Są w genealogii naszych rodzin zdarzenia, którymi w ogóle się nie zajmujemy, lub odfajkowujemy je i gnamy dalej. W moim przypadku tak było z okrągłymi, pięćdziesiątymi rocznicami ślubów. Pewnie dlatego, że byłem młodszy i perspektywa mojego pięćdziesiątego jubileuszu powiedzenia sobie TAK przed ołtarzem, była bardzo odległa. Co prawda już na początku moich genealogicznych poszukiwań, natknąłem się w Internecie na wykaz z 1947 roku, osób odznaczonych za długotrwale pożycie małżeńskie. Był to Dziennik Urzędowy z 19 lipca tegoż roku. Znalazłem w nim interesujące mnie nazwiska. Odfajkowałem to zdarzenie i pognałem dalej. Później, w notatkach prasowych kilku lokalnych gazet znajdowałem nazwiska innych moich krewnych, świętujących także pięćdziesięciolecie rocznicy ślubu. Też je tylko odfajkowałem, bo dla mnie wtedy ważniejsze były nazwiska i umiejscowienie ich w wywodzie przodków. Te później znajdowane odznaczenia, były już nadawane po nowych zasadach. Za długoletnie pożycie nie przyznawano już Krzyży Zasług, lecz od 1960 roku za małżeństwa na medal nadawano Medale „za długoletnie pożycie małżeńskie”. Od 2007 roku pisownia tego odznaczenia została zmieniona na – Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie. Z krótkim wyjątkiem do 1989 roku medal był nadawany obywatelom Polski przez Radę Narodową. Po tym okresie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
W powyższym wykazie osób odznaczonych Złotym Krzyżem Zasługi, wkradł się błąd. Do tego stwierdzenia doszedłem spoglądając na ostatni numer na tej liście. Numer sto pięćdziesiąt jeden był zastanawiający. Na sto procent, ostatni numer powinien być parzysty. Nie podejrzewam i wykluczam nagradzanie przez Warszawską Wojewódzką Radę Narodową trójkąta małżeńskiego. Szkoda tylko, że potomkowie Michała Miszalskiego (przy którym widnieje nr 59), przynajmniej z tej listy, nie dowiedzą się jak miała na imię ich krewna – żona Michała.
Z myślą udekorowania mojej piersi jubileuszowym medalem, noszę się bez mała od dwóch lat. Wraz z żoną już się kwalifikujemy. W naszym przypadku, przeszkodą udekorowania nas, była osoba przyznająca to odznaczenie. Okresu oczekiwania, nie zmarnowałem(?) Co się odwlecze, to nie uciecze. Zająłem się cudzym jubileuszem. Chwyciłem za pióro i fantazjowałem na temat złotych godów państwa Rydlów. Takie moje „co by było gdyby”. Napisałem „dramat” o małżonkach Lucjanie i Jadwidze Rydel, którzy w Bronowicach świętowali swoje złote gody.
Wyspiański opisał Rydla wesele, mnie do talentu Mistrza brakuje zbyt wiele, dlatego zapisane przeze mnie papierowe świstki, dałem do sprawdzenia do mojej polonistki. I co mi powiedziała Pani od polskiego? Nielzja! – miast – Pisz, pisz kolego! A poprzestała tylko na przeczytaniu poniższego prologu. Całe wesele poszło się… bawić.
Kiedyś naszło moją Starą
„Tyle lat jesteśmy parą,
że najwyższa pora luby,
poodnawiać nasze śluby!
Przed ołtarzem w tą niedzielę
zamówiłam mszę w kościele!”
Na początku mnie zatkało,
jakby tego było mało,
dopełniła czarę złości –
„Zaprosiłam na mszę gości!”
Podziałało to jak cyjanek.
Z głowy miałem cały ranek
a i dalsze dnia godziny
czarno widzę nie z mej winy.
Gdybym dłużej został w domu
pewnie wziąć musiałbym bromu.
W domu nerwy mnie zżarłyby
więc udałem się na ryby.
Opuszczając me mieszkanko
w drzwiach rzuciłem – „Pa Bogdanko!
Będę robił to co lubię!
Zobaczymy się na ślubie!”
Mówiąc krótko między nami –
Pierdyknąłem mocno drzwiami.
Mocząc kija nad dorzeczem
swoje nerwy teraz leczę.
Wstyd mi tylko, że mój teść
do ołtarza będzie wieść
swą córeczkę – Młodą Pannę,
przy niej ja – Jak zwierzę ranne.
W tą niedzielę przed kościołem
grupka gapiów stała kołem,
a pośrodku zbiegowiska,
żona niczym odaliska
która ruszyć ma do tańca,
w towarzystwie mnie skazańca.
Organista zagrał marsza,
równym krokiem para starsza
sunie wolno przed ołtarze
gdzie już krzesła młodej parze
poustawiał nasz kościelny.
Show must go on! I bądź dzielny!
Na mszę chodzę co niedzielę.
Zwykle staję w mym kościele
na uboczu gdzieś pod chórem,
a tu stać musiałem murem
w samym środku, przed ołtarzem
i się własnym potem smażę.
Po kazaniu poruszenie.
Przeszukuję swe kieszenie
bo wikary szedł z zakrystii
zgodnie z duchem eucharystii
zbierać datek na ofiarę.
Więc spytałem moją stare;
Jakieś drobne masz na tacę?
I powoli rezon tracę
bo drobniaków ni złotówki,
za to pięć banknotów po dwie stówki.
Nieopatrznie je wyjąłem
chcąc je ukryć forsę miąłem,
lecz mnie żona uprzedziła
kasę z dłoni wyłudziła.
Dała księdzu na ofiarę.
On ją wtedy za errare
nazwał głośno „Anielicą”
Pożegnałem się z krwawicą.
I zastygłem w takim geście
jakbym szepnąć chciał o reszcie,
lub dziękować przed mównicą,
że nie nazwał „Czarownicą”.
Popsuła mi humor zbyt hojna ofiara
w kościele do końca usiedzieć się starał.
Gdy usłyszałem Marsz Mendelsona
wstałem pierwszy a za mną żona.
Złapałem telefon i ze złości
pospraszałem swoich gości.
Chochoła, Widmo, Hetmana, Upiorę,
Stańczyka, Radczynię i Wernyhorę,
Czepca, Poetę, Żyda, Rachelę…
na rocznicowe Złote Wesele.
Jerzy Wnukbauma

