Dawno, dawno temu.

Niedawno, przed moim wyjściem na zebranie „Świętogenu”, żona nakręciła naszą trzyletnią wnuczkę by ta zapytała mnie co robią genealodzy. Nie czekałem na pytanie. Dałem znać obu paniom, że spieszy mi się bardzo i gotów jestem na udzielenie wyczerpujących odpowiedzi, ale dopiero po powrocie z zebrania. Nie dałem się wkręcić. Każda moja odpowiedź mogłaby rodzić galopadę pytań – Dziadziusiu! A dlacego?  Nie znalazłbym czasu na objaśnienie dziecku. Było już późno, przede mną długa droga. Myślami byłem już na spotkaniu. Obiecałem wnuczce i babci, że po powrocie do domu udzielę im krótkiego instruktażu. Dałem obu całusa i wyszedłem.

W drodze powrotnej przypomniałem sobie o danej wnuczce obietnicy. Zastanawiałem się nad stosowną do jej wieku odpowiedzią. Ułożyłem nawet krótki konspekt. Trafny, prosty, odpowiedni do późnej pory dnia i wieku małego przedszkolaczka. Zaczynał się utartym zwrotem – „Dawno, dawno temu.” To stare jak świat zdanie jest inicjałem większości bajek. Zagajeniem bez mała każdej opowieści na dobranoc. Używane jest często, bo buduje tajemniczy, bajkowy klimat. Dlatego też wydaje mi się być najlepszym wstępem i do mojej rozmowy z dzieckiem. A co się tyczy żony. Będę musiał nieco wysilić się i odkoloryzować opowieść o tym czym zajmuje się dziadek na zebraniach. Z nią nie pójdzie mi tak łatwo, bo intuicyjnie wyczuwa,  kiedy jestem niepoprawnym bajkopisarzem.

Na szczęście Państwu nie muszę wyjaśniać czym zajmują się genealodzy. Doskonale wiemy co robimy. Mam natomiast przekonanie graniczące z pewnością, że zapominamy o bajkowości naszego hobby. To określenie może wydawać się komuś nietrafne lub zbyt na wyrost. Ja uważam jednak, że w naszą pasję też wpisany jest bajkowy klimat. Tylko trzeba dać sobie szansę go poczuć. Jak dziecko, poddać się chwili i dać się ponieść wyobraźni. Podobnie jak to robią „genealodzy” doszukujący się swojego szlacheckiego pochodzenia. „Koleżanki” i „koledzy” wertujący wszystkie możliwe herbarze w poszukiwaniu swojego nazwiska, którzy z chwilą znalezienia go w herbarzu, pielęgnują marzenia o znamienitych przodkach, herbie i błękicie swojej krwi. Nie mam nic przeciwko genealogii szlacheckiej. Jest wspaniała i  prawdziwa. Pod warunkiem udokumentowania szlachectwa przodków w archiwalnych dokumentach. Grupę pseudo genealogów podaję tu tylko jako przykład doznań. Uważam, że mając pochodzenie chłopskie, też można podobnie jak oni nakręcać się. Jak oni postrzegać wyższość swych bliskich i doświadczać podobnej dumy. Mierzyć czas miarą – Dawno, dawno temu. W genealogii jednak ten wstęp bajek, jest zwieńczeniem naszych poszukiwań. Dochodzimy do granic możliwości, walimy głową w mur i jak w bajce żyjemy nadzieją – A nuż gdzieś, ktoś, jeszcze, kiedyś. Jak dzieci łakniemy dowiedzieć się co było jeszcze wcześniej – dawniej, dawniej temu.

O feerycznym, mieniącym się barwami, pulsującym światłem i przesyconym dźwiękami świecie w którym żyli moi przodkowie, opowiem szerzej na naszym powakacyjnym zebraniu. Oczywiście wtedy, gdy Kornelia pozwoli. Postaram się uwolnić swoje wspomnienia zamknięte w szufladzie. Zabawię się w narratora i dołożę wszelkich starań by ożywić uwięziony w starych aktach; obraz i dźwięk. Wskazane będzie zamknięcie oczu i wczucie się w klimat. Będę mówił cicho i powoli. Czasem włączę nastrojową muzykę. Sprawi ona nastrój tego spotkania. Być może uda mi się też sprawić przewietrzenie Waszych szuflad.

Jerzy Wnukbauma.

Jak liść (autokrytyka).

Po wojnie, w dobie socjalistycznej budowy kraju, „modne” było składanie samokrytyki. Była ona publicznym przyznaniem się skruszonych osób do popełnienia odstępstw od jedynie słusznej drogi. Celowo wziąłem w cudzysłów ich popularność, gdyż były to zazwyczaj wymuszane przez kolektyw rachunki sumienia. Czasem nie była to jedyna kara za prawdziwe lub domniemane, niepopełnione czyny. Często gęsto samobiczujący się słowem, po wyznaniu samokrytyki odbywał pokutę. Zostawał przesuwany na niższe stanowisko, lub był usuwany z szeregów partii i szedł do więzienia. Była podstawa prawna – przyznał się przecież do błędu. Dzisiaj przepraszanie jest oznaką słabości. Jest to pojęcie mylne i krzywdzące dla osoby tak „spowiadającej się”. Trzeba mieć odwagę by pokajać się publicznie. Dlatego też z wrodzoną sobie skromnością wyznaję szczerze moje zaprzaństwo. Mea culpa.

Kiedy zaczynałem genealogiczną przygodę, łapałem się każdego sposobu. Byle tylko mieć, byle szybko i byle jak. Postrzegałem drzewo jako zwieńczenie poszukiwań. Dzisiaj wiem, że myliłem się. Cała para szła w gwizdek, a ja wciąż o moim drzewie wiedziałem tyle, co pojedynczy liść o swoim drzewie. Nic a nic. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Zacząłem czerpać składniki nieodzowne do jego życia z innych, bogatszych źródeł. Nadal żyłem drzewem, lecz coraz częściej sięgałem do innych materiałów; do przekazów historycznych, do etnologii, do informacji  regionalnych, do wspomnień starych mieszkańców, do genetyki. Spróbowałem nawet zrobić rodzinny genogram. Zacząłem postrzegać genealogię znacznie szerzej i znacznie bogaciej. Poczułem się jego (drzewa) nierozłącznym elementem.

Gdy napotykam w aktach nieznane, inne niż dotychczasowe miejsce urodzenia lub zamieszkania moich przodków, włącza mi się funkcja „szukaj i sprawdź”. Większość miejscowości, które wiem gdzie leżą, z racji braku czasu, zaliczam pobieżnie. Wsie w których znajdowały się rodowe posiadłości, oraz miejscowości, które zostały zasiedlone przez moich krewnych, bardziej leżą mi na sercu i zgłębiam je dokładniej. Tu pomocne okazują się książki historyczne i opracowania etnograficzne. Z nich poznaję; historię, zarys społeczny, geopolityczny, gospodarczy interesującego mnie regionu. Poznaję miejscowy folklor; muzykę, stroje ludowe, zwyczaje i obyczaje, miejscowe wyroby. Czasami dowiaduję się o znanych ludziach urodzonych bądź zamieszkałych na tych terenach. Po ostatnich słownych przepychankach naszych starszych braci w wierze, śledzę też relacje między kościołem a synagogą.

Kiedy przypominam sobie moje początki, czuję się trochę zażenowany. Jak można było być aż tak niemądrym i naiwnym. Jak można było pokładać wielkie nadzieje w etymologii? Liczyć, że pomoże mi ona dojść do sedna sprawy? Do genezy, do rodowego gniazda, do źródła od którego moje nazwisko wzięło swoją nazwę. Kiedy przestałem pokładać nadzieję a zacząłem przyswajać wiedzę, stało się to co musiało się stać. Cud. Dzięki etnografii natrafiłem na etymologię swojego nazwiska. Dowiedziałem się od czego wywodzi się jego nazwa i skąd pochodzili moi przodkowie po mieczu. Wcześniejsze badania genealogiczne, choć kierunkowały mnie właściwie, nie dawały mi tak szerokiego spektrum. Dzięki etnografii nie umrę nieświadomy, bo wiem, że „Lepiej na Łurzycu na wierzbie, niż na Polesiu w izbie” oraz  że „Na Łurzycu woda topi”. Posiadłem też wiedzę – „Za co piją łurzycoki. – Za pszenice i buroki”. Robiąc głębszą archeologię dusz – genogram, poczułem się lekko oszukany. Miał zaspokoić potrzebę poznania i zrozumienia przeszłości mojej rodziny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle – „wiem, że nadal nic nie wiem”. By mieć efekty, muszę jeszcze podkształcić się w dziedzinie psychologii, socjologii, politologii, prawa, norm społecznych i prawnych. O psychiatrii nie wspomnę.

Sorry. Byłbym zapomniał. Przez cały czas zajmowania się poszukiwaniem swych korzeni, byłem pasożytem czerpiącym treściwe soki z pracy innych. Dzień bez przeszukiwania genealogicznych stron, ściągania zeskanowanych i zindeksowanych przez kogoś aktów, bez wertowania wyszukiwarek nazwisk, tabel, herbarzy, uważałem za dzień stracony. Za wszystkie grzechy żałuję. Widząc znaczące pukanie i słysząc głos żony – Nie grzesz więcej – odchodzę w pokorze odbyć pokutę.

Jerzy Wnukbauma.

Pogrzeb

Zmarla  nasza  koleżanka  Maria  Brylska.

Msza święta  w intencji Zmarłej odprawiona  zostanie w czwartek 21 marca o godz.14.00 w kościele p.w.św. Prokopa w Krzęcicach, po czym nastąpi  odprowadzenie do  grobu  rodzinnego na  cmentarz  parafialny.

Będzie  nam  Ciebie   brakowało Mario.

Koleżanki i  koledzy „Świętogenu ” w Kielcach