Dzisiaj tylko w wyobraźni.

W dzieciństwie na pytanie rodziców – „Gdzie idziesz?” – zawsze miałem przygotowane, w zależności od tego, gdzie mnie nogi będą niosły, gotowe odpowiedzi – Przed klatkę! Na dwór! Na drugą stronę! Do ogródka!

Idę na dwór – Wychodzenie na dwór nie miało konkretnej lokalizacji. Było wyjściem z domu na świeże powietrze. Przed rozpoczęciem nauki w szkole podstawowej, zakres terytorium mojego dworu był ograniczony wzrokiem matki i mieścił się w granicach kilkudziesięciu metrów wokół mojego bloku. Nie znaczyło to, że wtedy nie poznawałem Kielc. A jakże. Zazwyczaj centrum miasta poznawałem towarzysząc matce w jej spacerach po sklepach. Nigdy tego nie lubiłem. Sklepy które interesowały matkę, nie były w zakresie mojego zainteresowania. Mnie ciągnęło do innych sklepów. Do małych sklepików z zabawkami, do lodziarni, do cukierni. Te na złość omijaliśmy szerokim łukiem. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć jak długo można chodzić i oglądać ubrania, kiecki, materiały krawieckie czy buty. W sklepach matka nie miała ze mnie pożytku. Nie umiałem jej doradzić, wybrać trafnie lub po prostu odradzić zakupu. Byłem znudzony i obojętny. Peryferyjne okolice Kielc poznawałem na krótkich spacerach oraz dłuższych wyprawach z obojgiem rodziców. Aby pooddychać wiejskim powietrzem nie trzeba było zbytnio się trudzić. „Wiocha” zaczynała się po drugiej stronie ulicy, przy której mieszkałem. O przysłowiowy rzut kamieniem. Pokonując „graniczną” ulicę Źródłową (przy Astronautów) wychodziło się prosto na sady i obsiane pszenicą i żytem pola. Tak było do końca lat pięćdziesiątych. Gdy zacząłem chodzić do podstawówki, sady i pola zniknęły z mapy Kielc. Na tereny po obu stronach ulicy Ludwiki Wawrzyńskiej weszły ekipy budowlane i rozpoczęła się budowa nowego spółdzielczego osiedla – KSM. Nie mylić z dzisiejszym KSM-em. W skład tego pierwszego KSM-u wchodziło dwanaście dwupiętrowych bloków ciągnących się od ulicy Źródłowej do zespołu połączonych szkół -Ogólnokształcącej i Podstawowej nr 5. Chodząc do „szkoły na górce” po prawej stronie mijałem pachnące świeżością bloki a po lewej stronie obserwowałem typowe wiejskie klimaty. Przy niesprzyjającym wietrze dodatkowo wdychałem zapachy dochodzące z Miejskiej Lecznicy dla Zwierząt oraz Rzeźni Miejskiej. W późniejszym okresie KSM rozrósł się do dzisiejszego stanu. Obecna dzielnica KSM jest największą spółdzielnią mieszkaniową w regionie. Z upływem czasu mój dwór powiększył się od przydomowego terenu do granic całego osiedla, na którym mieszkałem. Z czasem wraz z rozwijającą się u mnie percepcją poznawczą anektowałem inne terytoria, ale zawsze najbliższy mi był dwór w obrębie mojego bloku przy ulicy Astronautów. Czułem i nadal czuję szczególną atmosferę tego miejsca.

Idę na drugą stronę! Druga strona była przeciwieństwem frontowej strony bloku przy Astronautów 1. Wyjście na drugą stronę było niczym innym jak przejściem na plac zabaw znajdującym się za moim blokiem. Jak przez mgłę pamiętam jego początki. Dziś niewyraźnie przypominam sobie obrazy stojącego przy rosnącej między blokami gruszy drewnianego baraku. Prawdopodobnie był to narzędziowy składzik robotników wykonujących roboty drogowe na ulicy Astronautów lub brukarzy układających chodniki na osiedlu. Jako mały chłopiec miałem przed swoim blokiem największą i najdłuższą w swoim życiu piaskownicę. Zamknięta ona była w obramowaniu krawężników ulicznych. Ciągnęła się od ulicy Źródłowej do ulicy Krynicznej. Zabawa w niej w ciepłym, wilgotnym piasku skończyła się wraz z ułożeniem trylinki. Barak na drugiej stronie też nie stał długo. Zniknął jednego dnia. Dzięki Bogu grusza pozostała i przetrwała. Plac został wyplantowany i utwardzony wysiewką. Pojawiła się na nim piaskownica, zjeżdżalnia i huśtawki. Wokół placu stanęło kilka ławek. Plac zabaw na drugiej stronie służył nie tylko mnie. Korzystały z niego też moje dzieci i wnuki. Niejednokrotnie od swoich dzieci usłyszeliśmy z żoną -Idę na drugą stronę. Dziś druga strona nie służy dzieciom. Jest placem dla samochodów okolicznych mieszkańców.

Idę przed klatkę! Wyjście przed klatkę była to najkrótsza do pokonania trasa a także najkrótsze pod względem mijającego czasu moje wypady z domu. Wystarczyło pokonać kilka stopni schodów klatki schodowej i już było się przed klatką. W dzieciństwie przed klatkę wychodziłem dla zabawy. Najczęściej, gdy na dworze panował nieznośny upał i nieznośne słońce operowało na placu za blokiem. Wtedy schronieniem był teren przed klatką. Blok był (i jest) usytuowany w kierunku północ-południe. Frontowa ściana z wejściami do klatek schodowych znajdowała się po północnej stronie świata i dawała cień do późnych godzin popołudniowych. Dopiero pod wieczór na ulicy pojawiały się promienie słoneczne. Zazwyczaj dziecięce zabawy kończyły się z powrotami naszych ojców z pracy. Choć do domu! Przypominało, że jest już pora na obiad. Wyjścia przed klatkę w wieku szkolnym dziś kojarzy mi się z powiedzeniem – Kargul! Podejdź do płota! Wystarczyło zwykłe gwizdnięcie kolegi, zawołanie lub jakiś inny umówiony sygnał i nie było siły bym usiedział w domu. Gnałem przed klatkę by spotkać się z kolegami. Staliśmy lub siadaliśmy na szerokim betonowym stopniu znajdującym się przed samym wejściem na klatkę. Koleżeńskie pogaduchy nie trwały długo. Mogliśmy być przecież obserwowani i podsłuchiwani przez rodziców lub sąsiadów.

Idę do ogródka! Znaczyło tyle, że będę w TPD-owskim ogródku jordanowskim. Granice tego ogródka wyznaczały krótkie odcinki ulic Astronautów, Źródłowej i Kopernika. Czwartą granicę ustalało wschodnie ogrodzenie boiska Technikum Ekonomicznego. Ciągnęło się ono od ulicy Kopernika do ulicy Astronautów. Nie pamiętam dokładnie, kiedy powstał ogródek. Pod koniec lat pięćdziesiątych czy na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku.  Wcześniej ten teren był własnością prywatną należącą do mieszkańca lub kilku mieszkańców Kielc. Do chwili wejścia ekip budowlanych stała na nim jeszcze stara niszczejąca chata. Gdy zaczęto budowę teren został wyrównany. Mniej więcej w jego centralnym miejscu wybudowano parterowy budynek będący TPD-owską świetlicą. Przy ogrodzeniu z ulicą Astronautów wykonano piaskownicę. Nasypano dwie górki. Służyły do zabawy zwłaszcza w zimie. Ta wyższa przypominała mały kopiec Kościuszki. Druga górka była niższa, ale za to dłuższa. Jej wysokość ograniczało ogrodzenie Ekonomika.  Na wykonanym placu poustawiano zabawki z metalu; huśtawki, karuzelę, zjeżdżalnie, zestaw drążków do podciągania. Za większą górką wylano betonowy basen z przylegającym do niego brodzikiem. Krótko służył okolicznym dzieciakom. Prawdopodobnie przestano napełniać go wodą ze względów sanitarno-epidemiologicznych. Nieco później zasypano go piaskiem i służył dzieciakom jako piaskownica. W miejscu starej piaskownicy stanęła metalowa rakieta.

Z czasem ogródek zaczął popadać w ruinę. Widać ją było po niekoszonej trawie i rozrastających się krzakach oraz pojedynczo znikających elementach wyposażenia placu zabaw. Świetlica nie służyła już okolicznym dzieciakom. W budynku powstało przedszkole. Po kilku latach użytkowania przez przedszkole, budynek został opuszczony i popadł w ruinę. Teren, który służył trzem pokoleniom okolicznych mieszkańców, został sprzedany i zmienił się wraz ze zmianą ustrojową. Dzisiaj pozostały mi tylko wspomnienia i kilka starych zdjęć. Przeglądając je dostrzegam za mną w tle nieistniejącą już historię.

Z ogródkiem wiążą się też zabawne sytuacje. Opowiem jedną z nich. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku do mojej sąsiadki przyjechała rodzina ze Śląska z siedmio… czy ośmioletnią córką. Widząc, że młoda nudzi się w domu, jej ciotka a moja koleżanka zabrała ją na huśtawkę do ogródka. Po paru bujaniach młoda pyta – „Ciociu! Czemu nie masz swoich dzieci?” Zakłopotana ciotka odpowiedziała – Wiesz! Bocian mi jeszcze nie przyniósł! Myślała, że jej wykręt zakończy drażliwy temat. Myliła się, bo usłyszała – A pomyślałaś ciociu o zmianie ptaszka? Takie są hanyski – bezpośrednie i szczere do bólu.

Karuzela. Pierwsza zabawka, na którą wchodziło się po przekroczeniu furtki od strony ulicy Astronautów. W tle za ogrodzeniem Handlówka i fragment ulicy Kopernika. W prawym górnym rogu budynek świetlicy TPD.  Po prawej stronie przed ogrodzeniem boisko do siatkówki. Na zdjęciu widoczne są słupki do zawieszania i naciągania siatki. Za świetlicą niewidoczne jest boisko do tenisa lub badmintona. Widoczna na zdjęciu tablica do gry w koszykówkę stała na terenie boiska szkoły.

Basen. Ogródkowa frajda dla dzieciaków. Kąpielisko służące raczej do taplania się w wodzie. Nie sposób było w nim pływać. W miejscu widocznym na zdjęciu, za widocznym murkiem znajdował się brodzik do mycia nóg przed wejściem do basenu. Za ogrodzeniem ulica Źródłowa i widoczna na niej tablica budowy powstającego osiedla KSM.

Największa w ogródku huśtawka. Na wielkiej metalowej konstrukcji zamontowane były trzy huśtawki w kształcie łódek. Bujało się na nich wysoko. Robiłem z kolegami zawody kto dalej skoczy z rozhuśtanej łódki. Za ogrodzeniem ogródka ulica Źródłowa a za nią drewniany płot budowy. Widoczna tablica budowy bloków KSM (ta sama co na poprzednim zdjęciu).

Jednoroczna atrakcja dla dzieci. Stary wysłużony autobus ustawiony przy ogrodzeniu ogródka TPD przy ulicy Astronautów. Wymontowano z niego tylko silnik. Pozostawiono lizaki – kierunkowskazy a w środku kierownicę i wszystkie siedzenia. Po prawej stronie widoczne bloki przy Astronautów. W luce między „pięciopiętrowką” a autobusem widoczny fragment Gmachu Leonarda od strony ulicy Krynicznej.

Rakieta. Najdłużej stojąca w jordanowskim ogródku zabawka. Stanęła w miejscu starej piaskownicy. W rogu ulic Źródłowej i Astronautów. Była niezniszczalna. Dużym wyzwaniem było wejście na jej szczyt i zakręcenie metalową chorągiewką. Służyła trzem pokoleniom. W tle widoczne zaniedbania – niekoszona wysoka trawa i nieprzycinany żywopłot.

Jerzy Wnukbauma