Powyższy tytuł nie jest przejęzyczeniem słów naszego hymnu i broń Boże nie jest naśmiewaniem się ze znajomości tekstu tej pieśni przez prezesa PiS. Coś w tym musi być, bo teraz, gdy tylko zaintonuje pierwsze słowa hymnu, wyciszają mu mikrofon. Ja na powyższy tytuł wpadłem w trakcie indeksacji aktów z parafii Bodzentyn. Skojarzył mi się w trakcie ślęczenia i spisywania Księgi Urodzonych w 1918 roku. Natrafiłem w niej na powroty naszych górali niskopiennych z Niemiec, do swojej rodzinnej parafii. Były to akty dzieci urodzonych i ochrzczonych w Niemczech, a także dzieci urodzonych w Niemczech, lecz po kilku latach ochrzczonych w bodzentyńskim kościele. Już po powrocie ich rodziców do kraju.
A nie były to jednostkowe powroty. Powtarzały się jeszcze w kolejnych rocznikach ksiąg urodzonych. Temat zaintrygował mnie do tego stopnia, że z ciekawości zacząłem zbierać informacje o emigracji Polaków do Niemiec w latach 1913 do 1918 roku, oraz ich reemigracji po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Tylko w wymienionej parafii Bodzentyn w księdze urodzonych w 1918 roku odnotowane jest pięć aktów urodzenia dzieci urodzonych w Niemczech, w 1919 roku aż jedenaście takich aktów, a w 1920 roku siedem. Czy było ich więcej? W późniejszych latach oraz tych nieodnotowanych? Chociażby kawalerów i panien? Prawdopodobnie tak! Być może do listy powracających do kraju trzeba też dodać małżeństwa, które nie zdecydowały się na potomstwo na obczyźnie? Przypuszczam też, że do listy emigrantów należałoby dodać osoby pozostające w Niemczech, oraz Polaków emigrujących z Niemiec po I Wojnie Światowej do Francji, Belgii lub USA.
Nie będę rozpisywał się o przyczynach emigracji do Niemiec. Każdy opuszczający rodzinne strony miał swoje pobudki. Decydującym czynnikiem zapewnie były dobrowolne (choć zdarzały się przymusowe) wyjazdy spowodowane przyczynami ekonomicznymi. Krótko mówiąc – ucieczka od biedy, chęć znalezienia pracy i polepszenia warunków swojego bytu. Szacuje się, że liczba polskich pracowników rolnych w Niemczech w 1913 roku wynosiła prawie 305 tysięcy, co dawało 76,6% pośród wszystkich cudzoziemskich pracowników rolnych pracujących w Niemczech. Po I wojnie procentowy udział naszych migrantów przekraczał już 90% spośród wszystkich przyjeżdżających do Niemiec na „saksy” obcokrajowców.
Pozostawię przyczyny i statystyki w spokoju i zajmę się mechanizmem tamtych emigracji. Nie podejrzewam, (chociaż nie wykluczam), że były to spontaniczne decyzje – zgromadzę środki i jadę. W tamtym czasie nie było przecież telefonów, internetu, we wsiach nie było prądu, radia telewizji… Skąd prości, wiejscy ludzie wiedzieli, że można wyjechać za granicę? Skąd wiedzieli gdzie się udać by wyjechać? W końcu. Skąd wiedzieli gdzie na miejscu czeka na nich praca? Zadziałała jakaś poczta pantoflowa? Knajpa, kościół i łun powiedział łunemu? Nie wykluczam. Przypominam jednak, że mowa jest o okresie tuż przed wybuchem pierwszej wojny i kilku latach jej trwania. O okresie w którym łatwo można było być posądzonym o szpiegostwo lub działanie na rzecz obcego mocarstwa. I jeszcze jedno – w latach 1913 – 1918 Bodzentyn był w zaborze rosyjskim. Potrzebne były jakieś dokumenty do opuszczenia zaboru rosyjskiego. Przekroczenie zielonej granicy z pewnością było marginalnym sposobem na emigrację do Niemiec. Podejrzewam, że na te pytania większość genealogów nie szuka odpowiedzi? Podobnie jak ja odfajkują w swoim drzewie genealogicznym fakt czyjejś emigracji i nie zaprzątają sobie głowy czasochłonnymi i kosztownymi poszukiwaniami przyczyn i mechanizmów ich emigracji .
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wielu Polaków stanęło przed trudnym wyborem – które państwo wybrać? Nasi świętokrzyscy górale mieli znacznie mniejszy orzech do zgryzienia niż Polacy zamieszkujący zabór niemiecki i austriacki. To głównie Ślązacy, Wielkopolanie, Mazurzy, Kaszubi musieli zadecydować, które państwo mają wybrać. Mieli na to rok do namysłu. Opuszczając ojcowizny i wyjeżdżając do Rajchu, stawali się Niemcami, zostając w swoich gospodarstwach byli Polakami. Do powrotu naszych krajan do Polski wpłynęło kilka czynników. Po pierwsze o ich powrót skutecznie zabiegała polska dyplomacja. Po drugie – po I Wojnie Światowej Polska i Niemcy popadły w poważny konflikt terytorialny. Wybuchy powstań śląskich i powstania wielkopolskiego, plebiscyty na Śląsku, Warmii i Mazurach przyczyniły się do antypolskich nastrojów i sprawiały, że niechęć do Polski i Polaków rosła wśród Niemców.
W moim genealogicznym drzewie też mam kilku emigrantów. Nie licząc powrotu potomków moich niemieckich krewnych po kądzieli do Niemiec, (skorzystali z prawa opcji), w zdecydowanej większości pozostali moi kuzyni i krewni udawali się za ocean do USA. Przyczyny ich wyjazdów były różne. Przykładowo, do siostry mojego dziadka Władysława, przysyłał listy jej kuzyn, który wcześniej wyemigrował do USA i który gorąco ją namawiał na podróż do Stanów. Wypłynęła z Bremy i przepłynęła Ocean w celu zamążpójścia. Tak przynajmniej zgłosiła urzędnikom migracyjnym na Ellis Island. Po roku ściągnęła do USA swoją siostrę. Obie pozostały w Stanach i tam zmarły. Nieco inaczej potoczyły się losy brata mojej matecznej babki – Edmunda. Z rodzinnych przekazów wiem, że w 1913 roku do fryszerki w Porębie w której pracował, zawitał jakiś mężczyzna szukający chętnych do pracy w hucie w Pittsburghu. Edmund wraz z innymi Polakami wypłynął z Rotterdamu do New Yorku. Wraz z grupą współtowarzyszy udali się do kresu podróży – do Pittsburgha. Dla niego Pittsburgh był też kresem życia. Tam mieszkał i pracował w miejscowej hucie. Zmarł na obczyźnie w wieku 79 lat.
Zdarzały się jednak nieliczne powroty z USA do kraju. Jeden z takich powrotów opisany jest w „Niespodziance” Roztworowskiego. Dzisiaj powroty z USA są coraz częstsze. Dziś nie kalkuluje się tam żyć nawet naszym góralom. Ale! Żeby nie było, że wśród świętokrzyskich przodków było tylko parcie na zachód. Poniżej zamieszczam przykład reemigracji ze wschodu. W akcie warto zwrócić uwagę na rodziców chrzestnych dziecka i ……….. Konia z rzędem temu, kto powie ile lat liczyli sobie rodzice dziecka w chwili jego urodzenia? Że też ksiądz nie zawołał – Mazurkiewicz! Bój się Boga! Być może dlatego, że ta kwestia zarezerwowana jest dla „Żołnierza królowej Madagaskaru” a Madagaskar to już inny nasz emigrant.
Jerzy Wnukbauma

