Wsi spokojna, wsi wesoła.

Gdy przyszedł czas na zrobienie wywodu przodków mojej żony, zgodnie z tym co podają wszystkie genealogiczne podręczniki, zacząłem od siebie. Lecz zanim zidentyfikowałem się w drzewie jako probant, sięgnąłem do podręczników i przypomnienia sobie nie tak odległej historii świętokrzyskiej wsi.  Historii którą pisali rodzice i dziadkowie mojej żony.

Wsi wesoła, wsi spokojna,

Byłabyś bogata, ale przyszła wojna.

Ludobójcze plany wyniszczenia ludności polskiej i eksploatacji terenów Polski, zostały opracowane na długo przed rozpoczęciem II Wojny Światowej. Plany te powstawały na biurkach oraz sztabowych mapach obu najeźdźców ziem polskich i były przez obie strony szczegółowo koordynowane. Podpisanie Paktu Ribbentrop-Mołotow sfinalizowało ten zdradziecki układ. Po napaści Niemiec i ZSRR na Polskę i po zdławieniu wszelkich przejawów życia narodowego, zaczęło się wdrażanie przez okupantów planów unicestwienia Polski. Zakładały one wymordowanie polskich elit, ujarzmienie Narodu Polskiego, a później stopniową jego depopulację i zaludnienie terenów Polski przez kolonistów niemieckich i sowieckich. Sowieckich, bo na Kresach występował podobny schemat, lecz ten przebiegał pod hasłem wkroczenia Armii Czerwonej w celu „udzielenia pomocy bratnim narodom”.

Od chwili wkroczenia na tereny Polski, armia niemiecka prowadziła wojnę totalną wobec podbitego narodu. Już w pierwszych dniach wojny frontowe oddziały Wermachtu dopuściły się licznych mordów na wziętych do niewoli jeńcach wojennych oraz na ludności cywilnej. Władza Wermachtu trwała do końca października 1939 roku. Później armia przekazała pełnię władzy niemieckiej administracji cywilnej. Tereny Polski nie przestały być świadkiem gwałtownych wstrząsów. Policja i żandarmeria stosowały przemoc na ludności cywilnej bez względu na wiek i płeć. Na kilka lat, terror i przemoc stały się metodą rządów.

Oracz pługiem zarznie w ziemię,

A okupant polskie plemię.

W latach okupacji podbite ziemie polskie traktowane były przez okupantów jako olbrzymi obóz pracy, eksploatacji, wyzysku i grabieży. Stosowanie represji na ludności wiejskiej oprócz zastraszania i wymuszania posłuszeństwa miało także na celu realizację nałożonych przez okupanta na polską wieś obowiązków kontyngentowych. Wszystkie wsie zostały objęte obowiązkowymi dostawami żywności, świadczeniem przymusowej pracy na rzecz Niemców – wysyłka na roboty do III Rzeszy, szarwarki, podwody. Kontyngenty narzucane i co roku zwiększane przez okupanta, nierzadko przewyższały zebrane plony. Podczas odbioru obowiązkowych dostaw płodów rolnych, Niemcy dopuszczali się  oszustw celowo rozkalibrowując wagi lub określając na oko rekwirowane worki ze zbożem np. za metr oddanego zboża wpisywano 75kg. Przeciwko wsiom niewywiązującym się z obowiązkowych dostaw urządzano wyprawy karne. Za niewywiązywanie się z obowiązkowych kontyngentów groziły konfiskaty, pobicia, więzienie, karne obozy, wywózka do obozów koncentracyjnych i nierzadko śmierć. Takie same kary groziły za pokątny ubój zwierząt hodowlanych.  Niemcy z czasem podwyższyli i tak wielkie obciążenia kontrybucyjne, których rozmiary przekraczały możliwości gospodarstw chłopskich. Taka eksploatacja ekonomiczna doprowadziła do znacznego zubożenia ludności wiejskiej. Jak podają polskie źródła, na ziemiach włączonych do III Rzeszy tylko do lutego 1942 roku skonfiskowano Polakom blisko 900 tys. gospodarstw rolnych o łącznym obszarze 9.2 mln ha. W kolejnym 1943 roku w GG skonfiskowano 800 tys. gospodarstw. Z okupowanych ziem zrabowano i wywieziono w głąb Rzeszy miliony ton zboża, ziemniaków i innych płodów rolnych. Sowiecka polityka w stosunku do Polaków na zagarniętych wschodnich ziemiach różniła się od tej jaką stosował okupant niemiecki. Tu dominowały czystki etniczne. Wypędzoną ze swej ziemi ludność polską, wywożono bezpowrotnie na przymusowe roboty do sowieckich łagrów. Uwięzieni w rozsianych po całym ZSRR gułagach Polacy, stanowili tanią siłę roboczą.

Gdy się z Niemcem rozprawiemy,

komin w koło obsiędziemy.

Wobec polityki okupantów, chłopi polscy nie stali bezczynnie. Niepokorność chłopska uwidoczniła się na samym początku wojny. Kilka miesięcy po jej wybuchu, w 1940 roku na ziemiach polskich istniało już ok. 200 organizacji podziemnych. Znaczną siłę, drugą co do wielkości, stanowiły oddziały Chłopskiej Straży. Wiosną 1941 roku przemianowanej na Bataliony Chłopskie. W 1944 roku BCh  liczyły ok. 160tys żołnierzy. Głównym jej celem była obrona ludności polskiej przed nasilającym się terrorem oraz eksploatacją gospodarczą. Około 80% sił partyzanckich BCh koncentrowało się w okręgach; kieleckim, lubelskim i krakowskim. Na terenie dawnego województwa kieleckiego działał III Kielecki Okręg Batalionów Chłopskich. Ich najsłynniejszymi akcjami były; dwukrotne rozbicie więzienia w Pińczowie, utworzenie Republiki Pińczowskiej, zwycięskie starcie pod Słupią w pow. buskim z niemiecką 17 Dywizją Pancerną, oraz walki o wyzwolenie Skalbmierza oraz walki o utworzenie przyczółka baranowsko-sandomierskiego. BCh pozostały oddziałami zbrojnymi polskiego ruchu ludowego do końca II wojny, do 1945 roku.

Chwała Bogu, że te kraje

niosą insze obyczaje.

Odwaga i waleczność żołnierzy rekrutujących się z Ziemi Kieleckiej uwidoczniła się tuż po wybuchu II Wojny Światowej. Z tej ziemi pochodził garnizon w dniach 1-7 września 1939 roku broniący  Westerplatte. Skapitulował gdy brakowało im amunicji. Na początku wojny cała Ziemia Kielecka stała się kolebką ruchów partyzanckich. Duże zalesienie terenu, jego górzyste ukształtowanie, trudno dostępne miejsca, oraz duża koncentracja rozbitych i zaskoczonych klęską wrześniową polskich oddziałów wojskowych spieszących na pomoc Warszawie, sprzyjały działalności podziemnej na tym terenie. Lasy kielecczyzny stały się azylem dla różnej maści partyzantów. Tu walczył i ukrywał się ze swym oddziałem pierwszy partyzant II wojny mjr Henryk Dobrzański „Hubal”. Tu działały oddziały; „Jedrusi”, Ponurego, Barabasza, Nurta, Szarego, „Wybranieccy”, Brygada Świętokrzyska NSZ, BCh, AK, GL(AL). W końcowych latach wojny walczyły tu także oddziały partyzantki radzieckiej przerzucane za linię frontu w celach dywersyjnych i wywiadowczych. Świnia Góra, Szewce, Gruszka, Wykus to tylko nieliczne, najbardziej znane miejsca na których oddziały partyzanckie stoczyły bitwy z wojskami niemieckimi.

Bodaj wszytkich mąk skosztował,

kto na nas wojsko szykował.

Pierwsze represje ze strony Niemców dotknęły ludność Polską już na początku wojny, we wrześniu 1939 roku. Szybko postępujące w głąb kraju wojska niemieckie, przekonane przez swoją propagandę o napotykaniu na aktywny i masowy udział ludności cywilnej przeciwko nim, wpadały w psychozę i mściły się na wziętych do niewoli żołnierzach polskich i ludności cywilnej. Zjawisko to dobrze charakteryzuje pierwsza  masowa zbrodnia na wziętych do niewoli jeńcach wojennych w Ciepielowie. Dnia 8 wrz.1939 roku rozegrała się tu walka między żołnierzami 74 Pułku Piechoty z Lubania Śląskiego a żołnierzami niemieckiego 15 Pułku Piechoty. Polskie oddziały walczyły dzielnie, wciągając Niemców w zasadzkę i początkowo odnosząc przewagę, jednakże nie mając żadnego wsparcia zostały otoczone i musiały skapitulować. Rozbrojonym i wziętym do niewoli żołnierzom polskim Niemcy kazali się rozebrać, pozostawiając ich tylko w bieliźnie. W ten sposób pozorowali, że zostali zaatakowani przez oddział cywilnych bandytów. Rozebranych jeńców pognali w las, uszeregowali przy drodze wzdłuż rowu i rozstrzelali. Wkrótce do Niemców dotarło, że dla honoru żołnierza większym wstydem jest być pokonanym przez cywilną bandę, niż przez regularne oddziały wojskowe. Zaczęli po sobie usuwać wszelkie ślady naruszenia prawa wojennego i reguł konwencji haskiej. Do 1950 roku zbrodnia ta była zapomniana i żyła tylko w pamięci nielicznych mieszkańców Ciepielowa. Ujrzała światło dzienne po otrzymaniu anonimowego niemieckiego maszynopisu w którym ze wszystkimi szczegółami opisana była historia potyczki Niemców z Polakami. Do maszynopisu noszącego formę żołnierskiego pamiętnika, dołączone były czarnobiałe zdjęcia przedstawiające egzekucję 300 polskich żołnierzy.

Rzeczywiste i domniemane sukcesy Wojska Polskiego, rzekome i prowokowane przez niemieckie bandy napady polskich cywilów na żołnierzy Wermachtu, a także liczne donosy, sprawiały że wkraczające wojska frontowe dokonywały pacyfikacji wisi paląc, wypędzając lub mordując jej mieszkańców. W późniejszym okresie okupacji wieś świętokrzyską spotykały innego rodzaju liczne represje; za współpracę i pomoc partyzantom, za nieprzestrzeganie narzuconych nakazów i zakazów, za chłopską niepokorność, stawanie w obronie swojego mienia. Po „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”, hitlerowskie obozy koncentracyjne zapełniły się wywożonymi na pewną śmierć Żydami oraz Polakami podejrzanymi o udzielenie takiej pomocy. Osoby dające schronienie lub w inny sposób udzielające pomocy Żydom, były na miejscu zabijane lub palone żywcem. W grudniu 1942 roku za udzielanie pomocy Żydom, żywcem spalono rodzinę Kowalskich w Ciepielowie, leżącym w dawnym woj. kieleckim.

W 1943 roku nasiliły się represje związane z działalnością partyzancką. W odwecie za pomoc żołnierzom podziemia spacyfikowano i wymordowano mieszkańców Michniowa i Skałki Polskiej. W rodzinnej parafii mojej żony, oraz w sąsiadujących z nią gminami, niesławą okrył się 62 pluton żandarmerii zmotoryzowanej dowodzony przez Alberta Schustera. Dopuścił się on licznych przestępstw na ludności cywilnej Kielecczyzny. Wśród jego ofiar znalazł się wujek mojej żony. Jego nazwisko znajduje się na tablicy pamiątkowej poświęconej parafianom Nowej Słupi, którzy oddali życie za wiarę i za ojczyznę. A. Schuster jako jeden z niewielu hitlerowskich zbrodniarzy, doczekał się zasłużonej kary. Skazano go na karę śmierci. Wyrok wykonano.

Wrócąć sie i dobre lata,

Jeszczeć nie tu koniec świata.

W czasie hitlerowskiej okupacji wieś polska zapewniała możliwość schronienia i przetrwania osobom wysiedlonym i wypędzonym. Była ostoją dla jeńców, uciekających więźniów i Żydów. Tu były zakonspirowane schronienia dla odpoczywających i leczących swe rany partyzantów. Tu miała schronienie, pracowała i ukrywała się inteligencja. Chociaż ludność wiejska sama cierpiała głód, chłopski solidaryzm umożliwiał organizowanie pomocy głodującym miastom i walczącym oddziałom partyzanckim. Na barkach chłopów spoczywał ciężar: wyżywienia narodu i czynnej walki przeciwko okupantowi. ŻYWIĄ I BRONIĄ. Ta dewiza kościuszkowskich kosynierów przetrwała w chłopskiej tradycji i w ich genach do dzisiaj. Po wyzwoleniu polskim chłopom starano się narzucić i stopniowo wprowadzić obcy system gospodarczy wzorowany na sowieckich rozwiązaniach. Z tej lekcji historii chłopi wyszli zwycięsko. Byli i są przykładem patriotyzmu i walki o zachowanie polskości.

Jerzy Wnukbauma

Hoc erat in votis

Tego sobie właśnie życzyłem; trochę ziemi,

dom i ogród z wiosną pod rękę.

fragm. „Satyry”. Horacy

Przed ponad dwoma tysiącami lat marzeniem Horacego był; własny mały skrawek ziemi, na nim dom i ogród, a w pobliżu mały las i tryskające czystą wodą źródełko… Wkoło kwitnąca wiosna, cisza i spokój. Sielskość, anielskość. Marzenia Horacego w zasadzie nie różnią się od moich pragnień oraz żądz współczesnego zjadacza chleba. By ten cel osiągnąć, jesteśmy gotowi na wiele wyrzeczeń. Mały domek na wsi w miłej, spokojnej okolicy, w odległości około pół godziny samochodem od miasta, jest osiągalnym marzeniem dla coraz większej grupy osób. Dom na wsi to istna oaza spokoju dla niemałej rzeszy ciężko spracowanych nuworyszy. Dom jest także pierwszym warunkiem jaki stawiany jest mężczyźnie po założeniu rodziny. Później już tylko; spłodzić syna i posadzić drzewo. To żywe, dające cień, rozłożyste, zielone. Dąb, lipę jabłoń. Mnie taka sielska cisza i spokój dopinguje do zadbania o inne drzewo – drzewo genealogiczne.

Chociaż jestem niepoprawnym mieszczuchem, horacjański model życia zawieszenia między miastem i wsią, na mnie też działa. Nie mam tak daleko idących jak Horacy wygórowanych ambicji o własnym ranczu. Zbudowałem dom, spłodziłem syna, posadziłem drzewo i wystarczy. Starych drzew już się nie przesadza. Wystarczy mi tylko cisza i święty spokój. Moje marzenia dotyczą innych doznań. Od kilku lat pragnieniem moim jest naładowanie swoich akumulatorów w jakimś odludnym, cichym letnisku na nadwiślańskim Urzeczu. Z dala od miasta, zgiełku, ludzi… Tylko ja, żona i prześcigający się w dogadzaniu nam właściciele agroturystycznego ośrodka. Mój sen kończy się zazwyczaj na tym, że wschodzi słońce i nad horyzontem zaczynam dostrzegać górujące; PKiN i warszawskie drapacze chmur. Póki co „jestem w Rzymie i robię to, co robią wszyscy Rzymianie”.

Do niedawna wielkim moim marzeniem było zdobycie zdjęcia dziadka. Pragnąłem zobaczyć jak wyglądał, żył, mieszkał mój ojczysty dziadek. Byłem święcie przekonany, że ktoś z potomków jego licznych sióstr i braci zachował choćby najmniejszą dowodową fotkę podarowaną przez dziadka komuś bliskiemu „na wieczną pamiątkę”. Po cichu liczyłem na to, że zachowało się choćby jedno jedyne zdjęcie z przedwojennych rodzinnych uroczystości na których był mój dziadek. Dałem temu wyraz w felietonie zamieszczonym pięć lat temu w artykule – „Królestwo za dziadka”. Pisałem w nim, że poruszyłbym niebo i ziemię by zobaczyć nawet jego domniemany portret. Wreszcie doczekałem się. Niebo uchyliło się i spadła mi prosto z niego daleka, lecz bliska memu sercu kuzynka. W jej rodzinnych albumach nie tylko znajduje się rodzinne ujęcie na którym jest mój dziadek. Bezcenną fotografią jest też rodzinne zdjęcie na którym uwieczniona jest moja prababka z czwórką swoich dzieci. Hoc erat in votis. O to się modliłem! I w końcu zostałem wysłuchany.

Hot erat in votis. O to się modliłem. Od lat korzystam z internetowych zasobów genealogicznych, lecz dziś coraz częściej dane mi jest powtarzać za Horacym, że zostałem wysłuchany. W moim ojczystym, niekoniecznie w jego języku i często nawet nie zdając sobie sprawy, że był, żył i tworzył Flakkus zwany Horacym. Nie pamiętając o tym że cytuję już niegdyś zapisane słowa. Znajdując w internetowych genealogicznych  bazach danych co rusz to nową duszyczkę, na usta ciśnie mi się – Oto się modliłem. Tego pragnąłem. Dzięki sporej grupie fotografujących i indeksujących księgi parafialne, moim podziękowaniom wznoszonym ku Niebu nigdy nie ma końca. Co rusz przybywa nowych rekordów i w sieci pojawiają się nowe zindeksowane akty. Moim cichym marzeniem jest by odwiedzający portale genealogiczne i korzystający z usług indeksujących mieli na uwadze inne łacińskie powiedzenie – hodie mihi, cras tibi. W znaczeniu – dziś ktoś tobie, jutro ty komuś.

Jerzy Wnukbauma.

Uczta Baltazara

Król Baltazar urządził dla swoich możnowładców w liczbie tysiąca, wielką ucztę i pił wino wobec tysiąca. Gdy zasmakował w winie rozkazał przynieść srebrne i złote naczynia, które jego ojciec zabrał ze świątyni, aby mogli z niego pić król, oraz jego możnowładcy, jego żony i nałożnice. Pijąc wino wychwalali bożków…

W końcu doczekałem się emerytury. ZUS nie miał prawa powiedzieć mi NIE! Mam już gotowe plany na nową drogę życia. Co będę robił? Odpowiem tak, jak odpowiadam na to pytanie moim znajomym – Nadszedł czas kupić kilka butelek wina, zaprosić moich przodków pochodzących od Kołodzieja – w liczbie około tysiąca. Pousadzać ich za stołem zgodnie z hierarchią. Zasmakować się w winie, wsłuchiwać się w to, co mają mi do przekazania traktujące o nich archiwalne dokumenty. Poznać jak najwięcej sekretów moich pradziadów. Później posprzątać cały bałagan po uczcie. Poskładać wszystko, poszufladkować i spisać sagę rodu. Przelać wiedzę na papier, bo pamięć mam ulotną. Przekazać wszystko potomnym, żeby później nie było – a dziad wiedział, nie powiedział, a to było tak.

W tej chwili ukazały się palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego pałacu. Zakrzyknął król by wprowadzono wróżbitów, Chaldejczyków i astrologów. Zwrócił się do mędrców babilońskich i rzekł – Każdy kto przeczyta to pismo i wyjaśni mi je, ma być odziany w purpurę i złoty łańcuch na szyi i ma panować w moim kraju jako trzeci.

Jeszcze kilka lat temu byłbym niezmiernie wdzięczny za pojawienie się czyjejś niewidzialnej ręki, która nakreśliłaby mi cały mój wywód przodków. Prawdopodobnie jeszcze kilka lat temu musiałbym skrzyknąć też wszystkich; wróżbitów, Chaldejczyków i astrologów, żeby zrozumieć uczonych w piśmie genealogów. Trochę z przekonania a trochę ze skąpstwa, postanowiłem rozwiązać mój problem sam. Samodzielnie poszukiwałem przodków przy tym edukowałem się intensywnie. W tym celu zalogowałem się na genealogiczne forum, wstąpiłem do towarzystwa genealogicznego i czerpałem wiedzę całymi garściami. Z czasem jednak zraziłem się do forum i początkowy apel do Koleżanek i Kolegów – Uczta Baltazara szybko zamieniłem na – Sami sie uczta!

Wtedy odezwał się Daniel i rzekł wobec króla; – Dary swoje zatrzymaj, a podarunki daj innym! Jednakże odczytam królowi pismo i wyjaśnię jego znaczenie. A oto nakreślone pismo; mene, tekel, fares. Takie zaś jest znaczenie wyrazów; Mene – policzono. Bóg obliczył twoje panowanie i ustalił jego kres. Tekel – zważono.  Zważono cię na wadze i okazałeś się zbyt lekki. Fares – podzielono. Twoje królestwo uległo podziałowi.

Niedawno stanąłem przed przysłowiową ścianą. Poddałem się. Osłabłem w zapałach. Rozważałem rzucenie tego wszystkiego w cholerę. Wpatrując się ślepo w ścianę miałem odczucie, że za chwilę ukarze się na niej napis Mene, Tekel, Fares przepowiadający mój upadek i ostrzegający mnie przed zbliżającym się końcem. Nic takiego w ścianie jednak nie dostrzegłem. Nie pojawiła się też żadna pisząca na niej niewidzialna ręka. Ściana pozostała blada. No, może trochę wyblakła i przybrudzona. Uświadomiłem sobie, że muszę ją pomalować. Może dla odmiany pieprznę na niej jakiś szlaczek. Postaram się zdążyć z malowaniem do chwili spotkania się z nowo poznaną kuzynką. Kto wie. Może jak biblijny Daniel pomoże mi na nowo odczytać inne graffiti – moje porozrzucane i powoli zapominane drzewo genealogiczne. Ta myśl pozwala mi na nowo cieszyć się genealogią.

Jerzy Wnukbauma

Nową przypowieść Polak sobie kupi!

W poszukiwaniu archiwalnych śladów, po zamordowanym w czasie II Wojny Światowej przez Niemców w Nowej Słupi wujku mojej żony, natrafiłem na ciekawą internetową stronę. Jest to prowadzony przez Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami portal. Moim zdaniem może on być kopalnią wiedzy dla genealogów. Jak sami o sobie piszą „budują największy zbiór świadectw ludności cywilnej w okupowanej Europie dostępny online. Stworzone przez OBnT „Zapisy Terroru” są nowoczesnym przedsięwzięciem z pogranicza badań naukowych, popularyzacji historii i szeroko rozumianej pamięci narodowej”. Opublikowane tam zeznania świadków niemieckich i sowieckich zbrodni popełnionych na Polakach w latach 1939 – 1945 roku, są dopełnieniem losów naszych bliskich. Materiały pochodzą ze zbiorów IPN. Większość z nich zaczyna się według schematu.

….. dnia… Ja ……z Referatu Śledczego MO w …. działając na mocy art. 20 przepisów wprowadzających KPK, art. 257 KPK, z powodu nieobecności Sędziego na miejscu, wobec tego, że zwłoka groziłaby zanikiem śladów lub dowodów przestępstwa, które do przybycia Sędziego uległyby zatarciu. Zachowując formalności wymienione w art. 235-240, 258 i 259 KPK, przy udziale protokolanta …….. którego uprzedziłem o obowiązku stwierdzenia swym podpisem zgodności protokołu z przebiegiem czynności, przesłuchaniem niżej wymienionego w charakterze świadka. Świadek po uprzedzeniu o ważności przysięgi złożył przypisaną przysięgę, został pouczony o prawie odmowy zeznań z przyczyn wymienionych w art. 104 KPK, odpowiedzialności za fałszywe zeznanie w myśl art. 140 KK.

Brrr! Brzmi groźnie. Urzędniczy język na samym wstępie działa deprymująco na świadka i może odnosić odwrotny od zamierzonego skutek. Miast otworzyć się, świadek może milczeć. Przysięga, uprzedzenie o obowiązku, pouczenie o odpowiedzialności karnej – straszą i zamykają usta. Groźba zaniku śladów lub dowodów przestępstwa do chwili przybycia Sędziego, paskudnie kojarzy się z Kodeksem Karnym. Lecz ten wymyślny, formalistyczny wstęp to nic innego jak wymóg prawa. Pouczenie, podanie podstaw prawnych – bez tego ani rusz w poruszaniu się po meandrach prawa. Dalej już normalnie. Zeznania wezwanych i pouczonych o odpowiedzialności karnej świadków.

Niestety nie znalazłem nic o wujku mojej żony. Jego tragiczna historia nadal pozostaje tajemnicą i podejrzewam, że już nią pozostanie. Więcej szczęścia miałem przeglądając zeznania świadków pochodzących z Kielc. Znalazłem tu zeznanie mojego wujka, szwagra mojego ojca, który opisuje warunki panujące w dwóch obozach pracy (dla Żydów i dla Rosjan) znajdujących się przy Hucie Ludwików. Przeglądając zeznania świadków zastanawiałem się dlaczego skazano tylko nielicznych zbrodniarzy. Większość panów życia i śmierci uniknęło odpowiedzialności karnej. Pocieszające jest jednak to, że nie uniknęli kary moralnej. Sam fakt, że byli przesłuchiwani przez polskich prokuratorów i zginali przed nimi karki mówiąc o polskich bohaterach i patriotach, o czymś świadczy. Odnośnie zabijania bezbronnej ludności cywilnej, w tym kobiet w ciąży i dzieci, zasłaniają się niepamięcią i wykonywaniem rozkazów.

Państwo polskie jako jedno z pierwszych okupowanych, europejskich państw, powołało do życia mocą dekretu z dnia 10 listopada 1945 roku Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Zakresem jej działania było zbieranie materiałów i badanie zbrodni niemieckich popełnionych w latach 1939 – 1945 w Polsce lub poza jej granicami w stosunku do obywateli polskich lub osób narodowości polskiej, oraz cudzoziemców którzy w czasie okupacji przebywali w Polsce. Do jej zadań należało także; kierownictwo i uzgadnianie prac Okręgowych Komisji i innych instytucji o pokrewnym zakresie działania. Komisja wydawała i ogłaszała też materiały i wyniki swoich badań.

W 1949 roku Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich została przemianowana w Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich. O ile pierwszy okres działania Komisji wypełniony był głównie czynnościami śledczymi i dokumentacyjnymi, o tyle lata 1949 – 1965 stały się okresem impasu działań tej instytucji. Złożyło się na to wiele czynników m.in. brak akt dokumentujących popełnione zbrodnie – większość z nich uległa celowemu zniszczeniu przez cofających się Niemców. Te które przetrwały, były skrupulatnie zbierane przez wyspecjalizowane oddziały NKWD i wywożone w głąb Rosji. Nie bez znaczenia jest także wymordowanie przez obu okupantów polskich elit i dojście komunistów do władzy. Dla nich po 1949 roku priorytetowym celem było szukanie i rozliczanie się z wewnętrznymi „wrogami ludu” a nie ściganie wojennych zbrodniarzy.

Zmiana nazwy Komisji w 1949 roku z Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich na  Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich choć może sugerować zmniejszenie odpowiedzialności Niemiec i przeniesienie jej tylko na hitlerowskich oprawców – spowodowane było względami przyjaźni z nowo powstałą Niemiecką Republiką Demokratyczną – NRD. W 1965 roku wskrzeszono działalność Komisji i wzmożono prace archiwalno-dokumentacyjne. Rozpoczęto działalność naukową. Podjęto wysiłek sprowadzenia akt ze Związku Radzieckiego.

Reaktywacja Komisji wiązała się z realnym zagrożeniem przedawnienia zbrodni popełnionych przez Niemców na Polakach w latach 1939 – 1945 roku. Zbieranie zeznań świadków trwało do końca lat 80 ubiegłego wieku. Jednakże ogrom przestępstw popełnionych przez Niemców w czasie II Wojny Światowej, nie został dostatecznie rozliczony przez sądownictwo polskie i RFN.  W konsekwencji udało się stopniowo wymazać z pamięci narodów fakt stosowania zbrodni i terroru oraz genocydu  ludności polskiej na dotąd niespotykaną skalę. Opinii publicznej wpajano przekonanie, że osądzono już wszystkich zbrodniarzy wojennych, których udało się ująć i dalsze szukanie  wojennych przestępców jest bezowocne i bezzasadne.

W ocenie niemieckich sądów, niektóre zbrodnie wojenne mieściły się w: –  „dozwolonym zwalczaniu partyzantki”, „podjęciu przez polskich cywilów walki z niemieckim wojskiem” „niepodporządkowaniu się ludności cywilnej niemieckim poleceniom”, „próbami ucieczki”… To tylko nieliczne przykłady postanowień niemieckiej prokuratury i niemieckich sądów. Czarę goryczy przelewały też PRL -owskie „wymiary sprawiedliwości” przypisując część zbrodni na Żydach i Polakach żołnierzom Polski Podziemnej, wiernych do końca swoich dni Polsce. „Polskie obozy” to nic innego jak pokłosie starych zaniedbań i błędów popełnionych przez rodzimych komunistycznych prominentów mających decyzyjne role. Ich „wicie, rozumicie towarzysze” na długie lata zamiatało pod dywan wiele istotnych spraw. Takie postępowania determinowały proces wychowania i kształtowania świadomości młodych pokoleń Europejczyków i Amerykanów. Niemałą rolę odegrały w tym światowe media. Robią to zresztą nadal, zniekształcając fakty i mocno naginając historyczną prawdę.

Ostatnie zawirowania związane z nowelizacją ustawy o IPN zbudziły demony i przyczyniły się do powstania na ten temat wielu mitów i nieporozumień. Przeciwnicy zmian zadają masę pytań i wysuwają wiele wątpliwości. Straszą, że ustawa w nowym kształcie może mieć wpływ na świadków, którzy zdecydują się opowiedzieć o tym co widzieli, słyszeli i zapamiętali. Ktoś mądry kiedyś powiedział – „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Jedno jest pewne – trwa wyścig z czasem. Swoich dni dożywają nieliczni już świadkowie hitlerowskiego i sowieckiego ludobójstwa. Czas pokaże czy sprawdzi się ponadczasowość szesnastowiecznej Pieśni Jana Kochanowskiego, który pisał; „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i po szkodzie, i przed szkodą głupi.”

Jerzy Wnukbauma.

Z rodziną…

Gdy masz rodzeństwo; siostry i braci,

wszyscy pospołu jesteście bogaci.

Gdy możesz się tulić do matki i taty,

jesteś szczęśliwy i podwójnie bogaty.

Potrójne bogactwo ci sprzyja,

gdy masz do tego ciotkę i stryja.

Gdy żyją jeszcze twoi dziadkowie,

toś przebogaty – każdy to powie.

Powiedzcie zatem, dlaczego się słyszy;

„Z rodziną wychodzi się dobrze na kliszy!”

Jerzy Wnukbauma

Z Urzecza.

Ciekawość człeka z czasem nachodzi,

kim był jego przodek i skąd pochodzi?

Gdy mnie dopadła chęć poznania

zabrałem się do poszukiwania –

Wygodnie siadłem do komputera

i zabawiłem się w genehuntera.

 

Wpisałem w Google swoją godność,

wygooglowało mi jedną zgodność –

‚Modry urzyczak” -Zwierciadło etnologiczne?

– drobny druk, ryciny, odsyłacze liczne.

Sto siedemdziesiąt cztery strony!

Końca nie widać. ” Byłem przerażony.

 

Czytałem wszystko. Nuda była.

Ciekawość jednak zwyciężyła,

(Nie mogłem czytać na odczepnego

bym nie przegapił tego modrego).

Szukałem ciekaw w elaboracie

czy modry bo – po denaturacie.

 

Wreszcie znalazłem to co szukałem

o denaturat już się nie bałem.

W tekście wyjaśniał dr Stanaszek,

że jest to męski fatałaszek,

innymi słowy – strój wilanowski

nosiły go nad Wisłą wioski.

 

Więc źródłosłowem mego nazwiska,

(jak dajmy na to – bluzka ciału bliska),

był były, męski przyodziewek?

Mam być ofiarą licznych prześmiewek?

Kupiłem książkę. A co mi szkodzi.

Z niej dowiedziałem się o co chodzi.

 

I nawiązałem kontakt z autorem

wkrótce odpisał mi z humorem;

„Ze Skolimowa przodek Twój

Nosił w Falentach z Urzecza strój

Jak go widzieli tak go nazwali

Odtąd Urzyczak w aktach pisali”.

 

Do dziś autora darzę sympatią

trochę za książki dedycatio.

„Temu, który nie mieszka na Urzeczu,

lecz jego korzenie po mieczu

świadczą, że jego dola człowiecza

wzięła początek od przodka z Urzecza.”

 

Jerzy Wnukbauma

W obronie krzyży staję!

Jedną z nienaruszalnych zasad na wszystkich stronach genealogicznych, jest zakaz publikowania treści obrażających: inne narodowości, pochodzenie etniczne, oraz uczucia religijne. Dlatego pisanie na portalu genealogicznym na tematy wiary, może być odbierane przez ich administratorów jako łamanie regulaminu. Zabrania się też poruszania wszelkich tematów związanych z polityką. Nie zamierzam politykować, nikogo obrażać i łamać regulaminu. Muszę się jednak liczyć, że znajdzie się ktoś, kto połączy politykę z religią i będzie udowadniać wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. W ten sposób szybko narażę się na heit, a nawet na ostracyzm. A niech tam. W dobie coraz częstszych zakazów, nakazów i znikania krzyży z życia publicznego, zabiorę głos, by pokazać nierozerwalny związek krzyża z genealogią.

Krzyże, krzyże, krzyże. Towarzyszą każdemu poszukiwaczowi korzeni. Niezależnie od wiary. Są one znakiem rozpoznawczym naszych świątyń, kaplic, cmentarzy. Ich znak spotykamy wielokrotnie, często nie zdając sobie z tego sprawy. Nie mam tu na myśli krzyży widniejących na flagach państw i znakach drogowych, umiejscowionych przed przejazdami kolejowymi. tzw. krzyży św. Andrzeja spotykanych podczas podróży do archiwów. Przemilczę też powiedzenia towarzyszące nam przy pożegnaniach; – w domu przez współmałżonka – „Mam z tobą krzyż pański” a w archiwach przez urzędników – „Krzyż na drogę”.  W kręgu genealogicznych zainteresowań są także liczne kościoły pod wezwaniem Św. Krzyża. W moim przypadku aż cztery.  Ale nie o nich będzie mowa. Napiszę o krzyżach, które  spotykamy w genealogii. To o nich napiszę kilka słów.

Każdy z nas, wcześniej czy później w starych aktach natrafił na znak krzyża zastępujący podpis osoby niepiśmiennej. Jeden lub kilka w rzędzie postawionych obok siebie krzyży lub krzyżyków (iksów) zastępujących podpis. Ten z pozoru prosty znak był poświadczeniem mówienia (i pisania) prawdy. Niejednego genealoga ucieszył analfabetyczny gryzmoł poczyniony niewprawną ręką niepiśmiennego przodka. Dlaczego znak krzyża, a nie inny nieskomplikowany znak pisarski? W moim przypadku odpowiedź jest prosta. Życie moich przodków nierozerwalnie powiązane było z wiarą i religią. Znakiem krzyża moi przodkowie rozpoczynali i kończyli dzień. Błogosławili dzieci i pokarmy. Przystępowali do pracy, odżegnywali się nim od złego. Postawiony przez nich krzyż przydrożny, był miejscem modlitw i spotkań również okolicznych mieszkańców. Także i dziś, przechodząc lub przejeżdżając obok niego, wiele osób skłania głowę, zdejmuje czapki, lub żegna się kreśląc na piersi znak krzyża.

Krzyże znajdują się też na tarczach herbowych. Jego różne formy widnieją na rodowych godłach. Występują na tarczy jako figury; zaszczytne, uszczerbione i zwykłe. Genealodzy obeznani z językiem blazonowania potrafią dokładnie określić zarówno kształt krzyża, jak jego rodzaj i usytuowanie go na herbowej tarczy (lub klejnocie nad tarczą). Mniej obeznani mogą posłużyć się wyszukiwaniem ich na stronach;                    www.gajl.wielcy.pl     lub         www.genealogia.okiem.pl

Za pomocą tej  drugiej strony, po wybraniu formy krzyża i kliknięciu na „Herby z tym symbolem” można zapoznać się z całą gamą herbów z wybranym krzyżem. Szczęśliwcy mogli także odziedziczyć po swych znamienitych przodkach pamiątki z tym znakiem; zegarki, sztućce, oraz biżuterię z wygrawerowanymi krzyżami w herbie. Także monety i odznaczenia z motywem krzyży – to niektóre z przykładów pamiątek z tym znakiem.

Przydrożne krzyże wraz z przydrożnymi figurkami i kapliczkami, stanowią małą architekturę sakralną. Rozsiane są wszędzie tam gdzie istniało i istnieje chrześcijaństwo. W Polsce są czymś naturalnym. Cały nasz kraj jest nimi bogato ozdobiony. Te pomniki religijnej kultury, są niemymi świadkami naszych dziejów. Stawiano je z różnych powodów. W zależności od dziejów. Wznoszenie ich nasilało się w czasach prześladowań, wojen, zaraz, powstań, uwłaszczeń. Stawiane były także w czasie zaborów, chociaż stawiania ich było zabronione przez zaborców. Wznoszono je także w PRL-u. Najgłośniejszym wydarzeniem z tego okresu było postawianie krzyża w Nowej Hucie, kiedy to w kwietniu 1960 r. doszło do rozruchów z milicją.

Żaden z krzyży nie powstał przypadkowo. Każdy z nich przypomina o jakimś wydarzeniu – lokalnym bądź państwowym. W mikro skali – jednego fundatora lub kilku osób. Stawiane były w miejscach ważnych; przy kościołach, w centrum wsi lub osad. Stawiano je także w miejscach mniej ważnych lub całkiem na odludziach. Stawiane na końcu wsi, wytyczały jej granice. W kilku regionach Polski, te graniczne krzyże, były świadkami ostatniego pożegnania osoby zmarłej z wsią i jej społecznością. Pod krzyżami stojącymi na rozstajnych drogach, witano zacnych przybyszów i żegnano odchodzących gości. Stawiane przy ścieżkach do lasów, miały chronić mieszkańców przed czyhającym w lesie złem. Lokowane przy zbiornikach wodnych miały chronić przed utonięciem lub upamiętniały czyjeś utonięcie. Służyły do pochówków pod nimi. Akt zgonu nr 23 z 1811 roku z parafii Raszyn.

http://metryki.genbaza.pl/genbaza,detail,163330,6

Akt nr 23   Posiada Załuski

Roku tysiąc osiemset jedenastego dnia czwartego miesiąca maja o godzinie piątej pod wieczór przed Nami Proboszczem Raszyńskim sprawującym obowiązki urzędnika Stanu cywilnego gminy raszyńskiej powiatu warszawskiego w departamencie warszawskim Stawili się; Piotr Baran mający lat pięćdziesiąt dwa, tudzież Grzegorz Ostrowski mający lat trzydzieści dwa obydwaj stanu rolniczego gospodarze we wsi Opaczy Dużej do której Posiada Załuski jest przyległa w gminie i parafii raszyńskiej położonej zamieszkali i oświadczyli Nam iż znaleźli człowieka płci męskiej w tym dniu, wcale nieznanego, który się obwiesił w gaiku między brzezinką tejże Posiady Załusk w gminie i parafii raszyńskiej, zostający już wiszonego, za uczynioną tedy przez zesłanych od rządu Fizyka i chirurga na miejscu excuteracyja i wykonanym w przytomności mnie urzędnika cywilnego opisie i zatwierdzeniem podpisu mojego, tenże Człek na rozstajnej drodze pod figurą głęboko w ziemię zakopany został. Po czym oświadczający gdy pisać nie umieją my akt niniejszy zejścia takowego po przeczytaniu onego stawiającym podpisaliśmy.

Ksiądz Szczepan Bogdanowicz proboszcz raszyński sprawujący obowiązki urzędnika stanu cywilnego.

 

Każdy z wznoszonych krzyży był okolicznym drogowskazem; zarówno duchowymi, czysto ludzkimi jak i dosłownie użytkowymi. Niektóre krzyże z czasem stały się tak charakterystyczne dla miejscowego krajobrazu, że podróżni określi swoje położenie w terenie względem nich. Chociaż większość z nich jest dzisiaj anonimowa, każdy krzyż do czegoś nawołuje lub przypomina o zdarzeniu z przeszłości. Były wznoszone w podzięce za otrzymane łaski, za uzdrowienie z choroby, za uratowanie z wojennej pożogi, lub klęski żywiołowej. Stąd tak wiele z nich powstało w czasie wojen i powstań lub po ocaleniu mieszkańców przed nadciągającą zarazą.

Charakterystyczne są krzyże choleryczne. Osoby które pochłonęła zaraza chowano na osobnych cmentarzach cholerycznych i wznoszono krzyże, które noszą nazwę krzyży morowych, lub krzyży cholerycznych. Występowały jako pojedyncze lub potrójne. Forma ustawienia trzech krzyży była ściśle określona. Pośrodku znajdował się dwuramienny krzyż zwany krzyżem cholerycznym, morowym lub od hiszpańskiego miasta – karawaką. Taki rodzaj krzyża nazywany jest także krzyżem św. Zachariasza. Po jego bokach stawiano dwa niższe krzyże jednoramienne. Takie krzyże w dobrym stanie zachowały się w kilku miejscowościach m.in. w Babkowicach w Wielkopolsce. Na pionowych i poprzecznych belkach wyryto 7 krzyży oraz 18 liter będących początkiem modlitewnych psalmów. Patronami od morowego powietrza byli św. Rozalia i św. Roch.

Osobnym zagadnieniem są krzyże pokutne. Stawiane były na przestrzeni XIII do XIX wieku. Zwyczaj  stawiania ich przywędrował do Polski z zachodu Europy. W Niemczech i Czechach zwane były krzyżami pojednania, bo nie pokuta a akt przebaczenia leżał u podstaw stawiania krzyży. Krzyże te przypominają raczej o surowości prawa, niż skrusze zabójcy. Stawiane one były przez sprawców zbrodni po spełnieniu kilku warunków m.in. pielgrzymka do miejsc świętych, poniesienie opłat sadowych, wpłacie pewnej sumy na rzecz Kościoła -światło, pochówek, msze za zmarłego, msza za sprawcę, zadośćuczynienie rodzinie ofiary – pokrycie kosztów leczenia, renta dla wdowy itp.  Te kamienne krzyże nader często przenoszone były z pierwotnych miejsc ich umiejscowienia w odległe miejsca. Wykorzystywane były na cmentarzach, w parkach i ogrodach. Niejednokrotnie posłużyły jako tani materiał kamieniarski przy wznoszeniu nowych krzyży lub budowli. Przykładem jest Bytom Odrzański, gdzie kilka takich krzyży zostało wmurowane przy budowie wieży. Także na Ziemi Świętokrzyskiej można spotkać krzyże pokutne. Znajdują się w pobliżu Kielc, w Żernikach, w gminie Sobków, w powiecie jędrzejowskim.

Mówiąc o krzyżach i genealogii nie sposób nic nie powiedzieć o instytucjach, do których najczęściej zwracamy się listownie lub e-mailowo. Odpowiedzi na piśmie z tych instytucji są podstemplowane pieczątkami z wizerunkiem krzyża. Mają go liczne USC miast w których herbie jest krzyż.  Wykorzystują go także PCK, Policja i niektóre Towarzystwa Genealogiczne. Krzyż jest w logo; Warszawskiego i Ostrowskiego TG oraz ŚTG „Świętogen”. Podczas wertowania aktów spotykamy się z nazwiskami których krzyż stał się etymonem słowotwórczym. Oto niektóre z takich nazwisk; Krzyżak, Krzyżan, Krzyżaniak, Krzyżanowski, Krzyżeński, Krzyżewski, Krzyżkowiak, Krzyżosiak, Krzyżuk. Nie sposób nie wspomnieć też o licznych miejscowościach, które w swej nazwie mają ten znak. Są one rozsiane po całej Polsce. Zajmują kilka stron Słownika geograficznego Królestwa Polskiego; Krzyż, Krzyżaki, Krzyżanów, Krzyżanowice, Krzyżany, Krzyżowa… To tylko niektóre z nich. W naszym województwie też jest kilka takich miejscowości. Najbardziej jednak znane są; klasztor na Świętym Krzyżu i ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe.

Dzisiaj proste krzyże stają się niepopularne. Dla części ludzi są wręcz passe. Wykorzystywane są też nader często do niemających nic wspólnego z religią celów. (Amber Gold, faszyści, sataniści, Ku-Klux-Klan skinheadzi). Ostatnio zapanowała moda na ich usuwanie. Niektórzy chętnie posprzątaliby je wszystkie. Myślę, że nie trzeba odgórnych zaleceń, decyzji, poleceń do ich usuwania. Krzyże starzeją się, niszczeją i same znikają z polskiego krajobrazu. Taka jest kolej rzeczy. Trzeba robić wszystko by swym działaniem nie przyczyniać się do powstawania nowych krzyży. Myślę tu o krzyżach stawianych na miejscu wypadków komunikacyjnych oraz o opisywanych powyżej przyczynach stawiania krzyży – prześladowania, wojny, zarazy, powstania.

Jerzy Wnukbauma

 

Kochać? Nie kochać?

Kochać? Nie kochać?

 

Wkrótce dekada w Świętogenie. Okrągły jubileusz jest zawsze okazją do świętowania i zadumy. To czas robienia podsumowań, czas rozpamiętywania i retrospekcji. Cofnę się więc w czasie i wrócę do moich początków; do wykopalisk liczących sobie tyle lat co nasz jubilat. Bo moja przygoda z genealogią zaczęła się też dziesięć lat temu. Wtedy to w Internecie znalazłem całą linię swoich przodków po kądzieli. Nie przeszkadzało mi, że to nie była moja praca i że ściągam od kogoś gotowca. Liczyło się tylko to, że na tacy dostaję bonus w postaci niemieckich przodków po matce. Całą gałąź, aż do 6xpradziadka. Uczucie jakiego wtedy doznałem jest trudne do opisania. Wstąpiło wtedy coś we mnie, dostałem powera i poczułem potrzebę zgłębienia wiedzy o swoich korzeniach. Konsekwencją było wstąpienie do „Świętogenu”.

 

Co się od tamtego czasu zmieniło? Czy jestem mądrzejszy? Minęło dziesięć lat i w dalszym ciągu wiem, że zbyt mało wiem. Nadal istnieje szereg białych plam, a odnalezienie nowych dokumentów budzi szereg nowych pytań. Faktem jest, że dzisiaj znacznie lepiej poruszam się po meandrach genealogii i z całą pewnością dziś mogę powiedzieć; -Duchem, czuję się o dziesięć lat młodszy.

 

Pytanie postawione w tytule, nie jest [broń Boże] moim rozrachunkiem z przeszłością, ani też metafizycznym rozważaniem w sensie być albo nie być? Kocham wszystkich moich przodków bez najmniejszego wyjątku. Nie różnicuję nikogo. W tytule nie posługuję się też żadnym kluczem i nikogo nie namawiam do pokochania Niemców. Pytanie to zadaję wyłącznie sobie i to w kontekście kochać to co robię, czy szkoda na to czasu i rzucić to w cholerę. Zadanie dla wróżki? Zabawię się więc we wróża. Zerwę kwiat i zacznę obrywać z niego płatek, po płatku.

Niemieckie osadnictwo w Galicji. Ostsiedlung.

Zacznę od początku. Od historii niemieckiej kolonizacji na ziemiach polskich. W zasadzie mógłbym pominąć ten wstęp. Po sobie jednak wiem, że należy się parę słów wprowadzenia. Sam, trzydzieści, czterdzieści lat temu o kolonistach niemieckich, sądziłem, że „wpieprzyły się do nas pieprzone szkopy”. Jak słychać i widać – język mówi sam za siebie. Przekazuje mój dawny stan emocji. Dzisiaj, gdy na ten temat wiem nieco więcej, zmieniłem zdanie i już tak nie uważam. Dziś z tamtego młodzieńczego rozumowania zgadzają się tylko szkopy (w rozumieniu Niemcy). Dziś w stosunku do kolonistów niemieckich nie używam epitetu pieprzeni. Zmieniłem też zdanie co do ich wtargnięcia. Byli tu zapraszani, a ówczesna Polska była dla nich saksami.

Co mówią na ten temat źródła?

Ostsiedlung, to nic innego jak stopniowe przemieszczanie się ludności niemieckiej na obszary wschodnie zamieszkałe przez Słowian. Proces ten był znacznie rozłożony w czasie i z różnym nasileniem przebiegał na różnych terenach. W państwach, które przyjęły chrześcijaństwo i które zostały uznane przez Rzym, osiedlenie przebiegało pokojowo. Natomiast kolonizacja na terenach zamieszkałych przez pogańskich Słowian, miała charakter podboju ziem. Proces ten nabrał nieznacznie tempa pod wpływem zakonu krzyżackiego. Zwolnił nieco pod wpływem klęski pod Grunwaldem i czarnej śmierci.

 

Na terenach Galicji, pierwsze osiedlenia niemieckich grup datuje się na VIII wiek, a pierwsza nieco większa fala osadników niemieckich na te tereny, nastąpiła w późnym średniowieczu – po przyłączeniu do Polski przez Kazimierza Wielkiego Rusi Czerwonej. Wcześniej terenami tymi władali książęta Rusi. Ziemie doliny Wisłoka, dzisiaj okolice Rzeszowa, Łańcuta, Krosna były słabo zamieszkałe, porośnięte gęstymi lasami. Na tych terenach królowała; Puszcza Karpacka i Puszcza Sandomierska. Po przyłączeniu Rusi Czerwonej do Polski, Kazimierz Wielki rozpoczął na tych terenach akcję osadniczą. Z tego okresu pochodzą dwa silne skupiska ludności pochodzenia niemieckiego w okolicach Łańcuta i Sanoka. Wtedy to założono min. Rzeszów i  Łańcut. Stara nazwa Łańcuta w tamtym okresie, brzmiała Landschut identycznie jak nazwa miasta skąd przybyli osadnicy. O cechach kolonii nie decydowała liczba niemieckich osadników, lecz monarcha i miejscowi władcy.

Także w późniejszym okresie, ludność niemiecka zachęcana przez miejscowych władców, napływała do miast Galicji. Mieli oni własne kościoły i swych kapłanów. Dla ciekawości powiem, że niektóre Polskie miasta, w tym Kraków, sprawiały wrażenie miast niemieckich. Przypomnę tu, że Kościół Mariacki w Krakowie początkowo należał do gminy niemieckiej. Na początku XVI wieku polscy rajcowie zaczęli domagać się spolszczenia kościoła. W 1537 roku Zygmunt I wydał edykt ograniczający niemieckie nabożeństwa do poobiednich. Także niektóre drewniane zabytki budownictwa sakralnego zaliczane są do pomników kultury niemieckiej z tamtego okresu. Należą do nich między innymi drewniane kościoły w Haczowie i Dębnie.

Z czasem niemieccy koloniści zasymilowali się z miejscową ludnością do tego stopnia, że zatracili swoją mowę i pismo, przejmując mowę i zwyczaje od rdzennej ludności. Określano ich mianem głuchoniemcy (taubdeutsche). Pozostawili po sobie spuściznę w języku polskim – liczne zapożyczenia. Dziś, mówiąc czy pisząc, nie zdajemy sobie sprawy, że posługujemy się zapożyczeniami z języka niemieckiego. Wyrazy te często traktujemy jak stare, polskie nazwy. Dla przykładu niektóre z nich. Średniowieczny rozkwit miast na prawie magdeburskim, a wiec niemieckim, zaowocował  takimi urzędniczymi stanowiskami jak; burmistrz, radny, kanclerz, wójt, sołtys,… Architektura miast wzbogaciła się o; krużganek, jarmark, rynek, szyld, grunt, rynsztok, handel, kiermasz, knajpa, szpital, plac, lamus. W domach mieszkalnych jest strych, rynny, furtki, ganek, wanna, wazon… Kuchnia zyskała szynkę, kartofle, brytfanny, chleb, cukier, sól, olej, knedle, Aby nie było za pięknie. Do naszej mowy weszły także nowe słowa pochodzące z języka niemieckiego; fałsz, gwałt, ofiara, plądrować, pręgierz, rabunek, szajs, szmalcownik, szpicel, szwindel, zaszlachtować, żołdak… Na koniec trochę niemieckich zapożyczeń z naszego, genealogicznego podwórka. W genealogii oprócz imion i nazwisk typowo niemieckich, często posługujemy się niemieckimi zapożyczeniami jak – szlachcic, herb, szwagier… Według naszego rodzimego językoznawcy dr Janusza Wróblewskiego, pierwsze nazwiska noszące przymiotnikową strukturę zakończoną na -ski pojawiły się na zachodzie, gdzie funkcjonowała administracja niemiecka. Niemieccy koloniści którzy przybywali do nas i asymilowali się z Polakami dokonywali dosłownego tłumaczenia zawodów i dodawali do nich końcówkę -ski, która tworzyła strukturę nazwiska. Dzisiaj nie sposób dowiedzieć się czy Młynarski to nie dawny Muller czyli młynarz, a Kowalski to nie potomek Szmieda czyli kowala.

Gorącą zwolenniczką kolonizowania biednych, zacofanych terenów Galicji była cesarzowa Maria Teresa – matka Józefa II. Akcje przeprowadzane przez nią, od jej imienia zwane były kolonizacją teresińską. Od wcześniejszych średniowiecznych akcji kolonizacyjnych, były znacznie lepiej zorganizowane, zalegalizowane prawnie i obejmowały w głównej mierze katolickich kupców i rzemieślników, którzy byli zachęcani do osiedlania się w galicyjskich miastach bez żadnych ograniczeń. Dla kupców i rzemieślników protestanckich, patent kolonizacyjny opiewał na cztery wyznaczone miasta; Lwów,  Jarosław, Zamość i Zaleszczyki. Koloniści niemieccy mieli duży wpływ na rozwój rzemiosła. Dzisiaj jeszcze w języku polskim funkcjonują niemieckie nazwy niektórych powszechnie używanych narzędzi. Z biegiem lat i ci niemieccy osadnicy ulegli asymilacji z miejscową polską ludnością.

Pierwsza w pełni udana, zaplanowana i przeprowadzona na znacznie większą skalę akcja mająca na celu zasiedlenie ludnością niemiecką terenów dawnej Galicji przeprowadzona była przez syna Marii Teresy, Cesarza Austro-Węgier, Józefa II. Stąd jej nazwa – kolonizacja józefińska. Nosiła ona już cechy obco narodowościowej ekspansji. Podpisany przez cesarza patent cesarski z 17 września 1781 roku, rozpoczął kolonizację Galicji na szeroką skalę włączając w nią oprócz dotychczasowego osadnictwa miejskiego także kolonizację rolniczą. Nieco późniejszy patent z listopada tegoż roku dopuszczał na terenach byłych ziem Polskich także osadnictwo protestantów. Kolonizując te tereny, Cesarz  zamierzał doprowadzić te biedne, słabo zaludnione tereny do stopniowego rozwoju. Chciał dobrze a wyszło jak zawsze. W kolejnych latach w śród rdzennej ludności nasilała się bieda, głód, pogorszenie sytuacji społecznej, zwłaszcza na wsiach i w konsekwencji Rzeź Galicyjska zwana także Rabacją lub Powstaniem Szeli.

Odrębnym okresem mającym największy, negatywny wpływ na postrzeganie całego procesu niemieckiej kolonizacji był okres zaborów oraz I i II Wojny Światowej. Głównie pod wpływem obu wojen w naszej świadomości zachowały się negatywne oceny osadnictwa niemieckiego. Nic dziwnego, bo niektórzy koloniści przyczynili się do wielu krzywd wobec swych sąsiadów. Przez nich niektórzy Polacy byli więzieni w obozach a dla wielu po burzy nie wzeszło już słońce. Koloniści brali też udział w łapankach i eksterminacji Polaków i Żydów. W woj. świętokrzyskim w okolicach  Łopuszna w Skałce Polskiej , 11 maja 1943 doszło do pacyfikacji wsi. Oddziały niemieckie wspierane przez uzbrojonych volksdeutschów spacyfikowały wieś. Mienie ofiar zagarnęli miejscowi  folksdojcze z sąsiedniego Antonielowa. Wieś spalono. Zamordowano wtedy 91 osób. Czas  goi rany? W końcu, nie takie rzeczy działy się nawet w najlepszych rodzinach.

Jerzy Wnukbauma