Jak ten czas leci. Sześć lat temu odeszła do Pana moja teściowa. Kobieta, co do której, nijak miały się wszystkie dowcipy o teściowych. Kiedy przed laty jej córce powiedziałem przed ołtarzem sakramentalne TAK!, straciłem wolność, lecz zyskałem w osobie teściowej sprzymierzeńca i przyjaciela. Od samego początku, relacje nasze były więcej niż poprawne. Była kobietą skromną, życzliwą, sprawiedliwą, niekonfliktową i szanującą moją małżeńską przestrzeń. Ale dosyć jej wychwalania, bo sam stawiam się w roli idealnego zięcia.
Swoich teściów poznałem w latach wczesnego Gierka. Po ponad rocznym okresie chodzenia ze sobą, moja wybranka podjęła za mnie męską decyzję. Stwierdziła, że najwyższa pora bym poznał swoich przyszłych teściów. Pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Doszorowałem się, wypachniłem, wbiłem w garnitur, kupiłem kwiaty i wraz ze swoją oblubienicą ruszyłem do jej rodziców. Na miejscu okazało się, że „przypadkowo” trafiliśmy na imieniny mamusi. Wokół zastawionego w sadzie stołu siedziała cała rodzina mojej wybranki. Byłem zaskoczony i zmieszany, lecz zadowolony, że przed tak wielkim zgromadzeniem, upiecze mi się klękanie i proszenie o rękę ich córki. W drodze powrotnej moja wybranka, przemilczała całą drogę. Była wkurzona, że o jej rękę nie prosiłem ni ojca ni matki. Jak kochanie nie prosiłem? Przecież dałem kwiatki. Mojej wybrance zadośćuczyniłem za którymś z rzędu podejściem na wieś do przyszłych teściów. Po ślubie stałem się ich najukochańszym i jedynym zięciem. Jak mówi moja żona – Dlatego jedynym, bo mają tylko jedną córkę.
Kiedy zająłem się poszukiwaniem swoich przodków zauważyłem, że teściowa stała się wielką fanką moich genealogicznych poczynań. Kibicowała mi z boku. Wypytywała o postępy. Przewidując, że moje poszukiwania nie skończą się na badaniu wyłącznie mojej linii, z czasem sama od siebie podsuwała istotne informacje o swojej rodzinie. Z wielkim zaciekawieniem słuchałem jej gdy snuła swoje wspomnienia. Pamięcią wracała do okresu swojego dzieciństwa i do lat okupacji. W jej wspomnieniach z lat II wojny, zaskoczył mnie jej stosunek do niemieckiego okupanta. Wspominała ich nieco inaczej niż wszyscy. Bardziej pozytywnie. Nic dziwnego. Jako najmłodsze dziecko, chowana była pod kloszem. Niemców widziała i zapamiętała jako mała dziewczynka. Widziała wyłącznie „dobrych Niemców”. Między innymi tych, którzy podczas okupacji przez pewien czas stacjonowali w domu jej rodziców. Tych złych Niemców niosących śmierć, za sprawą niewyściubiania nosa za próg, nie widziała przez całą okupację. Pamiętała jak stacjonujący u nich żołnierze niemieccy dzielili się czasem z domownikami wojskowymi konserwami, częstowali ją i jej rodzeństwo czekoladą i sucharami. Uratowali też jej rodziców od śmierci lub obozu koncentracyjnego. A było to tak.
Zbliżały się święta. W chlewiku dorastał do odpowiedniej wagi wieprzek. Jej ojciec spytał stacjonujących u niego Niemców, czy nie można by było zdzielić go między uszy. Rozmowa była krótka. Za zdecydowanym przyzwoleniem żołdaków, w nocy zaszlachtował świniaka. Przy świniobiciu i oprawieniu wieprzka, pomagali mu Niemcy. Następnego dnia po południu gdy szykowali się do wędzenia pod osłoną nocy, w ich gospodarstwie pojawiła się niemiecka żandarmeria. Przyjechali po gospodarza. W jego obronie stanęli stacjonujący u niego na kwaterze żołnierze niemieccy. Jak opowiadała teściowa, wszyscy wyszli z bronią i stanęli murem za gospodarzem. Po burzliwych przepychankach i ostrych słownych pyskówkach, skończyło się tym, że żandarmi zabrali zaszlachtowanego wieprzka i odjechali. Za uratowanie z opresji, gospodarz postawił wódkę. Wypili i pojadali naprędce przygotowaną zagryzką. Jeden z Niemców wyjawił co na odjezdnym powiedzieli im żandarmi. Zjawili się za sprawą donosu sąsiada. Jak dodała teściowa – po tym fakcie do końca wojny mieli z żandarmami spokój. Nikt już na jej ojca nie donosił. Donosiciel zemścił się wkrótce na jego najmłodszym synu.
Podczas rodzinnych rozmów zauważyłem, że teściowa pochlebniej niż teść postrzegała Niemców. Oceniała ich okiem małej dziewczynki. Spytałem ją kiedyś czy jest przekonana o uczciwości tych, którzy u nich kwaterowali. Dodałem, że stacjonujący nieopodal w więzieniu na Św. Krzyżu strażnicy niemieccy, też byli rozlokowani na kwaterach w okolicznych wioskach. Także żandarmi 62 plutonu żandarmerii zmotoryzowanej, dowodzonej przez oberlejtnanta Alberta Schustera mieszkali w okolicznych wsiach koło Świętej Katarzyny, Bodzentyna i Nowej Słupi. Jedni i drudzy siali postrach wśród miejscowej ludności. Ofiary tych pierwszych (strażników więziennych), leżą na Bielniku pod Świętym Krzyżem, tych drugich spoczywają u podnóża góry na Skałce w Nowej Słupi oraz w okolicznych lasach. Po chwili zastanowienia teściowa zaprzeczyła mówiąc, że Niemcy mieszkający u nich służyli w formacji łączności. Przypomniałem sobie, że zbrodnie niemieckich żandarmów na terenie świętokrzyskim, trudno było połączyć z 62 plutonem dowodzonym przez Alberta Schustera, ponieważ odnalezione niemieckie dokumenty sugerowały, że był to pododdział niemieckiej żandarmerii pełniący funkcję drogówki kierującej na drogach ruchem niemieckich wojsk. Żołdacy tej żandarmerii wojskowej pozostawili po sobie trwałe ślady wokół Łysogór. W Nowej Słupi pod Skałką zabili ponad 200 osób. Na Hucisku spalili żywcem dwoje dzieci. Po drugiej stronie Łysogór w Świętej Katarzynie zbiorowe mogiły ok. 40 ofiar, w Bodzentynie ok.39 ofiar egzekucji, ale były też; Paprocice, Płucki, Wola Zamkowa, Bartoszowiny, Huta Szklana, Jeziorko, Celiny, Wojciechów, Psary, Kluczniki, Szafranki, Wola Szczygiełkowa, Dębno, Klonów, Kakonin, Krajno.
Z wielu opowieści snutych przez moją teściową, przytoczę jeszcze jedną rozmowę, która mocno przykuła moją uwagę. Jest to ciekawa, a zarazem tajemnicza historia. Jak wszystkie wspomnienia mojej teściowej z okresu jej dzieciństwa i to przeżycie dotyczyło okresu II wojny. Tej nie dość, że słuchałem z zapartym tchem, to na dodatek postanowiłem ją rozwikłać. Ta sprawa wiązała się z aresztowaniem i śmiercią jej brata. Ale od początku. Jak na wstępie nadmieniła teściowa, będąc wtedy dzieckiem, niewiele rozumiała co się wydarzyło. Pamięta jak po jej brata przyszedł stróż z aresztu w Nowej Słupi. Zabrał go prosto od domowych zajęć. Od szatkowania kapusty. Chłopak nie opierał się. Miał okazję uciec. Sugerował mu ją nawet eskortujący go wartownik. Nie zrobił tego. Twierdził, że nic złego nie zrobił. Złapał pod rękę tylko sweter i obaj poszli do Nowej Słupi. Jak wspominała teściowa, jej brata zamknęli w miejscowym areszcie. Rano do Nowej Słupi poszedł jej ojciec. Chciał zobaczyć się z synem i wyjaśnić powód jego zatrzymania. Zabrał mu śniadanie i cieplejszą odzież. Gdy dochodził do rynku, usłyszał odgłos wystrzału. Kierowany przeczuciem przyśpieszył kroku. Na miejscu ujrzał leżące na ulicy jeszcze ciepłe zwłoki syna. Na poboczu drogi stał nieruchomo granatowy policjant. Ojciec mojej teściowej zamknął synowi oczy i rozpłakał się. Nie pozwolono mu zabrać i godnie pochować syna. Jak opowiadał później w domu, w oczach syna ujrzał zastygłe pytanie – Za co?
Nie czekając na ewentualne pytania teściowa wyjaśniła, że jej ojciec na miejscu próbował dowiedzieć się przyczyny śmierci syna. Chciał także odebrać jego zwłoki i wyprawić synowi katolicki pogrzeb. Na nic zdały się jego prośby i groźby. Nie dowiedział się nic. Pod groźbą wsadzenia go do aresztu, kazali mu iść do domu i milczeć o zaistniałym fakcie. Po wojnie, po kilku latach od tragedii, do ojca teściowej, podszedł na rynku w Nowej Słupi mieszkający nieopodal aresztu gospodarz. Odciągnął go za rękę na bok i opowiedział mu przebieg zdarzenia. Widział wszystko. Zaciekawiony obecnością wyczekującego przed aresztem granatowego policjanta ukrył się i obserwował areszt. Nie mylił się co do swego przeczucia. Po krótkiej chwili drzwi od aresztu otworzyły się i wyszedł z niego jego syn. Minął granatowego policjanta i gdy przechodził na drugą stronę ulicy padł oddany śmiertelny strzał. Dostał w okolicę serca. Jak mówił rozmówca wyglądało to na egzekucję. Granatowego policjanta nigdy wcześniej ni później nie widział. Nie pochodził z miejscowego posterunku. Dodał, że chłopca pochowali pod płotem aresztu. Po wojnie brat teściowej został ekshumowany i uroczyście pochowany na cmentarzu parafialnym w Nowej Słupi. Jak podkreślała teściowa – Miał partyzancki pogrzeb. Rodzina próbowała dowiedzieć się czegoś więcej o przyczynie śmierci. Wszyscy rozkładali ręce. Jedyny ślad jaki pozostał po tamtym wydarzeniu to nazwisko na tablicy pamiątkowej poświęconej pomordowanym z nowosłupskiej parafii. Głupio to zabrzmi, ale tajemnicę swą zabrał do grobu.
Pod wpływem wspomnień mojej teściowej zacząłem interesować się historią okolic Świętego Krzyża i Nowej Słupi. Zapisywałem jej wszystkie wspomnienia skrzętnie i dokładnie. Po powrocie do domu odkładałem wszystkie notatki do szuflady. Ciągle wydawało mi się, że na spisanie ich mam jeszcze czas. Jej odejście uzmysłowiło mi, że popełniłem wielki grzech zaniechania. Po jej śmierci na początek postanowiłem wyjaśnić rodzinną tajemnicę śmierci brata mojej teściowej. Jak dotąd błądzę po omacku. Po cichu liczę na jej wstawiennictwo. Podczas jej pogrzebu, wydawało mi się że dała nam nawet znak. Idąc za jej trumną żałobnicy ujrzeli na niebie błękitny prześwit w białym obłoku w kształcie serca, oraz wiodące do nieba schody. Utrwaliłem to na zdjęciu.

Dzisiaj, po latach, mam poczucie niespełnienia. Coś w rodzaju moralnego kaca. Zdaję sobie sprawę, że teściowa opowiadając mi historię swego brata, zrobiła ze mnie swojego powiernika. Z pewnością liczyła na mnie i oczekiwała, że coś z tą wiedzą zrobię. Że być może znajdę jakieś dokumenty, ślady, wskazówki pozwalające na wyjaśnienie tajemnicy jego morderstwa. Ja tymczasem odkładałem wszystko na później. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że takie nicnierobienie zdarza się nawet naszym profesjonalnym służbą specjalnym. A według starego powiedzenia, „powinny prześwietlać wszystkich kandydatów na państwowe urzędy aż do siódmego pokolenia włącznie”. Może wtedy nie byłoby prezydenta rozmawiającego ponad 17minut z rosyjskimi hakerami, marszałka latającego do domów publicznych prowadzonych przez ukraińskich mafiosów, nie byłoby prezesów wynajmujących mieszkania na godziny, prezesów rugujących z mieszkania pana Jerzego uwikłanych znajomością z półświatkiem. Nie słyszelibyśmy o europosłach witających się zawsze „Szczęść Boże”, a którzy przykazania boże mają za nic. Na sali nie byłoby posłów przyznających się tuż po ślubowaniu do wieloletniego alkoholizmu, posłów żerujących na chorobie dzieci, wiceministrów uciekających przed odpowiedzialnością na Węgry, czy zbiegłych sędziów na Białoruś. Dlatego na poszukiwania genealogiczne do siódmego pokolenia jestem skazany na siebie.
Jerzy Wnukbauma