Re. Zlot rodzinny

Wśród klaksonów, opon pisku znowu zjechał ród Matysków, oraz kilku zaproszonych gości do rodowej posiadłości, gdzie od wieków, do kołyski dawniej rodziły się Matyski. Po rządach dobrej zmiany opis zaścianka; – Z zamku ostała waląca się ścianka, dworek w ruinie, padły sklepy, gdzie okiem sięgnąć pożółkłe stepy, zimne kominy, granice płotów… Ale przejdźmy już do zlotu na którym wkrótce powiało grozą. Ale o tym napiszę już prozą.

Na początku mojej przygody z genealogią napisałem sześciozwrotkowy wiersz satyryczny pt. „Zlot rodzinny”. Zamieściłem go na stronie Świętogenu w sierpniu 2010 roku. http://www.genealodzy-kielce.pl/zlot-rodzinny/ Kopę lat. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że napiszę do niego odnośnik. Nie zakładałem dalszego ciągnięcia tego tematu. Zawsze uważałem i do dziś uważam, że zloty rodzinne są kopalnią wiedzy o rodzinie i nie ma co komentować. Są one genealogiczną skarbnicą i basta. Nieważne czy są zorganizowane, czy nieprzewidziane. Duże ewenty na kilkaset osób, czy komercyjne dwu, trzyosobowe spotkania rodzinne. Wszystkie one są i będą nierozłącznym elementem genealogii. Obojętnie dla początkujących, czy dla starych wyjadaczy. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że po kilku latach spotkania rodzinne mogą wyglądać podobnie jak wigilia Neo-Nówki. Niestety media zrobiły swoje. Podzieliły także moją rodzinę. Sprawiły, że do kilku osób z rodziny poczułem resentyment. A miało być miło. Zaczęło się nawet normalnie. Od serdecznego przywitania rozpoczętego mocnym uściskiem dłoni i przysłowiowym misiem.

Moją spokojną, wręcz sielankową atmosferę spotkania po kilku minutach zepsuło pytanie mojego starszego kuzyna – „Jurek. Co oni robią?” Podejrzewałem kim dla niego są owi ONI i co mogą robić. Nie miałem zamiaru podejmować tego tematu. Widocznie moje milczenie odczytał opacznie bo dodał – „Nienawidzę Tuska! Jego dziadek był w niemieckim wojsku!” Nie wytrzymałem i zapytałem kuzyna w jakim wojsku służył jego dziadek. Z racji głośno wypowiedzianej nienawiści do człowieka poleciłem mu też szczerą spowiedź. Widząc jego zdziwienie dodałem szybko, że kiedyś nie było Polski. Przez 123 lata byli tylko trzej zaborcy i podzielone przez nich polskie ziemie. Chociaż on urodził się już w wolnej Polsce, to już jego ojciec, a na pewno dziadek i pradziadek, mogli służyć w armii któregoś z zaborców. Dodałem, że mój dziadek był potomkiem niemieckich kolonistów w Galicji. Z racji zaboru służył w austriackiej armii. Tu otrzymałem powalającą odpowiedź – „Ty to co innego”.

Do naszej rozmowy dołączył syn kuzyna. Wtrącił, że jego ojciec karmiony jest jedynie słuszną rządową propagandą. Gdy przyjdzie mu przeczytać choćby dwa zdania urzędowego pisma, nic z niego nie rozumie i czeka na syna by raczył mu przetłumaczyć ” zawiły, urzędowy język”. Nie ma natomiast żadnego problemu z Polskim Ładem. Bez wertowania go i przeczytania z całą pewnością wie, że ponad sześćset stronnicowy gniot jest dobry i całkowicie dla niego zrozumiały. Dał się złapać na lep propagandy. Godzinami jest nią karmiony. Łyka wszystko jak gęś tuczona na foje gras. Bierze swoje judaszowe srebrniki. Dla niego istnieją tylko dwa obozy – My i Oni. Tych drugich za wszystko obwinia i gani. Pierwszym przytakuje. Nie czekaliśmy długo na reakcję seniora. Słowa swego syna skwitował krótko – „A mnie jest dobrze!”

Podniósł mi senior ciśnienie tą swoją miarą dobrobytu. Nie zastanawiając się odpowiedziałem mu szybko, że mój ojciec zawsze podkreślał, że choć sam cierpiał biedę, to nie jemu a jego dzieciom i wnukom ma być dobrze. Mój staruszek robił wszystko by tak było. Robił więcej. Przyczyniał się by Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Wiedzę o świecie czerpał z kilku źródeł. Nie bał się i nazywał rzeczy po imieniu. Nie zadłużał rodziny. Wiązał koniec z końcem. W tym momencie przypomniał mi się felieton w radiu RMF FM. Według felietonisty Tomasza Olbratowskiego miarą dobrobytu na świecie jest handlowy indeks – majtkowy. Powołując się na amerykańskich speców od marketingu Olbratowski wnioskował, że w kraju zapanuje względny dobrobyt wtedy, gdy głowy rodziny zaczynają kupować dla siebie slipy. Powołuje się na amerykańskich speców którzy tłumaczą to tym, że odpowiedzialny żywiciel rodziny, gdy stwierdzi, że wszystkim jego dzieciom jest już w miarę dobrze, to teraz on może trochę zaszaleć. Dołącza do grona klientów sklepów tekstylnych i zaczyna kupować majtki na swój tyłek. W tym szaleństwie jest metoda. Wykorzystuje to obecna władza która poprzez media pozostające w jej rękach, mami dobrobytem rzeszę gołodupców. Przekupuje ich „zdobyczami socjalnymi”. Trzynastki! Czternastki! A może i piętnastki i szesnastki (przedwyborcze obietnice AD), 500+, 300+, Tarcze, dodatki na gaz i węgiel sprawiają, że coraz częściej słyszę – „Oni to chociaż dają”… Zastanowić się jednak, policzyć wszystkie te „zdobycze” i przeciwstawić je z realnymi wydatkami i podatkami, bilans nie wychodzi już tak korzystny. Te wszystkie trzynastki, czternastki, a może i piętnastki i szesnastki (jak obiecywał prezydent) pochodzą z kieszeni podatników. Dodrukowanie pustego pieniądza na rozdawnictwo powoduje wzrost inflacji i drożyznę. Sytuacja na rynku towarów i usług także zmienia się na niekorzyść nabywców. Usługi i handel zrobią wszystko by wyciągnąć te pieniądze z naszych kieszeni. Dopłacają wszyscy. Nawet i beneficjenci tych „darowizn”. Przekonują się o tym za każdym razem odwiedzając sklepy, apteki, publiczną służbę zdrowia, urzędy itd. Zadłużają też swoje dzieci, wnuki i prawnuki. Tak to działa. Śmiej się pajacu.
Jerzy Wnukbauma

p.s. Ostatnie słowo dotyczy autora tego felietonu. Jest zapożyczeniem z opery Ruggera Leoncavalla. Śmiej się pajacu przez łzy, chociaż serce z bólu pęka. Cierpliwie słuchaj i cierp. Spotkania rodzinne nie są do głoszenia twoich poglądów politycznych.