Ale to już było.

Za sprawą prezydenta USA dowiedziałem się, że dzisiejszej nocy nastąpi koniec naszej cywilizacji. Z wielką obawą kładłem się spać.  Co będzie jutro rano? Czy obudzę się w innym świecie? W świecie, którego nie znam. W świecie nieznanym, bez cywilizacji i bez Boga. Tak! Bez Boga Ojca i Jego Syna, bo zaczęło też iskrzyć na linii Watykan – Biały Dom. Strach się bać. Czyżby powtórka z rozrywki? W historii tego świata był już jeden szalony władca, który mianował swego konia senatorem, spalił Rzym i prześladował chrześcijan. Czyżby powrót do przeszłości?

Przed snem spytałem, co o tym wszystkim myśli sztuczna inteligencja. Wpisałem; tramp+papież+zdjęcie. W odpowiedzi przeczytałem, że do Chicago poleciał papież, na lotnisku wsiadł do taksówki. Ponieważ zna Chicago jak własną kieszeń, poprosił taksówkarza o poprowadzenie samochodu. Zamienili się miejscami. Po krótkiej jeździe zatrzymał ich chicagowski policjant. Poprosił o prawo jazdy. Gdy spojrzał na nazwisko i zdjęcie kierowcy powiedział – Proszę czekać! Odszedł na bok i zadzwonił do swego szefa mówiąc – Mamy problem! Zatrzymałem kogoś ważnego! W odpowiedzi usłyszał – Kogo? Gubernatora? Nie! Jeszcze ważniejszego! – Co Trampa? Nie! Jeszcze ważniejszego! Sam papież robi u niego za kierowcę!  Rozbawiony położyłem się spać. Może jutro nie będzie tak groźnie?

Wstając rano, z ciekawością wyjrzałem przez okno. Świat jest taki jaki był. Za oknem zamiast kresu cywilizacji, zwykła szara codzienność. Włączyłem radio. Może media coś na ten temat powiedzą?  Z głośnika miły, ciepły, kobiecy głos namawiał mnie na życie w stylu slow. Nie miałem pojęcia co to za styl życia i z czym go się je. Z nieodpartej chęci poznania zapytałem sztuczną inteligencję? Dowiedziałem się, że… Tu zacytuję.

{„Slow life – jest to filozofia życia stawiająca na jakość, spokój, harmonię, rezygnująca z nieustannego pośpiechu na rzecz świadomego doświadczenia chwili. To nie „ślimacze tempo”, lecz życie w zgodzie z własnymi potrzebami, redukcja stresu, pielęgnowanie relacji i uważność na „tu i teraz”}.

Tyle z redagowanej przez AI treści. Choć jest tego znacznie więcej, pominę dalszy ciąg tekstu opracowanego przez internetowe algorytmy. Zajmę się inną stroną takiego życia. Słuchając radiowej pogadanki o „nowym” stylu życia, po każdym następnym zdaniu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to już było. Utwierdzałem się w przekonaniu, że to jest kolejna no-wo-mo-da. Po zakończeniu audycji natrętnie na usta cisnęły mi się słowa Andrzeja Sikorowskiego – Ale to już było!  I ma wrócić więcej? Tak. Życie, do którego namawiają mnie zwolennicy tego stylu przeżywali moi przodkowie. Czy byli zadowoleni? Czy też uważali, że pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł? W końcu – czy wiedzieli, że są pionierami takiej metody życia?

W tym krótkim artykule nie poświęcę swojego cennego czasu na opisywanie sielskiego życia moich przodków po mieczu. Sądzę, że podobnie jak ja, dbali o to by im, oraz ich dzieciom żyło się lepiej, godnie i spokojnie. Stąd ich przemieszczanie się z Urzecza do Raszyna, a później do Warszawy. Dzisiaj nowobogaccy lansują odwrotną metodę życia. Przesiedlają się na wieś. Najczęściej blisko wielkich miast, by w dziesięć, dwadzieścia minut jazdy swoim samochodem, podrzucić dzieci do szkoły i zdążyć do pracy. Oddychając całą piersią wiejskim powietrzem psioczą, że coś im śmierdzi, że krowy ryczą, psy szczekają, a kury srają. Typowe roboty wiejskie są dla nich nie do wytrzymania z powodu hałasujących maszyn rolniczych. Za to raz na kilka lat mogą odpłacić się sąsiedzkiej społeczności wiejskiej, wywieszając plakaty wyborcze ich przeciwników politycznych.

Zajmując się genealogią nie mogę żyć stylem slow. Zwolnienie tempa nie wchodzi w grę. Zgodnie z zaleceniem księdza Jana Twardowskiego spieszę się. Spieszę się, bo ludzie wokół mnie szybko odchodzą. Ze starszego pokolenia nie mam już nikogo, od kogo mógłbym dowiedzieć się jak i w jakim tempie żyli moi przodkowie. Na dodatek niektóre internetowe strony, z których czerpałem o nich wiedzę, bezpowrotnie znikają. I jak tu stawiać nacisk na „żyj tu i teraz”. Poza tym – Nie potrzeba mnie namawiać do zmiany trybu życia. Swój tryb życia zmieniam od dzieciństwa. Będąc dzieckiem nie mogłem doczekać się, kiedy będę dorosły. Będąc uczniem z utęsknieniem czekałem na koniec szkolnej męki. W pracy marzyłem o emeryturze. Teraz o to bym miał mnóstwo wolnego czasu, dbają inni. Ot choćby tym, że wyznaczają mi wizyty; do lekarzy, do sanatorium, na zabiegi i rehabilitację na odległe nieraz dwu, trzyletnie terminy. Dbają przy tym o to, bym żył „spokojnie”, „harmonijnie”, „bezstresowo”. Czekając na swoje świadczenia z NFZ, zauważam, że ja i mój świat sam się zmienił. Dawniej, gdy na ulicy widziałem przechadzającą się samotną kobietę, swoją ciekawość zaspakajałem pytaniem – Spacerujesz czy pracujesz? Dzisiaj nawet biegnącą w moim kierunku kobietę nie zaczepiam. Wiem, że ćwiczy jogging, albo spięło ją, lub chce jej się sikać i biegnie do ubikacji.

Jerzy Wnukbauma

Towar macany należy do macanta.

Pochwalę się moją nową znajomością. Rok temu na przystanku autobusowym spotkałem ładną kobietę. Przez przypadek dowiedziałem się, że niedawno skończyła okrągłe sześćdziesiąt lat i przeszła na emeryturę. Z tej okazji zafundowała sobie odmładzającą operację plastyczną. Po zdjęciu wszystkich opatrunków postanowiła sprawdzić efekt swojego przeobrażenia i przy byle okazji wypytywała przypadkowe osoby, ile według nich liczy sobie ona lat. Była wniebowzięta, gdy za każdym razem odejmowano jej dziesięć, dwadzieścia lat. Cieszyła się, gdy w sklepie spożywczym ekspedientka przy kasie określiła jej wiek na trzydzieści kilka lat. Na ulicy przypadkowy młody mężczyzna dawał jej nawet dwadzieścia pięć lat. Rozradowana powiedziała mu, że niedawno rozpoczęła szóstą dekadę. Wykupując leki w aptece przeprosiła panią magister o zbytnią śmiałość i poprosiła ją o szczerą ocenę jej wieku. Nie posiadała się ze szczęścia, gdy pani magister powiedziała – „Czterdzieści, góra czterdzieści dwa lata”. Usatysfakcjonowana orzekła farmaceutce, że miesiąc temu właśnie skończyła sześćdziesiątkę.

Po wyjściu z apteki przez pewien czas przyglądała się jeszcze sobie w szybach sklepowych witryn. W końcu poszła na przystanek komunikacji miejskiej, na którym stałem też ja. Wokół cisza i spokój. Żadnej żywej duszy. Nie musiałem zbyt długo czekać i mnie też zadała pytanie – Przepraszam! Ile według pana liczę sobie lat? Początkowo zatkało mnie, lecz niegrzecznie jest nie odpowiedzieć kobiecie. Skoro tak grzecznie prosi, zebrałem się na śmiałość i powiedziałem – Mam już swoje lata i trochę kiepski wzrok. Po czym dodałem szybko – Ale ręce mam sprawne i dotykiem jestem w stanie nieomylnie określić, ile Pani ma lat. Obruszyła się, lecz jak wcześniej wspomniałem wokół cisza i spokój, autobus nie nadjeżdżał. Tylko przez chwilę walczyła ze swoją ciekawością. W końcu przegrała. Wyraziła zgodę na zaproponowaną przeze mnie metodę oceny jej wieku. Wymacałem nawet jej piersi i pośladki. Na więcej nie pozwoliła. Jakież było jej zdziwienie, gdy po kilkuminutowym badaniu dokładnie oceniłem jej wiek na sześćdziesiąt lat, jeden miesiąc i dwa dni. Zawstydzona spytała tylko – Jakim cudem pan zgadł? Nie trzymałem jej długo w niepewności i przyznałem się – Stałem za Panią w aptece! Z grzeczności nie dodałem, że moja dokładność oceny wieku, wynikła z podanego przez nią przy okienku numeru pesel! Wiadomo – RODO!

Tak rozpoczęła się nasza znajomość. Później jeszcze kilkukrotnie wpadaliśmy na siebie. Zostaliśmy nawet koleżeństwem. Zaprosiłem ją na kawę. To wtedy zaraziła mnie… Ups! Wróć! Złapałem od niej tylko genealogicznego bakcyla. Pokazała mi, jak szukać swoich przodków i jak zrobić swoje drzewo genealogiczne. Nauczyła mnie korzystania z tematycznych, internetowych stron. Na kolejnym naszym spotkaniu zostałem przez nią obdarowany fajką wodną. Zakupiła ją na wycieczce do Indii. Podziękowałem i zaproponowałem jej wspólne wypalenie „fajki pokoju”. Stanowczo odmówiła. Nie to nie! W domu zapaliłem sziszę sam. Po dwóch, trzech dymach zauważyłem na jej szklanym naczyniu niewyraźną plamkę. Potarłem szkło i z dymem fajki wodnej wydostał się z niej jakiś dżin. Początkowo przestraszyłem się i zrobiłem głupią minę do złej gry. Upewniłem się nieśmiało – Spełnisz moje trzy życzenia? Roześmiał się tylko i powiedział – Takie cuda to tylko złota rybka! Ja spełnię tylko jedno twoje życzenie. Pokazałem mu zrobione przez siebie drzewo genealogiczne. Patrz – mówię do niego – Gdzie nie spojrzysz same chłopy. Jak nie komornik to czynszownik. Sami uczciwi i pracowici. Okupnicy, wyrobnicy, parobki, kopacze, połkmiecie, kmiecie… Weź coś z tym zrób! Dodaj trochę szlachetnej krwi i kilku znacznych przodków! W odpowiedzi usłyszałem – Nie ma takiej opcji. Ja mogę robić to co jest realistyczne! Możliwe do wykonania! No dobra! – odpuściłem – To zrób coś dla Polski! Spraw, by pieniądze z SEFE-0 Nawrockiego i Glapińskiego wpłynęły na potrzeby naszej armii. W odpowiedzi usłyszałem – O kur..! Pokaż mi jeszcze raz to drzewo genealogiczne!

Rano obudziłem się i stwierdziłem, że moje drzewo genealogiczne rozrosło się przez jedną noc. Ucieszyłem się, bo moim najstarszym przodkiem był dostojnik rzymski Okowitan żyjący w I wieku przed naszą erą. Zagłębiając się bardziej w swoje korzenie, stopniowo rzedła mi mina.  Choć dalsi zstępni rzymianina płodzili samych szlachetnie urodzonych, ich imiona i przezwiska powodowały u mnie złość. Ot choćby na dworze naszego pierwszego króla podczaszym był Piworzłop. W XVI wieku z mego rodu kasztelanem królewskim był mój praprapradziad Samogończyk. Jego prawnuk Winosław był pułkownikiem królewskim.  Ordynatem na Kresach był Wódogrzmot. Poległ w Barze. Ostatnim z urodzonych był Esperaliusz żyjący w okresie międzywojennym. Mieli także herb i swój okrzyk bojowy – „Jak pijali przodki Jurka? Musztardówką pod ogórka!” a na mazowieckim Urzeczu – „Za co piją Urzyczoki? Za pszenicę i buroki!” Boże! Jakie ja zioło jarałem? Gdybym dorwał tego dżina tobym mu nogi powyrywał. Szkoda, że w snusach Nawrockiego nie ma dżina. Powiedziałby mu, że jego SAFE-0 jest nierealny i niemożliwy do wykonania i niech się lepiej zajmie genealogią. Mam nadzieję, że pierwszego kwietnia wyjdzie i powie – Prima aprilis!

Jerzy Wnukbauma

Historia lubi się powtarzać.

Chyba starzeję się, bo co raz częściej wracam do przeszłości. Pocieszające jest to, że w retro podróże wybiera się większość genealogów. Jednak za sprawą trzeciej władzy, moje podróże do przeszłości nie dotyczą już poszukiwania przodków. Ja coraz częściej obserwuję, że otaczająca mnie rzeczywistość, już kiedyś, gdzieś była i powraca do mnie w nieco zmienionej, karykaturalnej postaci. Takie nie do końca moje deja vu, a raczej deja vecu – tj. już kiedyś przeżyte przez naszych przodków wydarzenia. Aż dziw, że coraz mądrzejsze i wykształcone pokolenia ich zstępnych, nie wyciągają żadnych wniosków i brną w to coraz głębiej.  A mówi się, że „Mądry Polak po szkodzie”. Guzik prawda. I po szkodzie głupi!

Przykłady. Jak najbardziej. Chcecie to macie. Próbki tylko tych wydarzeń z ostatnich dni. Na początek popisowy „występ” PiS-owskiego kosyniera z symboliczną kosą na sztorc. Co to miało być?  Pokaz siły? Powtórka z rozrywki? Bąknięty Kościuszko? Różnica jest w tym, że Tadeusz Kościuszko jednoczył naród. Nie nawoływał do dekapitacji? Do rzezi? Mam nadzieję, że historia kiedyś rozliczy tego krzykliwego krzewiciela krużganków oświaty trzymającego w rękach krzyż i nawołującego do rzezi przeciwników jego darczyńców. Katolik? Wątpię!

Kolejnym przykładem deja vu naszej historii, są zawirowania wokół unijnej pożyczki na zbrojenia SAFE. Przypomina mi to międzywojenny okres w historii Polski. Podział Polaków na zwolenników i przeciwników ścierających się politycznych obozów. Budowanie kultu jednostki Marszalka. Zaciąganie pożyczek na zbrojenie i organizowanie publicznych zbiórek na zakup uzbrojenia. Podpisywanie palcem na wodzie umów sojuszniczych z Francją i Anglią. Tu zrobię przerwę, bo wszyscy znają, jak skończyło się to dla naszego kraju i wszystkich Polaków.

Powojenny okres (w moim pojęciu) na pozór był spokojny. Pewnie dlatego, że po rozprawieniu się z „wrogami ludu” „zwycięska komuna” nie miała już z kim walczyć. Nawet na stadiony piłkarskie można było chodzić ze swoimi dziećmi. W większości przypadków, uliczne i stadionowe spory, kończyły się zazwyczaj pyskówkami – „Ty ch… na kaczych nogach!” Odzewem było „A ty to nawet ch…. nie jesteś!” Przeważnie po takich sprzeczkach strony rozchodziły się w swoje strony, bo kto by chciał drążyć i spierać się kto jest większym członkiem. Tylko nieliczni i bardziej butni udowadniali swoją wyższość – „Co! Ja ch…. nie jestem?”. Tak było. Dzisiaj strach się bać! Nawet stadionowi kibole wychodzą na ulicę. W swojej zaciekłości biją by zabić. Przykładem niech będzie zamordowanie w Kielcach we wrześniu 2007 roku jednego i usiłowanie zabójstwa drugiego kibica Korony Kielce. Dziś kibole mogą czuć się bezkarnie, bo mają swojego człowieka w Pałacu i rozgrzeszenie z Jasnej Góry.

Ale wróćmy do mojego deja vu. Wydarzeniem, które już kiedyś było i które, i ja przeżyłem i zapamiętałem, była emisja Narodowej Pożyczki Rozwoju Sił Polski. W założeniach wykupowanie, przez pokolenie moich rodziców i dziadków, państwowych obligacji miało być dobrowolne. Wyszło jak zwykle. Państwo zmuszało obywateli do wykupu nisko oprocentowanych obligacji. Zmuszało dla dobra ludowej ojczyzny, do wpłat części uzyskanych dochodów na zablokowane konta z bardzo niskim oprocentowaniem. Przysłowiowym gwoździem do trumny w tamtym okresie była reforma walutowa. W ciągu zaledwie kilku lat Polacy dwukrotnie stracili najmniej dwie trzecie swoich oszczędności. Niektórych złupiono całkowicie. A co? Kto bogatemu zabroni? To bogate, komunistyczne państwo po wojnie nie skorzystało z Europejskiego Planu Odbudowy (znanego jako Plan Marshalla), oraz na „prośbę” Stalina, by nie drażnić niemieckich towarzyszy, zrezygnowało z reparacji wojennych. Z tamtego okresu zapamiętałem sprawdzanie numerów obligacji, wykupionych przez moich rodziców w powojennej Polsce. Losowania numerów odbywały się (do 1972roku), dwa razy w roku. Losowano numery premiowane (4%), oraz numery niepremiowane (0%) z możliwością wykupu bez oprocentowania po nominale. Nie przypominam sobie by po którymś losowaniu była jakaś euforia moich rodziców. Pewnie dlatego, że wszyscy robili to „by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnie”. Wszyscy! Nawet rodzice krzykaczy upominających się dziś o reparacje i rozliczenie byłych komunistów. Oby propozycja polskiego SAFE 0% Glapińskiego i Nawrockiego nie była oparta na podobnych złodziejskich zasadach jak powojenna Narodowa Pożyczka Rozwoju. Dostrzegam, że zawirowania wokół SAFE niektórzy traktują podobnie jak w 1946 roku Pawlak. On przed referendum namalował na stodole 3xNIE, tylko dlatego, że zobaczył u Kargula napis 3xTAK! Prezydenckie weto i krytyka prawej części Sejmu ma podobne zasady. Nie, bo nie! Bo to Tuska. Oby w ten sposób nie doprowadzili do powtórki z historii, gdy w nocy z 17 na 18 września 1939 roku do Rumuni uciekł Prezydent, Naczelny Wódz i Premier. Jednak z drugiej strony…? Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby władze Węgier czy Rumuni internowały prezesa i głowę państwa.

Pisząc o historii Polski, nie sposób nie wspomnieć o nierozłącznym od 966 roku jej elemencie – o chrześcijaństwie. Nie będę go szerzej opisywał. Skoncentruję się wyłącznie na sobie. A moja wiara jest podobna do wiary pana młodego z Kany Galilejskiej, który wstając skacowany rano po opisanym w ewangelii weselu, poprosił budzących się weselników o kubek wody. Nie widząc chętnych spełnienia jego prośby, wstał Jezus i zadeklarował przyniesienie mu szklanki wody. Na co pan młody krzyknął – O Jezu! Tylko nie ty!  Nie wiem jak wtedy u pana młodego, ale u mnie kac jeszcze długo pozostaje po zabawach osób duchownych. Nie pomaga nawet codzienny pacierz – Wierzę w Boga Ojca… i w Jezusa Chrystusa syna jego…

Jerzy Wnukbauma.

Z ziemi polskiej do Polski.

Powyższy tytuł nie jest przejęzyczeniem słów naszego hymnu i broń Boże nie jest naśmiewaniem się ze znajomości tekstu tej pieśni przez prezesa PiS. Coś w tym musi być, bo teraz, gdy tylko zaintonuje pierwsze słowa hymnu, wyciszają mu mikrofon. Ja na powyższy tytuł wpadłem w trakcie indeksacji aktów z parafii Bodzentyn. Skojarzył mi się w trakcie ślęczenia i spisywania Księgi Urodzonych w 1918 roku. Natrafiłem w niej na powroty naszych górali niskopiennych z Niemiec, do swojej rodzinnej parafii. Były to akty dzieci urodzonych i ochrzczonych w Niemczech, a także dzieci urodzonych w Niemczech, lecz po kilku latach ochrzczonych w bodzentyńskim kościele. Już po powrocie ich rodziców do kraju.

A nie były to jednostkowe powroty. Powtarzały się jeszcze w kolejnych rocznikach ksiąg urodzonych. Temat zaintrygował mnie do tego stopnia, że z ciekawości zacząłem zbierać informacje o emigracji Polaków do Niemiec w latach 1913 do 1918 roku, oraz ich reemigracji po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Tylko w wymienionej parafii Bodzentyn w księdze urodzonych w 1918 roku odnotowane jest pięć aktów urodzenia dzieci urodzonych w Niemczech, w 1919 roku aż jedenaście takich aktów, a w 1920 roku siedem. Czy było ich więcej? W późniejszych latach oraz tych nieodnotowanych? Chociażby kawalerów i panien? Prawdopodobnie tak! Być może do listy powracających do kraju trzeba też dodać małżeństwa, które nie zdecydowały się na potomstwo na obczyźnie? Przypuszczam też, że do listy emigrantów należałoby dodać osoby pozostające w Niemczech, oraz Polaków emigrujących z Niemiec po I Wojnie Światowej do Francji, Belgii lub USA.

Nie będę rozpisywał się o przyczynach emigracji do Niemiec. Każdy opuszczający rodzinne strony miał swoje pobudki. Decydującym czynnikiem zapewnie były dobrowolne (choć zdarzały się przymusowe) wyjazdy spowodowane przyczynami ekonomicznymi. Krótko mówiąc – ucieczka od biedy, chęć znalezienia pracy i polepszenia warunków swojego bytu. Szacuje się, że liczba polskich pracowników rolnych w Niemczech w 1913 roku wynosiła prawie 305 tysięcy, co dawało 76,6% pośród wszystkich cudzoziemskich pracowników rolnych pracujących w Niemczech. Po I wojnie procentowy udział naszych migrantów przekraczał już 90% spośród wszystkich przyjeżdżających do Niemiec na „saksy” obcokrajowców.

Pozostawię przyczyny i statystyki w spokoju i zajmę się mechanizmem tamtych emigracji. Nie podejrzewam, (chociaż nie wykluczam), że były to spontaniczne decyzje – zgromadzę środki i jadę. W tamtym czasie nie było przecież telefonów, internetu, we wsiach nie było prądu, radia telewizji… Skąd prości, wiejscy ludzie wiedzieli, że można wyjechać za granicę? Skąd wiedzieli gdzie się udać by wyjechać? W końcu. Skąd wiedzieli gdzie na miejscu czeka na nich praca? Zadziałała  jakaś poczta pantoflowa? Knajpa, kościół i łun powiedział łunemu? Nie wykluczam. Przypominam jednak, że mowa jest o okresie tuż przed wybuchem pierwszej wojny i kilku latach jej trwania. O okresie w którym łatwo można było być posądzonym o szpiegostwo lub działanie na rzecz obcego mocarstwa. I jeszcze jedno – w latach 1913 – 1918 Bodzentyn był w zaborze rosyjskim. Potrzebne były jakieś dokumenty do opuszczenia zaboru rosyjskiego. Przekroczenie zielonej granicy z pewnością było marginalnym sposobem na emigrację do Niemiec. Podejrzewam, że na te pytania większość genealogów nie szuka odpowiedzi? Podobnie jak ja odfajkują w swoim drzewie genealogicznym fakt czyjejś emigracji i nie zaprzątają sobie głowy czasochłonnymi i kosztownymi poszukiwaniami przyczyn i mechanizmów ich emigracji .

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wielu Polaków stanęło przed trudnym wyborem – które państwo wybrać?  Nasi świętokrzyscy górale mieli znacznie mniejszy orzech do zgryzienia niż Polacy zamieszkujący zabór niemiecki i austriacki. To głównie Ślązacy, Wielkopolanie, Mazurzy, Kaszubi musieli zadecydować, które państwo mają wybrać. Mieli na to rok do namysłu. Opuszczając ojcowizny i wyjeżdżając do Rajchu, stawali się Niemcami, zostając w swoich gospodarstwach byli Polakami. Do powrotu naszych krajan do Polski wpłynęło kilka czynników. Po pierwsze o ich powrót skutecznie zabiegała polska dyplomacja. Po drugie – po I Wojnie Światowej  Polska i Niemcy popadły w poważny konflikt terytorialny. Wybuchy powstań śląskich i powstania wielkopolskiego, plebiscyty na Śląsku, Warmii i Mazurach przyczyniły się do antypolskich nastrojów i sprawiały, że niechęć do Polski i Polaków rosła wśród Niemców.

W moim genealogicznym drzewie też mam kilku emigrantów. Nie licząc powrotu potomków moich niemieckich krewnych po kądzieli do Niemiec, (skorzystali z prawa opcji), w zdecydowanej większości pozostali moi kuzyni i krewni udawali się za ocean do USA. Przyczyny ich wyjazdów były różne. Przykładowo, do siostry mojego dziadka Władysława, przysyłał listy jej kuzyn, który wcześniej wyemigrował do USA i który gorąco ją namawiał na podróż do Stanów.  Wypłynęła z Bremy i przepłynęła Ocean w celu zamążpójścia. Tak przynajmniej zgłosiła urzędnikom migracyjnym na Ellis Island. Po roku ściągnęła do USA swoją siostrę. Obie pozostały w Stanach i tam zmarły. Nieco inaczej potoczyły się losy brata mojej matecznej babki – Edmunda. Z rodzinnych przekazów wiem, że w 1913 roku do fryszerki w Porębie w której pracował, zawitał jakiś mężczyzna szukający chętnych do pracy w hucie w Pittsburghu. Edmund wraz z innymi Polakami wypłynął z Rotterdamu do New Yorku. Wraz z grupą współtowarzyszy udali się do kresu podróży – do Pittsburgha. Dla niego Pittsburgh był też kresem życia. Tam mieszkał i pracował w miejscowej hucie. Zmarł na obczyźnie w wieku 79 lat.

Zdarzały się jednak nieliczne powroty z USA do kraju. Jeden z takich powrotów opisany jest w „Niespodziance” Roztworowskiego. Dzisiaj powroty z USA są coraz częstsze. Dziś nie kalkuluje się tam żyć nawet naszym góralom. Ale! Żeby nie było, że wśród świętokrzyskich przodków było tylko parcie na zachód. Poniżej zamieszczam przykład reemigracji ze wschodu. W akcie warto zwrócić uwagę na rodziców chrzestnych dziecka i ……….. Konia z rzędem temu, kto powie ile lat liczyli sobie rodzice dziecka w chwili jego urodzenia? Że też ksiądz nie zawołał – Mazurkiewicz! Bój się Boga! Być może dlatego, że ta kwestia zarezerwowana jest dla „Żołnierza królowej Madagaskaru” a Madagaskar to już inny nasz emigrant.

Jerzy Wnukbauma

Jak zostałem weteranem?

Szanowne Koleżanki i Koledzy Świętokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen”.

Pragnę pochwalić się miłą dla mnie niespodzianką. Zostałem mianowany przez Al majorem Wojska Polskiego. Nie dyskutuję z technologią komputerową. Widocznie tak ma być. Zresztą! Przyda mi się oficerski dodatek do mojej skromnej emerytury. Mam nadzieję, że Kornelia pogodzi się z faktem i w naszym Towarzystwie znajdzie się miejsce dla drugiego majora.

Jednocześnie pragnę przeprosić wszystkich członków i sympatyków ŚTG za powoływanie się sztucznej inteligencji na Świętokrzyskie Towarzystwo Genealogiczne „Świętogen”, jakoby ono (Towarzystwo) podało te informacje. Nie mam pojęcia do kogo się zwrócić o sprostowanie tej wzmianki, dlatego napisałem do radia Erewań z zapytaniem – Czy to prawda, że zostałem majorem, walczyłem w Powstaniu Warszawskim i uciekłem z kraju? Radio Erewań odpowiedziało – Tak to prawda, ale nie Jerzy tylko Tadeusz. Nie Użyczak tylko Burdziński, nie major WP a szeregowy LWP, nie cichociemny a krzykliwy blondyn. Nie był w Powstaniu Warszawskim, a był w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie uciekł z Polski, a wrócił z muzeum do domu. Nie zmarł w Glasgow, a dożywa żywota w Kielcach.

Jak widzicie nie do końca prawdziwe jest powiedzenie – „Jak się czyta, to się wie!” Ja bym to powiedzenie, w dobie sztucznej inteligencji poszerzył. Postawiłbym przecinek i dodałbym do tej życiowej mądrości – a jak się pisze, to o tobie wiedzą! Dlatego następny artykuł będzie o pochodzeniu szlacheckim. Będę szlachcicem.

Jerzy Wnukbauma

Tu jest Polska.

Dzięki Bogu przebrzmiały już hasła wyborcze, oraz wykrzyczane zostały hasła marszu niepodległości. Szybkimi krokami zbliżają się Święta i Nowy Rok. Końcówkę starego roku poświęcam zazwyczaj na przemyślenie i podsumowanie mijającego roku. W tym roku zrobię jednak wyjątek. Ponieważ w tym roku miałem genealogiczny zastój, zastanowię się nad tym co mnie czeka. Być może wpadnę na pomysł moich noworocznych postanowień i pomyślę, czego życzyć w nadchodzącym nowym roku sobie, oraz wszystkim rodakom.

Moje korzenie po mieczu, zarówno ze strony dziadka i babki, pochodzą z Warszawy, a wcześniej z Mazowsza. Mazowsze było i jest jak najbardziej polskie. Czy moi przodkowie byli rdzennymi mieszkańcami Mazowsza? Nie mam najmniejszego pojęcia. Najstarsze wzmianki o nich posiadają adnotacje o zniszczonych podczas działań wojennych (napoleońskich), wszystkich wcześniejszych księgach parafialnych. W mazowieckich parafiach zachowały się też akty świadczące o wymieszaniu mojego rodowego komponentu genetycznego z innymi przyjezdnymi nacjami. Z potomkami Duńczyków z Kopenhagi, z potomkami przybyszów z Niderlandów i z Kresów. Ślady po moich przodkach po kądzieli zachowały się natomiast doskonale. Jednak szukać ich trzeba daleko stąd. Po za granicami Polski. Te tutejsze, polskie od 1783 do 1944 roku zostały wywiezione pod koniec II wojny do Niemiec. Skąd są moi przodkowie? W 1783 roku do podmieleckiego Czermina na pojezuickie dobra kościelne przybyli wraz z innymi osadnikami z Nadrenii. Czy wiedzieli, że tu jest Polska? Z całą pewnością tak. Żyli tu i pracowali na swoim, przez lata spłacanym, skrawku pola. Wkrótce Polska przestała istnieć. Przypomniała im o sobie dopiero w 1918 roku. Moich niemieckich przodków nie było już wtedy w Hohenbach. Potomkowie moich pierwszych osadników rozjechali się po świecie. Pozostała ich tylko jedna zasymilowana gałąź do której i ja należę. Założył ją mój pradziadek Johan Henrich – dla rodziny Jan Henryk – poślubiając rodowitą Polkę. Mój drugi pradziadek ze strony matki był synem Polaka i Austriaczki. Biorąc pod uwagę, że „po pierwsze Polska„, oraz że „tu jest Polska” nie wiem, czy jestem dostatecznie Polakiem.

Wymieniony i powtarzany przeze mnie zwrot, że tu jest Polska (nie Bruksela) coraz częściej słyszę od mojego wnuka sprzyjającego konfederatom. Jak wielu jego rówieśników i on podatny jest na populistyczne przemowy mówców tego ugrupowania. Korwinowskie i mentzenowskie pytania typu – „Po co potrzebny jest zły urzędnik, zły sędzia, zły prokurator…” choć bardzo celne, są tylko nic niewnoszącym bełkotem oddziaływającym na społeczeństwo. Słysząc takie zdania zadaję sobie innego typu pytania. Po co mianować złych urzędników, sędziów, prokuratorów. Po co faceta który nie powinien sprawować żadnej funkcji w Policji robić jej Głównym Komendantem? Po to tylko, by postrzelał sobie z panzerfausta? Po co powoływać i pod osłoną nocy mianować sędzią trybunału konstytucyjnego krzykliwą, chamską babę, która wymiar sprawiedliwości powinna poznać najpierw z ławy oskarżonych przed sądem dyscyplinarnym? Po co wybierać posłów i senatorów, za których trzeba się wstydzić, odbierać im immunitety i później ich ścigać? Po co? Po co? Po co?

Podobne hasło słyszę też z ust „obywatelskiego” prezydenta – „Po pierwsze Polska…”. Tą wymyśloną dla jego potrzeb złotą myślą „nasza głowa państwa” posługuje się od początku swojej kampanii. Nie przestaje z tym sloganem nawet na chwilę, krzycząc go coraz głośniej i dosadniej. Owszem banał ów jest krótką, wyrazistą i łatwą do zapamiętania formułką, ale moim zdaniem jest to nic nie znaczące pustosłowie. Tym bardziej, że głoszący to hasło swoim czynem i postawą nie przyczynia się do tego, lecz wskazuje jaka ta Polska ma być. Skonfederowana i zblatowana z PiSem. A reszta Polaków? Dziękuję za taką wizję. Hasło „TU JEST POLSKA!” budzi we mnie i części Polaków, złe skojarzenia. Słysząc go, widzę dawny mój kraj – szary i byle jaki. Przypominają mi się stare ludowe powiedzenia o „mądrym Polaku po szkodzie” i cytaty znanych ludzi o Polakach. Choćby te – „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Dodając do tego stereotypy; „Gdzie dwóch Polaków, tam są trzy zdania”, czy „Jedź do Polski, twoje auto już tam jest” mam pełen obraz mojego kraju. Nie uspakaja mnie nawet fragment z Gałczyńskiego – „Ja jestem Polak…”. Biorę go zbyt dosadnie i wybiórczo cytuję tylko „…a Polak jest wariat…” I boję się wariatów.

Że tu jest Polska doskonale wiedział Jacek Kurski twierdząc, że można nawijać makaron na uszy i „ciemny lud to kupi”. Jego wierni uczniowie przez osiem lat za publiczne pieniądze z publicznych mediów zrobili szczujnię i oszukiwali naród. Że tu jest Polska i nic mu z tego tytułu nie grozi, wiedziała PKW ogłaszając naprędce zwycięstwo jednego z kandydatów, nie doszukując się nieprawidłowości w licznych podlegających jej komisjach wyborczych i nie analizując przyczyn ich powstania. Że tu jest Polska i bez żadnych konsekwencji można poharcować w budżecie państwa, wiedział każdy pomazaniec prezesa. Z byłym szefem rządu na czele i jego ministrem sprawiedliwości. Że w moim kraju na wiele może sobie pozwolić, wie każdy Niemiec, Rosjanin i Żyd. Jedni opluwając nasz kraj. Drudzy nazywając i pozwalając innym pisać i mówić o polskich obozach śmierci. Zamieszczenie przez Yad Vashem niezgodnej z historyczną prawdą informacji, że Polska po raz pierwszy napiętnowała Żydów nakazem noszenia gwiazdy Dawida, dolało tylko przysłowiowej oliwy do ognia. W tym temacie mam też osobistą uwagę. MyHeritage jak do tej pory nie przeprosiło mnie za bezpodstawne i bezprawne oznaczenie gwiazdą Dawida mojej ojczystej babki i jej córki. Tylko dlatego, że były na listach obozowych w Dachau? Takie rzeczy to tylko u nas.

Że tu jest Polska wie doskonale ogół biskupów katolickich w Polsce, wtrącając się do polityki i co najgorsze tuszując przestępstwa seksualne swoich podwładnych księży. Wie o tym także były prokurator usprawiedliwiający przestępstwo księdza z Tylawy molestującego dziewczynki, tłumacząc księdza, że całowanie dziewcząt było tylko ciumkaniem, a obmacywanie paluchami ich miejsc intymnych miało być związane ze zdolnościami bioenergoterapeutycznymi. O badaniu przez księdza różdżką, ani słowa.  O powolnym mieleniu episkopatowych młynów sprawiedliwości wiedzą też księża zabawiający się z mężczyznami. Nic im w tym kraju nie groził. Podobnie też zabawy księży w męża i żonę. Igraszki damsko-męskie są zdaniem większości biskupów, sprawą księdza i tej pani. Zgoda, ale szkoda, że tak stanowczo nie wypowiadają się na temat ślubów czystości swych podwładnych nieradzących sobie ze swoją seksualnością. Było nie było, ślubów czystości składanych przed nimi. Widocznie dla biskupów ważniejszy jest drugi ślub – ślub posłuszeństwa. Nie słyszałem też z ust żadnego biskupa, choć najmniejszej reprymendy dla duchownych za wypompowywanie setek milionów złotych z budżetu państwa. Wręcz przeciwnie ich ekscelencje przymykają oczy na dile „przedsiębiorczych braci i księży. Mówienie i pisanie o ich przekrętach traktują jak nagonkę na księdza i atak na cały kościół. A wystarczyłoby wcześniej zabrać głos, przypomnieć swoim podwładnym, że Jezus będąc dzieckiem wygonił handlarzy ze świątyni swego ojca. Po śmierci ten sam Pan ukazał się uczniom i wydał im ostatnie polecenie; „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody…” dalej mówił „Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem”. Ani słowa o pouczaniu, nakazywaniu, zaglądaniu komuś pod pierzynę i zakłamywaniu prawdy w imię swoich wyższych celów. Chciałbym w każdym kościele widzieć konsekrowane, czyste ręce wszystkich duszpasterzy i słuchać wyłącznie Słowa Bożego. Bez polityki. I tylko tyle. Czy wymagam zbyt wiele?

Dosyć już wylewania żółci. Czuję się czasem tym wszystkim wykorzystany. Ale a’propos ulewania i wykorzystywania. Mógłbym gorzej trafić. Na przykład na Syberię. Tam  ponoć pewna niedźwiedzica wykorzystuje biedne szaraczki na podpaski. Powiedział to pewien przestraszony i zakrwawiony zajączek, który na widok nadlatującej wrony uciekł gdzie pieprz rośnie. Zwiewał, bo podpowiedział niedźwiedzicy, że lepsze będą te ze skrzydełkami.

Jak w takim razie ja widzę moją Polskę? To proste jak drut. NOR-MAL-NĄ! Nie rozkrzyczaną i taką w której jest miejsce dla każdego! Dla nieludzi a ideologii. Dla bez wyjątku wszystkich puci. Dla rudego i tego na kaczych nogach. Dla policjantów i oszustów. Dla rolników i robotników. Dla lewicy, prawicy, konfederacji, komunistów i złodziei. Oczywiście każdy powinien mieć w niej swoje miejsce. Jedni w swoich mieszkaniach, inni według zasług – w swoich celach. Dużo by o tym mówić i pisać, dlatego posłużę się końcowym fragmentem wiersza Szymona Kusarka pt „Mój patriotyzm”. Jest w sam punkt i moim zdaniem zasługuje on na miano wzorcowego aforyzmu.

Nie ten dzisiaj patriotą
Który głośno Polska krzyczy
Ale ten kto wszystkim w Polsce
Bez wyjątku dobrze życzy.

Jerzy Wnukbauma

 

Moc pochwały.

Czasem zastanawiam się, jak daleko można posunąć się w wychwalaniu swoich przodków? Jak mówić i pisać o swoich pradziadach, by nie stać się zwykłym klepaczem i co najgorsze – nie wkurzyć swoich potomków, którzy zechcą kiedyś te pochwalne wyrazy czytać i weryfikować? Przyznam się szczerze – Nie wiem. Wydawałoby się, że najlepiej pisać prawdę. Podpierać się wiedzą i znalezionymi dokumentami, a w przypadku konfabulacji, użyć bezpiecznego przypuszczenia – „prawdopodobnie”. Przy tym wszystkim uważać, by nie przegiąć i wpuścić się w kanał. A to nie zawsze wychodzi. Wiem coś o tym.

Już samo poszukiwanie śladów swoich korzeni i tworzenie drzewa genealogicznego, jest upamiętnieniem i swojego rodzaju gloryfikacją przodków. Czy trzeba czegoś więcej? Myślę, że tak. Diabeł tkwi w szczegółach, które mogą umknąć naszym następcą. Naszym dziedzicom, którzy wcześniej nie zajmowali się poszukiwaniem swych korzeni  i którzy nie znają historycznych i społecznych realiów życia swoich przodków. A więc chwalić! Jak? Pozostawiam to czytającym.

Przypominam sobie jak przed laty prowadzący „Sekrety rodzinne”, zwracając się do osoby będącej beneficjentem odcinka, powiedział o jej babci, że zważając na miejsce zamieszkiwania i czas pokrywający się z pobytem w Kaliszu Marii Dąbrowskiej, jej babcia mogła znać osobiście pisarkę. Wiedząc jakie preferencje seksualne miała M. Dąbrowska, czekałem na jakieś sensacje. Ciągu dalszego nie było. Zresztą, użyty był tryb przypuszczający. Poszło w świat i wszyscy oglądający dowiedzieli się o znajomości babki i pisarki. Ja też pójdę już przetartą drogą. Zważywszy na czas i miejsce zamieszkiwania moich krewnych tj.  ojczystego dziadka Bronisława, jego rodzeństwa, oraz znanego polskiego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, dochodzę do analogicznych wniosków jak Tomasz Kammel w „Sekretach rodzinnych”. Mogli się znać. Do postawienia wykrzyknika w ostatnim zdaniu, że mogli się znać, niestety nie mam potwierdzających dokumentów, ani rodzinnych przekazów. Dzisiaj głęboko odczuwam brak rozmów z ojczystą babką, z moim ojcem i jego siostrą. Byli niemą skarbnicą wiedzy. Do Powstania Warszawskiego mieszkali w Warszawie. Wojenna trauma zrobiła swoje. Znając ich wojenne perypetie, nikt ich nie pytał o przejścia. Sami też nie chcieli rozmawiać o przeszłości. Dlatego dzisiaj pozostała mi improwizacja.

Mój ojczysty dziadek z rodziną, mieszkał w Warszawie na Towarowej.  Bardzo blisko bloku w którym mieszkał Konstanty Ildefons Gałczyński. O przysłowiowy rzut beretem. Gałczyński mieszkał na rogu Towarowej i Grzybowskiej w bloku nr 54. Moi pradziadkowie z dziećmi na Towarowej 42, za ul. Łucką. Najstarsza siostra mojego dziadka – Józefa po ślubie Swenson, mieszkała jeszcze bliżej. Na Towarowej 50. Blok w którym mieszkał Gałczyński i blok w którym mieszkała rodzina Swensonów, dzieliła tylko ulica Grzybowska. Na załączonej fotografii widać w głębi blok w którym w latach od 1905 do 1931 mieszkał Gałczyński. Czy mój dziadek znał poetę? Być może. Był starszy od Gałczyńskiego o szesnaście lat, jego siostra Józefa była starsza od poety o dwadzieścia lat. Więc raczej nie ten przedział wiekowy. Sadząc po różnicy wieku niekoniecznie na siebie wpadali. Wnoszę to po sobie. Gdy byłem dzieckiem a później starszym chłopakiem, miałem swoje towarzystwo. Nie przejmowałem się i nie kolegowałem ze smarkaczami. Ale lećmy dalej. Najmłodszy brat mojego dziadka Eugeniusz urodzony w 1905 roku, wiekowo pasuje do Gałczyńskiego. Podobnie najstarszy syn Józefy – Zenon Swenson urodzony w 1906 roku, mógł bawić się i kolegować z małym Konstantym Ildefonsem. Ganiać z nim po bruku Towarowej i Grzybowskiej z fajerkami na wygiętym w hak drucie, bawić sie w chowanego, w berka, łobuzować, wrzeszczeć i dawać popalić swym sąsiadom.  Znajomość ich mogła trwać 26 lat, do wyprowadzenia się poety z ulicy Towarowej.

Tu, w bloku na Towarowej 54 w 1929 roku powstał wiersz K.I. Gałczyńskiego zatytułowany „Ulica Towarowa”.

Tutaj wieczorem faceci grają na mandolinach
i ręką wiatru porusza ufarbowane wstążeczki.
W ogóle tu jest inaczej i gwiazdy są jak porzeczki,
i jest naprawdę wesoło, gdy księżyc wschodzi nad kinem.

Anioły proletariackie, dziewczyny, wychodzą z fabryk,
blondynki smukłe i smaczne, w oczach z ukrytym szafirem;
jedzą pestki i piją wodę sodową niezgrabnie;
pierś pokazując słońcu, piękną jak lirę. 

A kiedy wieczór znowu wyłoni się z mandolin,
a księżyc, co był nad kinem, za elektrownią schowa,
mgłami i alkoholem ulica Towarowa
rośnie i boli.

Nie lubię pisać i mówić o tym, co autor miał na myśli. Rozbiór moich wierszy na czynniki pierwsze traktuję jak profanację utworu. Z racji moich genealogicznych związków z tą ulicą, zrobię jednak wyjątek i powiem o czym według mnie pisał autor. Zacznę polskim zwyczajem od – A więc… Pierwsza zwrotka liryczna. Jak na wielkiego poetę przystało, Gałczyński pokazał  poetycki obraz warszawskiej ulicy. Moim zdaniem jest to kolorowy sen poety. Gdy już wszystko wydawałoby się piękne i pokolorowane, księżyc poetycko wschodzący nad kinem i gwiazdy wyglądające jak porzeczki, przychodzi czas na popołudniowe przebudzenie poety. Poeci tak mają. Wstają późno. Wydaje mi się, że inspiracją do napisania drugiej zwrotki prawdopodobnie był mały wypad autora z domu po gazetę lub papierosy. Na ulicy dostrzega ruch i fascynuje się obrazem proletariackich aniołów. Dopada go wena gdy widzi fajrant w warszawskiej fabryce i opisuje go podobnie jak bracia Lumiere – „Wyjście robotników z fabryki”. Wieczorem czar pryska i następuje szarość życia. Nocny kac. Ulica staje się mroczna i groźna. Świecący księżyc chowa się za elektrownią, by nie widzieć jak ulica rośnie i boli. O tej porze ulica Towarowa rządzi się swoimi prawami.

Jak widać w wierszu pojawia się alkohol  i ostry cień mgły który „rośnie i boli”. Czy w opisie ulicy pojawiają się moi męscy krewni. Mój dziadek, jego bracia i szwagrowie? Mam nadzieję że nie. Czytałem gdzieś, że w bloku w którym mieszkał K.I. Gałczyński, była pijacka melina. Chyba o to chodziło autorowi. Z dwojga złego z moimi krewnymi bardziej identyfikowałbym opis aniołów proletariackich. Poeta w ten sposób mógł opisywać moje ciociobabki. „Smukłe i smaczne blondynki z ukrytym szafirem w oczach i piersiach pięknych jak lira”. To wypisz wymaluj moje krewne – panny i panie Urzyczak, Wichrowskie, Swenson, Suska.

Moim zdaniem nie trzeba, jak to czynią niektórzy „genealodzy”,  na siłę doszukiwać się szlachectwa tam gdzie go nie było. Wyciągać pasujące do swojej układanki wnioski z etymologii nazwisk. Zakłamywać historię i fakty. Tracić czas i pieniądze. Do wychwalania przodków, a co za tym idzie nobilitacji samego siebie, wystarczy połączenie zdarzeń i zasugerowanie ich wysokiego prawdopodobieństwa, lub jak mawiał Anioł z „Alternatywy 4” – podwiesić się pod kogoś znacznego.

Na koniec o mojej innej próbie podniesienia swojego ego. Po rozwodzie moja szwagierka założyła we Włoszech koło Turynu swoją włoską rodzinę. Próbując po swojemu nazwać tą nową gałąź mojego genealogicznego drzewa, wymyślałem jej nowe nazwy. Dopasowywałem nazwy do przedrostka GENE: – GeneRoma – odpadło, to nie to miasto, GeneWłochy nie bardzo mi pasowały. Kojarzyłem je z gene zarostem. GenItalia – chociaż to w całej układance fonetycznie niczego sobie brzmiało, to przed rodziną mógłbym wyjść na wielkiego świntucha. Poprzestałem na gałęzi bez nazwy.

Jerzy Wnukbauma

Nie gryząc się w język.

Niepisaną zasadą ludzi zajmujących się badaniem więzi między bliźnimi swymi – jest niewcinanie się  (w ramach genealogii) w sprawy religii i polityki. Różnie z tym bywa. Drugą naszą (genealogów) niepisaną, świętą zasadą jest – niemówienie źle o przodkach. Z racji mojego stażu i wieloletniej obserwacji, uściśliłbym tą życiową mądrość doprecyzowaniem – „O swoich przodkach”. O innych jak najbardziej można. Pierwszym, lepszym przykładem jest dziadek Tuska.

Owszem można, a nawet trzeba mieć własne zdanie. Naszym (genealogów) bezspornym założeniem nie jest przecież milczenie. Czasem można, a nawet trzeba powiedzieć głośno, to co myśli się o szarganiu pamięci naszych przodków.  Zwłaszcza wtedy, gdy inni łamią powyższe zasady.

Codziennie, jak tylko pogoda i zdrowie na to pozwolą, wychodzę z moim teściem na przydomową ławeczkę. Teść korzysta z „ostatnich” promieni słońca. Ma 96 lat. Ja odrywam się od przyziemnych spraw. Siedzimy sobie i czasem gadamy. Najczęściej jednak milczymy przyglądając się otaczającemu nas światu. Czasem przysiądzie się do nas ktoś z sąsiadów, lub jakiś zmęczony, nieznajomy przechodzień. Z racji bliskiego sąsiedztwa specjalistycznej przychodni zdrowia, w godzinach porannych i południowych na ulicy zawsze jest ruch. Nie tak dawno, w oczekiwaniu na miejski autobus, na ławkę przysiadła się do nas moja sąsiadka. Spytała nas co myślimy o pokazywanej w TV, wystawie w Gdańsku. Dodała, że wśród eksponowanych fotografii  żołnierzy Wermachtu, jest zdjęcie dziadka Tuska. Znając jej poglądy na świat, unikam z nią rozmów o  polityce. Jej światopogląd poznałem na terenie kościoła w niedzielę wyborczą. Wtedy zaraz po wyjściu ze świątyni otwarcie wyznała, że nienawidzi Tuska. Nie podejmowałem tematu i zasugerowałem tylko, żeby wróciła i poszła do spowiedzi wyznając księdzu nienawiść do bliźniego swego. Tym razem jednak coś we mnie pękło. Nie milczałem i nie skierowałem rozmowy na inne tory. Spytałem ją tylko w jakim wojsku służył jej dziadek. Widząc jej zaskoczenie i zdziwienie moją reakcją, nie czekałem na odpowiedź. Dodałem szybko, że mój dziadek był potomkiem Niemca i z racji zamieszkiwania w Galicji w zaborze austriackim, służył w CK armii. Rozbawiła mnie jej reakcja -” Ty to co innego!” Niestety, nadjechał oczekiwany przez nią autobus i nie zdążyła mi powiedzieć na czym polegała moja, lub mojego dziadka wyjątkowość.

Nie zdążyłem z nią podyskutować, napiszę więc kilka słów o „naszych chłopcach'” na podstawie indeksowanych przeze mnie aktów ze świętokrzyskich parafii. Celowo używam słów będących tytułem gdańskiej wystawy – „Nasi chłopcy”, bo ci nasi rodzili się i zamieszkiwali na naszej świętokrzyskiej ziemi. Tu byli wcielani do wojska i służyli w carskiej armii. Tylko nieliczni z nich wracali do swoich wiosek. O większości z nich słuch zaginął. Ich kości bielą się na polach Europy i Azji. Aż po wschodnioazjatycki Port Artur. Niejeden z nich przeklinał dzień w którym został wcielony do wojska. Świadectwem, że służyli w „ruskim wojsku”, są liczne zapisy w aktach urodzeń zachowane w naszych archiwach. Wynika z nich jasno, że „ojciec dziecka służy w wojsku”. Czy muszę mówić w jakim wojsku skoro akty pisane były cyrylicą? Nieliczne akty w księgach zgonów poparte są numerami dokumentów wydanych przez dowódców jednostek lub garnizonów na okoliczność zgonu. Tu przyczyny są różne – zmarł w szpitalu, na polu walki, na wojennej służbie… W księgach małżeństw znajdują się natomiast tylko nieliczne adnotacje świadczące o tym, że zawierający związek małżeński Pan Młody był w carskim wojsku i ma uregulowany stosunek do służby wojskowej. (odpusknyj, lub zapastnyj sałdat). Oprócz tego zachowały się czysto wojskowe dokumenty produkowane przez kancelarie przy sztabach i garnizonach wojsk. – imienne wykazy poborowych, wykazów żołnierzy leczonych w lazaretach i listy osób zabitych i zaginionych. Tyle o naszych chłopcach przed i w czasie I Wojny Światowej. O II Wojnie Światowej i służbie „naszych chłopców” w wojsku niemieckim znacznie krócej. Nie będę ich różnicował pod względem zamieszkania. 370 tys. Polaków zostało siłą wcielonych do Wermachtu. Ponad 225 tys. zginęło na froncie.  Ponad 89 tys. zdezerterowało i walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych. Z kilkusetosobowego poboru do Goralische Wafen SS wcielono tylko kilku ochotników. Reszta zdezerterowała. Tylko 3 tys. dezerterów wybrało drogę Gustlika Jelenia – od Lenino do Berlina. Warto też wspomnieć o cywilnych  osobach mieszkających na terenach III Rzeszy działających w konspiracji lub walczących w AK.

Nasi chłopcy? Moim zdaniem, tytuł gdańskiej wystawy jest trafny. Wskazuje, na region z którego pochodzą tamci „chłopcy”. Sama wystawa pokazuje, że byli Polakami siłą wcielanymi do niemieckiej armii. Pewnie dlatego przeciwnicy tej wystawy (podobnie jak ja kiedyś), różnicują zaborców i okupantów na dobrych i złych. Znacznie przyjemniej, z zapartym tchem czytałem o przygodach dzielnego wojaka Szwejka i gefrajtra Kani niż jakiegoś pruskiego frajtra, feltfebla, lejtnanta z Wermachtu. A w naszym zaborze? Dorobienie się ogromnego majątku na handlu z ruskim wojskiem czyniło w moich oczach  Stanisława Wokulskiego zaradnym handlarzem i biznesmenem. Kolonistów niemieckich z „Placówki” tego samego autora, odbierałem znacznie krytyczniej. Później przygody Janka Kosa, Hansa Klosa i Franka Dolasa też zrobiły swoje. Dziś na dodatek wysłuchuję głupot; o lepszym i gorszym sorcie, o śmieciach, o chamskiej hołocie, o niemieckiej opcji. Przestępuję przy tym z nogi na nogę, bo boję się postawić ją tam gdzie stało ZOMO. I to wszystko pod hasłem -Tu jest Polska! Rozumiem emerytowanego zbawcę narodu. W końcu można mieć gorszy dzień i nie gryźć się w język. Śpiewać hymn „…z ziemi polskiej do Polski…”, mówić że „nikt mu nie wmówi, że białe to białe a czarne to czarne”, zachęcać swoich do głosowania cztery razy tak i tłumaczyć się że człowiek już stary i zmęczony. Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy to słuchają i z zachwytu klaszczą mu brawo.

Ura! Ura! Ura! My kulturnyj narod! My giermańca nie boimsja, my wsiegda idiom w pieriod! Jesteśmy przecież Słowianami. Mamy podobną fantazję i taką samą kulturę picia. Tyle w tym temacie. Sorry za pisanie o naszych przodkach bez ogródek. Z dwojga złego wolę mieć niewyparzoną gębę i nieprzygryziony język, bo muszę dbać o język. W końcu nie znam dnia, ani godziny. Tylko tyle pozostało mi z przyjemności.

Jerzy Wnukbauma