Jasna cholera.

Indeksując dziewiętnastowieczne księgi z parafii Sędziszów, natknąłem się na kilka kolejno zapisanych po sobie aktów zgonów, osób zamieszkałych w tej samej miejscowości i noszących to samo nazwisko. Zbieg okoliczności? Nie trzeba marnować czasu na analizowanie faktów. Wystarczy jeden rzut oka, by stwierdzić, że do piachu poszła cała rodzina. Rodzice i ich dzieci. Co było powodem ich śmierci? Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy przyczyną ich zgonu była choroba. Znajdujące się w państwowych archiwach duplikaty ksiąg, nie zawierają informacji o przyczynach zgonów. Pomimo to, takie akty robią na mnie przytłaczające wrażenie. W takich chwilach chciałbym, żeby indeksację aktów zgonów robili za mnie przeciwnicy obowiązkowych szczepień.

Od czasu do czasu świat obiega informacja o ogniskach chorób zakaźnych. Wszystkich ogarnia wtedy panika, a internetowe fora pękają w szwach od nadmiaru chętnych do pogaduch. Z czasem wszystko wraca do normy. Świat uspakaja się. Okazuje się, że zagrożenie nie było wcale tak wielkie jak starano się nam wmówić. Ptasie czy świńskie grypy, okazują się nie tak groźne dla ludzi jak je nam starano się przedstawić. Pacjenci mają pretensje do lekarzy. Lekarze do polityków. Politycy do WHO. Wszyscy zarzucają Światowej Organizacji Zdrowia niekompetencję i wymuszanie na krajach członkowskich kupowanie od koncernów farmakologicznych drogich szczepionek, które na domiar złego nie zostały przebadane i wyrządzają więcej szkód niż pożytku. Z czasem wszystko przycicha. Wszyscy wiedzą o co chodzi, bo jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Winni nie są ukarani. Ten łańcuch kryminogennych powiązań działa tylko w jedną stronę. Skończę na tym, bo nie jestem od wskazywania, karania lub rozgrzeszania winnych. Zajmę się inną sprawą. Napiszę o zarazach które kiedyś dziesiątkowały naszych przodków.

O wielkich epidemiach dziesiątkujących starożytnych ateńczyków i rzymian wiemy niewiele. Historycy sprzeczają się co do rodzajów chorób powodujących rozprzestrzenianie się starożytnych zaraz. Na czele tych chorób były; dżuma, tyfus, cholera i ospa. Inne, choć też śmiertelne, nie wywoływały tak szybko rozprzestrzeniających się po świecie epidemii. Najgroźniejszą zarazą jaka nawiedziła Ziemię była dżuma – czarna śmierć. Kilkakrotnie atakowała ludność Ziemi. Na wielką skalę w Europie szalała kilkakrotnie. Największe żniwo zebrała w VI i w XIV wieku. Ta pierwsza nazwana została od imienia bizantyjskiego władcy dżumą Justyniana. Początkiem pierwszej pandemii była Etiopia. Druga znacznie większa miała swój początek w Chinach. Po uśmierceniu ok 25 mln Azjatów jedwabnym szlakiem niesiona przez kupców i mongolskie wojska inwazyjne parła na Zachód. W ciągu kilku lat cała Azja Mniejsza oraz tereny okupowane przez Złotą Ordę nad Wołgą i na Krymie zostały zainfekowane tą śmiertelną chorobą. Do Europy dotarła za sprawą kupców z Genui i Wenecji. Po najeździe mongolskiego chana na Kaffę (port handlowy na Krymie), wystraszeni kupcy spakowali swój dobytek na 12 statków i popłynęli w strony ojczyste. Zatrzymywali się po drodze w Konstantynopolu i w innych licznych portach Morza Śródziemnego. Dotarli do Genui, Wenecji i Pizzy niosąc za sobą zarazę dżumy. Z zadżumionych portów, drogą morską i lądową dżuma szybko rozprzestrzeniła się po całej Europie. Dotarła aż do Moskwy. Nie ominęła także Polski.

W XIX wieku naszych przodków nękała także cholera. Ta ostra, zakaźna choroba przewodu pokarmowego do Polski dotarła za sprawą wojsk rosyjskich podczas powstania listopadowego. Ten początkowy nasz sprzymierzeniec w walce z zaborcą, przyczynił się do śmierci wielu istnień ludzkich. Choroba nie przebierała w ofiarach. Na całym świecie atakowała zarówno; białych, azjatów, czarno i czerwonoskórych. Bogatych i biednych. Zmarł na nią min. wielki książę Konstanty, carski marszałek Dybicz i nasz wieszcz Adam Mickiewicz. Tereny polski obfitują w liczne XIX wieczne krzyże choleryczne – karawaki. W Polsce cholera po raz ostatni zebrała żniwo w latach 1892- 1894.

Tyfus inaczej dur plamisty to kolejna choroba zakaźna dziesiątkująca naszych przodków. Roznoszona jest przez wszy i pchły ludzkie. Między innymi jego epidemia odpowiedzialna jest za odwrót  wojsk Napoleona z Rosji. W jej wyniku zmarło ponad 400 tys. żołnierzy. Powrót zarazy nastąpił podczas I Wojny Światowej. Zabijała także w więzieniach. Do czasu pojawienia się penicyliny i antybiotyków jedynym lekarstwem na cholerę były szczepionki wynalezione w latach dwudziestych XX wieku przez polskiego biologa Rudolfa Weigla.

Grypa. Odmiana tej sezonowej choroby zakaźnej, zwanej hiszpanką, w 1918 roku zaatakowała ludzi na wszystkich kontynentach. Zabiła ponad 100 mln ludzi. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Liczne żniwo zbierała w przedziale wiekowym 20 do 40 lat.

Miałem nadzieję, że w XXI wieku wirusy już nigdy nie wydostaną się na światło dzienne. Myliłem się. Według arcybiskupa Marka Jędraszewskiego czeka nas inna, jeszcze większa zaraza. Tęczowa. I jak tu żyć i ewentualnie zapobiegać jej pandemii? Na NFZ nie mamy co liczyć, bo jaka jest służba zdrowia każdy widzi. Na jej reformowanie, ze Skarbu Państwa poszło już tyle pieniędzy, że już dawno sama powinna się wyleczyć. Pozostają tylko tradycyjne metody; wiara, zielarstwo, szczepionki, pijawki i bańki? Sorry. Znowu  gafa. Te ostatnie puszczane przeze mnie w dzieciństwie mieniły się przecież kolorami tęczy. Niesione przez wiatr tęczowe bańki szybko rozprzestrzeniałyby się po całym świecie przyczyniając się do dalszego roznoszenia zarazy. Pozostaje niekonwencjonalna ochrona. Tylko nie mów tego nikomu. Ja zapobiegawczo zaciskam pośladki i odnoszę wrażenie, że to Ekscelencja zamyka się przed ludźmi w doskonale pilnowanych, szczelnie zamkniętych „laboratoriach”.                                                                                     Jerzy Wnukbauma.

Zapraszam na pierwsze powakacyjne spotkanie, które odbędzie się dnia 2.09.2019 roku o godzinie 17:00 w Muzeum Historii Kielc.  Opowiem Państwu o duchu. Duchu, którego każdy nosi w serduchu. A jeśli ktoś nie wierzy w ducha, uwierzy kiedy wykładu wysłucha!

Temat spotkania „Genius loci”.

Spotkanie prowadzi Jerzy Użyczak.

Szukali nowych, nieodkrytych dróg.

Mój mateczny dziadek Władysław tułał się z rodziną po świecie jak przysłowiowy Cygan. Pracował; w Mielcu, we Fryszerce, w Kielcach, w Książu Wielkim, w Koluszkach, w Bliżynie, w Chęcinach, w Kowlu, w Ciepielowie. Za każdym razem gdy zmieniał miejsce swojej pracy, obiecywał mojej babci, że to już ich ostatnia przeprowadzka. Mówił jej -„Helu! To ostatni raz i osiądziemy już na swoim.” Były nawet widoki na jego ustatkowanie się. Miał koło Mielca własną działkę budowlaną. Zgromadził na niej materiał na budowę ich własnego domu. Plany przerwała jego śmierć. Moja babka zgodnie z przyrzeczeniem małżeńskim – Gdzie ty Gajuszu tam i  ja Gaja – przemierzała wraz z mężem świat i wszędzie tam gdzie dziadkowi wpadła w ręce praca, prowadziła mu rodzinny dom. Niezaprzeczalnym dowodem na migrację po całej Polsce moich dziadków, są rozsiane po kraju akty urodzenia ich dzieci. Czworo dzieci i cztery odległe od siebie miejsca ich urodzeń. Nie zastanawiałem się nad przyczyną częstych przeprowadzek dziadków. Znałem ją z rodzinnych przekazów. Powodem tułaczki był zawód dziadka. Był mechanikiem tartacznym. Budował nowe, lub rozbudowywał istniejące tartaki. Zastanawiałem się jednak nad tym, skąd dziadek wiedział gdzie ma się udać w poszukiwaniu nowej pracy? Nie w każdej miejscowości były tartaki i nie we wszystkich tartakach była możliwość pracy.

Wbrew pozorom poszukiwanie pracy nie musiało być takie trudne. Po odzyskaniu niepodległości Polska powołała państwową służbę zajmującą się pomocą osobą poszukującym pracę. Niedługo po zakończeniu I Wojny Światowej, w dniu 27 stycznia 1919 roku, Naczelnik Państwa na wniosek Premiera RP  podpisał dekret o powołaniu Państwowych Urzędów Pośrednictwa Pracy i opieki nad wychodźcami. Na tamte czasy urzędy te znakomicie spełniały swoją rolę. Te międzywojenne biura pośrednictwa pracy, działały do wybuchu II Wojny Światowej. Dodając do tego stare jak świat, wypróbowane metody poszukiwania pracy ; koniec języka za przewodnika, rozsyłanie wici po rodzinie i znajomych, szukanie informacji w przydrożnych karczmach, wypytywanie podróżnych, kupców, przewoźników, wędrownych czeladników. Źródłem informacji były również liczne cechy i izby rzemieślnicze.

No dobrze, ale jak znajdowano pracę na długo przed powołaniem państwowych czy prywatnych urzędów? Dajmy na to w XVIII lub w XIX wieku? W wieku pary i elektryczności? Jakim cudem o czekającej za oceanem pracy mógł wiedzieć w XVIII wieku niepiśmienny góral? Co sprawiło, że o możliwości pracy w jeziorańskiej papierni dowiedział się mój krewny Olaf Swenson urodzony w Danii w Kopenhadze syn Swena i Elżbiety? Z jego aktu małżeńskiego wynika, że był czeladnikiem kunsztu papierniczego. Pracował w papierni w Jeziornie. Skąd u licha wiedzieli w Kopenhadze, że w odległej, podwarszawskiej miejscowości jest zakład papierniczy i że oczekują tu na Duńczyków z otwartymi rękami. Tego niestety się nie dowiem. Mogę tylko użyć swojej fantazji.

Sięgając jeszcze w odleglejsze lata, kilka wieków wstecz, do okresu kamienia łupanego czy późniejszych dymarek, wiedza moja jest znacznie uboższa. Nawet wyobraźnia mówi pas. Według Tacyta rzymskiego historyka, w tamtym okresie ziemie te zamieszkiwały związki plemienne. Tworzyły one konfederacje. Wśród najsilniejszych wymienia Tacyt plemiona; Lugiów, Hariów, Helwekonów, Manimów, Helizjów, Nahanarwalów. Wymówić trudno a co dopiero zapamiętać. Nie będę silił się na naukowe wywody. Przynależność etniczna „naszych przodków” nawet dla naukowców jest wciąż dyskusyjna. Uczeni różnią się nawet kierunkiem, z którego przyszli na te tereny pierwsi osadnicy. Ja skłaniam się do głosów laickiej większości czyli do przywędrowania koczowniczych plemion z Piątnicy. Bo jak nie z Piątnicy to skąd? Większość naukowców wskazuje jednak na ich migrację z Wyżyny Sandomierskiej.

Jak wspomniałem wcześniej nurtuje mnie inne zagadnienie, a mianowicie skąd starożytni ludzie wiedzieli, że tu czekała na nich praca? Jak orientowali się, że na tych a nie innych terenach były interesujące ich pokłady krzemienia pasiastego, rudy żelaza, rudy ołowiu i miedzi? Skąd rolniczy lub koczowniczy ludek czerpał wiedzę o sposobie wydobywania i pozyskiwania metali w niełatwym,  skomplikowanym procesie wytopu? Tego nie mogli wiedzieć miejscowi mieszkańcy parający się zbieractwem, myślistwem, czy rolnictwem. Owszem mogli znajdować pojedyncze bryłki rud metali robiąc orkę lub kopiąc studnie. Mogli znajdować bryłki kruszców wymywane przez miejscowe potoki. Moim zdaniem to wszystko na co było ich stać. Nie znając zasad geologii, nie mając wiedzy o górniczych sposobach wydobywania podziemnych skarbów narażali by tylko swoje życie. Zresztą. Załóżmy, że udało im się wykraść Skarbkowi skarby, nie mając pojęcia o wytopie metali, cały ich trud poszedłby na marne. W ogniskach domowych co najwyżej wypalali by tylko cegły i garnki gliniane. Na wytop żelaza metodą prób i błędów nie starczyłoby życia. Zapewne na te tereny przyszli z sąsiednich krajów Europy lub z Azji specjalizujący się w wydobyciu podziemnych skarbów gwarkowie. Za nimi przywedrowali hutnicy i kowale. Kim oni byli? Daleki jestem od hipotez Ericha von Dänikena o wpływie istot pozaziemskich na życie naszych przodków wywodzących się od Adama i Ewy. Nie docierają do mnie i pozostawiam je większym ode mnie fantastom.   Jerzy Wnukbauma.

Dawno, dawno temu.

Niedawno, przed moim wyjściem na zebranie „Świętogenu”, żona nakręciła naszą trzyletnią wnuczkę by ta zapytała mnie co robią genealodzy. Nie czekałem na pytanie. Dałem znać obu paniom, że spieszy mi się bardzo i gotów jestem na udzielenie wyczerpujących odpowiedzi, ale dopiero po powrocie z zebrania. Nie dałem się wkręcić. Każda moja odpowiedź mogłaby rodzić galopadę pytań – Dziadziusiu! A dlacego?  Nie znalazłbym czasu na objaśnienie dziecku. Było już późno, przede mną długa droga. Myślami byłem już na spotkaniu. Obiecałem wnuczce i babci, że po powrocie do domu udzielę im krótkiego instruktażu. Dałem obu całusa i wyszedłem.

W drodze powrotnej przypomniałem sobie o danej wnuczce obietnicy. Zastanawiałem się nad stosowną do jej wieku odpowiedzią. Ułożyłem nawet krótki konspekt. Trafny, prosty, odpowiedni do późnej pory dnia i wieku małego przedszkolaczka. Zaczynał się utartym zwrotem – „Dawno, dawno temu.” To stare jak świat zdanie jest inicjałem większości bajek. Zagajeniem bez mała każdej opowieści na dobranoc. Używane jest często, bo buduje tajemniczy, bajkowy klimat. Dlatego też wydaje mi się być najlepszym wstępem i do mojej rozmowy z dzieckiem. A co się tyczy żony. Będę musiał nieco wysilić się i odkoloryzować opowieść o tym czym zajmuje się dziadek na zebraniach. Z nią nie pójdzie mi tak łatwo, bo intuicyjnie wyczuwa,  kiedy jestem niepoprawnym bajkopisarzem.

Na szczęście Państwu nie muszę wyjaśniać czym zajmują się genealodzy. Doskonale wiemy co robimy. Mam natomiast przekonanie graniczące z pewnością, że zapominamy o bajkowości naszego hobby. To określenie może wydawać się komuś nietrafne lub zbyt na wyrost. Ja uważam jednak, że w naszą pasję też wpisany jest bajkowy klimat. Tylko trzeba dać sobie szansę go poczuć. Jak dziecko, poddać się chwili i dać się ponieść wyobraźni. Podobnie jak to robią „genealodzy” doszukujący się swojego szlacheckiego pochodzenia. „Koleżanki” i „koledzy” wertujący wszystkie możliwe herbarze w poszukiwaniu swojego nazwiska, którzy z chwilą znalezienia go w herbarzu, pielęgnują marzenia o znamienitych przodkach, herbie i błękicie swojej krwi. Nie mam nic przeciwko genealogii szlacheckiej. Jest wspaniała i  prawdziwa. Pod warunkiem udokumentowania szlachectwa przodków w archiwalnych dokumentach. Grupę pseudo genealogów podaję tu tylko jako przykład doznań. Uważam, że mając pochodzenie chłopskie, też można podobnie jak oni nakręcać się. Jak oni postrzegać wyższość swych bliskich i doświadczać podobnej dumy. Mierzyć czas miarą – Dawno, dawno temu. W genealogii jednak ten wstęp bajek, jest zwieńczeniem naszych poszukiwań. Dochodzimy do granic możliwości, walimy głową w mur i jak w bajce żyjemy nadzieją – A nuż gdzieś, ktoś, jeszcze, kiedyś. Jak dzieci łakniemy dowiedzieć się co było jeszcze wcześniej – dawniej, dawniej temu.

O feerycznym, mieniącym się barwami, pulsującym światłem i przesyconym dźwiękami świecie w którym żyli moi przodkowie, opowiem szerzej na naszym powakacyjnym zebraniu. Oczywiście wtedy, gdy Kornelia pozwoli. Postaram się uwolnić swoje wspomnienia zamknięte w szufladzie. Zabawię się w narratora i dołożę wszelkich starań by ożywić uwięziony w starych aktach; obraz i dźwięk. Wskazane będzie zamknięcie oczu i wczucie się w klimat. Będę mówił cicho i powoli. Czasem włączę nastrojową muzykę. Sprawi ona nastrój tego spotkania. Być może uda mi się też sprawić przewietrzenie Waszych szuflad.

Jerzy Wnukbauma.