Z ziemi polskiej do Polski.

Powyższy tytuł nie jest przejęzyczeniem słów naszego hymnu i broń Boże nie jest naśmiewaniem się ze znajomości tekstu tej pieśni przez prezesa PiS. Coś w tym musi być, bo teraz, gdy tylko zaintonuje pierwsze słowa hymnu, wyciszają mu mikrofon. Ja na powyższy tytuł wpadłem w trakcie indeksacji aktów z parafii Bodzentyn. Skojarzył mi się w trakcie ślęczenia i spisywania Księgi Urodzonych w 1918 roku. Natrafiłem w niej na powroty naszych górali niskopiennych z Niemiec, do swojej rodzinnej parafii. Były to akty dzieci urodzonych i ochrzczonych w Niemczech, a także dzieci urodzonych w Niemczech, lecz po kilku latach ochrzczonych w bodzentyńskim kościele. Już po powrocie ich rodziców do kraju.

A nie były to jednostkowe powroty. Powtarzały się jeszcze w kolejnych rocznikach ksiąg urodzonych. Temat zaintrygował mnie do tego stopnia, że z ciekawości zacząłem zbierać informacje o emigracji Polaków do Niemiec w latach 1913 do 1918 roku, oraz ich reemigracji po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Tylko w wymienionej parafii Bodzentyn w księdze urodzonych w 1918 roku odnotowane jest pięć aktów urodzenia dzieci urodzonych w Niemczech, w 1919 roku aż jedenaście takich aktów, a w 1920 roku siedem. Czy było ich więcej? W późniejszych latach oraz tych nieodnotowanych? Chociażby kawalerów i panien? Prawdopodobnie tak! Być może do listy powracających do kraju trzeba też dodać małżeństwa, które nie zdecydowały się na potomstwo na obczyźnie? Przypuszczam też, że do listy emigrantów należałoby dodać osoby pozostające w Niemczech, oraz Polaków emigrujących z Niemiec po I Wojnie Światowej do Francji, Belgii lub USA.

Nie będę rozpisywał się o przyczynach emigracji do Niemiec. Każdy opuszczający rodzinne strony miał swoje pobudki. Decydującym czynnikiem zapewnie były dobrowolne (choć zdarzały się przymusowe) wyjazdy spowodowane przyczynami ekonomicznymi. Krótko mówiąc – ucieczka od biedy, chęć znalezienia pracy i polepszenia warunków swojego bytu. Szacuje się, że liczba polskich pracowników rolnych w Niemczech w 1913 roku wynosiła prawie 305 tysięcy, co dawało 76,6% pośród wszystkich cudzoziemskich pracowników rolnych pracujących w Niemczech. Po I wojnie procentowy udział naszych migrantów przekraczał już 90% spośród wszystkich przyjeżdżających do Niemiec na „saksy” obcokrajowców.

Pozostawię przyczyny i statystyki w spokoju i zajmę się mechanizmem tamtych emigracji. Nie podejrzewam, (chociaż nie wykluczam), że były to spontaniczne decyzje – zgromadzę środki i jadę. W tamtym czasie nie było przecież telefonów, internetu, we wsiach nie było prądu, radia telewizji… Skąd prości, wiejscy ludzie wiedzieli, że można wyjechać za granicę? Skąd wiedzieli gdzie się udać by wyjechać? W końcu. Skąd wiedzieli gdzie na miejscu czeka na nich praca? Zadziałała  jakaś poczta pantoflowa? Knajpa, kościół i łun powiedział łunemu? Nie wykluczam. Przypominam jednak, że mowa jest o okresie tuż przed wybuchem pierwszej wojny i kilku latach jej trwania. O okresie w którym łatwo można było być posądzonym o szpiegostwo lub działanie na rzecz obcego mocarstwa. I jeszcze jedno – w latach 1913 – 1918 Bodzentyn był w zaborze rosyjskim. Potrzebne były jakieś dokumenty do opuszczenia zaboru rosyjskiego. Przekroczenie zielonej granicy z pewnością było marginalnym sposobem na emigrację do Niemiec. Podejrzewam, że na te pytania większość genealogów nie szuka odpowiedzi? Podobnie jak ja odfajkują w swoim drzewie genealogicznym fakt czyjejś emigracji i nie zaprzątają sobie głowy czasochłonnymi i kosztownymi poszukiwaniami przyczyn i mechanizmów ich emigracji .

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wielu Polaków stanęło przed trudnym wyborem – które państwo wybrać?  Nasi świętokrzyscy górale mieli znacznie mniejszy orzech do zgryzienia niż Polacy zamieszkujący zabór niemiecki i austriacki. To głównie Ślązacy, Wielkopolanie, Mazurzy, Kaszubi musieli zadecydować, które państwo mają wybrać. Mieli na to rok do namysłu. Opuszczając ojcowizny i wyjeżdżając do Rajchu, stawali się Niemcami, zostając w swoich gospodarstwach byli Polakami. Do powrotu naszych krajan do Polski wpłynęło kilka czynników. Po pierwsze o ich powrót skutecznie zabiegała polska dyplomacja. Po drugie – po I Wojnie Światowej  Polska i Niemcy popadły w poważny konflikt terytorialny. Wybuchy powstań śląskich i powstania wielkopolskiego, plebiscyty na Śląsku, Warmii i Mazurach przyczyniły się do antypolskich nastrojów i sprawiały, że niechęć do Polski i Polaków rosła wśród Niemców.

W moim genealogicznym drzewie też mam kilku emigrantów. Nie licząc powrotu potomków moich niemieckich krewnych po kądzieli do Niemiec, (skorzystali z prawa opcji), w zdecydowanej większości pozostali moi kuzyni i krewni udawali się za ocean do USA. Przyczyny ich wyjazdów były różne. Przykładowo, do siostry mojego dziadka Władysława, przysyłał listy jej kuzyn, który wcześniej wyemigrował do USA i który gorąco ją namawiał na podróż do Stanów.  Wypłynęła z Bremy i przepłynęła Ocean w celu zamążpójścia. Tak przynajmniej zgłosiła urzędnikom migracyjnym na Ellis Island. Po roku ściągnęła do USA swoją siostrę. Obie pozostały w Stanach i tam zmarły. Nieco inaczej potoczyły się losy brata mojej matecznej babki – Edmunda. Z rodzinnych przekazów wiem, że w 1913 roku do fryszerki w Porębie w której pracował, zawitał jakiś mężczyzna szukający chętnych do pracy w hucie w Pittsburghu. Edmund wraz z innymi Polakami wypłynął z Rotterdamu do New Yorku. Wraz z grupą współtowarzyszy udali się do kresu podróży – do Pittsburgha. Dla niego Pittsburgh był też kresem życia. Tam mieszkał i pracował w miejscowej hucie. Zmarł na obczyźnie w wieku 79 lat.

Zdarzały się jednak nieliczne powroty z USA do kraju. Jeden z takich powrotów opisany jest w „Niespodziance” Roztworowskiego. Dzisiaj powroty z USA są coraz częstsze. Dziś nie kalkuluje się tam żyć nawet naszym góralom. Ale! Żeby nie było, że wśród świętokrzyskich przodków było tylko parcie na zachód. Poniżej zamieszczam przykład reemigracji ze wschodu. W akcie warto zwrócić uwagę na rodziców chrzestnych dziecka i ……….. Konia z rzędem temu, kto powie ile lat liczyli sobie rodzice dziecka w chwili jego urodzenia? Że też ksiądz nie zawołał – Mazurkiewicz! Bój się Boga! Być może dlatego, że ta kwestia zarezerwowana jest dla „Żołnierza królowej Madagaskaru” a Madagaskar to już inny nasz emigrant.

Jerzy Wnukbauma

Jak zostałem weteranem?

Szanowne Koleżanki i Koledzy Świętokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen”.

Pragnę pochwalić się miłą dla mnie niespodzianką. Zostałem mianowany przez Al majorem Wojska Polskiego. Nie dyskutuję z technologią komputerową. Widocznie tak ma być. Zresztą! Przyda mi się oficerski dodatek do mojej skromnej emerytury. Mam nadzieję, że Kornelia pogodzi się z faktem i w naszym Towarzystwie znajdzie się miejsce dla drugiego majora.

Jednocześnie pragnę przeprosić wszystkich członków i sympatyków ŚTG za powoływanie się sztucznej inteligencji na Świętokrzyskie Towarzystwo Genealogiczne „Świętogen”, jakoby ono (Towarzystwo) podało te informacje. Nie mam pojęcia do kogo się zwrócić o sprostowanie tej wzmianki, dlatego napisałem do radia Erewań z zapytaniem – Czy to prawda, że zostałem majorem, walczyłem w Powstaniu Warszawskim i uciekłem z kraju? Radio Erewań odpowiedziało – Tak to prawda, ale nie Jerzy tylko Tadeusz. Nie Użyczak tylko Burdziński, nie major WP a szeregowy LWP, nie cichociemny a krzykliwy blondyn. Nie był w Powstaniu Warszawskim, a był w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie uciekł z Polski, a wrócił z muzeum do domu. Nie zmarł w Glasgow, a dożywa żywota w Kielcach.

Jak widzicie nie do końca prawdziwe jest powiedzenie – „Jak się czyta, to się wie!” Ja bym to powiedzenie, w dobie sztucznej inteligencji poszerzył. Postawiłbym przecinek i dodałbym do tej życiowej mądrości – a jak się pisze, to o tobie wiedzą! Dlatego następny artykuł będzie o pochodzeniu szlacheckim. Będę szlachcicem.

Jerzy Wnukbauma

Tu jest Polska.

Dzięki Bogu przebrzmiały już hasła wyborcze, oraz wykrzyczane zostały hasła marszu niepodległości. Szybkimi krokami zbliżają się Święta i Nowy Rok. Końcówkę starego roku poświęcam zazwyczaj na przemyślenie i podsumowanie mijającego roku. W tym roku zrobię jednak wyjątek. Ponieważ w tym roku miałem genealogiczny zastój, zastanowię się nad tym co mnie czeka. Być może wpadnę na pomysł moich noworocznych postanowień i pomyślę, czego życzyć w nadchodzącym nowym roku sobie, oraz wszystkim rodakom.

Moje korzenie po mieczu, zarówno ze strony dziadka i babki, pochodzą z Warszawy, a wcześniej z Mazowsza. Mazowsze było i jest jak najbardziej polskie. Czy moi przodkowie byli rdzennymi mieszkańcami Mazowsza? Nie mam najmniejszego pojęcia. Najstarsze wzmianki o nich posiadają adnotacje o zniszczonych podczas działań wojennych (napoleońskich), wszystkich wcześniejszych księgach parafialnych. W mazowieckich parafiach zachowały się też akty świadczące o wymieszaniu mojego rodowego komponentu genetycznego z innymi przyjezdnymi nacjami. Z potomkami Duńczyków z Kopenhagi, z potomkami przybyszów z Niderlandów i z Kresów. Ślady po moich przodkach po kądzieli zachowały się natomiast doskonale. Jednak szukać ich trzeba daleko stąd. Po za granicami Polski. Te tutejsze, polskie od 1783 do 1944 roku zostały wywiezione pod koniec II wojny do Niemiec. Skąd są moi przodkowie? W 1783 roku do podmieleckiego Czermina na pojezuickie dobra kościelne przybyli wraz z innymi osadnikami z Nadrenii. Czy wiedzieli, że tu jest Polska? Z całą pewnością tak. Żyli tu i pracowali na swoim, przez lata spłacanym, skrawku pola. Wkrótce Polska przestała istnieć. Przypomniała im o sobie dopiero w 1918 roku. Moich niemieckich przodków nie było już wtedy w Hohenbach. Potomkowie moich pierwszych osadników rozjechali się po świecie. Pozostała ich tylko jedna zasymilowana gałąź do której i ja należę. Założył ją mój pradziadek Johan Henrich – dla rodziny Jan Henryk – poślubiając rodowitą Polkę. Mój drugi pradziadek ze strony matki był synem Polaka i Austriaczki. Biorąc pod uwagę, że „po pierwsze Polska„, oraz że „tu jest Polska” nie wiem, czy jestem dostatecznie Polakiem.

Wymieniony i powtarzany przeze mnie zwrot, że tu jest Polska (nie Bruksela) coraz częściej słyszę od mojego wnuka sprzyjającego konfederatom. Jak wielu jego rówieśników i on podatny jest na populistyczne przemowy mówców tego ugrupowania. Korwinowskie i mentzenowskie pytania typu – „Po co potrzebny jest zły urzędnik, zły sędzia, zły prokurator…” choć bardzo celne, są tylko nic niewnoszącym bełkotem oddziaływającym na społeczeństwo. Słysząc takie zdania zadaję sobie innego typu pytania. Po co mianować złych urzędników, sędziów, prokuratorów. Po co faceta który nie powinien sprawować żadnej funkcji w Policji robić jej Głównym Komendantem? Po to tylko, by postrzelał sobie z panzerfausta? Po co powoływać i pod osłoną nocy mianować sędzią trybunału konstytucyjnego krzykliwą, chamską babę, która wymiar sprawiedliwości powinna poznać najpierw z ławy oskarżonych przed sądem dyscyplinarnym? Po co wybierać posłów i senatorów, za których trzeba się wstydzić, odbierać im immunitety i później ich ścigać? Po co? Po co? Po co?

Podobne hasło słyszę też z ust „obywatelskiego” prezydenta – „Po pierwsze Polska…”. Tą wymyśloną dla jego potrzeb złotą myślą „nasza głowa państwa” posługuje się od początku swojej kampanii. Nie przestaje z tym sloganem nawet na chwilę, krzycząc go coraz głośniej i dosadniej. Owszem banał ów jest krótką, wyrazistą i łatwą do zapamiętania formułką, ale moim zdaniem jest to nic nie znaczące pustosłowie. Tym bardziej, że głoszący to hasło swoim czynem i postawą nie przyczynia się do tego, lecz wskazuje jaka ta Polska ma być. Skonfederowana i zblatowana z PiSem. A reszta Polaków? Dziękuję za taką wizję. Hasło „TU JEST POLSKA!” budzi we mnie i części Polaków, złe skojarzenia. Słysząc go, widzę dawny mój kraj – szary i byle jaki. Przypominają mi się stare ludowe powiedzenia o „mądrym Polaku po szkodzie” i cytaty znanych ludzi o Polakach. Choćby te – „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Dodając do tego stereotypy; „Gdzie dwóch Polaków, tam są trzy zdania”, czy „Jedź do Polski, twoje auto już tam jest” mam pełen obraz mojego kraju. Nie uspakaja mnie nawet fragment z Gałczyńskiego – „Ja jestem Polak…”. Biorę go zbyt dosadnie i wybiórczo cytuję tylko „…a Polak jest wariat…” I boję się wariatów.

Że tu jest Polska doskonale wiedział Jacek Kurski twierdząc, że można nawijać makaron na uszy i „ciemny lud to kupi”. Jego wierni uczniowie przez osiem lat za publiczne pieniądze z publicznych mediów zrobili szczujnię i oszukiwali naród. Że tu jest Polska i nic mu z tego tytułu nie grozi, wiedziała PKW ogłaszając naprędce zwycięstwo jednego z kandydatów, nie doszukując się nieprawidłowości w licznych podlegających jej komisjach wyborczych i nie analizując przyczyn ich powstania. Że tu jest Polska i bez żadnych konsekwencji można poharcować w budżecie państwa, wiedział każdy pomazaniec prezesa. Z byłym szefem rządu na czele i jego ministrem sprawiedliwości. Że w moim kraju na wiele może sobie pozwolić, wie każdy Niemiec, Rosjanin i Żyd. Jedni opluwając nasz kraj. Drudzy nazywając i pozwalając innym pisać i mówić o polskich obozach śmierci. Zamieszczenie przez Yad Vashem niezgodnej z historyczną prawdą informacji, że Polska po raz pierwszy napiętnowała Żydów nakazem noszenia gwiazdy Dawida, dolało tylko przysłowiowej oliwy do ognia. W tym temacie mam też osobistą uwagę. MyHeritage jak do tej pory nie przeprosiło mnie za bezpodstawne i bezprawne oznaczenie gwiazdą Dawida mojej ojczystej babki i jej córki. Tylko dlatego, że były na listach obozowych w Dachau? Takie rzeczy to tylko u nas.

Że tu jest Polska wie doskonale ogół biskupów katolickich w Polsce, wtrącając się do polityki i co najgorsze tuszując przestępstwa seksualne swoich podwładnych księży. Wie o tym także były prokurator usprawiedliwiający przestępstwo księdza z Tylawy molestującego dziewczynki, tłumacząc księdza, że całowanie dziewcząt było tylko ciumkaniem, a obmacywanie paluchami ich miejsc intymnych miało być związane ze zdolnościami bioenergoterapeutycznymi. O badaniu przez księdza różdżką, ani słowa.  O powolnym mieleniu episkopatowych młynów sprawiedliwości wiedzą też księża zabawiający się z mężczyznami. Nic im w tym kraju nie groził. Podobnie też zabawy księży w męża i żonę. Igraszki damsko-męskie są zdaniem większości biskupów, sprawą księdza i tej pani. Zgoda, ale szkoda, że tak stanowczo nie wypowiadają się na temat ślubów czystości swych podwładnych nieradzących sobie ze swoją seksualnością. Było nie było, ślubów czystości składanych przed nimi. Widocznie dla biskupów ważniejszy jest drugi ślub – ślub posłuszeństwa. Nie słyszałem też z ust żadnego biskupa, choć najmniejszej reprymendy dla duchownych za wypompowywanie setek milionów złotych z budżetu państwa. Wręcz przeciwnie ich ekscelencje przymykają oczy na dile „przedsiębiorczych braci i księży. Mówienie i pisanie o ich przekrętach traktują jak nagonkę na księdza i atak na cały kościół. A wystarczyłoby wcześniej zabrać głos, przypomnieć swoim podwładnym, że Jezus będąc dzieckiem wygonił handlarzy ze świątyni swego ojca. Po śmierci ten sam Pan ukazał się uczniom i wydał im ostatnie polecenie; „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody…” dalej mówił „Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem”. Ani słowa o pouczaniu, nakazywaniu, zaglądaniu komuś pod pierzynę i zakłamywaniu prawdy w imię swoich wyższych celów. Chciałbym w każdym kościele widzieć konsekrowane, czyste ręce wszystkich duszpasterzy i słuchać wyłącznie Słowa Bożego. Bez polityki. I tylko tyle. Czy wymagam zbyt wiele?

Dosyć już wylewania żółci. Czuję się czasem tym wszystkim wykorzystany. Ale a’propos ulewania i wykorzystywania. Mógłbym gorzej trafić. Na przykład na Syberię. Tam  ponoć pewna niedźwiedzica wykorzystuje biedne szaraczki na podpaski. Powiedział to pewien przestraszony i zakrwawiony zajączek, który na widok nadlatującej wrony uciekł gdzie pieprz rośnie. Zwiewał, bo podpowiedział niedźwiedzicy, że lepsze będą te ze skrzydełkami.

Jak w takim razie ja widzę moją Polskę? To proste jak drut. NOR-MAL-NĄ! Nie rozkrzyczaną i taką w której jest miejsce dla każdego! Dla nieludzi a ideologii. Dla bez wyjątku wszystkich puci. Dla rudego i tego na kaczych nogach. Dla policjantów i oszustów. Dla rolników i robotników. Dla lewicy, prawicy, konfederacji, komunistów i złodziei. Oczywiście każdy powinien mieć w niej swoje miejsce. Jedni w swoich mieszkaniach, inni według zasług – w swoich celach. Dużo by o tym mówić i pisać, dlatego posłużę się końcowym fragmentem wiersza Szymona Kusarka pt „Mój patriotyzm”. Jest w sam punkt i moim zdaniem zasługuje on na miano wzorcowego aforyzmu.

Nie ten dzisiaj patriotą
Który głośno Polska krzyczy
Ale ten kto wszystkim w Polsce
Bez wyjątku dobrze życzy.

Jerzy Wnukbauma

 

Moc pochwały.

Czasem zastanawiam się, jak daleko można posunąć się w wychwalaniu swoich przodków? Jak mówić i pisać o swoich pradziadach, by nie stać się zwykłym klepaczem i co najgorsze – nie wkurzyć swoich potomków, którzy zechcą kiedyś te pochwalne wyrazy czytać i weryfikować? Przyznam się szczerze – Nie wiem. Wydawałoby się, że najlepiej pisać prawdę. Podpierać się wiedzą i znalezionymi dokumentami, a w przypadku konfabulacji, użyć bezpiecznego przypuszczenia – „prawdopodobnie”. Przy tym wszystkim uważać, by nie przegiąć i wpuścić się w kanał. A to nie zawsze wychodzi. Wiem coś o tym.

Już samo poszukiwanie śladów swoich korzeni i tworzenie drzewa genealogicznego, jest upamiętnieniem i swojego rodzaju gloryfikacją przodków. Czy trzeba czegoś więcej? Myślę, że tak. Diabeł tkwi w szczegółach, które mogą umknąć naszym następcą. Naszym dziedzicom, którzy wcześniej nie zajmowali się poszukiwaniem swych korzeni  i którzy nie znają historycznych i społecznych realiów życia swoich przodków. A więc chwalić! Jak? Pozostawiam to czytającym.

Przypominam sobie jak przed laty prowadzący „Sekrety rodzinne”, zwracając się do osoby będącej beneficjentem odcinka, powiedział o jej babci, że zważając na miejsce zamieszkiwania i czas pokrywający się z pobytem w Kaliszu Marii Dąbrowskiej, jej babcia mogła znać osobiście pisarkę. Wiedząc jakie preferencje seksualne miała M. Dąbrowska, czekałem na jakieś sensacje. Ciągu dalszego nie było. Zresztą, użyty był tryb przypuszczający. Poszło w świat i wszyscy oglądający dowiedzieli się o znajomości babki i pisarki. Ja też pójdę już przetartą drogą. Zważywszy na czas i miejsce zamieszkiwania moich krewnych tj.  ojczystego dziadka Bronisława, jego rodzeństwa, oraz znanego polskiego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, dochodzę do analogicznych wniosków jak Tomasz Kammel w „Sekretach rodzinnych”. Mogli się znać. Do postawienia wykrzyknika w ostatnim zdaniu, że mogli się znać, niestety nie mam potwierdzających dokumentów, ani rodzinnych przekazów. Dzisiaj głęboko odczuwam brak rozmów z ojczystą babką, z moim ojcem i jego siostrą. Byli niemą skarbnicą wiedzy. Do Powstania Warszawskiego mieszkali w Warszawie. Wojenna trauma zrobiła swoje. Znając ich wojenne perypetie, nikt ich nie pytał o przejścia. Sami też nie chcieli rozmawiać o przeszłości. Dlatego dzisiaj pozostała mi improwizacja.

Mój ojczysty dziadek z rodziną, mieszkał w Warszawie na Towarowej.  Bardzo blisko bloku w którym mieszkał Konstanty Ildefons Gałczyński. O przysłowiowy rzut beretem. Gałczyński mieszkał na rogu Towarowej i Grzybowskiej w bloku nr 54. Moi pradziadkowie z dziećmi na Towarowej 42, za ul. Łucką. Najstarsza siostra mojego dziadka – Józefa po ślubie Swenson, mieszkała jeszcze bliżej. Na Towarowej 50. Blok w którym mieszkał Gałczyński i blok w którym mieszkała rodzina Swensonów, dzieliła tylko ulica Grzybowska. Na załączonej fotografii widać w głębi blok w którym w latach od 1905 do 1931 mieszkał Gałczyński. Czy mój dziadek znał poetę? Być może. Był starszy od Gałczyńskiego o szesnaście lat, jego siostra Józefa była starsza od poety o dwadzieścia lat. Więc raczej nie ten przedział wiekowy. Sadząc po różnicy wieku niekoniecznie na siebie wpadali. Wnoszę to po sobie. Gdy byłem dzieckiem a później starszym chłopakiem, miałem swoje towarzystwo. Nie przejmowałem się i nie kolegowałem ze smarkaczami. Ale lećmy dalej. Najmłodszy brat mojego dziadka Eugeniusz urodzony w 1905 roku, wiekowo pasuje do Gałczyńskiego. Podobnie najstarszy syn Józefy – Zenon Swenson urodzony w 1906 roku, mógł bawić się i kolegować z małym Konstantym Ildefonsem. Ganiać z nim po bruku Towarowej i Grzybowskiej z fajerkami na wygiętym w hak drucie, bawić sie w chowanego, w berka, łobuzować, wrzeszczeć i dawać popalić swym sąsiadom.  Znajomość ich mogła trwać 26 lat, do wyprowadzenia się poety z ulicy Towarowej.

Tu, w bloku na Towarowej 54 w 1929 roku powstał wiersz K.I. Gałczyńskiego zatytułowany „Ulica Towarowa”.

Tutaj wieczorem faceci grają na mandolinach
i ręką wiatru porusza ufarbowane wstążeczki.
W ogóle tu jest inaczej i gwiazdy są jak porzeczki,
i jest naprawdę wesoło, gdy księżyc wschodzi nad kinem.

Anioły proletariackie, dziewczyny, wychodzą z fabryk,
blondynki smukłe i smaczne, w oczach z ukrytym szafirem;
jedzą pestki i piją wodę sodową niezgrabnie;
pierś pokazując słońcu, piękną jak lirę. 

A kiedy wieczór znowu wyłoni się z mandolin,
a księżyc, co był nad kinem, za elektrownią schowa,
mgłami i alkoholem ulica Towarowa
rośnie i boli.

Nie lubię pisać i mówić o tym, co autor miał na myśli. Rozbiór moich wierszy na czynniki pierwsze traktuję jak profanację utworu. Z racji moich genealogicznych związków z tą ulicą, zrobię jednak wyjątek i powiem o czym według mnie pisał autor. Zacznę polskim zwyczajem od – A więc… Pierwsza zwrotka liryczna. Jak na wielkiego poetę przystało, Gałczyński pokazał  poetycki obraz warszawskiej ulicy. Moim zdaniem jest to kolorowy sen poety. Gdy już wszystko wydawałoby się piękne i pokolorowane, księżyc poetycko wschodzący nad kinem i gwiazdy wyglądające jak porzeczki, przychodzi czas na popołudniowe przebudzenie poety. Poeci tak mają. Wstają późno. Wydaje mi się, że inspiracją do napisania drugiej zwrotki prawdopodobnie był mały wypad autora z domu po gazetę lub papierosy. Na ulicy dostrzega ruch i fascynuje się obrazem proletariackich aniołów. Dopada go wena gdy widzi fajrant w warszawskiej fabryce i opisuje go podobnie jak bracia Lumiere – „Wyjście robotników z fabryki”. Wieczorem czar pryska i następuje szarość życia. Nocny kac. Ulica staje się mroczna i groźna. Świecący księżyc chowa się za elektrownią, by nie widzieć jak ulica rośnie i boli. O tej porze ulica Towarowa rządzi się swoimi prawami.

Jak widać w wierszu pojawia się alkohol  i ostry cień mgły który „rośnie i boli”. Czy w opisie ulicy pojawiają się moi męscy krewni. Mój dziadek, jego bracia i szwagrowie? Mam nadzieję że nie. Czytałem gdzieś, że w bloku w którym mieszkał K.I. Gałczyński, była pijacka melina. Chyba o to chodziło autorowi. Z dwojga złego z moimi krewnymi bardziej identyfikowałbym opis aniołów proletariackich. Poeta w ten sposób mógł opisywać moje ciociobabki. „Smukłe i smaczne blondynki z ukrytym szafirem w oczach i piersiach pięknych jak lira”. To wypisz wymaluj moje krewne – panny i panie Urzyczak, Wichrowskie, Swenson, Suska.

Moim zdaniem nie trzeba, jak to czynią niektórzy „genealodzy”,  na siłę doszukiwać się szlachectwa tam gdzie go nie było. Wyciągać pasujące do swojej układanki wnioski z etymologii nazwisk. Zakłamywać historię i fakty. Tracić czas i pieniądze. Do wychwalania przodków, a co za tym idzie nobilitacji samego siebie, wystarczy połączenie zdarzeń i zasugerowanie ich wysokiego prawdopodobieństwa, lub jak mawiał Anioł z „Alternatywy 4” – podwiesić się pod kogoś znacznego.

Na koniec o mojej innej próbie podniesienia swojego ego. Po rozwodzie moja szwagierka założyła we Włoszech koło Turynu swoją włoską rodzinę. Próbując po swojemu nazwać tą nową gałąź mojego genealogicznego drzewa, wymyślałem jej nowe nazwy. Dopasowywałem nazwy do przedrostka GENE: – GeneRoma – odpadło, to nie to miasto, GeneWłochy nie bardzo mi pasowały. Kojarzyłem je z gene zarostem. GenItalia – chociaż to w całej układance fonetycznie niczego sobie brzmiało, to przed rodziną mógłbym wyjść na wielkiego świntucha. Poprzestałem na gałęzi bez nazwy.

Jerzy Wnukbauma

Nie gryząc się w język.

Niepisaną zasadą ludzi zajmujących się badaniem więzi między bliźnimi swymi – jest niewcinanie się  (w ramach genealogii) w sprawy religii i polityki. Różnie z tym bywa. Drugą naszą (genealogów) niepisaną, świętą zasadą jest – niemówienie źle o przodkach. Z racji mojego stażu i wieloletniej obserwacji, uściśliłbym tą życiową mądrość doprecyzowaniem – „O swoich przodkach”. O innych jak najbardziej można. Pierwszym, lepszym przykładem jest dziadek Tuska.

Owszem można, a nawet trzeba mieć własne zdanie. Naszym (genealogów) bezspornym założeniem nie jest przecież milczenie. Czasem można, a nawet trzeba powiedzieć głośno, to co myśli się o szarganiu pamięci naszych przodków.  Zwłaszcza wtedy, gdy inni łamią powyższe zasady.

Codziennie, jak tylko pogoda i zdrowie na to pozwolą, wychodzę z moim teściem na przydomową ławeczkę. Teść korzysta z „ostatnich” promieni słońca. Ma 96 lat. Ja odrywam się od przyziemnych spraw. Siedzimy sobie i czasem gadamy. Najczęściej jednak milczymy przyglądając się otaczającemu nas światu. Czasem przysiądzie się do nas ktoś z sąsiadów, lub jakiś zmęczony, nieznajomy przechodzień. Z racji bliskiego sąsiedztwa specjalistycznej przychodni zdrowia, w godzinach porannych i południowych na ulicy zawsze jest ruch. Nie tak dawno, w oczekiwaniu na miejski autobus, na ławkę przysiadła się do nas moja sąsiadka. Spytała nas co myślimy o pokazywanej w TV, wystawie w Gdańsku. Dodała, że wśród eksponowanych fotografii  żołnierzy Wermachtu, jest zdjęcie dziadka Tuska. Znając jej poglądy na świat, unikam z nią rozmów o  polityce. Jej światopogląd poznałem na terenie kościoła w niedzielę wyborczą. Wtedy zaraz po wyjściu ze świątyni otwarcie wyznała, że nienawidzi Tuska. Nie podejmowałem tematu i zasugerowałem tylko, żeby wróciła i poszła do spowiedzi wyznając księdzu nienawiść do bliźniego swego. Tym razem jednak coś we mnie pękło. Nie milczałem i nie skierowałem rozmowy na inne tory. Spytałem ją tylko w jakim wojsku służył jej dziadek. Widząc jej zaskoczenie i zdziwienie moją reakcją, nie czekałem na odpowiedź. Dodałem szybko, że mój dziadek był potomkiem Niemca i z racji zamieszkiwania w Galicji w zaborze austriackim, służył w CK armii. Rozbawiła mnie jej reakcja -” Ty to co innego!” Niestety, nadjechał oczekiwany przez nią autobus i nie zdążyła mi powiedzieć na czym polegała moja, lub mojego dziadka wyjątkowość.

Nie zdążyłem z nią podyskutować, napiszę więc kilka słów o „naszych chłopcach'” na podstawie indeksowanych przeze mnie aktów ze świętokrzyskich parafii. Celowo używam słów będących tytułem gdańskiej wystawy – „Nasi chłopcy”, bo ci nasi rodzili się i zamieszkiwali na naszej świętokrzyskiej ziemi. Tu byli wcielani do wojska i służyli w carskiej armii. Tylko nieliczni z nich wracali do swoich wiosek. O większości z nich słuch zaginął. Ich kości bielą się na polach Europy i Azji. Aż po wschodnioazjatycki Port Artur. Niejeden z nich przeklinał dzień w którym został wcielony do wojska. Świadectwem, że służyli w „ruskim wojsku”, są liczne zapisy w aktach urodzeń zachowane w naszych archiwach. Wynika z nich jasno, że „ojciec dziecka służy w wojsku”. Czy muszę mówić w jakim wojsku skoro akty pisane były cyrylicą? Nieliczne akty w księgach zgonów poparte są numerami dokumentów wydanych przez dowódców jednostek lub garnizonów na okoliczność zgonu. Tu przyczyny są różne – zmarł w szpitalu, na polu walki, na wojennej służbie… W księgach małżeństw znajdują się natomiast tylko nieliczne adnotacje świadczące o tym, że zawierający związek małżeński Pan Młody był w carskim wojsku i ma uregulowany stosunek do służby wojskowej. (odpusknyj, lub zapastnyj sałdat). Oprócz tego zachowały się czysto wojskowe dokumenty produkowane przez kancelarie przy sztabach i garnizonach wojsk. – imienne wykazy poborowych, wykazów żołnierzy leczonych w lazaretach i listy osób zabitych i zaginionych. Tyle o naszych chłopcach przed i w czasie I Wojny Światowej. O II Wojnie Światowej i służbie „naszych chłopców” w wojsku niemieckim znacznie krócej. Nie będę ich różnicował pod względem zamieszkania. 370 tys. Polaków zostało siłą wcielonych do Wermachtu. Ponad 225 tys. zginęło na froncie.  Ponad 89 tys. zdezerterowało i walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych. Z kilkusetosobowego poboru do Goralische Wafen SS wcielono tylko kilku ochotników. Reszta zdezerterowała. Tylko 3 tys. dezerterów wybrało drogę Gustlika Jelenia – od Lenino do Berlina. Warto też wspomnieć o cywilnych  osobach mieszkających na terenach III Rzeszy działających w konspiracji lub walczących w AK.

Nasi chłopcy? Moim zdaniem, tytuł gdańskiej wystawy jest trafny. Wskazuje, na region z którego pochodzą tamci „chłopcy”. Sama wystawa pokazuje, że byli Polakami siłą wcielanymi do niemieckiej armii. Pewnie dlatego przeciwnicy tej wystawy (podobnie jak ja kiedyś), różnicują zaborców i okupantów na dobrych i złych. Znacznie przyjemniej, z zapartym tchem czytałem o przygodach dzielnego wojaka Szwejka i gefrajtra Kani niż jakiegoś pruskiego frajtra, feltfebla, lejtnanta z Wermachtu. A w naszym zaborze? Dorobienie się ogromnego majątku na handlu z ruskim wojskiem czyniło w moich oczach  Stanisława Wokulskiego zaradnym handlarzem i biznesmenem. Kolonistów niemieckich z „Placówki” tego samego autora, odbierałem znacznie krytyczniej. Później przygody Janka Kosa, Hansa Klosa i Franka Dolasa też zrobiły swoje. Dziś na dodatek wysłuchuję głupot; o lepszym i gorszym sorcie, o śmieciach, o chamskiej hołocie, o niemieckiej opcji. Przestępuję przy tym z nogi na nogę, bo boję się postawić ją tam gdzie stało ZOMO. I to wszystko pod hasłem -Tu jest Polska! Rozumiem emerytowanego zbawcę narodu. W końcu można mieć gorszy dzień i nie gryźć się w język. Śpiewać hymn „…z ziemi polskiej do Polski…”, mówić że „nikt mu nie wmówi, że białe to białe a czarne to czarne”, zachęcać swoich do głosowania cztery razy tak i tłumaczyć się że człowiek już stary i zmęczony. Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy to słuchają i z zachwytu klaszczą mu brawo.

Ura! Ura! Ura! My kulturnyj narod! My giermańca nie boimsja, my wsiegda idiom w pieriod! Jesteśmy przecież Słowianami. Mamy podobną fantazję i taką samą kulturę picia. Tyle w tym temacie. Sorry za pisanie o naszych przodkach bez ogródek. Z dwojga złego wolę mieć niewyparzoną gębę i nieprzygryziony język, bo muszę dbać o język. W końcu nie znam dnia, ani godziny. Tylko tyle pozostało mi z przyjemności.

Jerzy Wnukbauma

Mój milioner.

Chyba mam w swoim rodzie rekordzistę? Piszę „chyba”, bo nie sprawdzałem i nie porównywałem rekordu mojego przodka z innymi kandydatami ubiegającymi się o tytuł mistrza. W Księdze Rekordów Guinnessa nie ma męskiego odpowiednika w jego konkurencji. Historycznie i potencjalne przodownictwo przypisuje się jednak Czyngis Chanowi. Daleko mu do niego ale – było nie było – czempionem płodności w moim rodzie był mój prapradziadek Józef Franciszek Jan Burdziński urodzony we wsi Dalechowy parafia Imielno, syn Antoniego i Barbary z domu Żelichowska. Jego córka Antonina była matką mojej matecznej babki Heleny. Powie ktoś, odległe czasy. XIX wiek. I będzie miał rację. Od czasu jego narodzin minęło bez mała dwieście lat. Od jego śmierci sto dwadzieścia lat.  Ale ja patrzę na to z mojej perspektywy. Przy sprzyjających warunkach mógłbym widzieć swojego prapradziadka Józefa. Mój sześcioletni prawnuk ma jeszcze żyjącego prapradziadka. Odwiedza go ze swoimi rodzicami. Zagląda do jego pokoju. Witają się. Przybijają sobie piątki. Rozmawiają ze sobą. Czy go będzie pamiętał? To już inna sprawa.

Według rodzinnych przekazów mojej matecznej babki, jej dziadek Józef brał udział w Powstaniu Styczniowym. Pomny kilku nieścisłości w jej i mojej matki relacjach, postanowiłem to sprawdzić. W chwili wybuchu powstania miałby 35 lat. Mógłby więc brać udział, ale – w 1862r zmarła jego pierwsza żona Katarzyna z domu Patyńska. Pozostawiła go z gromadką małych dzieci. Z marszu ożenił się po raz drugi z moją prababką Marianną z domu Grontkowska. Druga żona wydaje mu na świat trzynaścioro dzieci. W tym moją prababkę Antoninę. Pierwsze dziecko (z drugą żoną) rodzi się w grudniu 1863 roku. Następne co rok prorok. Czy miałby czas iść do powstania? Być może. Pradziadek zmarł w 1904 roku, a więc jeszcze pod carskim zaborem. Gdy Polska odzyskała niepodległość, już nie żył i nie mógł udowodnić swego udziału w powstańczym zrywie. Z całą pewnością przekazał jednak swój patriotyzm w genach swoim dzieciom i wnukom. Kilkakrotnie pisałem o moich Burdzińskich w poprzednich artykułach. Według zamieszczonego na MyHeritage drzewa genealogicznego prowadzonego przez moją kuzynkę Paulę Skowron nasz wspólny przodek Józef Franciszek Jan Burdziński miał z dwoma żonami dwadzieścioro siedmioro dzieci. Bez mała o stówkę mniej niż ojciec Wirgiliusz. Pobierane na nie 800+ przysporzyłyby mu dziś niezły, miesięczny dochód wynoszący 21tys 600 zł. Rocznie 259tys 200 zł. Przez osiemnaście lat do uzyskania pełnoletności – To zresztą, obliczcie sobie sami.

Jerzy Wnukbauma

Złote gody.

Są w genealogii naszych rodzin zdarzenia, którymi w ogóle się nie zajmujemy, lub odfajkowujemy je i gnamy dalej. W moim przypadku tak było z okrągłymi, pięćdziesiątymi rocznicami ślubów. Pewnie dlatego, że byłem młodszy i perspektywa mojego pięćdziesiątego jubileuszu powiedzenia sobie TAK przed ołtarzem, była bardzo odległa. Co prawda już na początku moich genealogicznych poszukiwań, natknąłem się w Internecie na wykaz z 1947 roku, osób odznaczonych za długotrwale pożycie małżeńskie. Był to Dziennik Urzędowy z 19 lipca tegoż roku. Znalazłem w nim interesujące mnie nazwiska. Odfajkowałem to zdarzenie i pognałem dalej. Później, w notatkach prasowych kilku lokalnych gazet znajdowałem nazwiska innych moich krewnych, świętujących także pięćdziesięciolecie rocznicy ślubu. Też je tylko odfajkowałem, bo dla mnie wtedy ważniejsze były nazwiska i umiejscowienie ich w wywodzie przodków. Te później znajdowane odznaczenia, były już nadawane po nowych zasadach.  Za długoletnie pożycie nie przyznawano już Krzyży Zasług, lecz od 1960 roku za małżeństwa na medal nadawano Medale „za długoletnie pożycie małżeńskie”. Od 2007 roku pisownia tego odznaczenia została zmieniona na – Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie. Z krótkim wyjątkiem do 1989 roku medal był nadawany obywatelom Polski przez Radę Narodową. Po tym okresie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

W powyższym wykazie osób odznaczonych Złotym Krzyżem Zasługi, wkradł się błąd. Do tego stwierdzenia doszedłem spoglądając na ostatni numer na tej liście. Numer sto pięćdziesiąt jeden był zastanawiający. Na sto procent, ostatni numer powinien być parzysty. Nie podejrzewam i wykluczam nagradzanie przez  Warszawską Wojewódzką Radę Narodową trójkąta małżeńskiego. Szkoda tylko, że potomkowie Michała Miszalskiego (przy którym widnieje nr 59), przynajmniej z tej listy, nie dowiedzą się jak miała na imię ich krewna – żona Michała.

Z myślą udekorowania mojej piersi jubileuszowym medalem, noszę się bez mała od dwóch lat. Wraz z żoną już się kwalifikujemy. W naszym przypadku, przeszkodą udekorowania nas, była osoba przyznająca to odznaczenie. Okresu oczekiwania, nie zmarnowałem(?) Co się odwlecze, to nie uciecze. Zająłem się cudzym jubileuszem. Chwyciłem za pióro i fantazjowałem na temat złotych godów państwa Rydlów. Takie moje „co by było gdyby”. Napisałem „dramat” o małżonkach Lucjanie i Jadwidze Rydel, którzy w Bronowicach świętowali swoje złote gody.

Wyspiański opisał Rydla wesele, mnie do talentu Mistrza brakuje zbyt wiele, dlatego zapisane przeze mnie papierowe świstki, dałem do sprawdzenia do mojej polonistki. I co mi powiedziała Pani od polskiego? Nielzja! – miast – Pisz, pisz kolego! A poprzestała tylko na przeczytaniu poniższego prologu. Całe wesele poszło się… bawić.

Kiedyś naszło moją Starą
„Tyle lat jesteśmy parą,
że najwyższa pora luby,
poodnawiać nasze śluby!
Przed ołtarzem w tą niedzielę
zamówiłam mszę w kościele!”
Na początku mnie zatkało,
jakby tego było mało,
dopełniła czarę złości –
„Zaprosiłam na mszę gości!”

Podziałało to jak cyjanek.
Z głowy miałem cały ranek
a i dalsze dnia godziny
czarno widzę nie z mej winy.
Gdybym dłużej został w domu
pewnie wziąć musiałbym bromu.
W domu nerwy mnie zżarłyby
więc udałem się na ryby.
Opuszczając me mieszkanko
w drzwiach rzuciłem – „Pa Bogdanko!

Będę robił to co lubię!
Zobaczymy się na ślubie!”
Mówiąc krótko między nami –
Pierdyknąłem mocno drzwiami.
Mocząc kija nad dorzeczem
swoje nerwy teraz leczę.
Wstyd mi tylko, że mój teść
do ołtarza będzie wieść
swą córeczkę – Młodą Pannę,
przy niej ja – Jak zwierzę ranne.

W tą niedzielę przed kościołem
grupka gapiów stała kołem,
a pośrodku zbiegowiska,
żona niczym odaliska
która ruszyć ma do tańca,
w towarzystwie mnie skazańca.
Organista zagrał marsza,
równym krokiem para starsza
sunie wolno przed ołtarze
gdzie już krzesła młodej parze
poustawiał nasz kościelny.
Show must go on! I bądź dzielny!

Na mszę chodzę co niedzielę.
Zwykle staję w mym kościele
na uboczu gdzieś pod chórem,
a tu stać musiałem murem
w samym środku, przed ołtarzem
i się własnym potem smażę.
Po kazaniu poruszenie.
Przeszukuję swe kieszenie
bo wikary szedł z zakrystii
zgodnie z duchem eucharystii
zbierać datek na ofiarę.
Więc spytałem moją stare;

Jakieś drobne masz na tacę?
I powoli rezon tracę
bo drobniaków ni złotówki,
za to pięć banknotów po dwie stówki.
Nieopatrznie je wyjąłem
chcąc je ukryć forsę miąłem,
lecz mnie żona uprzedziła
kasę z dłoni wyłudziła.
Dała księdzu na ofiarę.
On ją wtedy za errare
nazwał głośno „Anielicą”
Pożegnałem się z krwawicą.

I zastygłem w takim geście
jakbym szepnąć chciał o reszcie,
lub dziękować przed mównicą,
że nie nazwał „Czarownicą”.
Popsuła mi humor zbyt hojna ofiara
w kościele do końca usiedzieć się starał.
Gdy usłyszałem Marsz Mendelsona
wstałem pierwszy a za mną żona.
Złapałem telefon i ze złości
pospraszałem swoich gości.
Chochoła, Widmo, Hetmana, Upiorę,
Stańczyka, Radczynię i Wernyhorę,
Czepca, Poetę, Żyda, Rachelę…
na rocznicowe Złote Wesele.

Jerzy Wnukbauma

Co było w Wieńcu…

Po kilku miesiącach częstego sprawdzania się w internetowej przeglądarce skierowań na leczenie uzdrowiskowe, wreszcie coś drgnęło. Po dziewięciu miesiącach, w końcu doczekałem się swojego przydziału do sanatorium. Skierowanie do niego, przyszło nieco później – Pocztą Polską.

Gdy dowiedziałem się o terminie i miejscu pobytu w sanatorium, postanowiłem odpocząć od genealogii. W kąt poszły drzewa, wywody, poszukiwania i spotkania. Zawiesiłem też indeksację Bodzentyna. Zająłem się wyłącznie przyszłym leczeniem. Moje częste odwiedzanie internetowej strony NFZ , sprawiło, że uaktywniłem jakieś algorytmy. Coraz częściej i coraz natarczywiej otwierały mi się niechciane wzmianki o sanatoriach i firmach przewozowych świadczących usługi  dowozu z adresu na adres. Pojawiały się także dowcipy o leczeniu sanatoryjnym i o kuracjuszach . Zapamiętałem jeden. Spotyka się dwóch facetów. Jeden do drugiego mówi – Moja żona dostała sanatorium. Teraz robi sobie prawo jazdy. Głupia myśli, że dam jej samochód. Drugi odpowiada – A moja żona też jedzie do sanatorium. Kupiła dwadzieścia prezerwatyw i głupia myśli, że będę do niej codziennie dojeżdżał. Zauważyłem też, że kilka artykułów o „turystyce sanatoryjnej” zwiększającej zachorowalność seniorów na choroby weneryczne, popsuło humor mojej żonie. Przed wyjazdem napisałem kilka wersów o sanatoryjnej rozwiązłości. Żona oceniła je krótko – Jeszcze nie pojechałeś, a już sobie nagrabiłeś!” Wiersz zamieszczam na końcu tego artykułu.

Zawiesiłem swoją działalność? Okazało się, że nie do końca. Pod wpływem zewnętrznych bodźców, zbierane przeze mnie stare informacje, dawały teraz o sobie znać. Tu przykłady. Jadąc do sanatorium po drodze mijałem miejscowość w której dyrektorem szkoły był brat mojej babki. Przejeżdżałem przez Łódź – tu po wojnie zamieszkał i założył rodzinę urodzony w Warszawie spokrewniony ze mną mój imiennik. Dojeżdżałem do celu i znów uaktywniła się pamięć. Przede mną miejscowość w której urodził się sąsiad. Dzielący ze mną pokój kuracjusz przyjechał z Radzymina. Pracował w Kobyłce. Przed laty w Radzyminie i pobliskiej Kobyłce znalazłem groby moich krewnych. Rozpoczynam rozmowę z przygodną kuracjuszką z Gdańska. Gdańsk to także miasto w którym po Powstaniu Warszawskim osiedliła się spokrewniona ze mną gałąź. Coraz częściej zastanawiałem się, czy da się całkowicie nie myśleć o korzeniach? Odstawić i zamknąć w szufladzie swoją kilkuletnią pracę? Chyba nie! Po przyjeździe przypomniałem sobie też o sanatoryjnej przygodzie siostry mojej matki.

Pod koniec lat 60 XX wieku siostra mojej matki poznała na leczeniu w sanatorium nieznajomego mężczyznę i rozpoczęła z nim rozmowę. Po kilku krótkich, nic nie obiecujących zdaniach musiało paść jakieś „magiczne” słowo, bo ich rozmowa nagle ożyła. Tym ożywczym słowem  zapewne był – „Radom”. Nie wiem kto pierwszy, ciotka czy nieznajomy wypowiedział to słowo, bo w trakcie dalszej ich rozmowy coś zaiskrzyło. Okazało się, że podczas okupacji w tym samym czasie gdy moja matka i ciotka mieszkały u wujka w Radomiu, na kwaterze w Radomiu mieszkał też ów pan. Jakież musiało być zdziwienie ciotki, gdy z jego ust usłyszała jego wojenną przygodę. Otóż w tamtym czasie w Radomiu poznał on dziewczynę, piękną osiemnastoletnią kobietę, córkę profesora z Buczaczu, Danusię Semkowicz z którą umawiał się na randki i na których wspólnie snuli plany na przyszłość. Tu przerwała mu ciotka  mówiąc, że Danusia była jej serdeczną koleżanką i z rozgoryczeniem wypomniała mu jej potraktowanie.  Powiedziała mu, że Danusia czyniła przygotowania do swoich urodzin na których miała przedstawić narzeczonego swoim rodzicom. Dwoiła się i troiła, by ze skromnych wojennych zapasów, zrobić coś godnego na tą okazję. W jej oknie długo w nocy paliło się  światło. Nie doczekała się swego ukochanego ani tej nocy, ani w następnych dniach. Początkowo wstydziła się pokazywać czerwonych od płaczu oczu, a gdy łzy obeschły, po wojnie wyszła za mąż i wyjechała z Radomia. Zerwała kontakt z okupacyjnymi koleżankami.

Słuchając słów ciotki, jej przygodny rozmówca zaczerwienił się i zgaszonym głosem zaczął opowiadać co go wtedy zatrzymało. W przeddzień urodzin Danusi został ranny w akcji i został przerzucony na punkt sanitarny, gdzie leczył rany. Po wojnie swoją przynależność do AK odsiedział w więzieniach UB. Wyszedł na mocy amnestii w 1956r. W więzieniu stracił zdrowie. Powoli odzyskuje je w polskich sanatoriach. Bezskutecznie szukał Danusi. Po skończonym pobycie w tym sanatorium, zamierza odwiedzić Radom i Fidor gdzie na partyzanckim punkcie medycznym leczył odniesione w walce rany. Tu niespodziewanie przerwała mu podekscytowana ciotka. – W Fidorze mieszkali teściowie mojego brata Tadeusza. Ojciec jego żony, Paweł Mrozek był dyrektorem tamtejszej fabryki farb i lakierów. Tu ciotka przerwała nagle na widok pobladłego swego rozmówcy.  „To u niego wtedy leżałem ranny. To u niego w czasie okupacji był punkt sanitarny. Paweł Mrozek zaopatrywał też nasz oddział w leki i środki opatrunkowe.” – dodał cichym głosem. Świat jest mały.

Turystyka sanatoryjna.

Przyjechałem leczyć się do Wieńca Zdroju.
Pierwsze kroki postawiłem w lekarskim pokoju.
Lekarz z sanatorium po wstępnym badaniu,
stan mojego zdrowia zawarł w jednym zdaniu.
A co mi powiedział lekarz z Wieńca?
„-Niestety! Nie zrobimy już z pana młodzieńca!”
Opuściłem zmartwiony gabinetu próg.
Lecz wieczorem poczułem się jak młody bóg,
bo mnie po kolacji fajna kuracjuszka
zaprosiła na noc do swojego łóżka.
Obrobiłem jej dziurę jak igła w maszynie.
A co będzie po masażach i po borowinie?
Co to będzie, gdy wybiorę już wszystkie zabiegi?
Poobszywam dziurska w artystyczne ściegi!

Szczęśliwie minęły mi w Wieńcu trzy tygodnie,
wciągnąłem na dupsko swe wyjściowe spodnie.
Szybko pożegnałem przygodną kuracjuszkę.
Nie miałem już czasu z nią na pogaduszkę,
bo spieszyłem się do lekarza na końcową wizytę.
Lekarz mi powiedział -„Zdrowie zna-ko-mi-te.
Młodziej pan wygląda i sporo pan schudł.
Wcześniej byłem w błędzie! Albo? Stał się cud!”
Na odchodne zapytał wbijając we mnie wzrok
„- Dlaczego pana nazywają – Mister Owerlok?”
Ruszyłem do domu gdzie czeka żoneczka,
a tu zamki wymienione i na drzwiach karteczka;
– Okazyjnie, za darmo mam pilnie do zbycia
do dziergania szmat – MASZYNĘ DO SZYCIA!

Dzięki Bogu jestem już w domu. Nie piszę o moim pobycie w kurorcie. Co było w Wieńcu, pozostało w Wieńcu. Tak się bawi, tak się bawi NFZ! Tak się bawi, tak się bawi NFZ!

Jerzy Wnukbauma