Bajki, bajanie i bajdurzenie.

Co robi dziadek gdy przypadnie mu opieka nad wnukiem? Nie wiem jak inni dziadkowie, ja wtedy oglądam z wnukiem bajki. Mam wtedy chwilę świętego spokoju. Zanim jednak osiągnę ten błogi stan ducha, muszę pogłówkować co włączyć, jaki kanał wybrać i jaką bajkę obejrzeć. Dzisiaj jest ogromny wybór, zarówno sprzętów na których można je oglądać jak i samych tytułów bajek. Gdyby mój dziadek dożył lat pięćdziesiątych i chciał oglądać ze mną w domu bajki, miałby do wyboru tylko rzutnik i klisze z bajkami. Taką namiastkę kina domowego zapamiętałem z dzieciństwa. Zgaszone światło, ekran na ścianie, siedzenie po turecku na podłodze, zadarta do góry głowa. Cisza jak makiem zasiał i głos ojca czytającego napisy. Dziwne. Zapamiętałem szczegóły a także kolor i kształt starego rzutnika, pamiętam zapach nagrzanego ebonitu z którego był on wykonany, lecz za cholerę nie pamiętam jakie wtedy oglądałem bajki. Tym bardziej dziwne, że wtedy wybór bajek był mizerny. Kilka czy kilkanaście zwiniętych w rulonik klisz w małych plastykowych pojemniczkach. Savoir vivre dla dzieci czyli „Opowiadania Pana Kamyczka” kojarzę z lat późniejszych –z lat siedemdziesiątych. Kinooperator i lektor pozostał niezmiennie ten sam. Zmienił tylko sprzęt na nowszy, dodał nowe tytuły bajek a widownię odmłodził o swych wnuków. W latach siedemdziesiątych nastąpił zmierzch diaskopów i przeźroczy. Wypierało je radio i telewizja zwiększając bloki programowe dla dzieci. W księgarniach pojawiły się też słuchowiska dla dzieci nagrane na długogrających, winylowych płytach.

 

Dzisiaj wnukowi włączam telewizor lub komputer i szukam kreskówek. Lubi „Pingwiny z Madagaskaru”. Wstyd się przyznać, ale gdy je pierwszy raz oglądałem, nie mogłem doliczyć się jednego z tytułowych bohaterów. Coś mi się w tej kreskówce nie zgadzało. Widziałem cztery animowane postacie w elegancko skrojonych frakach. W uszach słyszałem cztery różne głosy aktorów dubingujących kreskówkowych bohaterów, a z dialogu wynikało, że jest ich tylko trzy: Skipper, Rico i szer. Kowalski. Ja poniał, gdy obejrzałem kolejny odcinek. Przeczytałem napisy lecące na początku filmu i odtąd już wiem kto jest kim. Jak się czyta to się wie. Gdybym miał powiedzieć którą z filmowych postaci lubi mój wnuk,  bez wahania powiedziałbym – Król Julian! Tak! Ogoniasty jest niepowtarzalny i wyjątkowy. W oglądanym dziś odcinku lemurreksa zaciekawiła literacka twórczość Marlenki. Wyrwał jej zeszyt z poezją, przeczytał i zaopiniował  – Podoba mi się to. Rozkazuję, że my też tak będziemy. Maurice weź kartkę. Czuję, że rozsadzają mnie koncepcje. Aż mnie telepie z tej ekscytacji”.

 

Kiedyś i mną zatelepało z ekscytacji i postanowiłem przelać swą wiedzę o rodzinie na papier. Marzyło mi się napisanie sagi. Dlaczego napisanie rodzinnej opowieści a nie czegoś skromniejszego, zgodnego z genealogicznym zainteresowaniem? Byłoby prościej i dzieło żyło by już swoim życiem, a tak męczę się i końca jego nie widać. Dlaczego? Dlatego iż uważam, że najokazalsze wywody przodków i drzewa genealogiczne bez komentarza, są milczącą kroniką rodu. Rozrysowane na papierze diagramy drzew z czytaniem nie mają nic wspólnego. Czegoś im brak. To, że i moje dzieło jest nieme zauważyłem po moich „widzach”, którym podsuwałem wykonaną przeze mnie genealogiczną spuściznę. Za każdym razem miałem odczucie mniejszego nimi zainteresowania niż były moje oczekiwania. Nie rzucały na kolana. Były jak wyświetlane na ścianie ilustracje bajek z dzieciństwa lub stare nieme filmy. Te pierwsze ożywiał cichy głos lektora, emocji tym drugim dostarczała gra kinowego grajka. Wyjaśnianie za każdym razem kto jest kim w drzewie genealogicznym było kłopotliwe. Zabawiam się więc w stukającego w klawisze tapera.

 

Tworzyłem w wolnych chwilach. Pisałem i odkładałem swoje notatki. Rwałem zapiski i dokładałem nowych uwag. Dużo czytałem, uczyłem się, analizowałem, wyciągałem wnioski i zapisywałem uwagi. Czasem wpędzałem się w maliny. Łatwiej było mi pisać o współczesnych członkach rodziny. Szło jak po maśle. To zrozumiałe. Znałem ich, żyłem wśród nich i wiem co mam o nich pisać. Ponadto mam do nich silne i jednoznaczne uczucie – za życia kochałem ich, kocham ich nadal gdy już odeszli. Swoim życiem zasłużyli na moją miłość i na garść ciepłych słów skierowanych do potomnych. No dobrze, ale co pisać w przypadku zagłębiania się w czasie? Co pisać o pradziadkach po których pozostały tylko zapisy w archiwalnych księgach? Z krótkich akt urodzeń, małżeństw i zgonów wielu rzeczy się nie dowiem. Wielu rzeczy trzeba się domyślać i umiejscawiać w historycznych realiach. Ksiądz nie wpisywał bądź rzadko wpisywał szczegóły. W archiwalnych księgach nie ma gotowej odpowiedzi jak żyli, jakimi byli ludźmi. Ode mnie zależało co napiszę. Czy popuszczę wodzę fantazji czy będę trzymał się szczegółów i prawdy historycznej? Coraz częściej po napisaniu kilku słów o prapradziadach, zapiski zaopatrzone w znaki zapytania odkładałem do szuflady. Całość była niejednolita tematycznie i literacko. Ich scenariusz mógłby co najwyżej  posłużyć na nakręcenie Polskiej Kroniki Filmowej. Powoli zacząłem wątpić w siebie a dalszą realizację rodzinnej sagi odkładać na bliżej nieokreślony termin. Pisałem rzadziej i wyłącznie dla własnego użytku, do akt i do szuflady.

 

Podczas porządkowania dokumentów wyciągnąłem z szuflad kilka ryz zapisków. Rzadko do nich sięgam bo nie mam w zwyczaju katować się swą „tfurczością”. Nazbierało się tego. Czego tam nie było. Sporo miejsca wśród makulaturowego miszmaszu zajmuje genealogia. Już ożywiona moim komentarzem. Są też rymowanki na różne okoliczności; wiersze z okazji narodzin wnuków, epitalamia na cześć młodych par, poezja żałobna. Sporą część zajmują; kalendarium wydarzeń z życia osobistego i politycznego, rodzinne zdjęcia opatrzone uwagami, komentarze, bajki dla dzieci i dorosłych, opowiadania, anegdoty… Wyciągnąłem papierzyska z zamiarem ich segregacji. Położyłem je na regale i wyszedłem do pracy. W czasie mojej nieobecności stosem papierów zainteresowała się moja Muza u której mam wikt i opierunek. Przejrzała i przeczytała. Po powrocie spytała mnie co zamierzam z tym zrobić bo wyszła mi niczego sobie sylwa. Sprawdziłem w encyklopedii czy mnie nie obraża. Przeczytałem co to jest sylwa. Postanowiłem mój ogród wspomnień pozostawić w spokoju w szufladzie. „Dzieło” zostało docenione i muszę go teraz chronić. Oglądam więc z wnukiem bajki. Nie uczę go malowania i wycinania. Nie wprawiam w sztuce orgiami. Nie pokazuję mu jak robi się papierowe samolociki i okręty. W ten sposób zmniejszam ryzyko, że moje dzieło spłynie do kanału lub ulegnie defenestracji.

Jerzy Wnukbauma

 

Autor: Jerzy Użyczak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *