a=x+y+z

Zbliża się okrągła rocznica odkąd wraz z bratem zaczęliśmy przygodę genealogiczną.
Swoje początki datuję od zalogowania się rok temu na Genpolu,oraz parę dni póżniej zapisania się w szeregi STG”Świętogen”.Na dobrą sprawę hodowanie drzewka zacząłem grubo wczesniej przed STG i Genpolem.
Raczkowanie rozpoczynałem będąc jeszcze dzieckiem,choć wtedy z tego nie zdawałem sobie sprawy.Pasję zaszczepili mi rodzice i babcie poprzez ; wakacyjne wypady w rodzinne strony,familijne spotkania,snucie rodzinnych sag,oglądanie starych rodzinnych fotografii,wpajanie zasad i kultywowanie tradycji.Było łatwo. Nie było telewizji.Ale pora na geburstag,toast i chwilę zadumy.Czas zdmuchnąć świeczkę i podsumować rok.Rok w którym przez cały
okres towarzyszył mi refren tekstu G.Tomczyka-…Ja to mam szczęście,że w tym momęncie,żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą.Ja to mam szczęście !

A mam szczęście.Rok temu swoje pierwsze drzewko dostałem w prezencie na tacy.Mam niezwykły fart,że na samym genealogicznym starcie trafił mi się fuks i odnalazłem go w internecie. W ten sposób gratis mam cały wywód przodków po kądzieli począwszy od mojego pradziadka az do 6x pradziadka Johanna Nicolausa Bauma ur.w 1689 roku w Nadrenii. Nomen omen baum po niemiecku znaczy drzewo. Zastanawialem się jakie drzewo powinno symbolizować familię o tym nazwisku.Według mitologii germańskiej,a więc i moich prapradziadków,świętym drzewem był jesion Iggdrasil,którego pień opierał się na trzech korzeniach. W tym dopatrywałem się synboliki- trzy korzenie to tak jak trzy krainy gdzie tkwią korzenie po moich przodkach-Nadrenia,Galicja,Polska. Pogańscy germanie-Sasi czcili dąb Irmisul. Słowianie także czcili dęby. Pod nimi odprawiali swe obrzędy.Łączył on niebo z ziemią.Tu też doszukiwalem się symboliki-połączenie dwóch narodów i kultur,oraz pomost łączący nas żyjących z naszymi przodkami. Kiepski ze mnie hodowca,botanik jeszcze gorszy a i genealog straszny amator. Troszczyłem się tylko o jedną rozrośniętą gałązkę.
Inne,kosztem najokazalszej były podcinane i wegetowały czekając na dostęp światła i swoje pięć minut. Zamiast Iggdrasila.Irmusila czy naszego rodzimego Bartka udało mi się wyhodować bonsai ukształtowane przez wiatr.w stylu fukinagashi. Nie mam nic do bonsai.Chińszczyzna doprowadzona do perfekcji przez Japończyków i przez nich rozpropagowana na cały świat.Stare ,czasem wiekowe drzewka,wymagające wprawnej ręki. Przekazywane wybrańcom
z pokolenia na pokolenie .Jednak w naszej kulturze celowe skarłowacenie to osobliwość. Aż dziw,że w proteście nie przykuł się do któregoś drzewka jakiś ekolog. Moje ma jednak jedną zaletę. To ja posadziłem je w swym domu,pielęgnuję i chronię. Ono choć nie daje cienia odpłaca mi się dając relaks i ukojenie. Ponadto jakże jest piękne w swej karłowatości i brzydocie. Podobno z mlekiem matki po Baumach wyssałem dar do pisania i opowiadania bajek. Aż się boję,że ten najsławniejszy od „Czarnoksiężnika z krainy Oz” też ma swoją gałązkę na moim bonsai.

Mam szczęście.Towarzyszy mi ono w dzisiejszych poszukiwaniach korzeni po mieczu. Na genealogicznym forum natrafiłem na apel o pomoc w indeksacji akt ze starej parafii mojego ojca,kościoła Św.Stanisława B.M. na Woli. Zareagowałem spontanicznie i nie ukrywam byłem bliski łez szczęścia gdy w nagrodę otrzymałem kilka gałązek do mojego bonsai. Fotuna nie opuszcza mnie od początku i jeszcze rozpieszcza. Nazwiska rodów,które poprzez śluby pradziadków i prababek dołączaja do moich gałązek- co nie jest bez znaczenia-są rzadko spotykane. Na polskiej mapie rozmieszczenia nazwisk mieszcza się w pięćsetce osób,a część nie przekracza nawet setki. Większość nazwisk figuruje we wszystkich herbarzach szlachty mazowieckiej,biednej,zagonowej ,ale za to dumnych szaraczków herbowych: Krośnieccy,Długokęccy,Przeżdzieccy,Poryccy….. Zawsze to łatwiej szukać i mniejsze prawdopodobieństwo pomyłek.

Mam szczęście. Dzięki genealogicznej pasji poznaję nowych,ciekawych ludzi.Jeden z nich odnalazł mnie dzięki mojemu popisowi zamieszczonemu na genpolowskim forum. Pisałem wtedy przed Dniem Wszystkich Świętych,że mam szczęście i mieli je moi bliscy.Najbliżsi,bo chociaż doświadczeni przez los,to uchodzili z życiem z zawieruch wojennych,
a ja,bo wiem że zawsze ktoś zaświeci znicze i pomodli się na rodzinnych grobach rozsianych po kraju. Nawet w miejscach masowych straceń i zbiorowych mogił w Warszawie i Katyniu zapłoną znicze i ktoś się tego dnia modli. Dzięki przychylności losu poza dwoma wyjątkami znam przyczyny śmierci i miejsca pochówku wszystkich bliskich. Te nieznana sa ofiarami II wojny.Pierwsza-wpadki łączniczki AK i rozstrzelania jej przez Niemców w 1943 roku,druga-rzeżi Woli na początku Powstania Warszawskiego. Mam szczęście i za sprawą nowo poznanego pasjonata genealogii pierwsza tajemnica jest wyjaśniona. Od niego dowiedziałem się o miejscu zastrzelenia przez Niemców- ciotki mojej matki- Teresy Burdzińskiej. Jak tu sie nie chwalić
swymi korzeniam. Mam szczęście ? Mam!

Czy przez ten rok były wpadki? Raczej nie. Zauważyłem jednak u siebie małe zboczenie zawodowe-doszukiwanie się szlachetnie urodzonych,oraz koneksji rodzinnych z lużmi znanymi z kolorowych czasopism,małego ekranu tylko z racji noszenia tego samego nazwiska co moi
odnalezieni krewni. Tak jest w przypadku Kałużyńskich i Jabłczyńskich….
Za te zboczenia jak do tej pory nie spotkała mnie kara,drwina ludzi,i ironia losu za amatorszczyznę. Chyba ,że….Rodziny się nie wybiera. Nie udało mi sie wyhodować nieskazitelnie szlachetnego drzewka. W soki pielęgnowanego drzewka wkradł się błąd genetyczny i jedna z gałązek wyrosła dziko.
W okresie międzywojennym w Warszawie i na Mazowszu działał jeden z „moich” dzikich odrostów. Nie rozpracowywalem jeszcze tej gałęzi i tu muszę się pokajać i przyznać do dyletanctwa-niestety nie pamiętam jego imienia i nie znam stopnia pokrewieństwa. Był naśladowcą literackiego wzoru gogolowskiego „Rewizora”,oraz „Kapitana z Koepenick” opisanego przez Carla Zuckermayera i pierwowzoru naszego rodzimego niebieskiego ptaszka Czesław Śliwy- filmowego „Konsula” zagranego przez Piotra Fronczewskiego. Mojego komisarza Długokęckiego nazywano „Mazowieckim Rewizorem „. Po kradzieży legitymacji i munduru swojego teścia policjanta (komisarza Plicha) ruszył w Polskę i przez pewien czas w pojedynkę bezkarnie szantażował i okradal konto teścia kogo i co tylko sie dało. Działał podobnie jak wymienienieni
powyżej .Wpadł tez podobnie jak oni. Nie znał policyjnych procedur i jak szewc Wilhelm Voigt w końcu trafił na służbistę. Odsiedział swoje. Był bohaterem artykułu w Gazecie Wyborczej z 2006 roku. Nie wiadomo płakać,czy cieszyć się z takiego antenata. Wiedząc,że jedna gałązka bonsai jest nadłamana,dosadnie odbieram słowa Horodniczego-„Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejcie ! -Chichot z siebie może zamienić się w salwy śmiechu innych ludzi.Ja to mam szczęście.

Nie zgadzam się z Albertem Einsteinem i jego matematycznym wzorem na szczęscie- jeśli a oznacza szczęście, to a=x+y+z,gdzie x-praca,y-rozrywki,z- umiejętnośc trzymania języka za zębami. Nie wiem co wielki uczony miał na mysli odnośnie ostatniego składnika wzoru. Milczenie?. Jeśli tak umrę nieszczęśliwy.Jeśli dopuszcza chwalenie sie swymi korzeniami to daje mi carte blanche i umrę w czepku urodzony ! Na dobrą sprawę,wolę jego przepis na szczęście od podawanej przez Gustave Flauberta ;-„Aby osiągnąc szczęście,trzeba spełnić trzy warunki : być imbecylem,być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem”. Pora wznieść toast – BANZAI !

BANZAI ! Japoński okrzyk. Dosłownie :dziesięc tysięcy lat (dla cesarza).Swoją drogą ci Japończycy przeginają raz w jedną,a raz w drugą stronę.Nie muszę dodawać,że ja życzę tyle lat cesarzowej Genealogii.

Autor: jaduzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *