„Janko” Muzykant

Nasza miejscowa, regionalna rozgłośnia – Radio Kielce, nadała swego czasu reportaż. Nie pamiętam jego tytułu. Początkowo też nie zwracałem na niego uwagi. Zajęty byłem pracą. Jednak po wsłuchaniu się w płynący z głośnika głos, reportaż zaciekawił mnie do tego stopnia, że szybko podgłośniłem radioodbiornik i od tej chwili bacznie łowiłem uchem każde słowo. Reportaż dotyczył majątku Grzegorzowice. W zasadzie odnosił się tylko do jednego wydarzenia rozgrywającego się w dworku w Grzegorzewicach. Obejmował jeden, tragiczny dzień 1944 roku. Pamiętam, że oprócz nazwiska i imion właścicieli majątku, oraz ich krewnej, nie padło w nim ani jedno inne nazwisko. Opisująca prawdziwą historię narratorka zastrzegła, że nie ujawnia nazwisk ponieważ żyją potomkowie oraz rodziny „bohaterów” tego reportażu. Po zakończeniu audycji poczułem niedosyt. Nie było wtedy jeszcze Internetu. Informacje uzupełniające postanowiłem zdobyć u mojego sprawdzonego źródła. Audycja dotyczyła Grzegorzowic – wsi w dawnym województwie kieleckim, miejsca urodzenia mojego teścia. Byłem przekonany, że od niego dowiem się nieco więcej szczegółów.

Okazja nadarzyła się wkrótce. Przed nadchodzącym weekendem moja żona zadecydowała – „Jedziemy do rodziców!”(przyp. autora – „do teściów” Mieszkaliśmy u rodziców). Pakowanie do mamusi zajęło żonie kilka godzin. Ja zabrałem flaszkę i wraz z dziećmi byłem gotowy do podróży. Trafiliśmy na kolację. Na miejscu, podczas kolacji własnymi słowami opowiedziałem to, co usłyszałem w reportażu. Spytałem teściów, czy znają tą historię. Niestety nie znali. Od nich nie dowiedziałem się niczego. W czasie II Wojny Światowej teść nie mieszkał już w Grzegorzowicach. Nic nie słyszał o tym wydarzeniu. Owszem, w 1944 roku w okolicy głośno było o śmierci dziedziczki, ale on nie znał szczegółów. Był wtedy dzieckiem. Po wojnie nie mówiło się o tym fakcie nic. Bym nieco bliżej poznał historię owego tragicznego dnia, pozostało mi poczekać kilka lat – do założenia internetu.

Tamta rozmowa u teściów nie do końca była bezowocna. Moi teściowie zrewanżowali się swoimi wojennymi opowiadaniami. Przygodami krańcowo różniącymi się od siebie. W okupację byli jeszcze dziećmi i inaczej postrzegali wojnę, jej uciążliwości oraz okupanta. Swoją „walkę z Niemcami” teść rozpoczął podobnie jak „Janko Muzykant”. Obaj byli chyba w tym samym wieku i obaj mieli zamiłowanie do muzyki i skrzypiec. Obaj bawili się w małych lutników i konstruowali skrzypki. Obu łączył jeszcze jeden fakt. Ukradli. Różnica między Jankiem Muzykantem a moim teściem była jedna, zasadnicza. Janko uznał, że zrobione przez niego skrzypce nie nadają się do grania i buchnął dziedzicowi skrzypce. Mały Zygmuś ocenił wykonanie swojego instrumentu na zadawalające. Brakowało im tylko dobrych strun. Zdaniem małego dziecka, stalowy drut telefoniczny podwieszony na jodłach w Puszczy Świętokrzyskiej nadawał się na nie jak żaden inny. Ukradł więc kilka metrów linii telefonicznej. Po niecałej godzinie rozszalało się piekło. Nazjeżdżało się Niemców. Szukali sabotażysty. Linia którą przeciął teść była linią strategiczną łączącą więzienie na Świętym Krzyżu z posterunkiem żandarmerii w Nowej Słupi i w Bodzentynie. Niemcy nareperowali linię. Z braku winnego, sprawę zwalili na zwierzynę leśną i odjechali. Potem nastąpił finał jak u Sienkiewicza. Matka teścia znalazła schowany w oborze stalowy drut i skończyło się wielkim laniem. Baty przeżył. Pasji nie zarzucił. Był kapelmistrzem w orkiestrze górniczej w Rudkach. Kierował też kapelą ludową. Grał w niej na skrzypcach i trąbce. Kapela wzięła nazwę od jego imienia i nazwiska.

Tego wieczoru , zanim poszliśmy spać, teść opowiedział jeszcze kilka miejscowych zdarzeń z okresu okupacji niemieckiej; aresztowanie i zamordowanie dziedziców Baszowic, spalenie żywcem dwóje dzieci na Hucisku, branka na roboty w III Rzeszy z której wybroniła go matka, jak za sprawą mleczarza Monkiewicza został partyzantem, „pacyfikację” Mirocic, panoszenie się na tych terenach „Witka”, wyzwolenie Nowej Słupi … Wszystko skrzętnie notowałem i być może zapiski te posłużą mi na fabułę kolejnych opowiadań lub felietonów. Tego wieczoru dowiedziałem się także, że w tym samym czasie, w tym samym kraju. Ba! W tej samej wsi, były różne wojny, byli źli i dobrzy Niemcy. Po wyzwoleniu przyszedł czas na rozliczenie się z przeszłością. Polecam artykuł
http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262,15327768,Wstrzasajaca_historia__Sedzia_dopadl_zbrodniarza_wojennego_.html
Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *