Uciec gdzie pieprz rośnie.

3 fala pandemii. Tak jak wszyscy, jestem zaskoczony jej rozmiarem. Poprzednia, jesienna, dała się mnie i mojej żonie we znaki. Nie chciałbym już nigdy…. Tu złapałem się, bo wpadłem w pułapkę językową i ugryzłem się w język. Zgodnie ze starym polskim powiedzeniem, w takich przypadkach, chciałem napisać – Nie chciałbym tego PRZEŻYĆ JESZCZE RAZ. Zwodny kruczek językowy, bo jak nie daj Boże miałbym zachorować ponownie, to oczywiście chcę PRZEŻYĆ. Dlatego urwaną myśl skończę prościej – Nie chciałbym już nigdy tego przechorować! Mam pietra, bo jak do tej pory nie ma na tego łobuza lekarstwa. Jak zatem się przed nim bronić?  Zapaść się pod ziemię? Zniknąć jak kamfora? Przepaść jak kamień w wodę? Rozwiać się jak dym? Taka forma ucieczki nie wchodzi w grę. To nie gra w chowanego. Nie wystarczy jak dziecko zasłonić oczy i udawać że koronawirus mnie nie dostrzeże. Uciec gdzieś na odludzie? Schować się do mysiej nory? Przeczekać najgorszy okres tam gdzie pieprz rośnie? Taka opcja ucieczki nie daje gwarancji niezachorowania. Tam gdzie pieprz rośnie, z koronawirusem radzą sobie podobnie jak u nas. Istnieje też ryzyko, że gdy zachoruje się w krajach orientalnych, w razie choroby jest się skazanym na kiepską opiekę lekarską i samotność. Jedynym rozsądnym wyjściem jest zaszczepienie się i chuchanie na zimne – higiena, maseczka i samoizolacja. Co jednak robić z wolnym czasem? Jak bronić się przed nudą i mgłą mózgową? Po krótkim zastanowieniu postanowiłem zadbać o siebie i napisać kilka zdań o ucieczkach (tam gdzie pieprz rośnie) zaobserwowanych podczas indeksacji parafii Sędziszów. Zgodnie z przyjętym zwyczajem pogrupowania roczników ksiąg kościelnych (UMZ), zacznę od ksiąg urodzonych.

W czasie indeksowania księgi urodzonych w parafii Sędziszów z roku 1915 natknąłem się na niespotykane nigdzie wcześniej w tej parafii, częstsze niż zwykle zjawisko zgłaszania i podawania do chrztu urodzone dzieci przez akuszerki. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Odkąd istnieje obowiązek zapisu narodzin dzieci w kościelnych księgach, zawsze (nigdy nie mów zawsze) – w większości przypadków nieślubnych narodzin, obowiązek zgłaszania dzieci spoczywał na akuszerkach. Babkach, które odbierały poród. Już samo to, że zamiast ojca dziecka przed księdzem stawia się akuszerka, powoduje domysł, że jest tu coś nie tak. Dlatego z większą uwagą przyglądam się dalszemu zapisowi takich aktów. Jednak, jak wcześniej zaznaczyłem, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Dzieci nieślubne rodziły się, rodzą się i będą przychodzić na świat. W ich przychodzeniu na świat bywają zarówno lata tłuste jak i lata chude. Wraz ze wzrostem populacji zwiększa się prawdopodobieństwo wzrostu liczby takich narodzin. Rzecz jest w czymś innym. Jak napisałem powyżej, akty pochodzą z 1915 roku – z początku I Wojny Światowej.

Czym różnią się te z drugiego roku trwającej wojny? Tym, że w większości wspomnianych aktów przed nazwiskiem matki jest zapis księdza, iż dziecko pochodzi z ojca takiego a takiego, który wyjechał w poszukiwaniu pracy, lub przebywa gdzieś w sprawach handlowych. W kilku aktach, (tych z ojcem bez ojca), rodzic przebywał w Rosji. Zgodnie z zasadą dziecku wpisywałem nazwisko ojca. Za każdym razem dodatkowo sprawdzałem nazwisko dziecka w indeksach i wszystko było OK. Wszystkie dzieci były uznane. Nosiły nazwisko ojca. Z ciekawości wróciłem do poprzedniego roku. W aktach urodzenia z 1914 roku (i wcześniejszych latach), nie odnalazłem takiej potrzeby migracji za chlebem świeżo upieczonych tatusiów. Rok 1914, rok rozpoczęcia I Wojny zwiększył tylko nabór mężczyzn do wojska. Tu należy doszukiwać się usprawiedliwionych absencji ojców przy chrzcie własnych dzieci w 1915 r. Carowi potrzebne było mięso armatnie. Rok później tatusiowie byli o rok mądrzejsi. Tu moje małe przypomnienie. W artykule tym wspominam tylko o udokumentowanych w aktach urodzeń takich faktach. Takich przypadków musiało być znacznie więcej. Świeżo upieczeni ojcowie stanowili tylko mały procent wszystkich młodych mężczyzn zamieszkałych w parafii. Podejrzewam, że pozostali też szukali pracy za siódmą górą. I mieli rację. Sam zwiewałbym gdzie pieprz rośnie.

Napiszę teraz o innych ucieczkach jakie nasuwały mi się podczas wertowania ksiąg kościelnych. Nie są to sensu stricto ucieczki. Nikt nigdzie nie uciekał. Wręcz przeciwnie – dzielnie, choć prawdopodobnie ze spuszczoną głową, stawał przed księdzem. „Ucieczki” te są wytworem mojej bujnej wyobraźni i są ucieczką w sensie – uciec ze wstydu, schować się do mysiej dziury, zapaść się pod ziemię… Oto kilka przykładów.

W XIX wieku aż roi się od nadawania na Chrzcie Świętym „wyszukanych” imion dla dzieci urodzonych przez niezamężne matki. Dla dziewczynek przodowały imiona Kordula, Bibiana, Placyda a dla chłopców Narcyz, Sylwin, Rufin, Kilian, Dydak. To tylko nieliczne z nich. Jak zauważyłem, to ostatnie zarezerwowane było dla synów wdów. Jeśli matka była wdową i przytrafiło jej się po kilku latach od śmierci męża urodzić syna, to w stu procentach miał on na imię Dydak. Przy analizowaniu takich aktów zastanawiałem się, jak musiała czuć się kobieta podczas chrztu. Jak czuła się gdy jej dziecko przez szereg lat poniżano i wytykano palcami. Księdza to nie obchodziło. Miał swój kanon imion zarezerwowanych dla nieślubnych dzieci i z niego korzystał. Ojciec (duchowny) zrobił swoje i odchodził w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku walki z szatanem. Lećmy dalej. Jak czuła się młoda, dopiero co wkraczająca w życie dziewczyna, gdy ksiądz przed ołtarzem zrywał jej welon z głowy a później w akcie małżeństwa wpisał półdziewica. Jak czuli się rodzice dziecka, gdy jedynym śladem owocu ich miłości jest księga zgonu w której ksiądz zapisywał dziecko bezimiennie. Jedynym grzechem takich dzieci było to, że Bóg powołał je do siebie zbyt wcześnie. Przed udzieleniem Chrztu Świętego. Gdyby odeszły godzinę później, miały by własne imię i dopisek – katolik a nie martwo-urodzone.  Dobrze, że nie trwało to długo. XX wiek był już spoko.

Jestem trochę rozgoryczony postawą niektórych księży w czasie pandemii. To co nieliczni z nich mówią o niemożliwości zarażania się koronawirusem w kościele, to stek nieprzemyślanych bzdur. Oburącz podpisuję się pod oceną takich kapłanów przez ks. Lemańskiego, który skwitował ich krótko – „Głupich księży nie brakuje”. Ja jedyne co mam do dorzucenia to, że w całej historii Kościoła nie spotkałem się z uzdrowicielską siłą kapłana. A jeśli już taki trafił się – to był on uznany przez Kościół za świętego. Jak widać, niektórym kapłanom i ich przełożonym, daleko do świętości.

Jerzy Wnukbauma