Jak liść (autokrytyka).

Po wojnie, w dobie socjalistycznej budowy kraju, „modne” było składanie samokrytyki. Była ona publicznym przyznaniem się skruszonych osób do popełnienia odstępstw od jedynie słusznej drogi. Celowo wziąłem w cudzysłów ich popularność, gdyż były to zazwyczaj wymuszane przez kolektyw rachunki sumienia. Czasem nie była to jedyna kara za prawdziwe lub domniemane, niepopełnione czyny. Często gęsto samobiczujący się słowem, po wyznaniu samokrytyki odbywał pokutę. Zostawał przesuwany na niższe stanowisko, lub był usuwany z szeregów partii i szedł do więzienia. Była podstawa prawna – przyznał się przecież do błędu. Dzisiaj przepraszanie jest oznaką słabości. Jest to pojęcie mylne i krzywdzące dla osoby tak „spowiadającej się”. Trzeba mieć odwagę by pokajać się publicznie. Dlatego też z wrodzoną sobie skromnością wyznaję szczerze moje zaprzaństwo. Mea culpa.

Kiedy zaczynałem genealogiczną przygodę, łapałem się każdego sposobu. Byle tylko mieć, byle szybko i byle jak. Postrzegałem drzewo jako zwieńczenie poszukiwań. Dzisiaj wiem, że myliłem się. Cała para szła w gwizdek, a ja wciąż o moim drzewie wiedziałem tyle, co pojedynczy liść o swoim drzewie. Nic a nic. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Zacząłem czerpać składniki nieodzowne do jego życia z innych, bogatszych źródeł. Nadal żyłem drzewem, lecz coraz częściej sięgałem do innych materiałów; do przekazów historycznych, do etnologii, do informacji  regionalnych, do wspomnień starych mieszkańców, do genetyki. Spróbowałem nawet zrobić rodzinny genogram. Zacząłem postrzegać genealogię znacznie szerzej i znacznie bogaciej. Poczułem się jego (drzewa) nierozłącznym elementem.

Gdy napotykam w aktach nieznane, inne niż dotychczasowe miejsce urodzenia lub zamieszkania moich przodków, włącza mi się funkcja „szukaj i sprawdź”. Większość miejscowości, które wiem gdzie leżą, z racji braku czasu, zaliczam pobieżnie. Wsie w których znajdowały się rodowe posiadłości, oraz miejscowości, które zostały zasiedlone przez moich krewnych, bardziej leżą mi na sercu i zgłębiam je dokładniej. Tu pomocne okazują się książki historyczne i opracowania etnograficzne. Z nich poznaję; historię, zarys społeczny, geopolityczny, gospodarczy interesującego mnie regionu. Poznaję miejscowy folklor; muzykę, stroje ludowe, zwyczaje i obyczaje, miejscowe wyroby. Czasami dowiaduję się o znanych ludziach urodzonych bądź zamieszkałych na tych terenach. Po ostatnich słownych przepychankach naszych starszych braci w wierze, śledzę też relacje między kościołem a synagogą.

Kiedy przypominam sobie moje początki, czuję się trochę zażenowany. Jak można było być aż tak niemądrym i naiwnym. Jak można było pokładać wielkie nadzieje w etymologii? Liczyć, że pomoże mi ona dojść do sedna sprawy? Do genezy, do rodowego gniazda, do źródła od którego moje nazwisko wzięło swoją nazwę. Kiedy przestałem pokładać nadzieję a zacząłem przyswajać wiedzę, stało się to co musiało się stać. Cud. Dzięki etnografii natrafiłem na etymologię swojego nazwiska. Dowiedziałem się od czego wywodzi się jego nazwa i skąd pochodzili moi przodkowie po mieczu. Wcześniejsze badania genealogiczne, choć kierunkowały mnie właściwie, nie dawały mi tak szerokiego spektrum. Dzięki etnografii nie umrę nieświadomy, bo wiem, że „Lepiej na Łurzycu na wierzbie, niż na Polesiu w izbie” oraz  że „Na Łurzycu woda topi”. Posiadłem też wiedzę – „Za co piją łurzycoki. – Za pszenice i buroki”. Robiąc głębszą archeologię dusz – genogram, poczułem się lekko oszukany. Miał zaspokoić potrzebę poznania i zrozumienia przeszłości mojej rodziny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle – „wiem, że nadal nic nie wiem”. By mieć efekty, muszę jeszcze podkształcić się w dziedzinie psychologii, socjologii, politologii, prawa, norm społecznych i prawnych. O psychiatrii nie wspomnę.

Sorry. Byłbym zapomniał. Przez cały czas zajmowania się poszukiwaniem swych korzeni, byłem pasożytem czerpiącym treściwe soki z pracy innych. Dzień bez przeszukiwania genealogicznych stron, ściągania zeskanowanych i zindeksowanych przez kogoś aktów, bez wertowania wyszukiwarek nazwisk, tabel, herbarzy, uważałem za dzień stracony. Za wszystkie grzechy żałuję. Widząc znaczące pukanie i słysząc głos żony – Nie grzesz więcej – odchodzę w pokorze odbyć pokutę.

Jerzy Wnukbauma.