Dzięki Bogu przebrzmiały już hasła wyborcze, oraz wykrzyczane zostały hasła marszu niepodległości. Szybkimi krokami zbliżają się Święta i Nowy Rok. Końcówkę starego roku poświęcam zazwyczaj na przemyślenie i podsumowanie mijającego roku. W tym roku zrobię jednak wyjątek. Ponieważ w tym roku miałem genealogiczny zastój, zastanowię się nad tym co mnie czeka. Być może wpadnę na pomysł moich noworocznych postanowień i pomyślę, czego życzyć w nadchodzącym nowym roku sobie, oraz wszystkim rodakom.
Moje korzenie po mieczu, zarówno ze strony dziadka i babki, pochodzą z Warszawy, a wcześniej z Mazowsza. Mazowsze było i jest jak najbardziej polskie. Czy moi przodkowie byli rdzennymi mieszkańcami Mazowsza? Nie mam najmniejszego pojęcia. Najstarsze wzmianki o nich posiadają adnotacje o zniszczonych podczas działań wojennych (napoleońskich), wszystkich wcześniejszych księgach parafialnych. W mazowieckich parafiach zachowały się też akty świadczące o wymieszaniu mojego rodowego komponentu genetycznego z innymi przyjezdnymi nacjami. Z potomkami Duńczyków z Kopenhagi, z potomkami przybyszów z Niderlandów i z Kresów. Ślady po moich przodkach po kądzieli zachowały się natomiast doskonale. Jednak szukać ich trzeba daleko stąd. Po za granicami Polski. Te tutejsze, polskie od 1783 do 1944 roku zostały wywiezione pod koniec II wojny do Niemiec. Skąd są moi przodkowie? W 1783 roku do podmieleckiego Czermina na pojezuickie dobra kościelne przybyli wraz z innymi osadnikami z Nadrenii. Czy wiedzieli, że tu jest Polska? Z całą pewnością tak. Żyli tu i pracowali na swoim, przez lata spłacanym, skrawku pola. Wkrótce Polska przestała istnieć. Przypomniała im o sobie dopiero w 1918 roku. Moich niemieckich przodków nie było już wtedy w Hohenbach. Potomkowie moich pierwszych osadników rozjechali się po świecie. Pozostała ich tylko jedna zasymilowana gałąź do której i ja należę. Założył ją mój pradziadek Johan Henrich – dla rodziny Jan Henryk – poślubiając rodowitą Polkę. Mój drugi pradziadek ze strony matki był synem Polaka i Austriaczki. Biorąc pod uwagę, że „po pierwsze Polska„, oraz że „tu jest Polska” nie wiem, czy jestem dostatecznie Polakiem.
Wymieniony i powtarzany przeze mnie zwrot, że tu jest Polska (nie Bruksela) coraz częściej słyszę od mojego wnuka sprzyjającego konfederatom. Jak wielu jego rówieśników i on podatny jest na populistyczne przemowy mówców tego ugrupowania. Korwinowskie i mentzenowskie pytania typu – „Po co potrzebny jest zły urzędnik, zły sędzia, zły prokurator…” choć bardzo celne, są tylko nic niewnoszącym bełkotem oddziaływającym na społeczeństwo. Słysząc takie zdania zadaję sobie innego typu pytania. Po co mianować złych urzędników, sędziów, prokuratorów. Po co faceta który nie powinien sprawować żadnej funkcji w Policji robić jej Głównym Komendantem? Po to tylko, by postrzelał sobie z panzerfausta? Po co powoływać i pod osłoną nocy mianować sędzią trybunału konstytucyjnego krzykliwą, chamską babę, która wymiar sprawiedliwości powinna poznać najpierw z ławy oskarżonych przed sądem dyscyplinarnym? Po co wybierać posłów i senatorów, za których trzeba się wstydzić, odbierać im immunitety i później ich ścigać? Po co? Po co? Po co?
Podobne hasło słyszę też z ust „obywatelskiego” prezydenta – „Po pierwsze Polska…”. Tą wymyśloną dla jego potrzeb złotą myślą „nasza głowa państwa” posługuje się od początku swojej kampanii. Nie przestaje z tym sloganem nawet na chwilę, krzycząc go coraz głośniej i dosadniej. Owszem banał ów jest krótką, wyrazistą i łatwą do zapamiętania formułką, ale moim zdaniem jest to nic nie znaczące pustosłowie. Tym bardziej, że głoszący to hasło swoim czynem i postawą nie przyczynia się do tego, lecz wskazuje jaka ta Polska ma być. Skonfederowana i zblatowana z PiSem. A reszta Polaków? Dziękuję za taką wizję. Hasło „TU JEST POLSKA!” budzi we mnie i części Polaków, złe skojarzenia. Słysząc go, widzę dawny mój kraj – szary i byle jaki. Przypominają mi się stare ludowe powiedzenia o „mądrym Polaku po szkodzie” i cytaty znanych ludzi o Polakach. Choćby te – „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Dodając do tego stereotypy; „Gdzie dwóch Polaków, tam są trzy zdania”, czy „Jedź do Polski, twoje auto już tam jest” mam pełen obraz mojego kraju. Nie uspakaja mnie nawet fragment z Gałczyńskiego – „Ja jestem Polak…”. Biorę go zbyt dosadnie i wybiórczo cytuję tylko „…a Polak jest wariat…” I boję się wariatów.
Że tu jest Polska doskonale wiedział Jacek Kurski twierdząc, że można nawijać makaron na uszy i „ciemny lud to kupi”. Jego wierni uczniowie przez osiem lat za publiczne pieniądze z publicznych mediów zrobili szczujnię i oszukiwali naród. Że tu jest Polska i nic mu z tego tytułu nie grozi, wiedziała PKW ogłaszając naprędce zwycięstwo jednego z kandydatów, nie doszukując się nieprawidłowości w licznych podlegających jej komisjach wyborczych i nie analizując przyczyn ich powstania. Że tu jest Polska i bez żadnych konsekwencji można poharcować w budżecie państwa, wiedział każdy pomazaniec prezesa. Z byłym szefem rządu na czele i jego ministrem sprawiedliwości. Że w moim kraju na wiele może sobie pozwolić, wie każdy Niemiec, Rosjanin i Żyd. Jedni opluwając nasz kraj. Drudzy nazywając i pozwalając innym pisać i mówić o polskich obozach śmierci. Zamieszczenie przez Yad Vashem niezgodnej z historyczną prawdą informacji, że Polska po raz pierwszy napiętnowała Żydów nakazem noszenia gwiazdy Dawida, dolało tylko przysłowiowej oliwy do ognia. W tym temacie mam też osobistą uwagę. MyHeritage jak do tej pory nie przeprosiło mnie za bezpodstawne i bezprawne oznaczenie gwiazdą Dawida mojej ojczystej babki i jej córki. Tylko dlatego, że były na listach obozowych w Dachau? Takie rzeczy to tylko u nas.
Że tu jest Polska wie doskonale ogół biskupów katolickich w Polsce, wtrącając się do polityki i co najgorsze tuszując przestępstwa seksualne swoich podwładnych księży. Wie o tym także były prokurator usprawiedliwiający przestępstwo księdza z Tylawy molestującego dziewczynki, tłumacząc księdza, że całowanie dziewcząt było tylko ciumkaniem, a obmacywanie paluchami ich miejsc intymnych miało być związane ze zdolnościami bioenergoterapeutycznymi. O badaniu przez księdza różdżką, ani słowa. O powolnym mieleniu episkopatowych młynów sprawiedliwości wiedzą też księża zabawiający się z mężczyznami. Nic im w tym kraju nie groził. Podobnie też zabawy księży w męża i żonę. Igraszki damsko-męskie są zdaniem większości biskupów, sprawą księdza i tej pani. Zgoda, ale szkoda, że tak stanowczo nie wypowiadają się na temat ślubów czystości swych podwładnych nieradzących sobie ze swoją seksualnością. Było nie było, ślubów czystości składanych przed nimi. Widocznie dla biskupów ważniejszy jest drugi ślub – ślub posłuszeństwa. Nie słyszałem też z ust żadnego biskupa, choć najmniejszej reprymendy dla duchownych za wypompowywanie setek milionów złotych z budżetu państwa. Wręcz przeciwnie ich ekscelencje przymykają oczy na dile „przedsiębiorczych braci i księży. Mówienie i pisanie o ich przekrętach traktują jak nagonkę na księdza i atak na cały kościół. A wystarczyłoby wcześniej zabrać głos, przypomnieć swoim podwładnym, że Jezus będąc dzieckiem wygonił handlarzy ze świątyni swego ojca. Po śmierci ten sam Pan ukazał się uczniom i wydał im ostatnie polecenie; „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody…” dalej mówił „Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem”. Ani słowa o pouczaniu, nakazywaniu, zaglądaniu komuś pod pierzynę i zakłamywaniu prawdy w imię swoich wyższych celów. Chciałbym w każdym kościele widzieć konsekrowane, czyste ręce wszystkich duszpasterzy i słuchać wyłącznie Słowa Bożego. Bez polityki. I tylko tyle. Czy wymagam zbyt wiele?
Dosyć już wylewania żółci. Czuję się czasem tym wszystkim wykorzystany. Ale a’propos ulewania i wykorzystywania. Mógłbym gorzej trafić. Na przykład na Syberię. Tam ponoć pewna niedźwiedzica wykorzystuje biedne szaraczki na podpaski. Powiedział to pewien przestraszony i zakrwawiony zajączek, który na widok nadlatującej wrony uciekł gdzie pieprz rośnie. Zwiewał, bo podpowiedział niedźwiedzicy, że lepsze będą te ze skrzydełkami.
Jak w takim razie ja widzę moją Polskę? To proste jak drut. NOR-MAL-NĄ! Nie rozkrzyczaną i taką w której jest miejsce dla każdego! Dla nieludzi a ideologii. Dla bez wyjątku wszystkich puci. Dla rudego i tego na kaczych nogach. Dla policjantów i oszustów. Dla rolników i robotników. Dla lewicy, prawicy, konfederacji, komunistów i złodziei. Oczywiście każdy powinien mieć w niej swoje miejsce. Jedni w swoich mieszkaniach, inni według zasług – w swoich celach. Dużo by o tym mówić i pisać, dlatego posłużę się końcowym fragmentem wiersza Szymona Kusarka pt „Mój patriotyzm”. Jest w sam punkt i moim zdaniem zasługuje on na miano wzorcowego aforyzmu.
Nie ten dzisiaj patriotą
Który głośno Polska krzyczy
Ale ten kto wszystkim w Polsce
Bez wyjątku dobrze życzy.
Jerzy Wnukbauma
