Weż udziec z jelenia.Natrzyj przyzwoicie solą i powieś w chłodnym miejscu ….
Tak zaczynał się przepis na pieczeń z jelenia w starej książce kucharskiej mojej babci. Po książce nie ma już dawno śladu , nie pamiętam jej losu , natomiast głęboko w pamięci utrawliło się pierwsze zdanie ze starej receptury na ową pieczeń . Dlaczego ? Pojęcia nie mam ! Pewnie rozbawiło , mnie to
” weż udziec z jelenia „. Dobre sobie- weż. Wątpię także, czy na podstawie starego
przepisu udałoby się komukolwiek i cokolwiek ugotować bez domieszki współczesnej wiedzy kulinarnej, Czasy się zmieniaja , W dobie internetu i niezliczoności przepisów kucharskich , nie jesteśmy w stanie odtworzyć dawnych smaków. Odeszły wraz z naszymi prababkami i pewnie dobrze . Co było zjadliwe przez naszych przodków dla nas mogło by się okazać ciężkostrawne .
Ja nie mam czasu oraz chęci na eksperymentowanie w kuchni. Szkoda mego zdrowia i pieniędzy bym samodzielnie praktykował za garami. Za bardzo jestem przyzwyczajony do kuchni mojej żony. Mam wszystko gotowe , świeżutkie, podane do stołu na czas. Mój klub Pickwicka liczy dwie osoby toteż we dwoje siadamy do stołu z tą różnicą , że ja oddaję się wielkiemu obżarstwu.
Parę miesięcy temu poproszony zostałem do innego stołu . Zaproponowano mi udział w WIELKIEJ akcji indeksacji prowadzonej na stronie genealodzy.pl Wielkiej celowo piszę z dużej litery , bo jest olbrzymia swoim zasięgiem , ogromna co rusz uaktualnianym zasobem , a nade wszystko wielka przez nieliczne grono zapaleńców. Ludzi,którzy bezinteresownie poświęcają swój cenny czas i męczą wzrok przed komputerem dla niezliczonej ilości odwiedzających genetekę. Do nich jak ulał pasuje powiedzenie Churchilla -„…tak niewielu uczyniło tak wiele …” Wstyd się przyznać , ale do tej pory nie odpowiedziałem na tamto zaproszenie . Przepraszam ! Nie dałem się wciągnąc do tego klubu choć propozycja była dla mnie kusząca ze względu na parafie której miała dotyczyć. Warszawskie parafie, w tym ta na Woli , parafię moich dziadków i ojca. Wtedy przegapiłem okazję nie logując się i nie sprawdzając swojej poczty . Jak kot chodzę własnymi drogami . Pózniej po przeczytaniu e-maila nie miałem śmiałości podejmowania zadawnionego tematu. Nie przeszkadzało mi to jednak w uczestniczeniu w uczcie jaką codziennie indeksujący przygotowują dla ogromnej rzeszy genealogów , bądż przygodnych osób odwiedzających genetekę. Aż strach pomyśleć, że kiedyś może zabraknąć funduszy na prowadzenie przez nich darmiwej jadłodajni serwującej wszystkim zgłodniałym genealogom wspaniałej uczty. Nie chcę by ktokolwiek odbierał ten felieton jako tekst reklamowy sponsorowany przez jakies towarzystwo czy środowisko. Wystarcz trochę logiki by dojśc do wniosku , że wszystko kosztuje a z pustego nawet Salomon nie naleje. Ja z bratem wspomogę szczytny cel. Nie będę nikogo zachęcał do dobrowolnych wpłat na konto – z dopiskiem „Darowizna na rozwój projektów indeksacji „. Celowo nie podaję nr konta. Kto chce znajdzie i wpłaci ! Każdy z nas odwiedzających genetekę powinien poczuwać się odpowiedzialny za korzystanie z jej dobrodziejstw. Nie zraża mnie ,że wśród biesiadnków są zarówno delektujący się jadłem jak i buchtujący. Od czasu do czasu zdarzają się osoby grymaszące i znajdujące włos w zupie. Takie jest zbójeckie prawo.
Czasem jednak odganiam głupie myśli ,ze na ucztę wprosi się Baltazar , a wtedy siadając do biesiady oczom moim ukaże się napis; Mene! Tekel ! Fares ! Między innymi dlatego za nic nie zmienię swoich przyzwyczajeń. Pozostanę wierny żonie i jej wyszukanym smakom. Niecgętny jestem do powiększania swojego klubu składającego się z jednej działaczki i jej członka. Nie znaczy to , że nic nie robię. Czasami daję się ponieść i namówić na ucztę. Wtedy i tylko wtedy gdy dokucza mi głód wielki to obieram kartofelki,smażę mięso,dodam cosik i wychodzi z tego sosik. Gdy wyłączę gazu kurek obiad gotów a la Jurek. Teraz sypię zieleniną i podaję z triumfu miną. Zdarza mi się to rzadko i jest to zaledwie przystawka. Prawdziwą ucztę dla nas i dla mnie przygotowujecie Wy – grono indeksujących.
Autor: S U J
