Hoc erat in votis

Tego sobie właśnie życzyłem; trochę ziemi,

dom i ogród z wiosną pod rękę.

fragm. „Satyry”. Horacy

Przed ponad dwoma tysiącami lat marzeniem Horacego był; własny mały skrawek ziemi, na nim dom i ogród, a w pobliżu mały las i tryskające czystą wodą źródełko… Wkoło kwitnąca wiosna, cisza i spokój. Sielskość, anielskość. Marzenia Horacego w zasadzie nie różnią się od moich pragnień oraz żądz współczesnego zjadacza chleba. By ten cel osiągnąć, jesteśmy gotowi na wiele wyrzeczeń. Mały domek na wsi w miłej, spokojnej okolicy, w odległości około pół godziny samochodem od miasta, jest osiągalnym marzeniem dla coraz większej grupy osób. Dom na wsi to istna oaza spokoju dla niemałej rzeszy ciężko spracowanych nuworyszy. Dom jest także pierwszym warunkiem jaki stawiany jest mężczyźnie po założeniu rodziny. Później już tylko; spłodzić syna i posadzić drzewo. To żywe, dające cień, rozłożyste, zielone. Dąb, lipę jabłoń. Mnie taka sielska cisza i spokój dopinguje do zadbania o inne drzewo – drzewo genealogiczne.

Chociaż jestem niepoprawnym mieszczuchem, horacjański model życia zawieszenia między miastem i wsią, na mnie też działa. Nie mam tak daleko idących jak Horacy wygórowanych ambicji o własnym ranczu. Zbudowałem dom, spłodziłem syna, posadziłem drzewo i wystarczy. Starych drzew już się nie przesadza. Wystarczy mi tylko cisza i święty spokój. Moje marzenia dotyczą innych doznań. Od kilku lat pragnieniem moim jest naładowanie swoich akumulatorów w jakimś odludnym, cichym letnisku na nadwiślańskim Urzeczu. Z dala od miasta, zgiełku, ludzi… Tylko ja, żona i prześcigający się w dogadzaniu nam właściciele agroturystycznego ośrodka. Mój sen kończy się zazwyczaj na tym, że wschodzi słońce i nad horyzontem zaczynam dostrzegać górujące; PKiN i warszawskie drapacze chmur. Póki co „jestem w Rzymie i robię to, co robią wszyscy Rzymianie”.

Do niedawna wielkim moim marzeniem było zdobycie zdjęcia dziadka. Pragnąłem zobaczyć jak wyglądał, żył, mieszkał mój ojczysty dziadek. Byłem święcie przekonany, że ktoś z potomków jego licznych sióstr i braci zachował choćby najmniejszą dowodową fotkę podarowaną przez dziadka komuś bliskiemu „na wieczną pamiątkę”. Po cichu liczyłem na to, że zachowało się choćby jedno jedyne zdjęcie z przedwojennych rodzinnych uroczystości na których był mój dziadek. Dałem temu wyraz w felietonie zamieszczonym pięć lat temu w artykule – „Królestwo za dziadka”. Pisałem w nim, że poruszyłbym niebo i ziemię by zobaczyć nawet jego domniemany portret. Wreszcie doczekałem się. Niebo uchyliło się i spadła mi prosto z niego daleka, lecz bliska memu sercu kuzynka. W jej rodzinnych albumach nie tylko znajduje się rodzinne ujęcie na którym jest mój dziadek. Bezcenną fotografią jest też rodzinne zdjęcie na którym uwieczniona jest moja prababka z czwórką swoich dzieci. Hoc erat in votis. O to się modliłem! I w końcu zostałem wysłuchany.

Hot erat in votis. O to się modliłem. Od lat korzystam z internetowych zasobów genealogicznych, lecz dziś coraz częściej dane mi jest powtarzać za Horacym, że zostałem wysłuchany. W moim ojczystym, niekoniecznie w jego języku i często nawet nie zdając sobie sprawy, że był, żył i tworzył Flakkus zwany Horacym. Nie pamiętając o tym że cytuję już niegdyś zapisane słowa. Znajdując w internetowych genealogicznych  bazach danych co rusz to nową duszyczkę, na usta ciśnie mi się – Oto się modliłem. Tego pragnąłem. Dzięki sporej grupie fotografujących i indeksujących księgi parafialne, moim podziękowaniom wznoszonym ku Niebu nigdy nie ma końca. Co rusz przybywa nowych rekordów i w sieci pojawiają się nowe zindeksowane akty. Moim cichym marzeniem jest by odwiedzający portale genealogiczne i korzystający z usług indeksujących mieli na uwadze inne łacińskie powiedzenie – hodie mihi, cras tibi. W znaczeniu – dziś ktoś tobie, jutro ty komuś.

Jerzy Wnukbauma.