Na pierwsze powakacyjne spotkanie członków „Świętogenu” szedłem bez przekonania a w zasadzie w przekonaniu, że trafię na wieczór autorski połączony z promocją książki. Nie moje klimaty. Wioskę Brzeziny która była tematem prelekcji, znam z racji wykonywanego zawodu. Spędziłem w niej trochę czasu remontując drogę biegnącą przez wioskę. Tematyka spotkania – tylko pobieżnie leży w kręgu moich zainteresowań. Siedzę po uszy w Stołecznych parafiach i wątpię czy one zaciekawią osoby nimi nie zainteresowane (w tym prelegentkę). Pewnie dlatego nie szukałem w Internecie informacji; ani o autorce książki, ani o jej „małej ojczyźnie”. O przeczytaniu z braku czasu książki o której miała być mowa, nie wspomnę. Uzbrojony w taką wiedzę zjawiłem się na wrześniowym spotkaniu. Nie spodziewałem się niczego co mogłoby mnie zaskoczyć? To, że byłem w błędzie, uświadamiałem sobie z każdą upływającą minutą spotkania.
Myliłem się. Nie był to wieczór autorski. Była to profesjonalnie poprowadzona prezentacja poparta licznymi zdjęciami i wycinkami z archiwalnych szpalt „Gazety kieleckiej”. Powracając z zebrania do domu, wdałem się w rozmowę z bratem. Nie dawała mi spokoju natrętna myśl, że w starym albumie matki znajduje się zdjęcie być może zrobione na tle dworku w Brzezinach. Dworku o którym była mowa na zebraniu. Z komentarzy matki jakie robiła każdorazowo przy okazji pokazywania tego zdjęcia wynikało, że „zdjęcie zostało zrobione w Morawicy gdzie jej ciotka pracowała jako nauczycielka”. Morawica – Brzeziny. Rzut kamieniem. Z doświadczenia wiem, że w takich sytuacjach łatwo o pomyłkę. Dlatego miejsca na mapach podawane są we współrzędnych geograficznych a w moim zawodzie posługujemy się mniej skomplikowaną terminologią. W drogownictwie miejsce określa się po prostu; przy drodze takiej a takiej, w kilometrze tym i tym, hektometrze …, metrze… Prawda że łatwe i trudno pobłądzić. Pozostało tylko jedno – obejrzeć zdjęcie. Być może jest na nim jakiś szczegół, który pozwoliłby dokładnie zlokalizować miejsce jego wykonania.
Samo zdjęcie o którym mowa rozczarowało mnie. Zdjęcie jest mocno zniszczone. Bez pieczątki fotografa. Jego odwrotna strona, gdzie zwykło umieszczać się dopiski, datę oraz miejsce jego zrobienia, jest trwale podklejona. Nie do ruszenia bez poczynienia nieodwracalnych szkód. Zdjęcie było zrobione w plenerze. Kiedy? Prawdopodobnie lata trzydzieste XX wieku. Na tle starego mocno podupadającego budynku, fotografowi do zdjęcia pozuje duża grupa biednych, bosych, jednakowo ubranych dzieci. Na drugim planie nieco powyżej, zapewne na stopniu schodka, stoi trójka ich opiekunek. Na fotografii nie ma żadnego szczegółu, który świadczyłby o nazwie miejscowości lub miejscu jego wykonania. Obiekt w niczym nie przypomina szkoły. Jest raczej starym, podupadającym dworkiem, na dodatek bardzo skromnym, bez wyszukanych elementów architektonicznych. Dach pokryty podartą, poodrywaną papą, przybitą kiedyś do starego gontu. Dla mnie o wartości zdjęcia decyduje tylko dopisek poczyniony ręką mojej matki. Wartości nieocenionej bo sentymentalnej.
Po powrocie do domu zrobiłem to co powinienem był zrobić przed spotkaniem. Wszedłem na strony internetowe Morawicy i Brzezin. Z uwagą przeglądałem zamieszczone na nich stare zdjęcia. Niestety żadne z nich w niczym nie przypominało dworku z mojej fotografii. Zadzwoniłem do brata ciotecznego mojej matki. Rozmawiałem z nim przez Skype’a i pokazałem zdjęcie o którym mowa. Potwierdził, że zdjęcie zrobione jest w Morawicy i przedstawia ciotkę Apolonię Potocką (z domu Skowron) z jej podopiecznymi. Dokładnego czasu wykonania fotografii nie pamięta. Dodał, że przed wojną ciotka pracowała jako nauczycielka w szkole w Morawicy a jej mąż Henryk Potocki nadzorował budowę miejscowej drogi. Mieszkał z wujkiem i ciotką, jak sam określił „po lewej stronie jak wjeżdża się do Morawicy, przy drodze Morawica – Chęciny”. Tu przyznam się że zgłupiałem. To przecież Brzeziny. Nadal wiem, że nic nie wiem. Przed opublikowaniem zdjęcia w Internecie i zasięgnięciem pomocy na forum powstrzymują mnie złe wspomnienia związane z faktem dzielenia się pamiątkami w sieci. Po udostępnieniu kilku zdjęć, zostały one rozpowszechnione i podpisane innym nazwiskiem. Instytucje państwowe też oduczyły mnie dobroczynności. Szybko odnalazły się w nowych realiach gospodarczych. W jednym przypadku musiałem słono zapłacić Muzeum Narodowemu za udostępnienie zdjęć cyfrowych pamiątek przekazanych kiedyś nieodpłatnie do tegoż muzeum a w drugim, nie mogę doczekać się decyzji na piśmie o bezpłatnym przejęciu przez Muzeum Miasta kilku pamiątek po Henryku Potockim.
Przeglądając internetową stronę Brzezin, spośród wielu zakładek natrafiłem na jedną mającą podtytuł – „Z naszej kuchni”. Przytoczę tu przypomnianą mi przez wujka starą anegdotę opowiadaną przy okazji rodzinnych spotkań. Jest ona jak najbardziej a propos miejscowych brzezińskich smaków bo dotyczy zarówno tego miejsca jak i metody docierania przez żołądek do serca mężczyzny. A było to tak… Któregoś jesiennego dnia ciotka zastanawiała się co ugotować. Sama pracowała i nie dysponowała czasem na wyszukane, czasochłonne dania. Zrobiła to co miała pod ręką – ziemniaki z zsiadłym mlekiem. Obrała, wypłukała i nastawiła ziemniaki. W kostkę pokroiła słoninę. Wytopiła ją i zrumieniła na złociste skwarki. Drobno posiekała koperek i czekała z obiadem na męża. Dzień był jesienny i chłodny. Po powrocie męża do domu zawołała dziecko i szybko podała obiad na stół. Mężowi nałożyła tak jak lubił; kopiasty talerz całych, niepotłuczonych, bogato okraszonych skwarkami i lekko posypanych koperkiem ziemniaków. Do tego półlitrowy gar zimnego zsiadłego mleka. Gęstego, ze można go było kroić nożem. By dziecko nie piło zimnego mleka, postawiła go na kuchni i podgrzała. Co zrobiła nie tak miała okazję sprawdzić zbierając całą zawartość szklanki rozlaną na stole i na kuchennej podłodze.
Jerzy Wnukbauma
Autor: Jerzy Użyczak
