Od jajka do jabłka.

Na świecie istnieje wiele kulinarnych tradycji. Bogatych lub biednych w zależności od regionu oraz bogactw jego darów natury. Na starym kontynencie jednym z najstarszych europejskich zwyczajów przy stole, był zwyczaj w starożytnym Rzymie rozpoczynania obiadu lub uczty, od lekkich przekąsek wśród których na pierwszym miejscu były jajka. Na właściwą, obfitszą część obiadu składały się dania mięsne i rybne z dodatkiem warzyw. Na koniec uczty podawano deser składający się z owoców. Zazwyczaj były to jabłka i gruszki pochodzące z miejscowych, przydomowych sadów. Powyższe przykłady są potwierdzone w zachowanych starych opisach literackich. Scenki przy stole były także uwieczniane na malowidłach ściennych i mozaikach, które przetrwały do naszych czasów. Z tego okresu pochodzi też stare łacińskie powiedzenie – Ab ovo usque ad mala (od jajka do jabłka). We wschodniej stronie Europy tradycje takie wykształciły się znacznie później. W Polsce tradycje kuchennych rewolucji według posła i wiceministra w jednej osobie zaczęły się od nauczenia Francuzów jedzenia nożem i widelcem. To spostrzeżenie prawdopodobnie wiceminister oparł na dokładnych badaniach genealogicznych, które doprowadziły go do końcowego wniosku, że nasi przodkowie na wiejskich gościńcach „częstowali” podróżnych widelcem i nożem w skali makro tj. widłami i kosą. Mimo jego dobrych chęci i tak pozostało jeszcze wiele do zrobienia. Ryba po grecku nie jest potrawą grecką, ruskie pierogi nie są ruskie, paprykarz szczeciński nie jest szczeciński. Skończmy jednak na tym to gesslerowskie wybrzydzanie.

Ab ovo usque ad mala. To stare łacińskie powiedzenie w dosłownym tłumaczeniu brzmi – od jajka do jabłka. W literaturze oraz w potocznej mowie ta łacińska sentencja nabiera nieco innego znaczenia a mianowicie jest określeniem wykonywania czynności – Od początku do końca. Sentencję tą wykorzystałem kilka lat temu nadając taki tytuł mojemu trzyzwrotkowemu wierszowi będącemu satyrą zakończoną genealogicznym akcentem. Wiersz wysłałem kiedyś na konkurs „literacki” i na tym stanęło. O sentencji i o wierszu przypomniałem sobie niedawno przy okazji dnia zadawania zagadek. Poniżej wyjaśniam o co chodzi.

 Żona wysłała mnie do sklepu po jajka. Gdy wróciłem do domu, w progu powitała mnie żona z wnuczką. Żona oznajmił, że podczas mojej nieobecności listonosz przyniósł moją emeryturę i w całości schowała ją do szuflady. Uwagę moją jednak przykuwała wnuczka. Jadła jabłko i nie odstępowała mnie na krok. Przymilała się i w końcu wyjąkała; – „Dziadek. Daj pieniążka”. Zaproponowałem jej zabawę polegającą na zadawaniu zagadek, a mianowicie. Gdy ja zadam jej zagadkę i ona zgadnie, dam jej dychę. Gdy ona zada mi łamigłówkę i ja nie zgadnę, dam jej banknot o największym nominale jaki znajduje się w szufladzie. Niech pozna gest dziadka. Gdy ona nie będzie znała odpowiedzi na moje pytanie, stan swojej skarbonki uszczupli tylko o złotówkę. Wylosowaliśmy kolejność zadawania pytań i wypadło na mnie. Zadałem jej prostą zagadkę – „Co to znaczy  – Od jajka do jabłka? „ . Poddała się po około pięciu minutach. Wręczyła mi monetę i stałem się bogatszy o złotówkę. Przyszła kolej na pytanie wnuczki. Na jednym oddechu spytała –„Dziadek. Co to jest? Wchodzi na górę na jednej nodze, a schodzi na trzech?”  Przyznam się, że nie wiedziałem. Podejrzewałem, że wnuczka musiała pomylić, lub źle zapamiętać zagadkę ze wspólnie oglądanej bajki. Ale w tej bajce pytanie brzmiało Co to jest? Najpierw chodzi na czterech, później na dwóch, a jeszcze później na trzech. Tu odpowiedź jest prosta – Człowiek, bo ludzie swoją życiową przygodę zaczynają od bałykowania, później twardo stąpają po ziemi na dwóch nogach, by na starość sięgnąć po laskę. Pytanie wnuczki brzmiało jednak inaczej. Na tak sformułowaną łamigłówkę nie znałem odpowiedzi. Poddałem się po kwadransie. Otworzyłem szufladę i dałem jej obiecany największy nominał. Pięćset złotych. Pech chciał, że ZUS w tym miesiącu wypłacał tzw. trzynastki. Słowo się rzekło i trzeba go dotrzymywać. Wnuczka w locie złapała nowiuteńki banknot i szybko schowała go w dłoniach. Mnie jednak nurtowała nierozwiązana zagadka. Ponieważ kolej na zadawanie pytań była teraz moja spytałem – „To co to według ciebie jest to co wchodzi na górę na jednej nodze, a schodzi na trzech?” Reakcja wnuczki była niezastąpiona. Bez słów wyciągnęła ze swojej skarbonki złotówkę i z miną niewiniątka kolejny raz zapłaciła mi za swoją niewiedzę. 500 do 2. To znacznie lepiej jak sukces Szydło 27:1. Mniej wstydu.
Jerzy Wnukbauma

Od jajka do jabłka.

Miałem skończone caaałe pięć lat,
kiedy ruszyłem z domu w świat,
na Nowy Folwark nad gliniankę
zabrałem ze sobą koleżankę.
Na bujnej łące w rozlewie rzek
w wodzie zielenił się żabi skrzek.
Wsadziłem kija do tego skrzeku.
Hania mnie łapie – Co ty cłowieku?
To są jajecka zab i kijanki!
Dostało mi się wtedy od Hanki.
Byłem zdumiony i wściekły ze złości
na skromny zasób mych wiadomości.

Po kilku latach żądny wiedzy
słyszałem jak mówią moi koledzy,
że ojciec matkę w nocy gniecie
i stąd są dzieci na tym świecie.
Czy to prawda? spytałem Hani.
Hania wierzyła w podrzut bociani
i osiągnęła tym taki skutek,
że matkę spytałem – Czy jestem podrzutek?
Matka mówiła – Widzisz dziecko,
najpierw było mamusi jajeczko…
Dalej głos matki kluczył i zwodził,
że nie wiedziałem o co w tym chodzi.

W latach młodzieńczych, nie będąc dzieckiem,
dobrze wiedziałem co z tym jajeczkiem,
lecz nadal myślałem że jedynakiem
jestem bo ojciec je wyjadł ze smakiem.
Czas nieubłaganie szybko leci.
Ożeniłem się z Hanką, mamy czworo dzieci.
Dzisiaj, gdy widzę panny z mym wnukiem
widzę, że byłem strasznym nieukiem.
Mam dziś sentyment do starych latek
i zbieram „jajeczka” mych antenatek.
Za znalezioną każdą z osób
wypijam czarkę calvadosu.
Jerzy Wnukbauma

Re. Zlot rodzinny

Wśród klaksonów, opon pisku znowu zjechał ród Matysków, oraz kilku zaproszonych gości do rodowej posiadłości, gdzie od wieków, do kołyski dawniej rodziły się Matyski. Po rządach dobrej zmiany opis zaścianka; – Z zamku ostała waląca się ścianka, dworek w ruinie, padły sklepy, gdzie okiem sięgnąć pożółkłe stepy, zimne kominy, granice płotów… Ale przejdźmy już do zlotu na którym wkrótce powiało grozą. Ale o tym napiszę już prozą.

Na początku mojej przygody z genealogią napisałem sześciozwrotkowy wiersz satyryczny pt. „Zlot rodzinny”. Zamieściłem go na stronie Świętogenu w sierpniu 2010 roku. http://www.genealodzy-kielce.pl/zlot-rodzinny/ Kopę lat. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że napiszę do niego odnośnik. Nie zakładałem dalszego ciągnięcia tego tematu. Zawsze uważałem i do dziś uważam, że zloty rodzinne są kopalnią wiedzy o rodzinie i nie ma co komentować. Są one genealogiczną skarbnicą i basta. Nieważne czy są zorganizowane, czy nieprzewidziane. Duże ewenty na kilkaset osób, czy komercyjne dwu, trzyosobowe spotkania rodzinne. Wszystkie one są i będą nierozłącznym elementem genealogii. Obojętnie dla początkujących, czy dla starych wyjadaczy. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że po kilku latach spotkania rodzinne mogą wyglądać podobnie jak wigilia Neo-Nówki. Niestety media zrobiły swoje. Podzieliły także moją rodzinę. Sprawiły, że do kilku osób z rodziny poczułem resentyment. A miało być miło. Zaczęło się nawet normalnie. Od serdecznego przywitania rozpoczętego mocnym uściskiem dłoni i przysłowiowym misiem.

Moją spokojną, wręcz sielankową atmosferę spotkania po kilku minutach zepsuło pytanie mojego starszego kuzyna – „Jurek. Co oni robią?” Podejrzewałem kim dla niego są owi ONI i co mogą robić. Nie miałem zamiaru podejmować tego tematu. Widocznie moje milczenie odczytał opacznie bo dodał – „Nienawidzę Tuska! Jego dziadek był w niemieckim wojsku!” Nie wytrzymałem i zapytałem kuzyna w jakim wojsku służył jego dziadek. Z racji głośno wypowiedzianej nienawiści do człowieka poleciłem mu też szczerą spowiedź. Widząc jego zdziwienie dodałem szybko, że kiedyś nie było Polski. Przez 123 lata byli tylko trzej zaborcy i podzielone przez nich polskie ziemie. Chociaż on urodził się już w wolnej Polsce, to już jego ojciec, a na pewno dziadek i pradziadek, mogli służyć w armii któregoś z zaborców. Dodałem, że mój dziadek był potomkiem niemieckich kolonistów w Galicji. Z racji zaboru służył w austriackiej armii. Tu otrzymałem powalającą odpowiedź – „Ty to co innego”.

Do naszej rozmowy dołączył syn kuzyna. Wtrącił, że jego ojciec karmiony jest jedynie słuszną rządową propagandą. Gdy przyjdzie mu przeczytać choćby dwa zdania urzędowego pisma, nic z niego nie rozumie i czeka na syna by raczył mu przetłumaczyć ” zawiły, urzędowy język”. Nie ma natomiast żadnego problemu z Polskim Ładem. Bez wertowania go i przeczytania z całą pewnością wie, że ponad sześćset stronnicowy gniot jest dobry i całkowicie dla niego zrozumiały. Dał się złapać na lep propagandy. Godzinami jest nią karmiony. Łyka wszystko jak gęś tuczona na foje gras. Bierze swoje judaszowe srebrniki. Dla niego istnieją tylko dwa obozy – My i Oni. Tych drugich za wszystko obwinia i gani. Pierwszym przytakuje. Nie czekaliśmy długo na reakcję seniora. Słowa swego syna skwitował krótko – „A mnie jest dobrze!”

Podniósł mi senior ciśnienie tą swoją miarą dobrobytu. Nie zastanawiając się odpowiedziałem mu szybko, że mój ojciec zawsze podkreślał, że choć sam cierpiał biedę, to nie jemu a jego dzieciom i wnukom ma być dobrze. Mój staruszek robił wszystko by tak było. Robił więcej. Przyczyniał się by Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Wiedzę o świecie czerpał z kilku źródeł. Nie bał się i nazywał rzeczy po imieniu. Nie zadłużał rodziny. Wiązał koniec z końcem. W tym momencie przypomniał mi się felieton w radiu RMF FM. Według felietonisty Tomasza Olbratowskiego miarą dobrobytu na świecie jest handlowy indeks – majtkowy. Powołując się na amerykańskich speców od marketingu Olbratowski wnioskował, że w kraju zapanuje względny dobrobyt wtedy, gdy głowy rodziny zaczynają kupować dla siebie slipy. Powołuje się na amerykańskich speców którzy tłumaczą to tym, że odpowiedzialny żywiciel rodziny, gdy stwierdzi, że wszystkim jego dzieciom jest już w miarę dobrze, to teraz on może trochę zaszaleć. Dołącza do grona klientów sklepów tekstylnych i zaczyna kupować majtki na swój tyłek. W tym szaleństwie jest metoda. Wykorzystuje to obecna władza która poprzez media pozostające w jej rękach, mami dobrobytem rzeszę gołodupców. Przekupuje ich „zdobyczami socjalnymi”. Trzynastki! Czternastki! A może i piętnastki i szesnastki (przedwyborcze obietnice AD), 500+, 300+, Tarcze, dodatki na gaz i węgiel sprawiają, że coraz częściej słyszę – „Oni to chociaż dają”… Zastanowić się jednak, policzyć wszystkie te „zdobycze” i przeciwstawić je z realnymi wydatkami i podatkami, bilans nie wychodzi już tak korzystny. Te wszystkie trzynastki, czternastki, a może i piętnastki i szesnastki (jak obiecywał prezydent) pochodzą z kieszeni podatników. Dodrukowanie pustego pieniądza na rozdawnictwo powoduje wzrost inflacji i drożyznę. Sytuacja na rynku towarów i usług także zmienia się na niekorzyść nabywców. Usługi i handel zrobią wszystko by wyciągnąć te pieniądze z naszych kieszeni. Dopłacają wszyscy. Nawet i beneficjenci tych „darowizn”. Przekonują się o tym za każdym razem odwiedzając sklepy, apteki, publiczną służbę zdrowia, urzędy itd. Zadłużają też swoje dzieci, wnuki i prawnuki. Tak to działa. Śmiej się pajacu.
Jerzy Wnukbauma

p.s. Ostatnie słowo dotyczy autora tego felietonu. Jest zapożyczeniem z opery Ruggera Leoncavalla. Śmiej się pajacu przez łzy, chociaż serce z bólu pęka. Cierpliwie słuchaj i cierp. Spotkania rodzinne nie są do głoszenia twoich poglądów politycznych.

Zobacz człowieka.

Jak przez mgłę pamiętam pierwsze lekcje religii. Małe katechetyczne salki wydzielone z gospodarczej części kościoła. Księży nauczających mnie podstaw wiary. O ile dobrze pamiętam, wtedy jedynymi pomocami katechezy były kolorowanki tj. małe kartki papieru z nadrukowanymi rycinami do malowania kolorowymi kredkami. Innych pomocy „naukowych” nie pamiętam. Sporo tych kolorowanek przeszło przez moje ręce. Z racji mojej małej przypadłości – wyciągniętego języka podczas rysowania i malowania, musiałem mięć wtedy głupią minę. Z zakamarków pamięci wyciągam niektóre scenki i symbole chrześcijańskie. Nie wiem dlaczego, ale z tamtych lat utkwiły mi czarnobiałe obrazki z Jezusem Chrystusem otoczonym gromadką dzieci. Pamiętam też, że karą za przeszkadzanie na lekcjach religii lub nieodrobienie „zadania domowego” było ostre słowne skarcenie, klęczenie w kącie lub wytargane przez księdza uszy. W hierarchii kar najboleśniejszą karą było bicie linijką w wyciągniętą pokornie dłoń. Wszystkie kary bolały na swój sposób.

Powyższe reminiscencje wywołało u mnie niedawne spotkanie prof. Wojciecha Roszkowskiego promujące jego nowy podręcznik HiT. O samym podręczniku nie będę się wypowiadał. Nie czytałem. Nie mam więc prawa zabierać głosu. Nie będę też komentował jego pochlebnych lub niepochlebnych opinii. Zostałem wywołany do tablicy przez prof. W Roszkowskiego jego słowami o genealogii. Odniosę się więc w kilku słowach do tego co usłyszałem w nagraniu udostępnionym na Twitterze  przez samego profesora W. Roszkowskiego. Powiedział on (tu cytuję) – „Proszę zauważyć – społeczeństwo, gdzie nie ma genealogii w ogóle. Nie ma! Czy prawem człowieka nie jest znajomość ojca i matki? Dzisiaj uważa się, że nie – dopóki „to” małe jest, ale jak będzie miało 18 lat i prawa obywatelskie, to co? Nie upomni się? To jest dość naturalna potrzeba – może nie 100%, może 98%, ale dla człowieka to jest potrzeba psychiczna.”

Nie wiem dlaczego, ale po usłyszeniu tych słów przyszedł mi do głowy fragment Credo. Fragment deklaracji wiary wypowiadanej przez każdego katolika – I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Jezus Chrystus za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem! Nie produktem. Nie mesjaszem, nie bogiem. Stał się jednym z nas. Człowiekiem. Na miano mesjasza i Syna Bożego musiał sobie zapracować całym swoim życiem. Narzucając swój pogląd profesor Roszkowski celowo obraża narodzonych przez in vitro ludzi obraźliwie nazywając ich – „to”. … dopóki „to” małe jest, ale jak będzie miało 18 lat i prawa obywatelskie, to co? No właśnie? To co się wtedy takiego wydarzy? Bóg stworzył człowieka na swój obraz i swoje podobieństwo. Nadal to czyni. Każde poczęcie to dar życia. Trzeba większego cudu? Dalej autor z góry zakłada, że „…może nie 100%, może 98%, ale dla człowieka to jest potrzeba psychiczna.” Te „100%, może 98%” stwarza przytłaczające wrażenie jakby po świecie chodziła zdecydowanie większa liczba zapłodnionych w ten sposób kobiet. Potrzeba psychiczna dotarcia do prawdy występuje tylko wtedy gdy się kogoś okłamuje. Wyciąga fałszywe wnioski, posługuje się półprawdami i fałszem, gdy narzuca się komuś jedynie słuszny punkt widzenia. Potrzeba psychiczna poznania prawdy nie występuje gdy mówi się prawdę prosto z mostu. Moim zdaniem autor grzeszy też występując przeciwko drugiemu (podobnemu pierwszemu) przykazaniu – Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Nie dostrzega człowieka w człowieku. We wspomnianym podręczniku dla uczniów jego autor pyta – Kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci?  Te dzieci mają przecież swoje imiona, nazwiska i  nr pesel. Mają swoich rodziców. Trzeba tylko ujrzeć człowieka w darze od Boga – w człowieku. Z całą pewnością kochają ich rodzice, rodzeństwo, dziadkowie, bliscy i dalsi krewni. Ja też ich darzę miłością bliźniego. Gdy dorosną będą mieli swoje dzieci, wnuki, prawnuki. Potrzeba jeszcze większej genealogii?

Czasem warto przenieść się do dawnych beztroskich lat. Do dzieciństwa. Przypomnieć sobie słowa księdza – Bóg kocha wszystkie dzieci! Wszystkie dzieci są darem Bożym! Poukładany w ten sposób świat pęka jak mydlana bańka z chwilą zaprzężenia wiary w politykę. Nie dostrzega się wtedy człowieka w człowieku. Dzieli się ludzi na naszych – mądrze myślących i na gorszy sort. Przyjmuje się Ciało Chrystusa z rąk kapłana i po chwili wyzywa ludzi od zdradzieckich mord i kanalii. Warto wyluzować. Przyjrzeć się starej dziecięcej kolorowance. Przenieść się na proponowany przez Chrystusa wyższy poziom, zrozumieć jego naukę i wygonić z swojego kościoła różnej maści polityków przekupujących judaszowymi srebrnikami, zakłamujących fakty i kupczących głosami wyborców.

Przenieś mnie Panie do beztroskich laty
gdy dostawałem lanie od taty.
Gdzie białe było białe, a szare to szare,
gdy za małe grzeszki klęczałem za karę.
Szkoda tylko, że gdy dokonasz przeniesienia sztuki
w nieutulonym żalu zapłaczą; żona, dzieci i wnuki.
Jerzy Wnukbauma.

Jechałem z żoną do Poznania

Przerwa, przerwa i po przerwie. Wreszcie się z lenistwem zerwie. Będę robił to co lubię, swoim hobby się pochlubię. Poodwiedzam znów archiwa, nowych krewnych poprzybywa, wpłacę tam i tu co łaska, nowych aktów zdjęć natrzaskam. Będę się uczył i się nie nudził i poznam kilku wspaniałych ludzi. Jednak najbardziej sobie cenię, nasze zebrania w Świętogenie. Jest także minus z goryczy dozą – Zajmę się kurcze życia prozą?

Jechałem z żoną do Poznania.
Mam tam „rodzinkę” do zbadania.
Od Kielc pojazdem kieruje żona.
a ja robiłem za jej patrona.
Przed nami Kalisz. Duże miasto.
Zamiast betonu wolę drzewiasto.
Mówię więc żonie – Paliwo spalisz!
Jest objazd. O tam! Mijaj Kalisz!
Jak rozprawiła się moją opinią?
Warknęła na mnie – Jurek ty świnio!
Prawdę mówiąc mogła mieć rację.
Zależy gdzie wstawiła spacje.
Jerzy Wnukbauma

Z pamiętnika malkontenta.

Październik 1978. Rzym.
przed telewizorem śledzę z komina dym.
W sercu nadzieja. Może ON pomoże.
Otworzą granice. Ruszyć w świat daj Boże.
Przez moment odważna myśl mną przenika.
– Przyjdzie kiedyś czas na polskiego hydraulika.
Grudzień 1981. Warszawa.
Na ulicach WRON z narodem rozprawa.
Oczy skierowane na granice wschodu.
Czy wojska zza Bugu zrobią krok do przodu?
U nas wolność ponownie więziona w karcerze.
Stoję przy koksiaku i cholera mnie bierze.
Styczeń 1985. Wiedeń.
Przy oknach sklepowych stoi facet jeden.
Wokół dostrzega kolorowy świat.
W Nas przepaść gospodarcza ładnych kilka lat.
Długa stałem przed sklepami w roli gap(i)a.
Tu towar na wystawie to nie był atrapa.
Listopad 1989. Berlin Zachodni.
Obserwuję przygodnych przechodni.
Liczna rzesza ludzi zebrana pod murem.
Atmosfera napięta. Młoty tłuką chórem.
Za żelazną kurtyną hossa gospodarcza.
U nas do pierwszego ledwie mi wystarcza.
Grudzień 1990. Warszawa.
Nowy prezydent w Sejmie dostaje brawa.
Mami rodaków milionem i drugą Japonią,
przyczynia się, że z Polski ruskie wojska wygonią
Powstało sporo obcych firm i agend…
A i tak był z niego nie najgorszy agent.
Marzec 2002. Chicago.
Stoję na lotnisku za sklepową wystawą.
Jadąc do córki z lotniska ƠHare
zadzieram głowę licząc ilość pięter.
Jak drapacze chmur przepaść między nami.
W kraju zacofanie kilka lat za murzynami.
Maj 2004. Bruksela.
Polska do Unii na dobre się wciela.
Odśpiewałem z innymi „Odę do młodości”.
Wiara i nadzieja. Radość w sercu gości.
Pośpiewałem sobie. Nowa myśl mi świeci –
Pewnie lepszą przyszłość będą miały dzieci.
Kwiecień 2005. Watykan. Rzym.
Na placu świat się żegna z Nim.
Świat przez moment mówił jednym głosem.
Wszystko nasycone bólem i patosem.
Serce po stracie JPII nieustannie rani.
Na chwilę zapomniałem o dzielącej otchłani.
Kwiecień 2010. Brzoza pod Smoleńskiem
Poprzedniego dnia wieczorem popijałem reńskie.
Rano w całym kraju wyczuć można grozę,
bo samolot z prezydentem zahaczył o brzozę.
A PiS w telewizji i na prasowych łamach
przekonywał wszystkich, że w Smoleńsku zamach.
Marzec 2019. Kielce.
Stoję w oknie i nie myślę już o poniewierce.
Dobrze mi tak. Mam to co chciałem.
Po jaką cholerę PiS wybierałem!
Od dziecka mi przecież bliżej do Zachodu.
Miałem parę groszy. Nie zdychałem z głodu.
Luty 2022. Lwów.
Bomby spadają na Charków i Kijów.
U nas siódmy rok Polak z kolan wstaje.
a rząd na prawo i lewo pieniądze rozdaje.
Szuka nowych wrogów. Inflacja, drożyzna.
Na powrót do kraju wkrada się szarzyzna.
cdn.
Jerzy Wnukbauma – malkontent. Bo z czego kurde mam być kontent.

A jak poszedł dziad na wojnę.

Planowałem w te wakacje odpocząć. Poleniuchować. Przez dwa, trzy miesiące mieć z głowy dalsze „Jerzego pisanie”. Do zmiany decyzji skłoniły mnie słowa obecnego premiera – „Idźcie  rozmawiajcie. Przekonujcie innych”. Dla mnie te słowa zabrzmiały niemal jak Chrystusowe – „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody!” Czy w tym szaleństwie jest metoda? Wątpię. Każdemu próbującemu przekonać mnie do programu PiS apostołowi premiera, zadam tylko jedno pytanie – Dlaczego? Dlaczego skoro uważa że jest tak dobrze, Polska nie rośnie w siłę a ludziom nie żyje się dostatniej? Swoją drogą po co dzisiaj PiS wysyła „armię wiernych żołnierzy”? Czyżby wojna?

Wojna to najgorsza rzecz jaka może się przydarzyć ludzkości. Moje najwcześniejsze, udokumentowane ślady uczestnictwa mojego kuzyna w wojnie datują się na rok 1831. Pisałem o tym w zamieszczonym tu artykule „Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę”.  Dzięki mojej kuzynce (w czwartym pokoleniu) fakt jego śmierci w bitwie pod Grochowem został udokumentowany i można go znaleźć w archiwalnych dokumentach. To było powstanie listopadowe. W kolejnej zawierusze wojennej, w powstaniu styczniowym brał udział inny kuzyn z mojego drzewa Maciej Wojtal. Przeżył. Wzmiankowałem o nim w artykule ” Niespodziewany zgon”. Poruszając jednak wodze fantazji na zasadzie przyporządkowania czasu, miejsca oraz pory, pofantazjuję troszkę i przypiszę mojemu w prostej linii po mieczu 4xpradziadkowi Jędrzejowi pośrednie uczestnictwo w bitwie stoczonej pod Raszynem w 1809 roku. Pośrednie, bo na zasadzie gapiostwa. Mogę do woli konfabulować z całą odpowiedzialnością. Miejsce się zgadza. Prapraprapradziad mieszkał w Falentach Małych. Zmarł tamże w 1825 roku. Żył jeszcze w 1809 roku. Miał wtedy 64 lata. Był sołtysem Falent Małych i z całą pewnością był świadkiem historii. Z opisów historycznych wiem, że bitwie wojsk polskich dowodzonych przez księcia Józefa Poniatowskiego z dwukrotnie liczebniejszym wojskiem austriackim przyglądała się miejscowa ludność. Wraz z wprowadzeniem nowocześniejszej i skuteczniejszej broni, skończyły się czasy, gdy okoliczna gawiedź mogła bezpiecznie przyglądać się z daleka ścierającym się wojskom. Gdy zaczęła się era wojen światowych, ludność cywilna na obszarach objętych wojną stała się łatwym celem. W większych skupiskach miejskich zaczęto montować syreny alarmowe ostrzegające ludność przed nalotami bombowymi. Nie wiem, czy we wrześniu 1939 roku wycie syren słyszał mój dziadek Bronisław? Nawet jeśli tak to nie uchroniły go przed ranami. Był jedną z wielu cywilnych ofiar wrześniowej kampanii. Zmarł w kwietniu 1940 roku w wyniku odniesionych ran. Mój drugi dziadek zmarł w wyniku ran odniesionych podczas ofensywy wyzwoleńczej w styczniu 1945 roku.

Jaka jest nadzieja na szybkie zakończenie obecnej toczącej się za naszą granicą „operacji wojskowej” na Ukrainie. Kapitulacja? Wycofanie wojsk? Nie wchodzą w grę. To niepopularne decyzje dla każdego dowódcy. Stać na nie tylko mądrych taktyków. Putin do nich nie należy. Rozejm? Odwrót? W podjęciu decyzji o odwrocie pomaga czasem przypadek. W podjęciu decyzji o odwrocie spod Moskwy Napoleonowi i Hitlerowi spod Stalingradu pomógł mróz. W wycofani u się na z góry zaplanowane pozycje Tuchaczewskiemu spod Warszawy pomógł „Dziadek”. Potop szwedzki według Hofmana skończył się dzięki jednej kurze, a w wycofaniu naszych wojsk z Iraku pomógł szer. Jan Kowalski. Daj Panie Boże by w Rosji było więcej takich szeregowych Kowalskich. Żołnierzy, którzy w swoim przeciwniku dostrzegą człowieka. Może wtedy Putin, podobnie jak kiedyś król Szwecji Karol X Gustaw przeciągając się przed porannym sikiem dojrzy, że z morale jego wojska jest coś nie tak.

Jan Kowalski

Przywieźli z Iraku rannego żołnierza.
Oficer informacji przesłuchać go zamierza.
Ranny był wystraszony, bez śladu postrzału,
majorowi WSW zeznawał pomału.
„Skończyła się flaszka, kumple po drugą skoczyli
i minie samego na posterunku zostawili.
Poszedłbym i ja gdybym tylko mógł,
lecz w moim kierunku podszedł jeden wróg.
Chciałem w jego stronę krótką serię oddać,
ale miał butelkę. Pewnie chciał się poddać.
Wołam do araba – E! Drug! Idi siuda!
Może zna ten język i może mi się uda!
Kiedy wszedł na drogę, myślę – Jesteś mój!
i krzyknąłem w jego stronę – Saddam to zbój!
a on wcale się nie boi, zęby szczerzy szuja
jak nie wrzaśnie w moją stronę – z Busza kawał zbója!
Przypadł mi do serca, widać bratnia dusza.
Uściskałem go na drodze. Wart za tego Busza.
Wtem potężny huk błogą ciszę zmącił.
Jak my flaszkę otwierali samochód nas potrącił.
Jerzy Wnukbauma.

 

Pora na bajki.

Prezes ogłosiła wakacyjną przerwę. Ja na przerwę nie reaguję nerwem. Ja genealogię traktuję po-wa-żnie. Księgi w archiwach badam rozważnie. Lecz gdy za długo robi się wzniośle, wtedy strajkuję i myślę o wiośnie Wymieniam szybko Klio na Talię – ptaszki śpiewają, pachną konwalie, żaby kumkają, bocian kleknie. Przodek mi przecież nie ucieknie. Za sprawą Tali mi się zdarza, że się zabawiam w bajkopisarza i z mego hobby robię jaja. To mnie wycisza i uspakaja. Piszę, rymuję, wymyślam bajki? Gdy mam już dosyć, zawieszam strajki i znowu wracam do mych korzeni. I tego cyklu nic już nie zmieni.

 

Był sobie król, był sobie paź i była też królewna.

Znalazłem perłę w Liber Copulatorum,
którą się pochwalę na tutejszym forum.
Akt jest unikatem, bo w bajkach się zdarza,
by piękna królewna poślubiła pazia.
Lecz zanim ksiądz nad nimi skreślił krzyża znak,
upłynęło wiele czasu. Zaczęło się tak.

Dawno, dawno temu na królewskim dworze,
paź zapragnął dzielić z królewną jej łoże.
Nie mógł jeść i spać. Umysł miał zmącony.
Pragnął tylko pieścić pierś jej jak balony.
Gdy się do niej zbliżał, spojrzeń jej unikał,
jąkał się, pąsowiał… Poszedł do medyka
i z miejsca wyznaje co leży na rzeczy;
-” Dam ci to co zechcesz, byleś mnie uleczył!”

Królewski medyk, człek wielce uczony,
zastanowił się jak pomóc, gdy paź napalony,
by wilk się nasycił i owca została,
a jemu niemała nagroda dostała.
Wymyślił i mówi – „Nie martw ty się wcale!
Pomogę ci i zaradzę, lecz jest jedno ale!
Gdy tylko z królewną zaspokoisz żądze,
przestań o niej myśleć, a mnie dasz pieniądze.

Gdy tylko z medykiem paź transakcji dobił,
eskulap jak powiedział tak niebawem zrobił.
W maglu, w gorset królewny, wsypał medykament.
Nazajutrz na dworze powstał zgiełk i zamęt,
bo królewna przy wszystkich za piersi się łapie,
tarmosi je, miętoli i do krwi pierś drapie.
Obnaża się przy dworkach, negliżu nie skrywa.
Będzie z tego skandal. Król medyka wzywa.

Medyk zbadał królewnę i mówi do króla;
„Będzie uleczona Mości Królu córa
i przykre swędzenie bezpowrotnie minie.
Wezwij Panie pazia. Ma specyfik w ślinie.
Antidotum na to… – kłamie jak najęty,
starczyła by woda, mydło i kropelka mięty.
Król przyzywa pazia, medyk dał gaziki.
Jak paź leczył królewnę? Zamilkły kroniki.

Tu w zasadzie mógłbym skończyć już kanconę.
Paź dostał pół królestwa i królewnę za żonę.
lecz medyk żądał dopłaty, bo nagroda spora.
Nic ci nie dam – mówi paź – W nosie mam doktora!
Nie dasz? – syknął medyk – Sam przylecisz bracie!
Poszedł więc do pralni, znalazł króla gacie.
Rano król się w kroku drapie – Zaraza? Świerzb? Kiła?
Z nagłym błyskiem w oku po pazia posyła.

Morał tej bajeczki –
Lecząc się prywatnie możesz popaść w długi.
Jak się dobrze zastanowić jest też wniosek drugi.
Czy tak dużo się zmieniło od monarchy pory?
Dla korzyści majątkowych na NFZ „doktory”
przepisują za sto procent „koncernowe” leki
i zostajesz goły wychodząc z  apteki.

Jerzy Wnukbauma.

Powróćmy jak za dawnych lat?

Ciepły, majowy dzień. Pora kwitnących kasztanów. Zazwyczaj o tej porze roku w mediach dominują wiadomości o maturalnych zmaganiach naszych zstępnych. Celują w nich tematy maturalne. Ja niestety, nie przypominam sobie moich tematów na maturze. Było to dawno, dawno temu. Nic dziwnego, że nie pamiętają ich nawet najstarsi, świętokrzyscy górale. Niedawno przeczytałem gdzieś, że mój rocznik miał na maturze z języka polskiego pod górkę. Z prostej przyczyny. By ją zaliczyć, oprócz wiedzy, trzeba było mieć jeszcze esprit. Trudny obcy wyraz. Cokolwiek on znaczy – nie mieliśmy chyba łatwo. Za sprawą; maja, wiosny, słońca i matur, trochę się rozmarzyłem. Czy ja wtedy miałem esprit? A jeśli go nie posiadałem? Zastanawiam się, co by było gdyby ówczesny minister ogłosił reasumpcje mojej matury? Mam nadzieję, że nie musiałbym „popisywać się” narzuconym tematem. Z racji wieku miałbym chyba prawo wyboru dowolnego tematu. Gdybym dzisiaj miał pisać pracę maturalną z języka polskiego chciałbym napisać coś o cnotach niewieścich naszych prababek w świetle literatury oraz starych, archiwalnych dokumentów. Dlaczego taka tematyka? Bo jest na czasie. Zapunktowałbym też ówczesnemu ministrowi MEiN – wielkiemu propagatorowi cnót niewieścich i starych, polskich tradycji. Zgodnie z panującym w Ministerstwie Edukacji i Nauki trendem, cofnę się więc o kilka wieków i przyjrzę się naszym prababkom.

Wertując stare, dziewiętnastowieczne księgi metrykalne produkowane w parafiach, nietrudno zauważyć w nich małą  dysproporcję płci. Owszem! Kobiety występowały w aktach, lecz odgrywały w nich marginalną rolę. Przyjrzałem się więc, co na ten temat mówi ówczesna litera prawa. Celowo pominę okres staropolski. Z racji panującego wówczas prawa kanonicznego oraz prawa rzymskiego kobiety stały na z góry straconej pozycji. Wiadomo dlaczego, bo to słaba płeć. Według pojęć prawa rzymskiego kobieta była niezdolna do samodzielnego działania. Dlatego też pomimo posiadania nabytych praw majątkowych, najczęściej w postaci spadków, przyrównywana była (pod względem cywilno-prawnym) do osób wymagających stałej męskiej opieki. Najpierw ojca, później męża a w razie owdowienia przez męską familijną radę krewnych. W przypadku staropanieństwa, przez radę familijną składającą się ze stryjów i jej braci. Niewielkie zmiany w prawie kobiet wymusił upadek stanu rycerskiego. Wraz z dużym przyrostem niewielkich miast w Rzeczpospolitej zaczęło obowiązywać prawo magdeburskie. Było ono oparte na prawie rzymskim. Co ono wniosło dla kobiet?  Już w wieku 13 lat kobiety stawały się zdolne do zamążpójścia, pełnoletniość jednak osiągały w wieku 21 lat. Miały prawo do posagu. W razie osierocenia mogły odebrać swój majątek. Mogły? Uprawnienia kobiet wynikające z ówczesnego prawa w rzeczywistości były mocno ograniczone. Praktycznie nadal pozostawały pod opieką facetów i nie mogły samodzielnie podejmować decyzji. Nawet wybór męża nadal był im narzucany. W nieco lepszej sytuacji były wdowy. Zwłaszcza te mieszkające w miastach oraz te niezależne finansowo. Mogły one w większym stopniu decydować o sobie. Wybierać partnerów, zajmować się handlem lub rzemiosłem. Prowadziły karczmy, stragany, własne gospodarstwa…

Na początku XIX wieku kobiety doczekały się zmiany prawa. Stare prawo zastąpił nowy Kodeks Napoleona. Choć w założeniach miał opierać się na równości, nieograniczonej własności i swobodzie prawnej, zachował wiele zapożyczeń z dawnej epoki. Kobieta nadal była „wieczyście małoletnia”, niezdolna do samodzielnego decydowania o sobie bez zgody facetów z jej otoczenia. Ojca, męża, krewnych. Kobieta nadal nie posiadała dokumentów tożsamości, nie mogła przemieszczać się bez zgody „opiekuna”, nie mogła dysponować swoim dochodem. Kodeks Napoleona przewidywał wystąpienie kobiety o rozwód tylko w jednym przypadku – gdy mąż sprowadził swoją kochankę do domu. Poza domem – „hulaj dusza, piekła nie ma!”. Rozwodu zresztą też. Taki stan prawny utrzymywał się do końca I Wojny Światowej. Po 1918 roku kobiety pod względem prawnym zrównane zostały z płcią męską. Na całkowite równouprawnienie (za sprawą facetów), przyszło naszym babką jeszcze długo czekać.

Czytając i analizując materiały o prawach kobiet na przestrzeni wieków, zastanawiałem się czy wszystko czytałem ze zrozumieniem. Stary zapis – „Daj, ać ja pobruszę a ty poczywaj” przestałem odbierać jako akt dobrej woli i współczucia ze strony wypowiadającego te słowa. Zacząłem postrzegać je w sensie – Idź odpocząć, a ja zaraz cię dojadę. Rozważałem przy tym, skąd takie parcie ministra do powrotu do starych pięknych, staropolskich tradycji? Do cnót niewieścich. Dla mnie taki powrót sprawia wrażenie ubezwłasnowolnienia kobiet. Po głębszej analizie dochodzę do wniosku, że może to być jednak motywowane zachowaniem partyjnych koleżanek Pana Ministra. Otóż, bogobojne, pokorne niewiasty, dobre matki i żony, bezwolne podległe woli rodzica (czytaj prezesa) i władzy męża posłanki partii rządzącej, na sali sejmowej zachowują się w sposób odbiegający od cnót niewieścich. Łapczywie pożerają obiadek w ławie poselskiej, pokazują wyciągniętego środkowego palca w wulgarnym geście, udają głuche stojąc pół metra od mówcy, dokonują reasumpcji przegranych głosowań… Wszystkich ich grzechów nie pamiętam. Widocznie minister wie lepiej. Tylko na miłość boską. Po co karać wszystkie kobiety?

Jerzy Wnukbauma.