Mona Liza.

Jak co dzień rano otworzyłem komputer. Po wejściu na moje ulubione strony i przeczytaniu wszystkiego, co było możliwe do przeczytania, z nudów kliknąłem na horoskop. Jak zwykle przeczytałem go bez przekonania. Nigdy nie biorę horoskopów czy przepowiedni na serio. Tak było i tym razem. Ten też czytałem bez emocji – ble, ble, ble. Nie doczytując do kropki, zapominałem o jego bez znaczenia treści. Jednak tym razem, zatrzymałem się nad ostatnim zdaniem. Brzmiało ono tak; – „Twoi przodkowie chcą ci coś przekazać”. Tu się zaczęło moje główkowanie. Na miłość Boską! Co chcą mi przekazać i którzy moi przodkowie?

Z rodzinnych opowieści, zapamiętałem kilka niewytłumaczalnych zdarzeń towarzyszących zejściom moich krewnych i kuzynów. Nigdy nie brałem ich serio. Traktowałem je jak opowieści science-fiction. Np. przekręcony zegar i zerwana w nim sprężyna, to nic innego jak nadmiar siły włożonej przy nakręcaniu starego zegara. To, że tej samej nocy umiera osoba nakręcająca ów zegar, to nic innego jak zbieg okoliczności. Pęknięte bez ingerencji człowieka lustro, czy wybita w drzwiach szyba, bez najmniejszego śladu przeciągu, też mogłem sobie wytłumaczyć i nie kojarzyłem tego ze sferą metafizyczną. Latające fajerki w kuchni mojej ciotki, traktowałem z przymrużeniem oka, jako nakłanianie wujka do znalezienia nowej, lepszej kwatery. Wyprowadzili się. Fajerki nie latały. Ciotka była cała i wujek syty. Podobnie odbierałem opowieści mego szwagra o pożegnaniu się w śnie z jego zmarłym teściem. Zapisywałem je w kartach baśni. Tak. Jestem niepoprawnym niedowiarkiem.

Będąc na cmentarzu, zawsze rozmawiam ze zmarłym. Oczywiście nie ze wszystkimi. Gwarzę tylko z moimi najbliższymi – ojcem, matką i dziadkami. Innym nieboszczykom nie zakłócam ich wiecznego spokoju. Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen. Rozmowę z moimi zmarłymi nie nazywałbym też dyskusją, lub dialogiem. Jest to raczej monolog moich myśli. Nie otwierając ust, mówię co mi leży na sercu, co zdarzyło się w mym domu i w mojej rodzinie. Chwalę się i żalę. Ojcu opowiadam o kolejnych znalezionych przodkach po mieczu. To wszystko. Staram się nad ich mogiłą nie użalać nad sobą. Czy to pomaga. Nie wiem. Wierzę, że tak. Zawsze opuszczam nekropolę z naładowanymi akumulatorami.

Na tablicy nagrobka moich rodziców umieszczone są dwa porcelanowe zdjęcia nagrobkowe. Jedno – ojca, drugie – mojej matki. To drugie, z rodzinnego albumu, wybrałem sam. Z kilkunastu ułożonych na stole zdjęć matki, wybrałem to jedno jedyne. Dlaczego? Po latach nie przypominam sobie powodu takiego a nie innego wyboru. Nie wiem, czym się wtedy kierowałem? Matka przeżyła ojca o kilkanaście lat. Być może wtedy jej podobiznę dopasowywałem pod kątem dobrania do zdjęcia ojca. Fakt jest faktem. Dzisiaj, gdy chwalę się przyjściem na świat kolejnego wnuka, matka uśmiecha się do mnie. Cieszy się też moimi skromnymi osiągnięciami. Jest zasmucona gdy opowiadam rodzicom o chorobie, zmartwieniach, o troskach. Jej obraz zastyga w zadumie gdy oczekuję porady na dręczące mnie pytania. Podobno obraz Mony Lizy stwarza podobne złudzenie. W zależności od kąta patrzenia na obraz, obserwator dostrzega za każdym razem inny wyraz jej twarzy. Czyżby dopadł mnie syndrom Mony Lizy? Może autosugestia? Nie wierzę, by moi przodkowie chcieli mi coś przekazać? Nie dowiem się tego z seansu u wróżki czy z horoskopu. Mam nadzieję, że nie czeka mnie inny seans – na kozetce u psychoanalityka.
Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *