Ani się obejrzałem a minęła piąta rocznica powstania Świętokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen” w Kielcach. Zaczęło się od…. Tu widzę problem. Pisząc chociażby kilka słów o grupie osób nie sposób nie wymienić ich z nazwisk. Z autopsji wiem, że w dobie ochrony danych osobowych napisanie kilku zdań o żyjących bliźnich, w tym podanie ich nazwisk, kończy się zwykle odrzuceniem całego tekstu. Nieraz tylko dla samej zasady – bo są w nim nazwiska. Zaryzykuję. W końcu będzie to publikowane u Nas o Nas. Postaram się zrobić to rzeczowo i obiektywnie, lecz najpierw umyję ręce. Umyję, by nie pozostał na nich najmniejszy ślad wazeliny.
Zaczęło się pięć lat temu od spotkania w Archiwum Państwowym w Kielcach dwóch osób; Korneli Major i Andrzeja Sasala. To oni byli inicjatorami. Spotkali się przypadkowo w kieleckim archiwum. W przerwie doszło do krótkiej rozmowy po której wysnuli jeden wspólny, słuszny wniosek – w Kielcach i regionie świętokrzyskim nie ma nikogo i niczego co by integrowało środowisko genealogów. Przekonali; Iwonę Bobińską, Jadwigę Kuźniar, Jerzego Kuźniara, Annę Nowak – Sasal, Iwonę Pogorzelską i Ryszarda Żelaznego (nazwiska podane alfabetycznie) do utworzenia na tym terenie Towarzystwa Genealogicznego. Później już tylko drobnostka; podglądanie jak to robią inni, wymyślenie trafnej nazwy, stworzenie logo, godziny pracy nad statutem i regulaminem, zarejestrowanie związku i … poszły konie po betonie. Aj! Zapomniałbym o jednym. O cyrografach. W końcu co to za związek bez poświadczenia go własnoręcznymi podpisami. Tak to się zaczęło. Nieliczna początkowo grupa zapaleńców rozrosła się do kilkunastoosobowego, obecnego składu. Łączy nas jedno – będziemy mu wierni, aż do śmierci.
Jak zwykle przy okazjach jubileuszy rodzą się wspomnienia i nachodzą refleksje. Robi się bilans zysków i strat, sukcesów i wpadek. Porównuje się z innymi. Ja nie mam zamiaru licytować się i porównywać osiągnięć innych TG. Swoich wspomnień nie zacznę też zwyczajowym – „Początki były trudne”. Przypomnę tylko to, co już kiedyś było powiedziane. Ale zacznę od początku. Do Świętogenu zapisałem się z bratem gdy nie rozpoczęły się jeszcze jego papierowe gody. Papierowe gody, to według hierarchii godów pierwsza rocznica. Już sam zlepek słów mile łaskocze okolice serca. Papierowe gody nam genealogom mogą sugerować tylko jedno – radość z dostępu do stosu aktów. Ta radość trwa nadal. Tu spotkałem podobną grupę zapaleńców. O Nas była wzmianka w emitowanych przez TVP1 Teleexpresie i TVPINFO wiadomościach z regionu. O Nas był krótki telewizyjny reportaż pt „Detektywi historii” Dla nas Genealodzy.pl robili zrzutkę na aparat fotograficzny. O Naszej Koleżance ukazał się artykuł w miejscowej prasie. To Nasz Kolega miał wkład w telewizyjnych „Sekretach rodzinnych” Nasz Kolega redaguje wewnętrzny miesięcznik „Merkuriusz”. To My możemy poszczycić się najmłodszym zrzeszonym członkiem TG. Nasza Koleżanka została uhonorowana tytułem Genealog Roku 2011. Więcej grzechów nie pamiętam. Ani się obejrzałem a stuknęła piąta rocznica. Piata rocznica. Piątka zapisana cyfrą rzymską symbolizuje Viktorię – zwycięstwo. Piąta rocznica to także drewniane gody. Skojarzenie z drzewem nasuwa się samoistnie. Co do wpadek. Przyznaję się. Nie mam się z czego cieszyć. Jeszcze nie skończyłem.
Niedawno był mój jubileusz. Była okazja więc zdobyłem się na odwagę i poszedłem prosić mego pracodawcę o zaliczenie okresu mej pracy do warunków szczególnych. Bo kiedy jak nie na emeryturze skończę to co pięć lat temu zacząłem. Gdy tylko wyjawiłem cel wizyty, mój szef wymownie spojrzał na zegarek, łypnął na mnie z góry okiem i wyliczył mój wkład pracy w jego zakładzie; – „Rok ma 365 dni. Codziennie śpisz 8 godzin co daje 122 dni. Zostaje 243 dni. Po pracy masz codziennie minimum 7 godzin wolnego czasu dla siebie co daje kolejne 106 dni.” Tu sięgnął po kalkulator i pokazał mi na nim że zostało tylko 127 dni. „Odejmijmy 52 wolne soboty o które sam walczyłeś. Zostało 85 dni”. Sam w pamięci odjąłem niedziele. Otrzymany wynik 33 dni zdeprymował mnie do tego stopnia, że gotów byłem przepraszać mojego szefa i lecieć nadrobić stracony czas, lecz on niewzruszony kontynuował; – „Został ci jeszcze urlop; kolejne 21 dni leniuchowania. W roku jest jeszcze 11 dni świąt. Sam zobacz”. Tu podsunął mi kalkulator na którym wyświetlony był wynik jego skrupulatnego podsumowania. Przeprosiłem mojego chlebodawcę, pocałowałem go w rękę i wyszedłem jak struty. Czy w takiej sytuacji mogę iść na emeryturę? Uderzyłem się samokrytycznie w pierś . Życząc sobie stu lat zdrowia, postanowiłem pracować do 80 roku swego życia. Mea culpa! Mea maxima culpa! Przodków szukać będę później.
Jerzy Wnukbauma
Autor: Jerzy Użyczak
