Grajcie na chwałę Pana.

Wspomnę  dzisiaj o tym, czego już niema;
o drewnianym krzyżu z rzeźbami trzema,
kiedyś stał przy drodze, dziś już wśród albumów,
dzieło mego przodka zwane Krzyż Baumów.
                                                 Jerzy Wnukbauma

O postawionym przez mojego pradziadka Jana Henryka Bauma krzyżu, po raz pierwszy usłyszałem podczas wakacyjnego pobytu w rodzinnych stronach mojego matecznego dziadka Władysława. Dokładnej daty nie pamiętam. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Było to chyba na początku lat 60 ubiegłego wieku. To wtedy w czasie rozmowy mojej matecznej babki z siostrą mego dziadka, padła wzmianka o krzyżu Baumów. Tak go wtedy nazwała – Krzyż Baumów. Musiałem być wtedy dzieckiem z wielką wyobraźnią, bo pod wpływem tej rozmowy, krzyż ten w moich oczach urósł do rangi niecodziennego, wielkiego, wspaniałego monumentu. Ogarnęła mnie chęć zobaczenia tego swoistego cudu. Sposobność nadarzyła się niespodziewanie szybko, bo w najbliższą niedzielę pojechaliśmy całą rodziną do kościoła w Zgórsku. Była to niecodzienna dla mieszczucha podróż. Wyprawa ogumioną furmanką zaprzężoną w dwa konie. W drodze do kościoła ciotka wskazując na przydrożny krzyż, powiedziała; – To jest ten krzyż. Venimus! Vidimus! Nichil factum est! (przybyliśmy, zobaczyliśmy, nic się nie stało). Rzeczywistość okazała się banalna. Krzyż był starym, drewnianym, przydrożnym krzyżem jakich wiele było rozsianych po całej Polsce. Stare, poczerniałe drewno noszące znamiona czasu. Bez najmniejszego znaku wskazującej na fundatora. Bez tabliczki przybliżającej intencję jego postawienia. Jedyną ozdobą pociemniałych od słońca i deszczu belek były trzy rzeźby. Centralnie umiejscowiony ukrzyżowany Jezus, oraz dwie inne rzeźby przymocowane poniżej nóg ukrzyżowanego Zbawiciela. Figurki Najświętszej Marii Panny i Św. Józefa. O ile sobie przypominam, wszystkie rzeźby były kolorowe. Pomalowane jakąś farbą. Wspominam o tym, bo dzisiaj z powodu piaskowania rzeźb, trudno jednoznacznie to stwierdzić.

Jan Baum i Zbigniew Baum przy Krzyżu Baumów.

Kiedy dokładnie stanął ten krzyż i co było intencją jego postawienia? Dlaczego na krzyżu nie ma najmniejszego śladu wskazującego na jego fundatora. Dlaczego stoi tak daleko od miejsca zamieszkania darczyńcy (około 3 km) Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Same niewiadome a brak wyjaśnień. Żadne sensowne rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy. Sięgnąłem do mojego archiwum w którym zachował się list stryjecznego brata mojej matki. W liście o tym krzyżu wujek pisze tak;  – „Jest przy drodze ze Zgórska do Partyni drewniany krzyż znajdujący się około 300 m od kościoła. Obecnie stoi tam nowy krzyż, ale ma stare figury, które jak sądzę na podstawie opowiadań mojego ojca, były wyrzeźbione przez naszego dziadka Jana z Pnia. Na tym krzyżu były wykonane także „Narzędzia Męki Pańskiej”, których część istniała na tym krzyżu także po wojnie. Dziś ich już nie ma. Z opowiadań rodziny wiem, że było jakieś ważne wydarzenie w życiu dziadka, które on uwiecznił na tym krzyżu. Jest ten krzyż święty cichym miejscem kultu religijnego. Nie powinno to być zapomniane. Myślę, że wymaga to upowszechnienia wśród wnuków i prawnuków dziadka Jana i babci Marianny.  Białystok 19.11.1990 r.”

 Jak wynika z listu, wcześniej w tym samym miejscu stał inny krzyż. Przypuszczalnie też drewniany i  prawdopodobnie też uległ zniszczeniu pod wpływem czasu. Później w tym miejscu został wzniesiony nowy drewniany krzyż. Istnieje też przypuszczenie, że po przegniciu znajdującej się w ziemi belki, z racji oszczędności, stary krzyż został skrócony o zbutwiałą część i ponownie, już krótszy, został w tym samym miejscu wkopany. Na tą hipotezę, nie ma jednak dowodów. Dalej wujek pisze, że na tym nowym krzyżu przytwierdzono stare figurki wyrzeźbione przez jego dziadka Jana. Figurki te przetrwały na krzyżu do jesieni 2017 roku, a więc do jego końca. Dalej wujek pisze, że z krzyża powypadały metalowe narzędzia męki pańskiej. Jak one wyglądały? Kolejna niewyjaśniona zagadka. Zakładam, że były to typowe, najczęściej spotykane na krzyżach symbole męki Jezusa; młotek, obcęgi, włócznia, gwoździe… List nie wyjaśnia kto wykonał owe narzędzia i kto ufundował krzyż, za to jednoznacznie wskazuje na wyrzeźbienie figurek przez mojego pradziadka. W liście wujek Jan przemilcza także ustne polecenie jego dziadka nadzoru krzyża po jego śmierci. Opiekę nad nim miał sprawować ten potomek Jana, który pozostanie na ojcowiźnie, a kolejno po nim jego sukcesor. O tym dowiedziałem się od matki która znała ten fakt z ustnych rodzinnych przekazów.

Pod koniec 2017 roku Krzyż Baumów dokonał żywota. Wcześniej przez kilka lat pochylał się ze starości i dla bezpieczeństwa podwiązano go kilkoma odciągami, gdyż obawiano się przewrócenia go w czasie silnych wiatrów. Pośród miejscowej ludności zawiązał się komitet budowy nowego krzyża. Po wykonaniu i wkopaniu nowego krzyża odbyła się uroczystość jego poświęcenia.  Stary krzyż spalono, a pozostałe po nim figurki oddano w posiadanie spadkobiercom jego fundatora i wykonawcy.

Nowy krzyż. Zdjęcie z 2017 roku. Za krzyżem na łące czarny bocian.

O fakcie zwrotu figurek z Krzyża Baumów dowiedziałem się z rozmowy telefonicznej z kuzynką, która weszła w ich posiadanie. Naprędce wykonałem kilka telefonów i zebrałem chętnych do zaopiekowania się rodzinnymi pamiątkami. Po odbiór figurek wybraliśmy się w czteroosobowym składzie zapaleńców rodzinnej genealogii. Dwóch wujecznych braci z Białegostoku – Janusz i Zbyszek oraz nas dwóch braci z Kielc. Pojechaliśmy do kuzynki. Droga upływała nam w atmosferze wspomnień. Ja jednak czekałem na relację Zbyszka z jego podróży do „fatherlandu”. Na jego pełną wersję, bo skrócony wariant opowiadał mi wcześniej przez telefon. Jego przygody opisałem kiedyś w swoim felietonie, kładąc nacisk na jego metafizyczne, trudne do wyjaśnienia przygody. Opowiem je jeszcze raz, bo ich zakończenie jest ściśle związane z naszą podróżą, ze mną i z Krzyżem Baumów. Ale, żeby wszystko miało ręce i nogi relację Zbyszka zacznę od początku. Od jego sentymentalnej podróży do Nadrenii. Do miejsca skąd wywodzą się nasi przodkowie – Baumowie.

Podróż do Niemiec upływała Zbyszkowi bez większych przygód. Dopiero po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej zauważył, że po drodze sporadycznie pojawiają mu się zwierzęta i ptaki parami. W sensie po dwie sztuki. Dwie sarny, dwa psy, dwie kaczki, dwie jaskółki… Niby nic w tym dziwnego i niezwykłego ale zastanawiał się dlaczego tak się dzieje? Podzielił się tym spostrzeżeniem z towarzyszącym mu kolegą Andreasem. Ten nie znajdując w tym żadnego sensu, wzruszył tylko ramionami. Gdy przyjechali na miejsce Andreas zażartował ze Zbyszka mówiąc do niego; – Ciebie tu nawet dzwony witają. W tym momencie do Zbyszka dotarł odgłos dzwonów z oddalonego miasteczka. Wysiadając z samochodu, Zbyszek przeciągnął się i zamarł w bezruchu.  Po chwili wskazał palcem na dach domu w którym mieszkał Andreas i spytał – Andreas! Co to jest? Na kalenicy dachu domu Andreasa siedziały dwa rzadko spotykane ptaki – para kruków, która za nic miała rozlegające się po okolicy bicie dzwonów.

Zbigniew Baum przy tablicy z nazwą miejscowości.

Następnego dnia Andreas i Zbyszek pojechali w rodzinne strony naszych przodków. Zatrzymali się przed tablicą z napisem Bechtheim. Miejscowości z której pochodził nasz 6xpradziadek Johan Nicolaus Baum. W chwili gdy Andreas robił Zbyszkowi zdjęcie z miejscowego kościoła doleciało bicie dzwonów. Po krótkim spacerze po Bechtheim na jednej z uliczek znaleźli dom zamieszkały przez Baumów. Wskazał go napotkany mieszkaniec wsi. Niestety nikogo w nim nie zastali. Po krótkim pobycie w Bechtheim pojechali do położonego nieopodal Uelversheim – miejsca urodzenia kolejnego pokolenia Baumów. Przed wjazdem do tej wioski nie obyło się od zrobienia pamiątkowej fotografii przy tablicy miejscowości. Tym razem obyło się bez bicia dzwonów. Pierwsze kroki po przyjeździe do Uelversheim Zbyszek skierował do miejscowego kościoła protestanckiego. Niestety ten był zamknięty. Nieopodal tego kościoła był drugi, sądząc po urzędowej tabliczce, zabytkowy kościół. W odróżnieniu od tego pierwszego, wolnostojącego kościoła, ten drugi charakteryzowała ściśle przylegająca do jego murów zabudowa. Tak ścisła, że mury niektórych sąsiednich domostw stanowiły część składową kościelnego muru. Na szczęście ten kościół był otwarty. Obaj nasi globtroterzy weszli do jego środka. Z chwilą przestąpienia progu kościoła rozległo się bicie dzwonów. Po ich ustaniu, w kościele pojawiły się dwie kobiety; młoda, starsza i mały, kilkuletni chłopiec. Pojawił się promyk nadziei, bo skoro pojawili się ludzie, nadarzyła się okazja spytać o kontakt z pastorem. Po próbie nawiązania rozmowy Zbyszek spotkał się z piorunującym spojrzeniem i napomnieniem ze strony starszej kobiety. Krótkim – Ciii! rozkazała mu by zachował ciszę. Jak sam opowiadał, poczuł się wtedy niekomfortowo. Urażona duma podpowiadała mu by odwrócić się na pięcie i wyjść z kościoła. Jednak jakaś nieopisana siła kazała mu usiąść i ochłonąć. Usiadł i po chwili zobaczył jak starsza kobieta zwracając się do chłopca powiedziała; – Jutro będzie twój chrzest. Tu będą stali twoi rodzice, tu dziadkowie… Zaznaczę cię znakiem krzyża świętego ….

Zbigniew Baum w kancelarii parafii protestanckiej w Uelversheim

Gdy kobieta kończyła wyjaśniać przebieg ceremonii, do Zbyszka dotarło, że to co przed chwilą wydarzyło się było dla niego niecodziennym darem Nieba. Fuksem a może nawet cudem. Jakby ktoś specjalnie na jego przyjazd zorganizował coś na wzór jasełek. Dzięki niecodziennemu zbiegowi okoliczności mógł naocznie zobaczyć jak mogła przebiegać ceremonia chrztu naszego przodka, bo w tym kościele ochrzczony był nasz 4xpradziadkek Johan Baum urodzony w Uelversheim w 1773 roku. Wnuk wspomnianego przy okazji mowy o Bechtheim Johana Nicolausa Bauma. To on był jednym z pionierów zakładających niemiecką kolonię w Galicji. Zmarł w 1844 roku w Hohenbach, dzisiaj Czermin. Negatywne emocje związane z oschłym potraktowaniem ustąpiły. Do końca z zaciekawieniem śledził przebieg przygotowań do ceremonii chłopca. Po skończonej przymiarce chrztu, rozemocjonowany podszedł do pani pastor. Przedstawił się i powiedział z czym przybywa. Poprosiła go do swojej kancelarii. Po chwili poszukiwań położyła przed nim otwartą na interesującej go stronie starą księgę urodzeń i wyszła. Jak opisywał Zbyszek, odniósł wrażenie, że to co się dzieje jest siłą sprawczą jakiejś niewidzialnej  mocy. Zrobił kilka zdjęć i ruszyli w drogę powrotną.

Strona księgi urodzeń z 1773 roku z wpisem aktu urodzenia Johana Bauma.

Opowiadanie Zbyszka traktowałem z dużym dystansem. Nie podejrzewałem go o konfabulację. Raczej o zbyt emocjonalne podejście i doszukiwanie się w prostych ziemskich zdarzeniach jakiś nieziemskich, metafizycznych, nadprzyrodzonych sił. Sam niejednokrotnie widziałem przed maską samochodu przebiegające zwierzęta. Bicie dzwonów też nie powodowało u mnie gęsiej skórki. Ot! Zwykły zbieg zdarzeń. Nie doszukiwałem się w tym niczego nadzwyczajnego. Mieszkam blisko kościoła i bicie dzwonów słyszę codziennie. Nawet kilka razy dziennie. Na mszę, na Anioł Pański, na Apel Jasnogórski i okazjonalnie przy udzielaniu ślubu bądź wyprowadzeniu zwłok. Prawdopodobnie i w jego przypadku musiał zaistnieć zwykły zbieg okoliczności. Przejąłem się jednak, gdy ja stałem się mimowolnym świadkiem kontynuacji niesamowitych znaków opatrzności. Wróćmy jednak do naszej podróży do Zgórska.

Po dotarciu do celu i po krótkim odpoczynku, nazajutrz pojechaliśmy na cmentarz w Zgórsku. Po drodze mijaliśmy nowo postawiony krzyż. Kątem oka zauważyłem przechadzającego się po łące za krzyżem czarnego bociana. Zastanawiałem się skąd się tu wziął. Koniec września. Już dawno powinien odlecieć do Afryki, poza tym czarny bocian jest ptakiem leśnym, stroni od ludzi, jest bardzo płochliwy i trzeba mieć niesamowite szczęście by go zobaczyć. Zatrzymaliśmy się. Pogoda była fatalna. Było chłodno i lało. Na odwagę wyjścia z samochodu zdobył się tylko Janusz – brat Zbyszka. Zrobił kilka zdjęć nowo postawionego krzyża. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę. W czarnym bocianie nie dostrzegałem żadnego związku z wcześniejszym opowiadaniem Zbyszka. Aż do chwili, gdy dotarliśmy do kościoła w Zgórsku. Zajęci rozmową zbliżyliśmy się do furtki prowadzącej na dziedziniec kościoła. Zbyszek nacisnął klamkę i wtedy wszyscy usłyszeliśmy głośne bicie przykościelnych dzwonów. Wtedy zagrały na chwałę Pana. Dzisiaj 21.12.2021 roku, kościelne dzwony zagrały mojemu wujecznemu bratu ostatni raz. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.            Jerzy Wnukbauma

ODWOŁANE SPOTKANIE …

Muzum Historii Kielc odwołuje wszystkie spotkania które w najbliższym czasie mają się odbywać w ich budynku.

Poinformowano mnie, że nasze spotkanie w dniu 6 grudnia br. też zostaje odwołane.

Kornelia Major

Ani jedna więcej!

W niedzielny poranek udałem się jak zwykle w niedzielę, na godzinę dziesiątą, na mszę świętą do kościoła. Poszedłem, bo nie idąc i nie uczestnicząc w niedzielnej Mszy Św. zgrzeszyłbym ciężko wobec siebie i wobec Boga. Msza jak msza. Bez żadnych niespodzianek. Przełknąłem gorzko kazanie księdza, który czynił wtręty o zabijaniu nienarodzonych dzieci. Odniosłem wrażenie, że oczekiwał od wiernych zero jedynkowej postawy – jesteś za zabijaniem nienarodzonych dzieci TAK czy NIE. To tak nie działa. Wiem, bo kieruję się nauką Jezusa i nie szukam innej drogi. Ksiądz proboszcz skończył celebrować mszę. Pożegnał wiernych – Idźcie do domu, ofiara spełniona. Wstałem i ruszyłem w kierunku wyjścia. Po wyjściu z kościoła moje ciśnienie podniosły dwie idące przede mną parafianki rozmawiające o obecnej sytuacji na granicy z Białorusią. Gorzko przełknąłem porównanie przez jedną z nich, tłumu „nielegalnych” uchodźców na granicy, do bydła. Nie! Nie zareagowałem. Spokojnie przeszedłem obok nich. Postanowiłem, że dopiero po przyjściu do domu, odreaguję i POGRZESZĘ. Napiszę co ja o tym wszystkim myślę.

Jak wspomniałem, w moim życiu staram kierować się nauką Jezusa Chrystusa. Dla Jezusa wartością nadrzędną, niepodlegającą żadnym stworzonym przez ludzi przepisom jest CZŁOWIEK. Bez żadnego wyjątku ze względu: na płeć, wiek, kolor skóry, stan posiadania, zdrowia, narodowość, poziom wykształcenia, przynależność. Jeśli chodzi o miłość do bliźniego swego, Syn Boży na każdym kroku był przykładem do naśladowania. W imię tej miłości kochał każdego człowieka takim, jakim stworzył go Bóg. Miłości do ludzi nie wyparł się nawet gdy był przez nich zdradzony, wzgardzony, opuszczony i ukrzyżowany. Dał temu wyraz tuż przed swoją męczeńską śmiercią słowami – „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.” Te Jego krótkie, a jakże wymowne słowa – trochę zmienione, ale o tym samym wydźwięku, mówił do mnie i mojego brata na łożu śmierci nasz ojciec. – Szanujcie się i kochajcie! Często słyszałem te słowa od mojej matki – Jest was tylko dwóch. Kochajcie się i szanujcie. Słyszę te słowa dziś od mojego teścia przy okazji rodzinnych spotkań. – Cieszę się, że się szanujecie! Cieszę się wraz z nim. Serce mi rośnie gdy i ja widzę szanujące się i pomagające sobie moje dzieci. Przesłanie rodziców niosą szerszy wydźwięk, bo nie tylko my bracia mamy się wzajemnie kochać. Ma się kochać i szanować wszelka brać. Skąd więc w moim kościele takie różnice w pojmowaniu miłowania bliźniego swego. Skąd w ludziach deklarujących się katolikami tyle, zła, nienawiści, pogardy i dzielenia ludzi na naszych – dobrych i na gorszy sort – tych złych, niepopierających tych uważających się za dobrych?

Porównywanie spędzonych i wykorzystywanych na granicy ludzi do stłoczonego bydła, uważam za grzecznie mówiąc NIE-STO-SOW-NE! Wszystkich myślących inaczej odsyłam do genealogii. Do poszukiwania swych korzeni, bo według mnie, badania genealogiczne uczą pokory. Chronią przed popełnieniem grzechu różnicowania i personifikowania bliźnich. Genealogia nie obraża przodków. Moim zdaniem, nie popełni takiego grzechu ten, kto bada swoje korzenie. Ten kto wie, że jego przodkowie gnani byli po bezkresach Syberii przez carskich żołdaków, a po zwycięstwie komuny przez uzbrojone oddziały NKWD. Ubliżające i niestosowne było by dla genealogii obrażanie naszych jeńców wojennych stłoczonych za kolczastymi drutami w licznych łagrach czy stalagach. Oficerów gnanych i ustawianych przy samej granicy głębokich wykopów, które po strzałach w potylicę, zasypane naprędce, staną się mogiłami. Przez gardło by nie przeszło takie porównanie komuś, kogo bliscy w panice uciekali przed Niemcami w 1939 roku. Przez myśl by nie przeszło nazwać ludzi przewożonych do obozów zagłady w bydlęcych wagonach – bydłem. Stanowczo zareagowałby  ktoś, kto wie, że jego babka wraz z małym jego ojcem czy matką popędzana była z liczną grupą innych Warszawiaków jako żywa tarcza przed nacierającymi na barykady czołgami. Nie! Genealogowi nie przeszłoby to przez myśl, a co dopiero przez gardło. A jeśli już wpadnie, to powinien zająć się czymś innym. Dobry człowiek nie obraża bliźniego swego. Jeśli uważa się za dobrego chrześcijanina, a nie bierze przykładu z Jezusa, to nie jest dobrym człowiekiem.

Niektóre akty zgonów, które indeksowałem dla potrzeb geneteki powodują u mnie stan ducha i umysłu, którego nie potrafię opisać. Za każdym razem, gdy natrafię na akty martwo urodzonych dzieci, czuję coś w rodzaju przybicia. Nawet po kilkunastu, kilkudziesięciu czy setkach lat jakie upłynęły od zdarzenia czuję gęsią skórkę. Celowo tragedię dziecka, jego ojca,  matki i całej rodziny nazwałem zdarzeniem, bo została tak w akcie nazwana – Zdarzyło się w parafii takiej a takiej w dniu tym i tym… Dalej reszta suchego wpisu. Martwo urodzony człowiek nie posiadał swojego imienia. Nie był żywym, zdrowym dzieckiem. Czy nie był istotą Boga? W przypadkach poronień ówcześni księża umywali ręce metodą na Piłata – Nie było ochrzczone! Bóg tak chciał. Idąc takim rozumowaniem można dojść do wniosków, że to kobieta wina. Mogła nie przeć i zaciskać mocniej pośladki. Urodzić i okazać zdrowe dziecko księdzu. Dla matek nie jest to zero jedynkowa sytuacja – Rodzić czy zabić?

Dobry człowiek nie nadużywa z uporem maniaka, zwrotu – NIE ZABIJAJ! To jest święte przykazanie i nie powinno być metodą zastraszania. Owszem, w Starym Testamencie roi się od przemocy i zbrodni. Starotestamentową bratobójczą zbrodnię zaczyna Kain od zabicia Abla. Później mordy powielane są już hurtowo. W Nowym Testamencie panuje większa pobłażliwość. Chciałbym zrobić tu jakieś odwołanie do nauki Jezusa o zabijaniu, ale poza jednym, lakonicznym przykładem nic nie znajduję. Jezus dawał zawsze człowiekowi wybór. Przecież Jego Ojciec obdarzył ludzi wolną wolą. Szanował to. W Ewangelii piąte przykazanie nie jest już dekalogowym – Nie zabijaj! Jezus proponuje przejść nam na wyższy level. Na poziom serca, rozumu i miłości. Złość, nienawiść, złe myśli, złe słowa i zła wola podawane w małych dawkach po przepełnieniu czary goryczy potrafią zabić najsilniejszego człowieka. Zapominają o tym współcześni faryzeusze (kapłani) triumfująco pląsający u toruńskiego Rumburaka. Niektórzy z nich za daleko odeszli od nauk Jezusa. Broniąc i ukrywając faryzeuszy w sutannach krzywdzących dzieci, stawiają się ponad Jezusem.

Nigdzie nie jest powiedziane za jakie przestępstwa ukrzyżowano dwóch złoczyńców konających na Czaszce wraz z Jezusem. Istnieje prawdopodobieństwo, że obaj mogli być skazani za złamanie V przykazania. Pomimo to w jednym z nich Jezus dojrzał dobrego człowieka. Dostrzeżenie w Jezusie Syna Bożego pozwoliło złoczyńcy dostąpić łaski. Poparcia i daru życia dostąpiła też od Jezusa cudzołożnica. Kapłanom (faryzeuszom) którzy przyprowadzili ją do niego nie powiedział – Chłopaki przestańcie bo grzeszycie. Spadajcie, bo tu nie wolno zabijać. Powiedział za to słowa, które mogły zachęcić do morderstwa. Do rzucenia kamieniem i w konsekwencji zabicia kobiety. Ukazał ułomność oskarżycieli a jawnogrzesznicy przekazał coś znacznie więcej. Powiedział do niej – „Ja ciebie też nie potępiam.” Zastanawiam się co by powiedział dziś Pan Jezus gdyby „uczeni w piśmie” wraz z Kają Godek przyprowadzili do niego kobietę, która ratując swoje życie usunęła zagrożoną ciążę. Myślę, że odpowiedziałby jej tj. Kai Godek – Nie baw się w Boga! Idź i nie grzesz więcej. Prywatnie myślę, że to co robi ta pani jest odciąganiem opinii społecznej od właściwego celu. Babsko robi szum wokół siebie. O niej jest głośno. O zboczeniu faryzeuszy ze ścieżki którą podążał Jezus jest cichutko. O to w tym wszystkim chodzi.

Jerzy Wnukbauma

„Gdzie Krym” – postscriptum

Cztery lata temu zamieściłem na stronie genealodzy.pl artykuł pt.”Gdzie Krym”, opisujący moje zmagania w poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania, lub tymczasowego pobytu moich przodków. Chciałem w nim (w artykule) pokazać, że nazwy niektórych miejscowości mogą dać nieźle popalić poszukiwaczom korzeni. Czy mi się udało? Myślę, że artykułem tym mogłem zniechęcić, a nawet zdołować, część początkujących genealogów. Porozrzucane po całej Polsce liczne; Górki, Wólki, Zalesia, Sosnówki, Brzeziny, Podzamcza nie zachęcają do wyruszenia w Polskę, by na miejscu sprawdzić, czy chodzi o tą właściwą. Postanowiłem naprawić swój błąd i pokazać, że z bliźniaczych nazw miejscowości można też się pośmiać. Chociaż wiersz piszę w pierwszej osobie liczby pojedynczej, moja wierszowana podróż jest wyłącznie wynikiem mojej wyobraźni. Mgły mózgowej. Jest także reakcją na słowa pewnej katechetki o plemnikach i prezerwatywie. Pandemia nadal szaleje. Siedzę murem w domu. Rusza mnie za to głupota ludzka.

Na Urzeczu jest cudownie!

Poznałem ją na Twiterze.
Pisała o wszystkim szczerze.
Nawet i o tym, gdy byłem ciekawy
jak zapatruje się na „TE” sprawy.
Odpisała mi jednym zdaniem –
„Sex jest Ok – lubię bzykanie!
Po czym dodała kilku słownie;
„P.S. Przyjedź do Czerska. Tu jest cudownie.
Czekam na Ciebie na dworcu w Czersku.
Come ower” – dodała po angielsku –
„Poznasz mnie, bo noszę okulary
i trzymać będę nenufary”

 

Na mapie znalazłem drogę do Czerska –
Z Kielc do Czerska to podróż pionierska.
Wieczorem w Czersku w letnią sobotę
na dworcu spotkałem jedną istotę;
Miała okulary, lecz coś nie tak,
bo w rękach jej, nenufarów brak.
Szybko mi jednak przeszła zagwozdka.
Brak lilii wodnych to błahostka,
bo panna ładna i sama jedna.
Więc przystąpiłem z miejsca do sedna.
– Bądź mi rusałko moją przewodniczką?
Poszliśmy razem wąską uliczką.

Z zapoznaną wcześniej młódką
doszedłem do przystani z łódką.
Staw był spokojny, niebo pogodne,
w dali bieliły się lilie wodne.
Podpłynąłem do kwiecia w stawie…
W oddali ostrów. Tu się zabawię,
lecz najpierw zerwę jej nenufary.
Warta dziewczyna jest tej ofiary.
Jak tu głęboko? Licho go wie!
Kur…! Pardon  – Sacrebleu!
Zakląłem bo zeskoczyłem z ławki
i woda sięgała mi za pośladki.

Dość długo brnąłem po pas w mazi,
w me slipy coś śliskiego włazi.
Wyszedłem z wody, dosiadłem ławki
I odrywałem z nóg mych pijawki,
Na kilku z nich zrobiłem wet –
tych co z męskości zrobiły flet.
To co przed chwilą stało jak drut
skarlało z zimna i było kaput.
Panna stanęła przy mnie w rozkroku,
(foczka jej była tuż przy mym oku)
Gdy wycierała mi plecy ręcznikiem.
Ja posłużyłem się językiem.

Nazajutrz śledziłem ją lornetką.
I wiecie co. Była katechetką.
Nazajutrz dla niej inny chłopiec,
rwał w stawie nenufarów kopiec.
Później w języku też miał ratunek
bo nosił w slipach opatrunek.
Dziś gdy się człowiek nad tym głowi,
dobrze wiedziała wtedy co robi,
bo wysyłając nas po grążel,
miała przyjemność i nie zaszła w ciążę.
Wróciłem do domu i jasna cholera
Przez miesiąc nie tknąłem komputera.

Gdzieś po miesiącu, no może dwóch,
wstąpił we mnie odważny duch,
wszedłem na portal społecznościowy…,
z myślą, że stworzę tu status nowy
i własną śliną żem się zadławił.
e-mail wysłała – „Gdzieś ty bawił?”
Więc odpisałem jej tonem szorstkim;
„Byłem u Ciebie w Czersku. W Pomorskim!”
Odpisała, że jestem dzieckiem,
bo mieszka w Czersku – w Mazowieckiem -,
że nenufary kwitną cudownie…
Znalazłem jej Czersk. Jadę ponownie.

Jerzy Wnukbauma