Miłość i ciepło.

Mówią, że tylko miłość i ciepło dają człowiekowi błogie poczucie bezpieczeństwa. Ktoś, kto wymyślił to powiedzenie, nie pomyślał o czwartym wymiarze – o czasie. A w moim przypadku, to czas decyduje czy będę kochał i czy będę jeszcze kochany.

Myślałem, że szybka ścieżka, jak sama nazwa wskazuje to szybka ścieżka do leczenia. Przyjdę, dostanę zastrzyk w dupę. Usłyszę ciepły głos pielęgniarki – Śpij kochanie, śpij! Później zrobią co mają zrobić. Zostanę wybudzony, otworzę szeroko oczy i poczuję się jak nowonarodzone dziecko – bezpiecznie. Byłem w błędzie. Według mnie nic się nie zmieniło. A w TVP mówią, że w służbie zdrowia jest lepiej niż za Tuska. Muszę podziękować Bogu, że jeszcze żyję. Przy okazji zapytać księdza, czy już po wszystkim nie warto zrobić odnowienia chrztu. Proszę się nie śmiać i powstrzymać od ewentualnego hejtu. W moim kościele tj. rzymskokatolickim przyjęte jest tzw. odnowienie przez małżonków sakramentu – przyrzeczenia małżeńskiego. Ponieważ z moją Starą przeżyłem pięćdziesiąt lat, mam nadzieję, że niedługo będę tego żywym przykładem. Trochę się z tym (odnowieniem) nie zgadzam. Dla mnie to tak, jakby pasterze mojego kościoła dopuszczali, że dane przed Bogiem przyrzeczenie – „Będę ci wierny aż do śmierci” -z czasem traci na wartości, lub nie daj Bóg można było go łamać. Co w takim razie z sakramentalnym – „Co Bóg złączył…? Idąc tym tropem zakładam, że być może na tej zasadzie wskazane jest też odnowienie pierwszego sakramentu jaki przyjmujemy nieświadomie będąc dziećmi. O właśnie! Jest taki dzień w życiu człowieka, którego data z pamięci ucieka, a tym wyjątkowym dniem jest, dzień w którym braliśmy chrzest. Każdy z nas, katolików, pamięta datę swoich urodzin. Znamy ją wszyscy na pamięć. Ale czy znamy datę swojego chrztu? Wątpię. Ja daty swojego nie pamiętam, choć z genealogicznego punktu widzenia, poszukiwanie swych przodków powinienem zacząć od siebie.

Udałem się do kościoła. Trwała msza. Usiadłem w ławce i wziąłem udział w odprawianym nabożeństwie. Przysłuchując się głoszonemu Słowu Bożemu zauważyłem, że pośrednio dotyczyło ono genealogii, a dokładniej mówiąc genealogii Jezusa. Oto ta ewangelia spisana przez Św. Marka.

Wyszedł stamtąd i przyszedł do swojego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I jakie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie późniejsze kazanie księdza, a dokładniej mówiąc jego malutki fragment nawiązujący do wygłoszonej przed chwilą ewangelii. Nie mam w zwyczaju komentować i recenzować kazań. Po niektórych kazaniach mam jednak dziwne odczucie. W takich chwilach chciałbym żeby kapłan skończywszy kazanie, zwracał się do słuchających go wiernych melodyjnym zaśpiewem – Oto słowo księdza! W tym konkretnym kazaniu uderzyło mnie to, że ksiądz zawahał się przy określeniu wymienionych z imienia braci, oraz anonimowych sióstr Jezusa nazywając ich krótko, jednym słowem – jego krewnymi. Dla mnie był to nader dobrze zauważalny wybieg. Krewni? Niby prawda, ale to jednak spychanie na dalszy plan stopnia bliskiego pokrewieństwa z jego braćmi i siostrami do dalszych krewnych, lub nawet i kuzynów. Trąciło to nieuczciwością co do dokładności ewangelicznego przekazu. Stąd moja propozycja wprowadzenia zakończeń kazań odśpiewaniem przez kapłana – Oto słowo księdza!

W swoich korzeniach mam przodków z kilku wyznań. Doliczyłem się pięciu wiar. Nie różnicuję żadnej z nich. Nie doszukuję się też wyższości mojej wiary nad innymi wyznaniami. Do wspólnoty chrześcijańskiej zostałem przyjęty ponad 70 lat temu i tak zostanie aż do śmierci. Czułem się w niej bezpiecznie nawet za czasów panowania komuny. Nie czułem żadnej presji lub innego dyskomfortu. Sytuacja zaczęła zmieniać się diametralnie kilkanaście lat temu. Spotęgowała się ona wraz z dojściem do władzy obecnej ekipy rządzącej. To słychać, widać i czuć w moim kościele. Do tego stopnia, że zacząłem obawiać się o jego przyszłość. Nie czuję się z tym bezpiecznie. Boleśnie odczuwam sojusz kościoła z tronem. Nie czuję się bezpiecznie, gdy pasterze mojego kościoła dają ciche przyzwolenie na profanację ołtarza. Mam tu na myśli gloryfikowanie rządzących na mszach świętych. Nazywanie  ich ewangelistami. Dopuszczanie ich przed ołtarz łamie obowiązujące prawo kościelne. Dość mam przymykania oczu, gdy wierni (jednostki, ale zawsze to członkowie wspólnoty) bałwochwalczo błogosławią łono tej czy innej kobiety. Wkurza mnie, że kardynałowie i biskupi tolerują takie zachowania swoich wiernych. Błogosławienie obsikanych, a być może i ufajdanych łon zwykłych grzesznic? W pale się nie mieści. Mam dość pląsania przed ołtarzami polityków, którzy zaraz po przyjęciu komunii św. wychodzą z kościoła dzielą naród i wyzywają ludzi od „chamskiej hołoty”, „zdradzieckich mord”, „gorszego sortu”. Nie poprzestają na słownych docinkach atakując fizycznie kobiety, inne opcje seksualne, oraz swych przeciwników politycznych. Mam dość pedofilii w moim kościele i przenoszenia przestępców seksualnych na inne parafie. Nie czuję się bezpiecznie i wszyscy wierni powinni się zatrwożyć i zastanowić czy przyjąć z rąk zboczeńców komunię św. Nikt mi nie wmówi, że grzeszne ręce które pogwałciły prawo kościelne i karne, które dotykały bezbronne dzieci, są nadal konsekrowane i bez obaw wierni mogą przyjmować Ciało Chrystusa(?). No właśnie. Czy to jest jeszcze Ciało Chrystusa? Czy za sprawą takiego księdza Chleb i Wino przeistoczy się w Ciało Chrystusa? Jak się ma rydzykowe – „To że ksiądz zgrzeszył, to zgrzeszył” do fragmentu ewangelii Św. Jana o dobrym pasterzu – „Czy zły duch może otworzyć oczy niewidomego?” Wątpię! To obraża moje uczucia religijne. Ukrywanie i marginalizowanie przestępstw doprowadza do wyhodowania na gruncie mojego kościoła min. Damazego Macocha czy Marciala Maciela Degollado.

O bezpieczeństwie spod znaku PiS zamilczę. Mieli na to osiem lat swoich rządów. Nie wyszło i liczne swoje winy zwalają na innych. Wina: Tuska, Putina, Unii Europejskiej, Totalnej Opozycji… Jakby to ich przeciwnicy byli u władzy przez ostatnie osiem lat. A oni w tym czasie co robili? Byli ubezwłasnowolnieni? Najwyższy czas wsłuchać się w Słowo Boga i uderzyć we własne piersi. Owszem, miłość i ciepło dają poczucie bezpieczeństwa, ale zakłamywanie rzeczywistości i podgrzewanie atmosfery sprawia, że w tym kotle wrze. A to już jest piekło.

Na wybory pójdę. Nad referendum jeszcze się zastanowię. Pytania referendalne proponowane przez rządzących przypominają mi pytanie zadane kilkanaście lat temu przez wysłannika mojego proboszcza. Brzmiało ono tak – Czy jestem za mordowaniem nienarodzonych dzieci? – Tak? czy Nie? Nie docierało do mojego gościa, że tak postawione pytanie robi ze mnie mordercę gdy powiem Tak, lub osobę  jawnie łamiącą obowiązujące wtedy prawo gdy powiem Nie. Zadałem mu więc przykładowe pytanie – Czy przestałeś już kraść? Tak czy Nie? Zdziwienie na jego twarzy znaczyło, że facet nie zakumał. Dopiero drugie pytanie pomocnicze – Czy przestałeś się onanizować? Tak czy Nie uświadomiło mu, że tak sformułowane pytanie jest chwytem poniżej pasa. Że w tak sformułowanych pytaniach nie ma dobrej odpowiedzi. Czy do końca zrozumiał swoją głupotę. Wątpię czy nie powielał go później u innych sąsiadów.

Uszanuję wynik wyborów i referendum niezależnie od ich rezultatu. Uszanuję je tak jak kiedyś uszanowałem fakt przyprowadzenia przez mojego „dojrzałego” syna do domu jego pełnoletniej koleżanki. Gdy po pewnym czasie usłyszałem dochodzące z pokoju odgłosy „rozkoszy”, chciałem TO natychmiast przerwać. Poszedłem do jego pokoju. Na drzwiach wywieszony był sporych rozmiarów plakat z wizerunkiem Chrobrego. Dotarł do mnie jego rebusowy przekaz. Na plakacie widniał syn Mieszka a za drzwiami – mój syn mieszka. Uszanowałem jego „dorosłą” decyzję. Odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Po latach Jarek uświadomił mi, że dobrze zrobiłem. Mam mądrego chłopaka. Miał dobre serduszko. Wybijał swojej dziewczynie dawanie w szyję. Sam na moje szczęście po wyznaczonej przez prezesa godzinie za dwadzieścia pięć siódma nie stawał sięł Zosią. He!, he!, he!

Jerzy Wnukbauma.