Scyzoryk.

Mam już tego dość! Mam już dosyć genealogii! Za każdym razem, gdy natrafiam w aktach na poprzednie (stare) miejsce urodzenia i zamieszkiwania moich przodków, staram się dowiedzieć jak najwięcej o terenach z których się wywodzą. Sięgam po lekturę i poznaję historię tych miejscowości. Niestety, często gęsto odchorowuję przyswojoną wiedzę i wtedy chce mi się wyć. Owszem, nikt mi nie obiecywał, że będzie łatwo, Ale nikt mnie w porę nie ostrzegł, że czasem może też być toksycznie.

W mojej dziesięcioletniej, genealogicznej karierze, kilka razy zdarzyło się, że pogłębiając wiedzę o mych przodkach, poczułem nagłe bicie serca i przypływ krwi do mózgu. Tak było w przypadku czytania o Rzezi Galicyjskiej, Rzezi Ochoty, Rzezi Wołyńskiej, Rzezi Woli. Ginęli w nich bez wieści moi kuzyni i krewni po mieczu i po kądzieli. Ginęli krewni, żony i moich kuzynów. Przy pojedynczych, tragicznych zejściach moich krewnych, zazwyczaj stawiałem tylko krótkie adnotacje: – „zginął w obozie”, „zginął w powstaniu”, „zginął na wojnie”, „zginął w potyczce”, „zakatowany w więzieniu”, „zamordowany w Katyniu”. Rzadziej dopisywałem – „ zamordowana przez Austriaków”, „zamordowana przez żołnierzy rosyjskich”, „zastrzelona przez ukraińskiego snajpera”… Taką wiedzą o nich mogę się „pochwalić”, bo odnajdywałem ją w alegatach do aktów powtórnych małżeństw pozostałych przy życiu wdowców i wdów po zamordowanych przodkach. W przypadku siostry mojego dziadka o fakcie zastrzelenia jej i jej syna przez ukraińskiego snajpera, dowiedziałem się od kuzynki. Jest ona w posiadaniu pozostałej po nich niecodziennej pamiątki – przestrzelonej blaszanej miski, w której niosła zupę dla powstańców warszawskich. Czas leczy jednak rany. Powoli przyzwyczajam się. Siedzę już znacznie spokojniej w domu, zbieram i porządkuję informacje o moich bliskich. Ciśnienie skoczyło mi znowu, gdy dowiedziałem się, że moje rodzinne miasto może być postrzegane jak narkotyczna wizja Witkacego w wierszu „Do przyjaciół gówniarzy”.  By to sprawdzić, zabrałem się do lektury niedawno ukazanej się książki o pogromie kieleckim.

Po przeczytaniu dwóch tomów książki, muszę stwierdzić, że kreśląc społeczny portret mieszkańców Kielc z czasów kieleckiego pogromu, autorka przez dodanie tych a nie innych dokumentów dotyczących opisów miasta, trochę przejaskrawia ten obraz. Ale… Podobne przekazy „Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy” ukazywali też inni autorzy. Przeczytałem, przełknąłem gorzką pigułkę i mam na ten temat swoje zdanie. Nie noszę się z zamiarem komentować czegokolwiek, a tym bardziej tego publikować. Autorka nie wywoła mnie do tablicy (jak Wałęsa Turowicza) nawet tym, że w kilku miejscach posługuje się genealogicznym słownictwem; genealogia kieleckiego establishmentu, genealogia żydokomuny, genealogia tłumu… Przytacza także staropolskie zwroty. Tu cytat; „Kielce oplata sieć rodzinnych powiązań i układów. Aby je pojąć, należałoby odkurzyć nazwy staropolskich relacji krewniaczych; szurza (brat żony), zełwa (siostra męża), dziewiarz (brat męża), jątrew (żona brata), czy świeść (siostra żony). Innymi słowy, rozważyć zapomnianą genealogię kumoterstwa”.

O tej „zapomnianej genealogii kumoterstwa” ja przed laty napisałem wiersz „Geburtsztak”. Zakończyłem go stwierdzeniem dziecka które –

„ …Mówiąc śle do mnie uśmiech słodki,

To są dziadkowie, wujkowie i ciotki”.

Z podobnym zażenowaniem co redaktor Jerzy Turowicz zabiorę głos w innej sprawie. Będę adwokatem diabła w sprawie mojej teorii – co by było gdyby.

Moi rodzice do Kielc przybyli w 1949 roku. Urodziłem się po pogromie. Mieszkam tu od urodzenia i inaczej postrzegam Kielce. Co do pogromu. Starałem się być bezstronny. W niektórych sprawach nie mogę być i nie jestem obiektywny. Jest mi przykro, że do dzisiejszego dnia sączy się jad po obu stronach barykady. Pomimo to, a właściwie dlatego trzeba mówić i pisać prawdę. Prawdę i tylko prawdę. Nawet gdyby to miało zaboleć.

Na każdej stronie książki aż roi się od Żydów. Zgoda! Inaczej nie można by było opisać zdarzeń i napisać dwóch opasłych tomów książki. Jednak moim skromnym zdaniem sprawy trzeba nazywać po imieniu – CZŁOWIEK! Zgodnie z prawdą, mówić i pisać o człowieku. Nie o mordowaniu; Żydów, Polaków, Cyganów, Indian, a o zabijaniu ludzi. Społeczny portret wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej byłby jasny i przejrzysty. Utopia?

Książka którą skończyłem czytać jest niczym wielofunkcyjny, szwajcarski nóż oficerski. Każdy jej rozdział jest jak w szwajcarskim nożu – kolejnym, nowo otwartym narzędziem i jak w szwajcarskim nożu, służy do konkretnego celu. Cała książka jest dla mnie nowym doświadczeniem. Nauką poznawczą. Gdy była zamknięta, nieprzeczytana, (jak szwajcarski nóż) wrażenie robi ilość (grubość). Po jej otwarciu daje do myślenia i szokuje. Ubolewam jednak, że po przeczytaniu książki większość czytających (za autorką) dostrzeże w mieszkańcach (i ich potomkach) Kielc tylko kieleckie scyzoryki. Proste jak konstrukcja cepa, z wysłużoną, brudną drewnianą rękojeścią koziki. Często przekazywane z ojca na syna scyzoryki z jednym jedynym ostrzem, które służyło zarówno do; robienia znaku krzyża na spodzie okrągłego bochenka chleba, do krojenia i smarowania jego kromek, jak i do zabijania Ży… Przepraszam! Do mordowania ludzi.

Przerzucę się chyba na muzykę. Przynajmniej w niej nie ma; faszystów, syjonistów, nacjonalistów, Niemców, Polaków, Ruskich, Żydów. Muzyka różnych kultur i narodów potrafi harmonijnie łączyć się w jedno uniwersalne, kosmopolityczne dzieło. Tu nawet zapis nutowy jest jeden dla wszystkich ludzi. Nawet gdy czasem ktoś miło i tęsknie zaśpiewa o swoim miejscu na Ziemi o; Anatewce, New Yorku, Warszawie lub podmoskiewskich wieczorach, jego wykon jest miłym dla ucha przeżyciem i pozostaje w jednej rodzinie – w sferze muzyki. Na razie odreaguję. Przemyślę rozwód z genealogią. Założę słuchawki i posłucham muzyki, a część koleżanek i kolegów? Być może na nowo zacznie pisać historię swoich rodzin.

Jerzy Wnukbauma.