Rolnik szuka żony.

Daleki jestem od postrzegania wsi jako pięknej, błogiej i cichej mieściny. Wyidealizowanej, pełnej szczęścia, miodem i mlekiem płynącej krainy, którą zewsząd otacza wszechobecna przyroda. Miejsca dającego wrażenie beztroski, pojednania z naturą i poczucie wewnętrznej, duchowej równowagi. Z punktu widzenia „odwiecznego” mieszczucha nawet współczesna mi rozwijająca się, powojenna wieś jawiła mi się raczej jako skupisko wszechobecnej nędzy i ubóstwa. Wylęgarnia przesądów i zabobonów nierozerwalnie związanych z porami roku i towarzyszącym im cyklem ludowych obrzędów. Hamulcowym przemian. Zapieckiem w którym ubiegający czas regulowało gdakanie kur i pianie koguta. To swoje mieszczańskie spojrzenie na polską (i nie tylko) wieś zmieniłem wraz z poznawaniem moich korzeni. Korzeni wywodzących się de facto ze wsi. Artykuł dedykuję wszystkim moim i mojej żony przodkiniom.

Jest jednak coś co podoba mi się na wsi. To uprzywilejowana pozycja chłopa. Patriarchat.  Układ społeczny dający mężczyźnie pozycję i władzę. Chłop potęgą jest tu i basta. Od żony wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Za najdrobniejszą niesubordynację miał ją prawo bić ilekroć uznał to za stosowne. Uprzywilejowana pozycja mężczyzny jako głowy rodziny była widoczna także podczas prac polowych. Chłop bronił się od zginania karku oraz robót związanych z bezpośrednim kontaktem z matką ziemią. Te prace wykonywały kobiety. Żęcie sierpem, zbieranie pokosów zboża, wykopki, plewienie chwastów, to należało do zakresu obowiązków kobiet. Do mężczyzn należała orka, siew i kośba. Podziałowi na męskie i babskie zajęcia podlegał także podział prac w chłopskiej chałupie  i zagrodzie. Do chłopa należała opieka nad zwierzętami pociągowymi (konie, woły). Kobiety doglądały; krów, świń, owiec i ptactwa. Pieliły i uprawiały przydomowe ogródki. Utrzymywały czystość w chacie, piekły, gotowały, myły naczynia, prały, opiekowały się dziećmi, przędły, szyły, czyściły buty i odzież… Nachodziły się od stołu do kuchni, od studni do garnków, od koryta do koryta, nazginały się karków, nadźwigały, a wieczorem gdy dzieci i gospodarz znużony pracą poszedł spać; przędły, szyły, cerowały, prasowały, odmawiały pacierz i ostatnie kładły się spać.  Choć czas pracy wieśniaczek był znacznie dłuższy od czasu pracy ich mężczyzn i tak ich domowe zajęcia uznawane były za mniej wartościowe i znacznie lżejsze od męskich prac gospodarskich.

Praca w wiejskim gospodarstwie zaczynała się wcześnie rano. Według Kolberga o „godzinie 3ciej lub wpół do 4tej wstają ludzie po wsi”. Tak wczesna pora pobudki wymuszona była przez wygłodniałe zwierzęta w stajniach i oborach.  Powszedni dzień gospodarze zaczynali od odmawiania pacierza. Po porannej modlitwie chłop rąbał drzewo, rżnął sieczkę dla bydła i szedł w pole, lub na robotę do pana. W tym czasie jego żona doiła krowy, ścieliła bydłu, wyrzucała spod niego gnój, podrzucała mu siana. Z ciężkim skopem mleka wracała do chałupy, rozpalała ogień, szła po wodę, gotowała strawę i zanosiła ją mężowi w pole. Po powrocie do domu miała wolny czas dla siebie. W tym czasie przynosiła wodę ze studni, zmywała naczynia, sprzątała, przędła, sporządzała odzienie, naprawiała go lub szyła nowe. Raz lub dwa razy w tygodniu szła do rzeki i okładała kijankami pranie. Później przebierała kaszę, łuskała groch, szatkowała kapustę, gotowała obiad, szła go zanieść mężowi na pole. W powrotnej drodze do domu rwała trawę dla bydła i pokrzywy dla świń, ładowała to wszystko do chusty i obładowana wracała do domu. Szła po wodę, myła naczynia i garnki, podsypywała ziarna ptactwu, darła pierze, gotowała kolację. Gdy wrócił chłop i zjadł kolację, myła naczynia. Choć była zmęczona zasiadała do żaren i mełła w nich ziarna. To wtedy od swojego chłopa słyszała – „Daj ja pobruszę, a ty poczywaj”. Szła odpocząć bo czekała ją jeszcze inna praca. Z chłopem. Nie zaprzątali sobie głowy próżną gadaniną. Przez szereg lat przekazywała jego geny wydając na świat liczne potomstwo – męskie na obraz i podobieństwo chłopa, żeńskie na wzór i kontynuację jej losu.

Dzisiejsza kobieta wiejska łączy tradycję z nowoczesnością, bo dzisiejsza wieś jest całkowicie inna. Trochę taka jak ta przedwieczna: piękna, cicha, sielska. To w końcu przecież jest wieś. Z drugiej strony dostrzegam jej pauperyzację, hektary nieużytków, odchodzenie od tradycyjnych metod hodowli i produkcji. Kobiety już nie siadają pobruszać. Bo chleb produkuje się przecież w piekarni.

Jerzy Wnukbauma