Que sera, sera.

Za sprawą choroby, wszedłem na szybką ścieżkę leczenia. Szybkie badania, szybka diagnoza, krótkie terminy wizyt. W jednej chwili zacząłem postrzegać otaczający mnie świat zupełnie w innym świetle. Przewartościowałem całe swoje życie. Sprawy, które uważałem za ważne, zeszły na drugi plan. Zacząłem doceniać dar życia i cenić upływający czas. Niepojęte, ale odstawiłem nawet genealogię do szuflady. Na bliżej nieokreślony termin. No! może z jednym, małym wyjątkiem – zacząłem analizować długość życia, oraz przyczyny śmierci moich przodków. W końcu to też genealogia.

Na co umierali nasi przodkowie? O niektórych przyczynach śmierci pisałem już wcześniej w swoich artykułach. W parafii Raszyn nietypowymi, wartymi przypomnienia przyczynami zejść był min. – kieliszek wódki i róża w nodze odnotowana w zaświadczeniu wydanym przez Szpital Dzieciątka Jezus. W indeksowanej ostatnio przeze mnie parafii Bodzentyn natrafiłem na zaduszenie gazem kwasorodnym, śmierć dozorcy dróg publicznych na wskutek przypadkowego zastrzelenia, utonięcie oficerskiego ordynansa przy pławieniu konia w stawie. Jest ich znacznie więcej. Większość z tych nietuzinkowych przyczyn (oprócz róży w nodze) dotyczyła zejść na wskutek tragicznych wypadków. Zostały one wpisane do akt na podstawie ówczesnej wiedzy „medycznej” księdza, a być może także sugestii naszych pradziadów przy spisywaniu aktu. Pewnie dlatego iż każdy akt zgonu kończył się szablonowym wpisem – „Po naocznym przekonaniu się o zejściu…”, przyczyny śmierci były wpisywane w aktach na oko. Taka gra słów naocznie – na oko. Na końcu takich aktów fikcja wzięta z sufitu była sygnowana własnoręcznym podpisem księdza.  Pod koniec XIX i na początku XX wieku rozpoczął się okres innych zdarzeń i zgonów na wskutek wypadków komunikacyjnych. Min. wspomnę tu o zatonięciu Titanica, ale o tym potem. Na końcu felietonu.

Zbierając materiał do tego artykułu natrafiłem w internecie na stronę tygodnika ITS. Moim zdaniem autorka artykułu w szerszy i przystępny sposób opisuje wybrane przez nią przyczyny zejść naszych przodków w skierniewickich aktach zgonów z XIX wieku. Nie będę ich streszczał. Pójdę na łatwiznę i posłużę się tylko odnośnikiem do jej artykułu.  https://tygodnikits.pl/na-co-umierali-nasi-przodkowie/ar/10355038

Ostatnio porządkując swoje życie dowiedziałem się od księdza, że Bóg mnie kocha i dlatego wybrał mnie dając mi do dźwigania krzyż. Nie wiem dlaczego, ale jego słowa odebrałem podobnie jak XIX-to wieczne archaizmy wpisów poczynionych przez jego poprzedników w aktach zgonu. Co będzie to będzie, przecież Bóg mnie kocha.

Ostatnia ofiara Titanica

Przysiadłem na miejskiej ławeczce
przy ładnej, zgrabnej babeczce.
Wspomniałem coś o pogodzie,
i napomknąłem o swoim rodzie.
I tak od słowa do słowa
na przodków zeszła rozmowa.

Kiedy weszliśmy na genealogiczne tory
ona opowiedziała swe rodowe story
o dziadku który był na Titanicu.
Nie przewidziałem takiego wyniku.
Dodała iż wszystkich ostrzegał, że okręt zatonie.
Czyżby? Doprawdy? O nie!

Od razu zrzedła mi mina.
mój podryw legł jak klocki domina.
Spotkała mnie potworna wpadka;
Gdzie jej dziadek przy moich dziadkach.
Widziałem go oczami wyobraźni.
nie będę się swymi genami błaźnił.

Nie powiem, trochę żem się zjeżył.
Spytałem tylko czy jej dziadek przeżył.
Przeżył! Był jak zmarznięta, mokra psina,
bo go ludzie na deszcz wyrzucili z kina.
Dobrze mi tak! Jestem fujara!
Historia tego dziadka jak świat jest stara.

Jerzy Wnukbauma.