Niepisaną zasadą ludzi zajmujących się badaniem więzi między bliźnimi swymi – jest niewcinanie się (w ramach genealogii) w sprawy religii i polityki. Różnie z tym bywa. Drugą naszą (genealogów) niepisaną, świętą zasadą jest – niemówienie źle o przodkach. Z racji mojego stażu i wieloletniej obserwacji, uściśliłbym tą życiową mądrość doprecyzowaniem – „O swoich przodkach”. O innych jak najbardziej można. Pierwszym, lepszym przykładem jest dziadek Tuska.
Owszem można, a nawet trzeba mieć własne zdanie. Naszym (genealogów) bezspornym założeniem nie jest przecież milczenie. Czasem można, a nawet trzeba powiedzieć głośno, to co myśli się o szarganiu pamięci naszych przodków. Zwłaszcza wtedy, gdy inni łamią powyższe zasady.
Codziennie, jak tylko pogoda i zdrowie na to pozwolą, wychodzę z moim teściem na przydomową ławeczkę. Teść korzysta z „ostatnich” promieni słońca. Ma 96 lat. Ja odrywam się od przyziemnych spraw. Siedzimy sobie i czasem gadamy. Najczęściej jednak milczymy przyglądając się otaczającemu nas światu. Czasem przysiądzie się do nas ktoś z sąsiadów, lub jakiś zmęczony, nieznajomy przechodzień. Z racji bliskiego sąsiedztwa specjalistycznej przychodni zdrowia, w godzinach porannych i południowych na ulicy zawsze jest ruch. Nie tak dawno, w oczekiwaniu na miejski autobus, na ławkę przysiadła się do nas moja sąsiadka. Spytała nas co myślimy o pokazywanej w TV, wystawie w Gdańsku. Dodała, że wśród eksponowanych fotografii żołnierzy Wermachtu, jest zdjęcie dziadka Tuska. Znając jej poglądy na świat, unikam z nią rozmów o polityce. Jej światopogląd poznałem na terenie kościoła w niedzielę wyborczą. Wtedy zaraz po wyjściu ze świątyni otwarcie wyznała, że nienawidzi Tuska. Nie podejmowałem tematu i zasugerowałem tylko, żeby wróciła i poszła do spowiedzi wyznając księdzu nienawiść do bliźniego swego. Tym razem jednak coś we mnie pękło. Nie milczałem i nie skierowałem rozmowy na inne tory. Spytałem ją tylko w jakim wojsku służył jej dziadek. Widząc jej zaskoczenie i zdziwienie moją reakcją, nie czekałem na odpowiedź. Dodałem szybko, że mój dziadek był potomkiem Niemca i z racji zamieszkiwania w Galicji w zaborze austriackim, służył w CK armii. Rozbawiła mnie jej reakcja -” Ty to co innego!” Niestety, nadjechał oczekiwany przez nią autobus i nie zdążyła mi powiedzieć na czym polegała moja, lub mojego dziadka wyjątkowość.
Nie zdążyłem z nią podyskutować, napiszę więc kilka słów o „naszych chłopcach'” na podstawie indeksowanych przeze mnie aktów ze świętokrzyskich parafii. Celowo używam słów będących tytułem gdańskiej wystawy – „Nasi chłopcy”, bo ci nasi rodzili się i zamieszkiwali na naszej świętokrzyskiej ziemi. Tu byli wcielani do wojska i służyli w carskiej armii. Tylko nieliczni z nich wracali do swoich wiosek. O większości z nich słuch zaginął. Ich kości bielą się na polach Europy i Azji. Aż po wschodnioazjatycki Port Artur. Niejeden z nich przeklinał dzień w którym został wcielony do wojska. Świadectwem, że służyli w „ruskim wojsku”, są liczne zapisy w aktach urodzeń zachowane w naszych archiwach. Wynika z nich jasno, że „ojciec dziecka służy w wojsku”. Czy muszę mówić w jakim wojsku skoro akty pisane były cyrylicą? Nieliczne akty w księgach zgonów poparte są numerami dokumentów wydanych przez dowódców jednostek lub garnizonów na okoliczność zgonu. Tu przyczyny są różne – zmarł w szpitalu, na polu walki, na wojennej służbie… W księgach małżeństw znajdują się natomiast tylko nieliczne adnotacje świadczące o tym, że zawierający związek małżeński Pan Młody był w carskim wojsku i ma uregulowany stosunek do służby wojskowej. (odpusknyj, lub zapastnyj sałdat). Oprócz tego zachowały się czysto wojskowe dokumenty produkowane przez kancelarie przy sztabach i garnizonach wojsk. – imienne wykazy poborowych, wykazów żołnierzy leczonych w lazaretach i listy osób zabitych i zaginionych. Tyle o naszych chłopcach przed i w czasie I Wojny Światowej. O II Wojnie Światowej i służbie „naszych chłopców” w wojsku niemieckim znacznie krócej. Nie będę ich różnicował pod względem zamieszkania. 370 tys. Polaków zostało siłą wcielonych do Wermachtu. Ponad 225 tys. zginęło na froncie. Ponad 89 tys. zdezerterowało i walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych. Z kilkusetosobowego poboru do Goralische Wafen SS wcielono tylko kilku ochotników. Reszta zdezerterowała. Tylko 3 tys. dezerterów wybrało drogę Gustlika Jelenia – od Lenino do Berlina. Warto też wspomnieć o cywilnych osobach mieszkających na terenach III Rzeszy działających w konspiracji lub walczących w AK.
Nasi chłopcy? Moim zdaniem, tytuł gdańskiej wystawy jest trafny. Wskazuje, na region z którego pochodzą tamci „chłopcy”. Sama wystawa pokazuje, że byli Polakami siłą wcielanymi do niemieckiej armii. Pewnie dlatego przeciwnicy tej wystawy (podobnie jak ja kiedyś), różnicują zaborców i okupantów na dobrych i złych. Znacznie przyjemniej, z zapartym tchem czytałem o przygodach dzielnego wojaka Szwejka i gefrajtra Kani niż jakiegoś pruskiego frajtra, feltfebla, lejtnanta z Wermachtu. A w naszym zaborze? Dorobienie się ogromnego majątku na handlu z ruskim wojskiem czyniło w moich oczach Stanisława Wokulskiego zaradnym handlarzem i biznesmenem. Kolonistów niemieckich z „Placówki” tego samego autora, odbierałem znacznie krytyczniej. Później przygody Janka Kosa, Hansa Klosa i Franka Dolasa też zrobiły swoje. Dziś na dodatek wysłuchuję głupot; o lepszym i gorszym sorcie, o śmieciach, o chamskiej hołocie, o niemieckiej opcji. Przestępuję przy tym z nogi na nogę, bo boję się postawić ją tam gdzie stało ZOMO. I to wszystko pod hasłem -Tu jest Polska! Rozumiem emerytowanego zbawcę narodu. W końcu można mieć gorszy dzień i nie gryźć się w język. Śpiewać hymn „…z ziemi polskiej do Polski…”, mówić że „nikt mu nie wmówi, że białe to białe a czarne to czarne”, zachęcać swoich do głosowania cztery razy tak i tłumaczyć się że człowiek już stary i zmęczony. Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy to słuchają i z zachwytu klaszczą mu brawo.
Ura! Ura! Ura! My kulturnyj narod! My giermańca nie boimsja, my wsiegda idiom w pieriod! Jesteśmy przecież Słowianami. Mamy podobną fantazję i taką samą kulturę picia. Tyle w tym temacie. Sorry za pisanie o naszych przodkach bez ogródek. Z dwojga złego wolę mieć niewyparzoną gębę i nieprzygryziony język, bo muszę dbać o język. W końcu nie znam dnia, ani godziny. Tylko tyle pozostało mi z przyjemności.
Jerzy Wnukbauma
