Aut inveniam viam aut faciam. Albo odnajdę drogę albo sam ją sobie zbuduję. Ta stara łacińska sentencja przyświeca mi na każdym kroku, nawet w genealogicznym hobby. Poszukuję swych genealogicznych dróg a gdy ich nie znajduję buduję je sobie sam. Przychodzi mi to łatwo gdyż z wykształcenia jestem drogowcem. Nie przeraża mnie to że pokonując odległości za każdym razem horyzont miast przybliżać się jest zawsze nieosiągalny. I dzięki Bogu. Osiągnięcie linii gdzie niebo styka się z ziemią oznacza kres ziemskiej podróży a na to mam jeszcze czas.
Na moją genealogiczną drogę wkroczyłem w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jak większość małych dzieci narysowałem; siebie, mamę i tatę. Był to najkrótszy wywód mych przodków. Zza chmurki pomalowanej niebieską kredką świeciło nad nami jasnożółte słońce. Wiem bo rysunek ten przechowała moja matka. Podpisała go matczyną dłonią, zaznaczyła na nim datę i wsadziła w okładki rodzinnego albumu. Swoje drugie drzewo genealogiczne narysowałem już bardziej „profesjonalnie” . Było to w pierwszej lub w drugiej klasie szkoły podstawowej. Powera dostałem pod wpływem wizyty genealoga w szkole. Po kilkominutowym spotkaniu z naszym gościem, z uśmiechem na ustach „Nasza Pani” podyktowała nam zadanie domowe – „Narysować w domu drzewo genealogiczne”. Swe drzewa rysowała wtedy cała moja klasa. Czasu mieliśmy sporo – całe dwa tygodnie. Po powrocie do domu ostro zabrałem się do roboty. Dzisiaj nie pamiętam już szczegółów; zapewnie zrobiłem pierwszy rodzinny wywiad i nękałem licznymi pytaniami babcię i rodziców. Pamiętam za to co narysowałem i kto znalazł się na owym drzewie. Na centralnym miejscu był przypadkowy „własny” herb, pod nim ja i moi rodzice oraz dziadkowie. Gdy nadszedł czas oceny arcydzieła, dumnie szedłem do szkoły niosąc go w zasznurowanym bloku rysunkowym formatu A4 gdyż większy blok przerastał mnie wtedy i wlokłem go za sobą po ziemi. Po wystawieniu oceny tablica moich przodków wyładowała na szafie. Po kilku latach przypadkowo sięgnąłem po nią po raz ostatni. Wnikliwie przyjrzałem się pożółkłemu dziełu i widocznie stwierdziłem że to dziecinada i żenada bo z lamusa rysunek trafił prosto do kosza.
Przez szereg długich lat nie interesowałem się swoimi korzeniami. Żyłem swoimi problemami. Zainteresowania nimi na krótko wzbudził emitowany w latach siedemdziesiątych przez TVP amerykański serial pt. „Korzenie”. Pod jego wpływem doszło do szczerej rozmowy o naszym pochodzeniu między mym ojcem a mną. Niestety poprzestałem na tym i widocznie ojciec dostrzegając mój „tumiwisizm” nie podejmował już nigdy więcej tego tematu. Trzeba było przeżyć jeszcze trzydzieści lat by zrodził się we mnie genealogiczny Power. Co go spowodowało? Mógłbym nakłamać: że kontynuuję tradycje rodzinne, że robię to dla mych potomnych, że w moich żyłach płynie szlachecka krew a w moim wywodzie przodków znajduje się kilka znanych osób. Siebie jednak nie okłamię i powiem szczerze – nic z tych rzeczy. Nie wiem co było genezą. Dzisiaj genealogią zajmuję się amatorsko. Wytyczam sobie ambitniejsze cele i mam już w tym małe sukcesy. Idę z duchem czasu. W dzieciństwie zacząłem od najkrótszego i najprostszego wywodu przodków by skończyć na kilkupokoleniowym drzewie. Dzisiaj jednak dochodzę do wniosku, że opracowana przeze mnie tablica ascendentów nie wystarczy. Jest zbiorem imion i dat przez co jest mało wymowna i martwa. Ja swoje dzieło odbieram emocjonalnie i poruszam się po nim z zamkniętymi oczami lecz zaobserwowałem, że w małym stopniu przemawia do kogoś stojącego z boku. W tym także do oglądających wywody swych przodków moich bliskich. Moje graficzne dzieło przykuwa uwagę na kilkanaście sekund góra parę minut. Zazwyczaj później następuje szereg pytań. Postanowiłem to zmienić i historię rodu nieco inaczej przelać na papier. Bardziej przyswajalnie i lekkostrawnie dla każdego. Piszę sagę czyli historię rodu. Znajdą się w niej zdjęcia, mapy oraz opracowane dotąd wykresy i tabele. Jak dotąd przelałem na papier pierwszy tom sekretów rodzinnych. Wielokrotnie go; czytam, sprawdzam, nanoszę poprawki, wyrzucam zbędne, dodaję nowe i coraz częściej zastanawiam się – Co z tym dalej?
Nie mam wydawniczych zapędów. Twórczość tego typu jest niszowa; niskonakładowa, skierowana do określonego odbiorcy. Straciłem kiedyś trochę czasu i nerwów chcąc wydać tomik moich wierszy związanych z genealogią. Pukałem wtedy do kilku wydawnictw literackich. Poza kilkoma przypadkami samoobsługi (samofinansowania i samo dystrybucji) odpowiedź była zazwyczaj taka sama – przyjmujemy do druku to co się sprzedaje; książki kucharskie, kalendarze, wierszyki dla dzieci. Inne formy nas nie interesują. Nie mam zamiaru prostytuować się i powtórnie pukać do już raz zatrzaśniętych drzwi. To co dotychczas napisałem nie stanowi górnej półki literackiej spuścizny. Poprzeczkę podnoszę dla siebie i coraz częściej zastanawiam się czy w dobie odchodzenia od czytania prasy i książek jest sens pisania czegokolwiek. Na modne nowinki jakimi są E-booki też kiedyś przeminie moda dlatego moje ambicje sięgają znacznie wyżej. Marzy mi się komputerowo stworzona audiowizualna prezentacja a kto wie może i internetowy blog lub telewizyjny reportaż. W ten sposób poszerzy się krąg moich odbiorców a treść jaką chcę przekazać dotrze do nich w bardziej wymowny i zrozumiały sposób. Możliwości są wielkie, gorzej z ich realizacją. Póki co nie poprzestaję w zadawaniu sobie pytania – Co z tym dalej?
Jerzy Wnukbauma
Autor: Jerzy Użyczak
