniętych „laboratoriach”.                                                                                     Jerzy Wnukbauma.