Przeżyłem prawie…

Przeżyłem prawie 3/4 wieku!
Czas liczony w latach. Nie w parseku.
Dlaczego więc śmignął z prędkością światła?
Moja droga była prosta. Nikt jej nie gmatwał.
Za nieboskłonem jest życia meta,
kiedyś tam dotrę. Skończę życia etap.

Kostucha mnie klepnie i powie „Berek!”
Podążę za nią i zwiększę dusz szereg
zjaw, które stoją w kolejce do nieba.
Jak będzie Panie taka potrzeba,
napiszę sobie piękne requiem,
wdzięczny, że chociaż dusza ma żyje.

A jeśli wzgardzisz tym, co(m) naskrobał
i nie daj Boże – diabłu się to spodoba
i do czeluści piekieł mnie sprowadzi
kopytny, rogaty, czarci pomiot gadzi –
znaczy, że twórczość ma nisko upadła
i genealogia z szuflady pójdzie do diabła!

Jerzy Wnukbauma

Dzisiaj tylko w wyobraźni.

W dzieciństwie na pytanie rodziców – „Gdzie idziesz?” – zawsze miałem przygotowane, w zależności od tego, gdzie mnie nogi będą niosły, gotowe odpowiedzi – Przed klatkę! Na dwór! Na drugą stronę! Do ogródka!

Idę na dwór – Wychodzenie na dwór nie miało konkretnej lokalizacji. Było wyjściem z domu na świeże powietrze. Przed rozpoczęciem nauki w szkole podstawowej, zakres terytorium mojego dworu był ograniczony wzrokiem matki i mieścił się w granicach kilkudziesięciu metrów wokół mojego bloku. Nie znaczyło to, że wtedy nie poznawałem Kielc. A jakże. Zazwyczaj centrum miasta poznawałem towarzysząc matce w jej spacerach po sklepach. Nigdy tego nie lubiłem. Sklepy które interesowały matkę, nie były w zakresie mojego zainteresowania. Mnie ciągnęło do innych sklepów. Do małych sklepików z zabawkami, do lodziarni, do cukierni. Te na złość omijaliśmy szerokim łukiem. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć jak długo można chodzić i oglądać ubrania, kiecki, materiały krawieckie czy buty. W sklepach matka nie miała ze mnie pożytku. Nie umiałem jej doradzić, wybrać trafnie lub po prostu odradzić zakupu. Byłem znudzony i obojętny. Peryferyjne okolice Kielc poznawałem na krótkich spacerach oraz dłuższych wyprawach z obojgiem rodziców. Aby pooddychać wiejskim powietrzem nie trzeba było zbytnio się trudzić. „Wiocha” zaczynała się po drugiej stronie ulicy, przy której mieszkałem. O przysłowiowy rzut kamieniem. Pokonując „graniczną” ulicę Źródłową (przy Astronautów) wychodziło się prosto na sady i obsiane pszenicą i żytem pola. Tak było do końca lat pięćdziesiątych. Gdy zacząłem chodzić do podstawówki, sady i pola zniknęły z mapy Kielc. Na tereny po obu stronach ulicy Ludwiki Wawrzyńskiej weszły ekipy budowlane i rozpoczęła się budowa nowego spółdzielczego osiedla – KSM. Nie mylić z dzisiejszym KSM-em. W skład tego pierwszego KSM-u wchodziło dwanaście dwupiętrowych bloków ciągnących się od ulicy Źródłowej do zespołu połączonych szkół -Ogólnokształcącej i Podstawowej nr 5. Chodząc do „szkoły na górce” po prawej stronie mijałem pachnące świeżością bloki a po lewej stronie obserwowałem typowe wiejskie klimaty. Przy niesprzyjającym wietrze dodatkowo wdychałem zapachy dochodzące z Miejskiej Lecznicy dla Zwierząt oraz Rzeźni Miejskiej. W późniejszym okresie KSM rozrósł się do dzisiejszego stanu. Obecna dzielnica KSM jest największą spółdzielnią mieszkaniową w regionie. Z upływem czasu mój dwór powiększył się od przydomowego terenu do granic całego osiedla, na którym mieszkałem. Z czasem wraz z rozwijającą się u mnie percepcją poznawczą anektowałem inne terytoria, ale zawsze najbliższy mi był dwór w obrębie mojego bloku przy ulicy Astronautów. Czułem i nadal czuję szczególną atmosferę tego miejsca.

Idę na drugą stronę! Druga strona była przeciwieństwem frontowej strony bloku przy Astronautów 1. Wyjście na drugą stronę było niczym innym jak przejściem na plac zabaw znajdującym się za moim blokiem. Jak przez mgłę pamiętam jego początki. Dziś niewyraźnie przypominam sobie obrazy stojącego przy rosnącej między blokami gruszy drewnianego baraku. Prawdopodobnie był to narzędziowy składzik robotników wykonujących roboty drogowe na ulicy Astronautów lub brukarzy układających chodniki na osiedlu. Jako mały chłopiec miałem przed swoim blokiem największą i najdłuższą w swoim życiu piaskownicę. Zamknięta ona była w obramowaniu krawężników ulicznych. Ciągnęła się od ulicy Źródłowej do ulicy Krynicznej. Zabawa w niej w ciepłym, wilgotnym piasku skończyła się wraz z ułożeniem trylinki. Barak na drugiej stronie też nie stał długo. Zniknął jednego dnia. Dzięki Bogu grusza pozostała i przetrwała. Plac został wyplantowany i utwardzony wysiewką. Pojawiła się na nim piaskownica, zjeżdżalnia i huśtawki. Wokół placu stanęło kilka ławek. Plac zabaw na drugiej stronie służył nie tylko mnie. Korzystały z niego też moje dzieci i wnuki. Niejednokrotnie od swoich dzieci usłyszeliśmy z żoną -Idę na drugą stronę. Dziś druga strona nie służy dzieciom. Jest placem dla samochodów okolicznych mieszkańców.

Idę przed klatkę! Wyjście przed klatkę była to najkrótsza do pokonania trasa a także najkrótsze pod względem mijającego czasu moje wypady z domu. Wystarczyło pokonać kilka stopni schodów klatki schodowej i już było się przed klatką. W dzieciństwie przed klatkę wychodziłem dla zabawy. Najczęściej, gdy na dworze panował nieznośny upał i nieznośne słońce operowało na placu za blokiem. Wtedy schronieniem był teren przed klatką. Blok był (i jest) usytuowany w kierunku północ-południe. Frontowa ściana z wejściami do klatek schodowych znajdowała się po północnej stronie świata i dawała cień do późnych godzin popołudniowych. Dopiero pod wieczór na ulicy pojawiały się promienie słoneczne. Zazwyczaj dziecięce zabawy kończyły się z powrotami naszych ojców z pracy. Choć do domu! Przypominało, że jest już pora na obiad. Wyjścia przed klatkę w wieku szkolnym dziś kojarzy mi się z powiedzeniem – Kargul! Podejdź do płota! Wystarczyło zwykłe gwizdnięcie kolegi, zawołanie lub jakiś inny umówiony sygnał i nie było siły bym usiedział w domu. Gnałem przed klatkę by spotkać się z kolegami. Staliśmy lub siadaliśmy na szerokim betonowym stopniu znajdującym się przed samym wejściem na klatkę. Koleżeńskie pogaduchy nie trwały długo. Mogliśmy być przecież obserwowani i podsłuchiwani przez rodziców lub sąsiadów.

Idę do ogródka! Znaczyło tyle, że będę w TPD-owskim ogródku jordanowskim. Granice tego ogródka wyznaczały krótkie odcinki ulic Astronautów, Źródłowej i Kopernika. Czwartą granicę ustalało wschodnie ogrodzenie boiska Technikum Ekonomicznego. Ciągnęło się ono od ulicy Kopernika do ulicy Astronautów. Nie pamiętam dokładnie, kiedy powstał ogródek. Pod koniec lat pięćdziesiątych czy na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku.  Wcześniej ten teren był własnością prywatną należącą do mieszkańca lub kilku mieszkańców Kielc. Do chwili wejścia ekip budowlanych stała na nim jeszcze stara niszczejąca chata. Gdy zaczęto budowę teren został wyrównany. Mniej więcej w jego centralnym miejscu wybudowano parterowy budynek będący TPD-owską świetlicą. Przy ogrodzeniu z ulicą Astronautów wykonano piaskownicę. Nasypano dwie górki. Służyły do zabawy zwłaszcza w zimie. Ta wyższa przypominała mały kopiec Kościuszki. Druga górka była niższa, ale za to dłuższa. Jej wysokość ograniczało ogrodzenie Ekonomika.  Na wykonanym placu poustawiano zabawki z metalu; huśtawki, karuzelę, zjeżdżalnie, zestaw drążków do podciągania. Za większą górką wylano betonowy basen z przylegającym do niego brodzikiem. Krótko służył okolicznym dzieciakom. Prawdopodobnie przestano napełniać go wodą ze względów sanitarno-epidemiologicznych. Nieco później zasypano go piaskiem i służył dzieciakom jako piaskownica. W miejscu starej piaskownicy stanęła metalowa rakieta.

Z czasem ogródek zaczął popadać w ruinę. Widać ją było po niekoszonej trawie i rozrastających się krzakach oraz pojedynczo znikających elementach wyposażenia placu zabaw. Świetlica nie służyła już okolicznym dzieciakom. W budynku powstało przedszkole. Po kilku latach użytkowania przez przedszkole, budynek został opuszczony i popadł w ruinę. Teren, który służył trzem pokoleniom okolicznych mieszkańców, został sprzedany i zmienił się wraz ze zmianą ustrojową. Dzisiaj pozostały mi tylko wspomnienia i kilka starych zdjęć. Przeglądając je dostrzegam za mną w tle nieistniejącą już historię.

Z ogródkiem wiążą się też zabawne sytuacje. Opowiem jedną z nich. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku do mojej sąsiadki przyjechała rodzina ze Śląska z siedmio… czy ośmioletnią córką. Widząc, że młoda nudzi się w domu, jej ciotka a moja koleżanka zabrała ją na huśtawkę do ogródka. Po paru bujaniach młoda pyta – „Ciociu! Czemu nie masz swoich dzieci?” Zakłopotana ciotka odpowiedziała – Wiesz! Bocian mi jeszcze nie przyniósł! Myślała, że jej wykręt zakończy drażliwy temat. Myliła się, bo usłyszała – A pomyślałaś ciociu o zmianie ptaszka? Takie są hanyski – bezpośrednie i szczere do bólu.

Karuzela. Pierwsza zabawka, na którą wchodziło się po przekroczeniu furtki od strony ulicy Astronautów. W tle za ogrodzeniem Handlówka i fragment ulicy Kopernika. W prawym górnym rogu budynek świetlicy TPD.  Po prawej stronie przed ogrodzeniem boisko do siatkówki. Na zdjęciu widoczne są słupki do zawieszania i naciągania siatki. Za świetlicą niewidoczne jest boisko do tenisa lub badmintona. Widoczna na zdjęciu tablica do gry w koszykówkę stała na terenie boiska szkoły.

Basen. Ogródkowa frajda dla dzieciaków. Kąpielisko służące raczej do taplania się w wodzie. Nie sposób było w nim pływać. W miejscu widocznym na zdjęciu, za widocznym murkiem znajdował się brodzik do mycia nóg przed wejściem do basenu. Za ogrodzeniem ulica Źródłowa i widoczna na niej tablica budowy powstającego osiedla KSM.

Największa w ogródku huśtawka. Na wielkiej metalowej konstrukcji zamontowane były trzy huśtawki w kształcie łódek. Bujało się na nich wysoko. Robiłem z kolegami zawody kto dalej skoczy z rozhuśtanej łódki. Za ogrodzeniem ogródka ulica Źródłowa a za nią drewniany płot budowy. Widoczna tablica budowy bloków KSM (ta sama co na poprzednim zdjęciu).

Jednoroczna atrakcja dla dzieci. Stary wysłużony autobus ustawiony przy ogrodzeniu ogródka TPD przy ulicy Astronautów. Wymontowano z niego tylko silnik. Pozostawiono lizaki – kierunkowskazy a w środku kierownicę i wszystkie siedzenia. Po prawej stronie widoczne bloki przy Astronautów. W luce między „pięciopiętrowką” a autobusem widoczny fragment Gmachu Leonarda od strony ulicy Krynicznej.

Rakieta. Najdłużej stojąca w jordanowskim ogródku zabawka. Stanęła w miejscu starej piaskownicy. W rogu ulic Źródłowej i Astronautów. Była niezniszczalna. Dużym wyzwaniem było wejście na jej szczyt i zakręcenie metalową chorągiewką. Służyła trzem pokoleniom. W tle widoczne zaniedbania – niekoszona wysoka trawa i nieprzycinany żywopłot.

Jerzy Wnukbauma

Jak doktor Jakill i pan Hyde.

Czasami robię sobie przerwę.
Wtedy odpocznę i się rozerwę.
Ja genealogię traktuję po-waż-nie.
Księgi w archiwach badam rozważnie,
lecz gdy za długo robi się wzniośle,
wówczas strajkuję i myślę o wiośnie.

Wymieniam wtedy Klio na Talię
– ptaszki śpiewają, pachną konwalie,
żaby kumkają, bocian kleknie.
Przodek mi przecież nie ucieknie.
Na taką zmianę potrzeba grosza.
Czekam cierpliwie na listonosza.

Kiedy już wezmę forsę z ZUS-u
dostaję takiego animuszu,
że na nic zamki, kłódki i sztaby.
I nie ma silnych. Lecę na baby.
Wybieram; wino, kobiety, śpiew.
Zaspokojony wracam do drzew.

I znów zamieniam Talię na Klio.
Genealogii mówię – Wio!
Patrzę ukradkiem czy Klio ożywa,
bo nader często z przemianą bywa,
że z czerwonym licem, zmieszaną miną
słyszę, jej głos – „Jurek ty świnio!”

Wtedy ulegam wielkiej panice
bo przekroczyłem wszelkie granice.
Dociera do mnie, że trochę grzeszę
raniąc mych przodków całą rzeszę.
W Radiu Maryja poszukam ratunku
naprawy grzechów i wizerunku.

Ja wiem w zasadzie co czeka,
po śmierci grzesznego człowieka,
lecz nie wiem co czeka innych,
memu grzechowi współwinnych.
Zadzwonię do Ojca. A co mi szkodzi
Przecież nie tylko o mnie tu chodzi.

Wyznam mój grzech Ojcu w eterze
Gdy go zapytam odpowie szczerze.
Dowie się również Polska cała
– Byleby żona nie usłyszała,
bo wtedy umrę śmiercią męczeńską
Przedwczesną i to przez płeć żeńską.

Numer wykręcam i słyszę „Szczęść Boże”
Poznałem głos i mówię „Ojcze Dyrektorze!
Mam jeden problem. Kocham kobiety!
Czy to mały grzeszek, czy ciężki niestety?”
I przemilczałem, że moje kobietki
liczę bez mała na półsetki.

Od razu widać, że trudne pytanie.
Ojczulek po chwili odpowiedział na nie.
Dla takich grzeszników synu, jest czyściec,
byś odpokutował a im mogły łzy ściec”.
Słyszycie dziewczyny? Nie pójdziecie do piekła!
Święta osoba dzisiaj wam to rzekła.

Zaklepałem wam czyściec po drodze do Piotra,
ja mam zapewnienie, że tam przyjmą łotra.
Przy okazji sprawdzę czy męscy protoplaści
byli damskich dziurek wielcy entuzjaści.
Poczekam też cierpliwie na mych zstępnych dusze.
Moje geny wszak nie dadzą odmówić dziewusze.

Jerzy Wnukbauma

 

Przezwiska, nazwiska, wyzwiska.

Kiedy w Polsce weszło nadawanie nazwisk? Bóg jedyny wie. Dokładnej daty; dzień, miesiąc, rok – nie ma. Jednak za nim to nastąpiło nasi wstępni posługiwali się imionami, przezwiskami i odmiejscowymi przydomkami. Przykładem niech będą sienkiewiczowskie, fikcyjne postacie. Weźmy na warsztat Zbyszka z Bogdańca. Ojcem Zbyszka był Jaśko z Bogdańca, matką Jagienka z Mocarzewa a stryjem Maćko z Bogdańca. Wszyscy oni pochodzili ze stanu rycerskiego, pieczętowali się rodowym herbem „Tępa Podkowa”. Zawołaniem ich było – „Grady”. Sienkiewiczowska powieść rozgrywa się na początku XV wieku. Każdy uważny czytelnik na podstawie tekstu może obliczyć także rok urodzenia Zbyszka a także w przybliżeniu rok, w którym brał ślub z Jagienką (babą do orzechów) – córką Zycha ze Zgorzelic i Małgorzaty. Z tego związku na świat przychodzą synowie Zbyszka i Jagienki; Jaśko, Maćko, Zych i Jurand.

Czy da się zrobić genealogię Zbyszka z Bogdańca? Oczywiście da się. Kto genealogowi zabroni, ale czegoś w niej niewątpliwie zabraknie! I nie chodzi o to, że Sienkiewicz kończy powieść na bitwie pod Grunwaldem nie uśmiercając swojego bohatera. Tu brakuje nazwisk. Za to powtarzających się imion mamy dostatek. Maćki, Jaśki, Zychy, Jurandy.

We wcześniej napisanej Trylogii, Henryk Sienkiewicz nadaje nazwiska wszystkim opisywanym w trzech powieściach postaciom. Także wszystkie bohaterki płci pięknej „Potopu”, „Pana Wołodyjowskiego” czy „Ogniem i mieczem” noszą nazwiska po swoich ojcach lub mężach. Różni je tylko sufiks – …owa lub – …ówna. Ale między Krzyżakami a Trylogią jest zasadnicza różnica. Różnica dwóch wieków. Akcja „Krzyżaków” toczy się od śmierci królowej Jadwigi do bitwy pod Grunwaldem. Czyli koniec XIV wieku i początek wieku XV. Akcja Trylogii toczy się zaś w XVII wieku. Różnica dwustu lat z małym hakiem. W tym czasie była też zmiana epok. Średniowiecze ustąpiło renesansowi. Upadł Konstantynopol, Kolumb odkrył Amerykę a i nasz król zadbał o rozwój polskiego oświecenia. Tworzyli polscy pisarze; Jan Kochanowski, Mikołaj Rej, Andrzej Frycz Modrzewski. Sumienia Polaków budził Piotr Skarga. Wszyscy bohaterowie mają już swoje nazwiska. Nasuwa się więc wniosek, że nadawanie nazwisk w Polsce przypada pośrodku – na XVI wiek. Nic bardziej mylnego. Nadawanie nazwisk było procesem długotrwałym i nierównomiernym. Inaczej zachodziło w Wielkopolsce, inaczej na Mazowszu, a jeszcze inaczej na Kresach. Najwcześniej nazwiska przyjmowała szlachta, później mieszczaństwo i na końcu chłopi. Dlaczego wprowadzono zwyczajowe prawo nadawania nazwisk? Jak nie wiadomo o co chodziło to niewątpliwie chodziło o pieniądze. Nie wystarczyło, że do kościoła przyszedł Zbyszko z Bogdańca, przyniósł syna i przed księdzem wygłosił kwestię Danuśki -„Mój ci on!” i dodał, „że życzeniem żony jest nadać mu imię Jaśko”. Świat się zmienił. Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Przybywało ludzi, przybywało majątków i trzeba było to ogarnąć. Zarządzać zgodnie z prawem. Dokumentować swoje przed panem, wójtem i plebanem. Dochodzić przed sądem swych praw.

Tak więc proces ten trwał latami. Znając życie będzie trwał jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Ale tym niech martwią się małżeństwa (jak to mówił kandydat Nawrocki) – „jednopuciowe”. Po nich zapewne przyjdzie czas na trójkąty, czworokąty, koła… Na tym kończy się moja pomysłowość. Nie zastanawiam się też od kogo i jakie nazwiska będą przyjmowali ludzie żyjący w takich związkach. Dzisiaj, póki co, ludzie kochający się inaczej najczęściej mają do czynienia z wyzwiskami.

Tyle na temat nazwisk. Ja nieco inaczej patrzę na nasze godności. Wybieram niektóre z gąszczu drzew i wkładam je między wersy. Jest ich trochę. Niektóre z pewną nieśmiałością zamieszczałem w sieci – Burczymucha, Jan Kotek, Słowik, Matysek, Pasek, Goldfisch… O! Jeden chyba przeoczyłem. Co prawda nie jest o genealogii, ale ze względu na związki nieformalne wpisuje się do jednego z wątków.

Przepiórka

Przeżył szok kapelan. Doznał kapłańskiej porażki,
bo żołnierze na spowiedzi wyznali mu z przepiórką igraszki.
Kapłan od początku miał oko na nowy pobór cały,
bo wydał mu się jakiś inny, dziwny, zniewieściały.
Rozgrzeszył by samogwałt, odpuścił seks z koryntu córką,
Ale zoofilia? Dzikie orgie z przepiórką?
Poszedł do dowódcy i problem wyjawił,
– „Oddział Pana wojska z przepiórką się bawił.”
Zrobili szybko w dwuszeregu zbiórkę.
Padło – „Wystąp kto molestował przepiórkę!”
Wystąpili wszyscy. Tylko jeden żołnierz został.
Za obywatelską postawę tydzień urlopu dostał
i od księdza obietnicę, że odpust za grzechy dostanie.
Jak się nazywacie – Przepiórka! Panie kapitanie!

I jak tu dzisiaj zanucić za Mazowszem;

Uciekła mi przepióreczka w proso
a ja za nią nieboraczek boso.
Uciekła mi przepióreczka w żyto
a ja za nią z fuzyją nabitą.

Pozostaje tylko nucenie refrenu. Uha ha, uha ha, uha ha… Albo! Całkowita zmiana repertuaru.

Jerzy Wnukbauma

Chyba kupię sobie pieska.

Od mego konika dostaję bzika? Spokojnie! Niegroźny, niewymagający leczenia i niezaraźliwy. Jednak zapobiegawczo robię sobie przerwy od genealogii i coraz częściej zastanawiam się czy mógłbym pozostawić raz na zawsze za sobą wszystko to, co dotąd zrobiłem? Żyć pełnią szczęścia – tu i teraz? Wykrzyczeć za Adamem Asnykiem „Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe”. Pewnie mógłbym, lecz wychodzi mi to jak zwykle. Ale Bóg mi świadkiem, że próbuję.

Jak skutecznie rzucić genealogię i pozostawić w spokoju swych przodków? W takich przypadkach najlepsze są stare, dobre metody, czyli – leczenie klina klinem. W przypadku genealogii tym klinem jest zapomnienie o wstępnych i zajęcie się wyłącznie swoimi zstępnymi. W moim przypadku wystarczy zająć się wyłącznie swoimi: dziećmi, wnukami i prawnukiem. Czy mi wychodzi? Okazuje się, że nie. To zamiana siekierki na kijek. Moi milusińscy nie przyczyniają się do zmiany mojego przyzwyczajenia. Wystarczy z ich strony jakieś słowo, gest bądź zachowanie a zastanawiam się do kogo to się wrodziło? Doszukuję się wtedy czyichś złych genów. Mógłbym co prawda całą winę zwalić na żonę i na jej rodzinną linię i poprzestać na tym. Lecz nie. Muszę drążyć, a babranie się w genach to przecież powrót do genealogii.

Zajmując się swoimi wnukami nachodzą mnie też czasem czarne myśli. Przypomina mi się wtedy piosenka ze spektaklu Klimakterium2 śpiewana przez Elżbietę Jodłowską – Co zrobią z nami nasze dzieci?  Nachodzą mnie wtedy liczne refleksje, które zmuszają mnie do zatrzymania się i zadumy. Zadaję sobie wtedy pytania o naszą (moją i mojej żony) przyszłość. Co zrobią z nami nasze dzieci?

Co zrobią z nami nasze dzieci?
Kiedy już wszystko im oddamy?
Co zrobią z nami nasze dzieci?
Które przecież tak kochamy!
Co zrobią z nami nasze dzieci?
Wciąż to pytanie mnie nurtuje,
Jaką szykują nam zapłatę,
Gdy głowa nasza już strajkuje,
Kiedy staniemy się ciężarem
Kiedy nam skończą się pieniądze
Co z nami zrobią nasze dzieci
Te które wciąż są naszym słońcem!
Co zrobią z nami nasze dzieci?
Dużo pracują, wciąż są biedni.
Co zrobią z nami nasze dzieci?
Gdy już będziemy niepotrzebni!

To powtarzające się w tekście piosenki Elżbiety Jodłowskiej pytanie, znowu nie pozwala mi na całkowite porzucenie genealogii. Ta dręcząca niepewność jest znowu pretekstem do podróży w przeszłość i sprawdzenia, co robili ze swoimi rodzicami nasi dziadkowie i pradziadkowie? A więc znowu zabawa w historię swoich przodków.

Sięgając pamięcią wstecz, moimi dwoma babkami (zgodnie ze starym powiedzeniem – „Jak masz córkę to możesz liczyć na opiekę na starość”) opiekowały się ich córki – moja matka swoją matką oraz ciotka swoją rodzicielką. Zgodnie z tym powiedzeniem, swoimi rodzicami opiekowała się też moja żona. Z aktów zgonów moich czterech warszawskich prababek, też wynika prawidłowość tego powiedzenia. Wnoszę to na podstawie adresów zamieszkania prababek w chwili ich śmierci. Pokrywały się one z adresami zamieszkania ich córek, a moich babek. Znacznie gorzej trafiła moja w prostej linii 3xprababka. Z jej aktu zgonu wynika, że pomimo posiadania licznego potomstwa (w tym czterech córek), na starość przyszło jej utrzymywać się z żebractwa. W jej przypadku wystąpiły u mnie kolejne, dodatkowe pytania – Czy był to świadomy wybór praprababki czy być może była nieznośną, zgryźliwą staruszką i dlatego skończyła pod kościołem?

Jak sami widzicie, muszę zmienić swoją metodę odwyku od genealogii i zająć się czymś innym. Na przykład zwierzętami. Tak zwierzątkami, bo one są dzisiaj w wielkiej potrzebie. Dowodem niech będą liczne sprawy o ich złym traktowaniu, głodzeniu, porzucaniu w lesie. Przysłowiowej oliwy do ognia dolała zawetowana przez prezydenta ustawa łańcuchowa. O zwierzątkach mówiła też posłanka Kurowska na sejmowej komisji środowiska – „Puszcza Białowieska jest w stu procentach zdewastowana. Uciekają z niej nawet żubry. Uciekają, bo jak mają żyć w takich warunkach, gdy potykają się o powalone drzewa”. Później, już poza kamerami, w sejmowych kuluarach posłowie PiS dzielili się swoimi szerszymi refleksjami. Można się było od nich dowiedzieć, że za sprawą rządów Tuska z kraju uciekają też inne zwierzęta. Ot choćby całe gromady ślimaków wynoszą się z Polski by nie płacić tu podatków od nieruchomości. Nie stać ich (ślimaków) na taki wydatek, bo każde z nich ma swój domek. Stary ślimak ma swój domek, jego żona ma swój domek, dzieci mają swoje domki. Ale to są mięczaki i nie ma się co dziwić. Lecz dlaczego ta zwierzęca emigracja udzieliła się też naszym polskim zającom? Otóż jak mówią posłowie PiS – zając ma futro, jego żona w futrze, ich dzieci w futrach. Zwiewają by nie płacić podatków od luksusu. Ta nerwówka udzieliła się też naszym polskim ptakom. Najczęściej mówi się o naszych bocianach. One też zwiewają z kraju przed drakońskim prawem podatkowym. Bo sami rozumiecie – stary bociek co roku spędza zimę w ciepłych krajach. Jego żona co roku całą zimę przebywa w ciepłych krajach. Ich dzieci co roku emigrują do Afryki. Suma summarum – nie stać ich na płacenie podatków. Na naszych ptakach skończyły się naukowe wywody posłów opozycji. Nie wiem, czy nieświadomie, czy celowo nie dopowiedzieli dalszego ciągu ich naukowego wywodu. Natura nie lubi próżni dlatego chodzą słuchy, że w miejsca uciekinierów PiS ma ściągać z Afryki całe stada pawianów. Tajemnicą poliszynela jest to, że chcą korzystać z doświadczeń Piotra W i Edgara K. Te człekokształtne ssaki mają być sprowadzane do Polski, bo nasz klimat się ociepla. Po drugie – wszystkie pawiany mają gołe dupy i nic im tu ze strony Tuska nie grozi. W razie czego odwrócą się i pokażą koalicji 13 grudnia, gdzie ich mają. Ja postanowiłem kupić sobie pieska. Z dwojga złego wolę utrzymywać i płacić podatek za kundelka, niż łożyć na skundlonych polityków. Na ich biura, rzeczników, doradców, podróże…et cetera.

Jerzy Wnukbauma

Ale to już było.

Za sprawą prezydenta USA dowiedziałem się, że dzisiejszej nocy nastąpi koniec naszej cywilizacji. Z wielką obawą kładłem się spać.  Co będzie jutro rano? Czy obudzę się w innym świecie? W świecie, którego nie znam. W świecie nieznanym, bez cywilizacji i bez Boga. Tak! Bez Boga Ojca i Jego Syna, bo zaczęło też iskrzyć na linii Watykan – Biały Dom. Strach się bać. Czyżby powtórka z rozrywki? W historii tego świata był już jeden szalony władca, który mianował swego konia senatorem, spalił Rzym i prześladował chrześcijan. Czyżby powrót do przeszłości?

Przed snem spytałem, co o tym wszystkim myśli sztuczna inteligencja. Wpisałem; tramp+papież+zdjęcie. W odpowiedzi przeczytałem, że do Chicago poleciał papież, na lotnisku wsiadł do taksówki. Ponieważ zna Chicago jak własną kieszeń, poprosił taksówkarza o poprowadzenie samochodu. Zamienili się miejscami. Po krótkiej jeździe zatrzymał ich chicagowski policjant. Poprosił o prawo jazdy. Gdy spojrzał na nazwisko i zdjęcie kierowcy powiedział – Proszę czekać! Odszedł na bok i zadzwonił do swego szefa mówiąc – Mamy problem! Zatrzymałem kogoś ważnego! W odpowiedzi usłyszał – Kogo? Gubernatora? Nie! Jeszcze ważniejszego! – Co Trampa? Nie! Jeszcze ważniejszego! Sam papież robi u niego za kierowcę!  Rozbawiony położyłem się spać. Może jutro nie będzie tak groźnie?

Wstając rano, z ciekawością wyjrzałem przez okno. Świat jest taki jaki był. Za oknem zamiast kresu cywilizacji, zwykła szara codzienność. Włączyłem radio. Może media coś na ten temat powiedzą?  Z głośnika miły, ciepły, kobiecy głos namawiał mnie na życie w stylu slow. Nie miałem pojęcia co to za styl życia i z czym go się je. Z nieodpartej chęci poznania zapytałem sztuczną inteligencję? Dowiedziałem się, że… Tu zacytuję.

{„Slow life – jest to filozofia życia stawiająca na jakość, spokój, harmonię, rezygnująca z nieustannego pośpiechu na rzecz świadomego doświadczenia chwili. To nie „ślimacze tempo”, lecz życie w zgodzie z własnymi potrzebami, redukcja stresu, pielęgnowanie relacji i uważność na „tu i teraz”}.

Tyle z redagowanej przez AI treści. Choć jest tego znacznie więcej, pominę dalszy ciąg tekstu opracowanego przez internetowe algorytmy. Zajmę się inną stroną takiego życia. Słuchając radiowej pogadanki o „nowym” stylu życia, po każdym następnym zdaniu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to już było. Utwierdzałem się w przekonaniu, że to jest kolejna no-wo-mo-da. Po zakończeniu audycji natrętnie na usta cisnęły mi się słowa Andrzeja Sikorowskiego – Ale to już było!  I ma wrócić więcej? Tak. Życie, do którego namawiają mnie zwolennicy tego stylu przeżywali moi przodkowie. Czy byli zadowoleni? Czy też uważali, że pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł? W końcu – czy wiedzieli, że są pionierami takiej metody życia?

W tym krótkim artykule nie poświęcę swojego cennego czasu na opisywanie sielskiego życia moich przodków po mieczu. Sądzę, że podobnie jak ja, dbali o to by im, oraz ich dzieciom żyło się lepiej, godnie i spokojnie. Stąd ich przemieszczanie się z Urzecza do Raszyna, a później do Warszawy. Dzisiaj nowobogaccy lansują odwrotną metodę życia. Przesiedlają się na wieś. Najczęściej blisko wielkich miast, by w dziesięć, dwadzieścia minut jazdy swoim samochodem, podrzucić dzieci do szkoły i zdążyć do pracy. Oddychając całą piersią wiejskim powietrzem psioczą, że coś im śmierdzi, że krowy ryczą, psy szczekają, a kury srają. Typowe roboty wiejskie są dla nich nie do wytrzymania z powodu hałasujących maszyn rolniczych. Za to raz na kilka lat mogą odpłacić się sąsiedzkiej społeczności wiejskiej, wywieszając plakaty wyborcze ich przeciwników politycznych.

Zajmując się genealogią nie mogę żyć stylem slow. Zwolnienie tempa nie wchodzi w grę. Zgodnie z zaleceniem księdza Jana Twardowskiego spieszę się. Spieszę się, bo ludzie wokół mnie szybko odchodzą. Ze starszego pokolenia nie mam już nikogo, od kogo mógłbym dowiedzieć się jak i w jakim tempie żyli moi przodkowie. Na dodatek niektóre internetowe strony, z których czerpałem o nich wiedzę, bezpowrotnie znikają. I jak tu stawiać nacisk na „żyj tu i teraz”. Poza tym – Nie potrzeba mnie namawiać do zmiany trybu życia. Swój tryb życia zmieniam od dzieciństwa. Będąc dzieckiem nie mogłem doczekać się, kiedy będę dorosły. Będąc uczniem z utęsknieniem czekałem na koniec szkolnej męki. W pracy marzyłem o emeryturze. Teraz o to bym miał mnóstwo wolnego czasu, dbają inni. Ot choćby tym, że wyznaczają mi wizyty; do lekarzy, do sanatorium, na zabiegi i rehabilitację na odległe nieraz dwu, trzyletnie terminy. Dbają przy tym o to, bym żył „spokojnie”, „harmonijnie”, „bezstresowo”. Czekając na swoje świadczenia z NFZ, zauważam, że ja i mój świat sam się zmienił. Dawniej, gdy na ulicy widziałem przechadzającą się samotną kobietę, swoją ciekawość zaspakajałem pytaniem – Spacerujesz czy pracujesz? Dzisiaj nawet biegnącą w moim kierunku kobietę nie zaczepiam. Wiem, że ćwiczy jogging, albo spięło ją, lub chce jej się sikać i biegnie do ubikacji.

Jerzy Wnukbauma

Towar macany należy do macanta.

Pochwalę się moją nową znajomością. Rok temu na przystanku autobusowym spotkałem ładną kobietę. Przez przypadek dowiedziałem się, że niedawno skończyła okrągłe sześćdziesiąt lat i przeszła na emeryturę. Z tej okazji zafundowała sobie odmładzającą operację plastyczną. Po zdjęciu wszystkich opatrunków postanowiła sprawdzić efekt swojego przeobrażenia i przy byle okazji wypytywała przypadkowe osoby, ile według nich liczy sobie ona lat. Była wniebowzięta, gdy za każdym razem odejmowano jej dziesięć, dwadzieścia lat. Cieszyła się, gdy w sklepie spożywczym ekspedientka przy kasie określiła jej wiek na trzydzieści kilka lat. Na ulicy przypadkowy młody mężczyzna dawał jej nawet dwadzieścia pięć lat. Rozradowana powiedziała mu, że niedawno rozpoczęła szóstą dekadę. Wykupując leki w aptece przeprosiła panią magister o zbytnią śmiałość i poprosiła ją o szczerą ocenę jej wieku. Nie posiadała się ze szczęścia, gdy pani magister powiedziała – „Czterdzieści, góra czterdzieści dwa lata”. Usatysfakcjonowana orzekła farmaceutce, że miesiąc temu właśnie skończyła sześćdziesiątkę.

Po wyjściu z apteki przez pewien czas przyglądała się jeszcze sobie w szybach sklepowych witryn. W końcu poszła na przystanek komunikacji miejskiej, na którym stałem też ja. Wokół cisza i spokój. Żadnej żywej duszy. Nie musiałem zbyt długo czekać i mnie też zadała pytanie – Przepraszam! Ile według pana liczę sobie lat? Początkowo zatkało mnie, lecz niegrzecznie jest nie odpowiedzieć kobiecie. Skoro tak grzecznie prosi, zebrałem się na śmiałość i powiedziałem – Mam już swoje lata i trochę kiepski wzrok. Po czym dodałem szybko – Ale ręce mam sprawne i dotykiem jestem w stanie nieomylnie określić, ile Pani ma lat. Obruszyła się, lecz jak wcześniej wspomniałem wokół cisza i spokój, autobus nie nadjeżdżał. Tylko przez chwilę walczyła ze swoją ciekawością. W końcu przegrała. Wyraziła zgodę na zaproponowaną przeze mnie metodę oceny jej wieku. Wymacałem nawet jej piersi i pośladki. Na więcej nie pozwoliła. Jakież było jej zdziwienie, gdy po kilkuminutowym badaniu dokładnie oceniłem jej wiek na sześćdziesiąt lat, jeden miesiąc i dwa dni. Zawstydzona spytała tylko – Jakim cudem pan zgadł? Nie trzymałem jej długo w niepewności i przyznałem się – Stałem za Panią w aptece! Z grzeczności nie dodałem, że moja dokładność oceny wieku, wynikła z podanego przez nią przy okienku numeru pesel! Wiadomo – RODO!

Tak rozpoczęła się nasza znajomość. Później jeszcze kilkukrotnie wpadaliśmy na siebie. Zostaliśmy nawet koleżeństwem. Zaprosiłem ją na kawę. To wtedy zaraziła mnie… Ups! Wróć! Złapałem od niej tylko genealogicznego bakcyla. Pokazała mi, jak szukać swoich przodków i jak zrobić swoje drzewo genealogiczne. Nauczyła mnie korzystania z tematycznych, internetowych stron. Na kolejnym naszym spotkaniu zostałem przez nią obdarowany fajką wodną. Zakupiła ją na wycieczce do Indii. Podziękowałem i zaproponowałem jej wspólne wypalenie „fajki pokoju”. Stanowczo odmówiła. Nie to nie! W domu zapaliłem sziszę sam. Po dwóch, trzech dymach zauważyłem na jej szklanym naczyniu niewyraźną plamkę. Potarłem szkło i z dymem fajki wodnej wydostał się z niej jakiś dżin. Początkowo przestraszyłem się i zrobiłem głupią minę do złej gry. Upewniłem się nieśmiało – Spełnisz moje trzy życzenia? Roześmiał się tylko i powiedział – Takie cuda to tylko złota rybka! Ja spełnię tylko jedno twoje życzenie. Pokazałem mu zrobione przez siebie drzewo genealogiczne. Patrz – mówię do niego – Gdzie nie spojrzysz same chłopy. Jak nie komornik to czynszownik. Sami uczciwi i pracowici. Okupnicy, wyrobnicy, parobki, kopacze, połkmiecie, kmiecie… Weź coś z tym zrób! Dodaj trochę szlachetnej krwi i kilku znacznych przodków! W odpowiedzi usłyszałem – Nie ma takiej opcji. Ja mogę robić to co jest realistyczne! Możliwe do wykonania! No dobra! – odpuściłem – To zrób coś dla Polski! Spraw, by pieniądze z SEFE-0 Nawrockiego i Glapińskiego wpłynęły na potrzeby naszej armii. W odpowiedzi usłyszałem – O kur..! Pokaż mi jeszcze raz to drzewo genealogiczne!

Rano obudziłem się i stwierdziłem, że moje drzewo genealogiczne rozrosło się przez jedną noc. Ucieszyłem się, bo moim najstarszym przodkiem był dostojnik rzymski Okowitan żyjący w I wieku przed naszą erą. Zagłębiając się bardziej w swoje korzenie, stopniowo rzedła mi mina.  Choć dalsi zstępni rzymianina płodzili samych szlachetnie urodzonych, ich imiona i przezwiska powodowały u mnie złość. Ot choćby na dworze naszego pierwszego króla podczaszym był Piworzłop. W XVI wieku z mego rodu kasztelanem królewskim był mój praprapradziad Samogończyk. Jego prawnuk Winosław był pułkownikiem królewskim.  Ordynatem na Kresach był Wódogrzmot. Poległ w Barze. Ostatnim z urodzonych był Esperaliusz żyjący w okresie międzywojennym. Mieli także herb i swój okrzyk bojowy – „Jak pijali przodki Jurka? Musztardówką pod ogórka!” a na mazowieckim Urzeczu – „Za co piją Urzyczoki? Za pszenicę i buroki!” Boże! Jakie ja zioło jarałem? Gdybym dorwał tego dżina tobym mu nogi powyrywał. Szkoda, że w snusach Nawrockiego nie ma dżina. Powiedziałby mu, że jego SAFE-0 jest nierealny i niemożliwy do wykonania i niech się lepiej zajmie genealogią. Mam nadzieję, że pierwszego kwietnia wyjdzie i powie – Prima aprilis!

Jerzy Wnukbauma

Historia lubi się powtarzać.

Chyba starzeję się, bo co raz częściej wracam do przeszłości. Pocieszające jest to, że w retro podróże wybiera się większość genealogów. Jednak za sprawą trzeciej władzy, moje podróże do przeszłości nie dotyczą już poszukiwania przodków. Ja coraz częściej obserwuję, że otaczająca mnie rzeczywistość, już kiedyś, gdzieś była i powraca do mnie w nieco zmienionej, karykaturalnej postaci. Takie nie do końca moje deja vu, a raczej deja vecu – tj. już kiedyś przeżyte przez naszych przodków wydarzenia. Aż dziw, że coraz mądrzejsze i wykształcone pokolenia ich zstępnych, nie wyciągają żadnych wniosków i brną w to coraz głębiej.  A mówi się, że „Mądry Polak po szkodzie”. Guzik prawda. I po szkodzie głupi!

Przykłady. Jak najbardziej. Chcecie to macie. Próbki tylko tych wydarzeń z ostatnich dni. Na początek popisowy „występ” PiS-owskiego kosyniera z symboliczną kosą na sztorc. Co to miało być?  Pokaz siły? Powtórka z rozrywki? Bąknięty Kościuszko? Różnica jest w tym, że Tadeusz Kościuszko jednoczył naród. Nie nawoływał do dekapitacji? Do rzezi? Mam nadzieję, że historia kiedyś rozliczy tego krzykliwego krzewiciela krużganków oświaty trzymającego w rękach krzyż i nawołującego do rzezi przeciwników jego darczyńców. Katolik? Wątpię!

Kolejnym przykładem deja vu naszej historii, są zawirowania wokół unijnej pożyczki na zbrojenia SAFE. Przypomina mi to międzywojenny okres w historii Polski. Podział Polaków na zwolenników i przeciwników ścierających się politycznych obozów. Budowanie kultu jednostki Marszalka. Zaciąganie pożyczek na zbrojenie i organizowanie publicznych zbiórek na zakup uzbrojenia. Podpisywanie palcem na wodzie umów sojuszniczych z Francją i Anglią. Tu zrobię przerwę, bo wszyscy znają, jak skończyło się to dla naszego kraju i wszystkich Polaków.

Powojenny okres (w moim pojęciu) na pozór był spokojny. Pewnie dlatego, że po rozprawieniu się z „wrogami ludu” „zwycięska komuna” nie miała już z kim walczyć. Nawet na stadiony piłkarskie można było chodzić ze swoimi dziećmi. W większości przypadków, uliczne i stadionowe spory, kończyły się zazwyczaj pyskówkami – „Ty ch… na kaczych nogach!” Odzewem było „A ty to nawet ch…. nie jesteś!” Przeważnie po takich sprzeczkach strony rozchodziły się w swoje strony, bo kto by chciał drążyć i spierać się kto jest większym członkiem. Tylko nieliczni i bardziej butni udowadniali swoją wyższość – „Co! Ja ch…. nie jestem?”. Tak było. Dzisiaj strach się bać! Nawet stadionowi kibole wychodzą na ulicę. W swojej zaciekłości biją by zabić. Przykładem niech będzie zamordowanie w Kielcach we wrześniu 2007 roku jednego i usiłowanie zabójstwa drugiego kibica Korony Kielce. Dziś kibole mogą czuć się bezkarnie, bo mają swojego człowieka w Pałacu i rozgrzeszenie z Jasnej Góry.

Ale wróćmy do mojego deja vu. Wydarzeniem, które już kiedyś było i które, i ja przeżyłem i zapamiętałem, była emisja Narodowej Pożyczki Rozwoju Sił Polski. W założeniach wykupowanie, przez pokolenie moich rodziców i dziadków, państwowych obligacji miało być dobrowolne. Wyszło jak zwykle. Państwo zmuszało obywateli do wykupu nisko oprocentowanych obligacji. Zmuszało dla dobra ludowej ojczyzny, do wpłat części uzyskanych dochodów na zablokowane konta z bardzo niskim oprocentowaniem. Przysłowiowym gwoździem do trumny w tamtym okresie była reforma walutowa. W ciągu zaledwie kilku lat Polacy dwukrotnie stracili najmniej dwie trzecie swoich oszczędności. Niektórych złupiono całkowicie. A co? Kto bogatemu zabroni? To bogate, komunistyczne państwo po wojnie nie skorzystało z Europejskiego Planu Odbudowy (znanego jako Plan Marshalla), oraz na „prośbę” Stalina, by nie drażnić niemieckich towarzyszy, zrezygnowało z reparacji wojennych. Z tamtego okresu zapamiętałem sprawdzanie numerów obligacji, wykupionych przez moich rodziców w powojennej Polsce. Losowania numerów odbywały się (do 1972roku), dwa razy w roku. Losowano numery premiowane (4%), oraz numery niepremiowane (0%) z możliwością wykupu bez oprocentowania po nominale. Nie przypominam sobie by po którymś losowaniu była jakaś euforia moich rodziców. Pewnie dlatego, że wszyscy robili to „by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnie”. Wszyscy! Nawet rodzice krzykaczy upominających się dziś o reparacje i rozliczenie byłych komunistów. Oby propozycja polskiego SAFE 0% Glapińskiego i Nawrockiego nie była oparta na podobnych złodziejskich zasadach jak powojenna Narodowa Pożyczka Rozwoju. Dostrzegam, że zawirowania wokół SAFE niektórzy traktują podobnie jak w 1946 roku Pawlak. On przed referendum namalował na stodole 3xNIE, tylko dlatego, że zobaczył u Kargula napis 3xTAK! Prezydenckie weto i krytyka prawej części Sejmu ma podobne zasady. Nie, bo nie! Bo to Tuska. Oby w ten sposób nie doprowadzili do powtórki z historii, gdy w nocy z 17 na 18 września 1939 roku do Rumuni uciekł Prezydent, Naczelny Wódz i Premier. Jednak z drugiej strony…? Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby władze Węgier czy Rumuni internowały prezesa i głowę państwa.

Pisząc o historii Polski, nie sposób nie wspomnieć o nierozłącznym od 966 roku jej elemencie – o chrześcijaństwie. Nie będę go szerzej opisywał. Skoncentruję się wyłącznie na sobie. A moja wiara jest podobna do wiary pana młodego z Kany Galilejskiej, który wstając skacowany rano po opisanym w ewangelii weselu, poprosił budzących się weselników o kubek wody. Nie widząc chętnych spełnienia jego prośby, wstał Jezus i zadeklarował przyniesienie mu szklanki wody. Na co pan młody krzyknął – O Jezu! Tylko nie ty!  Nie wiem jak wtedy u pana młodego, ale u mnie kac jeszcze długo pozostaje po zabawach osób duchownych. Nie pomaga nawet codzienny pacierz – Wierzę w Boga Ojca… i w Jezusa Chrystusa syna jego…

Jerzy Wnukbauma.