… po latach wielu. Łzę ronię jeszcze.

Akty zgonów. Przeszło ich trochę przez moje ręce. Jak wynika z rankingu autorów Geneteki, w moim przypadku stanowią one przewagę nad pozostałymi aktami. W Genetece blisko 60% wszystkich zindeksowanych przeze mnie aktów, to właśnie akty z ksiąg zgonów. Doliczyć do tego księgi zgonów z warszawskich i podwarszawskich parafii indeksowane na własny użytek to wyjdzie z tego pokaźny zasób. Zapisy zgonów na ogół nie robią na mnie wrażenia. Podchodzę do nich zwyczajnie, bez emocji, profesjonalnie. To ostatnie określenie w stosunku do amatora jakim jestem, może zabrzmieć śmiesznie ale staram się je tak odczytywać. W znacznej mierze, ułatwia mi to ich szablonowy zapis;  „Działo się w parafii dnia…” lub kolumnowy układ stron. W niezmiennym od lat szablonie wyłapuję w kolumnach lub pomiędzy wierszami to co istotne; imię, nazwisko,  imiona rodziców, wiek. Zwracam szczególną uwagę czy data zgonu pokrywa się z datą zgłoszenia,  po czym przechodzę do kolejnego aktu. Nie tracę czasu na myślenie. Jednak nie zawsze udaje mi się wyłączyć wyobraźnię.

Czasami zdarza się przy przeglądaniu aktów zgonu, że me serce wpadnie w arytmię. Zabije innym, nienaturalnym rytmem. Coś go mocniej ściśnie. Zazwyczaj dzieje się tak przy aktach zgonów małych dzieci. Zgony bliźniąt i noworodków wraz z matkami potęgują to przykre uczucie. Nic na to nie poradzę. Tak już mam. Otworzy się we mnie jakiś wentyl bezpieczeństwa, popuści nadmiar pary i wszystko wraca do normy. Otrząsam się szybko tłumacząc sobie – „Bóg tak chciał”. Prędko przechodzę do kolejnych aktów. Bywa jednak, że uchodzi ze mnie cała para. Jestem wtedy przybity i zdołowany. Czułem się tak podle podczas przeglądania aktów zgonów z warszawskich parafii dotyczących faktu zgłoszenia śmierci lub ekshumacji zwłok ofiar Września 39 roku oraz ofiar Powstania Warszawskiego. Księgi które przeglądałem; akt po akcie, strona po stronie, powodowały moje przygnębienie i roztrzęsienie. A znam przecież historię, wiem co działo się w tym kraju. Nie tylko w Warszawie. Pomimo to reaguję na takie akty jak na film którego tragiczne zakończenie znam, wiem jak skończył główny bohater, bo oglądałem te sceny już setki razy, a za każdym razem robi na mnie to samo mocne wrażenie. Tu dodatkowo chce mi się wyć i pytać – „Boże. Czy tego chciałeś?”. Większość ofiar jest NN, w większości aktów wiek jest podawany w przybliżeniu, niektóre ofiary nie miały określonej płci, część miała tylko nazwisko lub imię. Niektórych tragicznie zmarłych ludzi jedynym znakiem rozpoznawczym jest opis odzieży. Przy niektórych wpisany był jej brak, co mogło świadczyć o jej zdarciu ze zwłok. Gdyby wszystkie akty zgonów miałyby tak wyglądać, rzuciłbym genealogię w cholerę.

Dwa spisane po sobie akty zgonów; nr 335 oraz 336 z parafii Wszystkich Świętych w Warszawie.

http://metryki.genealodzy.pl/metryka.php?ar=8&zs=9264d&sy=570&kt=1&plik=0334-339.jpg

Gdyby nie to, że wszystkie występujące w nich osoby są moimi bliskimi krewnymi, których wcześniej umieściłem w swoim wywodzie, akty zostałby odfajkowane i przeszedłbym nad nimi do porządku dziennego. Zgłaszający oba zgony Jan Wichrowski, szlifierz, był mężem zmarłej i ojcem zmarłego. Zgłaszająca Janina Wichrowska była rodzoną siostrą zmarłej Stanisławy Wichrowskiej. Obie kobiety noszą to samo nazwisko, bo obie wyszły za mąż za dwóch rodzonych braci. Obie miały to samo panieńskie nazwisko. Obie były rodzonymi siostrami mojego dziadka Bronisława zmarłego w Warszawie w 1940 roku. Poza krótką uwagą poczynioną przez księdza „…dziś ekshumowaną” oraz „…dziś ekshumowanym”, akty nie robią na mnie takiego wrażenia jakie opisałem wcześniej. Cieszę się, że je odnalazłem. Szczęśliwy jestem, bo wraz ze szwagrem mojego ojca Zygmuntem Szlagą, są jak dotąd jedynymi znalezionymi, ekshumowanymi i spisanymi z imienia i nazwiska moimi bliskimi którzy zginęli w tym czasie w Warszawie. W obu aktach istotna jest też data śmierci –  matki i syna. To ona rodzi szereg pytań na które nie znam odpowiedzi. Są one być może drugorzędne i dla niektórych niezrozumiałe gdyż nie wnoszą nic do moich badań. Np. to jak i gdzie zginęli? Podane miejsce jest miejscem ich zamieszkania i nie musi odpowiadać prawdzie. Co robił osiemnastoletni chłopak w czasie powstania w domu przy matce? Utrzymała go przy sobie, czy wrócił do domu ranny? Pytania, pytania, pytania na które nie będzie odpowiedzi.

Starsza siostra ojca nie utrzymała swojego męża. Był giserem, członkiem PPRu w hucie na Żoliborzu. Przy nadarzającej się okazji uciekł żonie do Powstania. Następnego dnia ktoś z brygad sprzątających zwłoki doniósł ciotce, że widział jej męża (Zygmunta Szlagę) wśród przygotowanych do spalenia zwłok. Pozostała po nim odkopana po wojnie kartka z listą rozpoznanych ofiar wrzucona do słoika i zakopana do ziemi wraz z zamordowanymi w sierpniu 1944 roku. Na jej podstawie i tego co po nich zostało, po wojnie sporządzony był akt zgonu. Osobami zgłaszającymi byli urzędnicy wyznaczeni do ekshumacji zwłok. Czyj Bóg wymagał tych ofiar? Gott Reinefarha i Dirlewangera? Бог Kamińskiego i Bondarenki. Może Allach?, Budda? Pan życia i śmierci spod znaku sierpa i młota? Ot! Losy ludzkie. Wiedza z czytanych lektur o Powstaniu Warszawskim, w tym wspomnienia Warszawiaków, którzy przeszli przez to piekło, nie daje na wszystko odpowiedzi.

 

Akty zgonów. Potrafią zgotować niespodziankę, rozbawić, ucieszyć, zdołować i sprawić mieszane uczucia. Są kopalnią wiedzy o parafii i jej mieszkańcach. Trafiają się wśród nich ciekawostki. Natknąłem się na nie podczas wertowania ksiąg. Np. natrafiłem na akt zgonu Chińczyka w parafii Św. Stanisława na Woli z 1942 roku, akt zgonu z parafii Raszyn w którym przyczyną zejścia był kieliszek wódki, w tej samej parafii ksiądz zamieścił krótki opis XIX wiecznych czynności dochodzeniowych po znalezieniu zwłok NN kobiety, zgłoszenie zgonu po szesnastu latach w parafii Piotrkowice czy egzekucja odnotowana w księdze zgonów w tejże parafii. Nie cieszą mnie one, bo nie powinny. Są w końcu aktami zgonów. Ucieszyły mnie i jednocześnie zasmuciły, znalezione w warszawskiej parafii Św. Stanisława BM., akty zgonów sióstr mojego ojca. Jedna zmarła mając kilka dni, druga kilka godzin. Oba akty zgonów były dla mnie dużym zaskoczeniem. Babka nikomu ani jednym słowem nie wspominała o zmarłych córkach. Pewnie dlatego podświadomie zrodził się też żal do babki, że do końca swoich dni ukrywała przed wszystkimi ten fakt. Zdołował mnie natomiast akt zgonu z raszyńskiej parafii mojej 3xprababki w którym czarno na białym ksiądz zapisał, że była żebraczką. Jakże to tak? Wcześniej umiera jej mąż, mój 3xpradziadek Wojciech i ksiądz zapisuje w akcie zgonu „gospodarz”. W przeciągu kilku lat babka doprowadza gospodarstwo do dziadostwa? Myślę, że zadziałał tu inny mechanizm. Szkoda, bo z racji sąsiedztwa z Okęciem, dzisiaj przy dobrej pogodzie z tarasu widokowego Portu Lotniczego im. Chopina, miałbym ładny widok na moją… dziadowiznę.  Nie przeraża mnie fakt, że kiedyś i ja będę wpisany do księgi zmarłych. Sen z powiek spędza mi fakt, że odnajdując nowe skoligacenia, będę musiał wrócić do przejrzanych ksiąg i nie daj Bóg wszystko zacząć od początku. Na to mi życia nie starczy.

Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak

Rodzina Gierczyckich jako przykład szczekocińskiej rodziny mieszczańskiej na przełomie XVIII i XIX wieku

Lech Frączek

 

Rodzina Gierczyckich jako przykład szczekocińskiej rodziny mieszczańskiej na przełomie XVIII i XIX wieku.

 

Wstęp

 

Wzrost znaczenia historii regionalnej w historiografii rodzi potrzebę podejmowania wielotorowych badań nad ciągle nie do końca poznanymi dziejami małych ojczyzn, do których w oczywisty sposób należy zaliczyć Szczekociny. Jednym z ważniejszych kierunków badawczych są w tym wypadku losy poszczególnych rodzin współtworzących historię danej wsi, miasta lub regionu.

W niniejszym artykule zostały ukazane wybrane aspekty dotyczące życia mieszkańców Szczekocin na przykładzie rodziny Gierczyckich[1] . W celu uzyskania możliwie jak najszerszej perspektywy badawczej wykorzystano możliwości jakie dają genealogia, demografia historyczna, czy wreszcie historia społeczno-gospodarcza, a osiągnięte za ich pomocą ustalenia przedstawiono na tle ogólnych zjawisk i tendencji zachodzących w dziejach miasta.

Spośród wielu istniejących definicji rodziny zastosowano taką, która najlepiej odpowiada realiom epoki staropolskiej, określającą rodzinę jako grupę osób wzajemnie zależnych, złożoną z rodziców i niesamodzielnych dzieci (tzw. rodzinę nuklearną), a także z dalszych krewnych mieszkających razem[2] .    

Początek omawianego okresu został zdeterminowany stanem zachowania materiału źródłowego, zwłaszcza ksiąg metrykalnych, w których znajdują się najwcześniejsze wzmianki o rodzinie Gierczyckich, natomiast cezura końcowa została wyznaczona tak aby w badanym okresie można było opisać dzieje trzech pokoleń. Założenie to najlepiej spełniała końcówka lat trzydziestych XIX wieku.

 
 


[1] Historia rodziny Gierczyckich nie doczekała się do tej pory żadnej monografii ani nawet artykułu.    

[2] C. Kuklo, Demografia Rzeczpospolitej Przedrozbiorowej, Warszawa 2009, s. 354.

 

więcej w pliku do pobrania

 

 

Autor: Lech Frączek

Spotkanie ŚTG w lutym 2014 r.

Zapraszam na kolejne spotkanie Świetokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen ” dnia 03 lutego 2014 r o godz.17.00 do Muzeum Historii Kielc
ul. Św. Leonarda 4 .

Temat: Izabella Czartoryska jej pasje kolekcjonerskie i sercowe.

Wykładowca : Ryszard Żelazny

Autor: Kornelia Major

Spis ludności Szczekocin z 1791 roku

Lech Frączek

 

Spis ludności Szczekocin z 1791 roku

 

 

Spisy ludności są podstawowym źródłem do badań nad stanem i strukturą danego społeczeństwa na określonym terytorium. Swoją genezą sięgają starożytności, lecz ich pełna forma wykształciła się w Europie i w Polsce dopiero w wieku XVIII. Spisy państwowe[1] , do których należy także spis ludności parafii Szczekociny[2], cechowały się najczęściej czterema warunkami: powszechnością, jednoczesnością, imiennością oraz bezpośredniością[3], które odróżniały je od wcześniejszych mniej doskonałych rejestrów[4].

Na mocy uchwały sejmowej z 1789 roku w rozdziale zatytułowanym „O materyi ekonomiczney woiewódzkiey” nakładano na plebanów obowiązki obligujące ich do przeprowadzenia spisów ludności oraz do corocznego przekazywania władzom państwowym odpisów akt metrykalnych[5] .

Organizację spisów kontrolowały Komisje Porządkowe Wojskowo-Cywilne nadzorujące prace proboszczów na terenie danego powiatu. W przypadku Szczekocin był to powiat lelowski. Pomimo tego, że teoretycznie komisja taka powinna była urzędować w Lelowie, to dzięki staraniom Urszuli Dembińskiej przeniosła ostatecznie swoją działalność do pałacu w Szczekocinach, przez co znacznie wzrosła ranga tego miasta oraz pozycja jego właścicielki[6] . Spis ludności parafii szczekocińskiej nie odbiegał od wytyczonego prawem schematu. Miał on obejmować swoim zasięgiem całą ludność wyznania chrześcijańskiego z terenu parafii, która wedle spisu z roku 1791 składała się z następujących miejscowości: Bonowice, Grabiec, Sprowa, Szczekociny oraz Wywła



[1] Genezę oraz wnikliwą analizę spisów państwowych przedstawił C. Kuklo omawiając rodzaje źródeł do badań demograficznych. C. Kuklo, Demografia Rzeczpospolitej Przedrozbiorowej, Warszawa 2009, s. 51-61.

[2] Archiwum Narodowe w Krakowie. Oddział III, (dalej: ANKr III), Akta Komisji Porządkowej Wojskowo-Cywilnej Województwa Krakowskiego, (dalej: AKP), sygn. 49-5. Ze względu na obszerność materiału w niniejszym artykule zamieszczono wyłącznie początkową część owego spisu dotyczącą części miejskiej parafii.

[3] Powszechność powodowała uwzględnienie wszystkich mieszkańców, jednoczesność oznaczała przeprowadzenie spisu w jednym momencie (zazwyczaj jednego dnia), imienność jak nazwa wskazuje cechowała się podawaniem personaliów poszczególnych osób, a bezpośredniość odnosiła się do tego, że informacji udzielała bezpośrednio osoba spisywana.

[4] Wcześniejszymi źródłami tego typu są głównie spisy podatkowe oraz kościelne spisy wiernych noszące łac. nazwę Libri status animarum, czyli księgi dusz. Więcej w tej kwestii zob. C. Kuklo, op. cit., s. 66-74; I. Gieysztotowa, Wstęp do demografii staropolskiej, Warszawa 1976, s. 116-141.

[5] C. Kuklo, op. cit., s. 53-54 .

[6] M. Zacłona, Urszula z Morsztynów Dembińska i jej wkład w rozwój Szczekocin, w: Historia i współczesność Szczekocin. XX-lecie Towarzystwa Kulturalnego im. Tadeusza Kościuszki, red. Cz. Orliński, Szczekociny 2012, s. 63.

 

 

więcej w pliku do pobrania

 

Autor: Lech Frączek

„Janko” Muzykant

Nasza miejscowa, regionalna rozgłośnia – Radio Kielce, nadała swego czasu reportaż. Nie pamiętam jego tytułu. Początkowo też nie zwracałem na niego uwagi. Zajęty byłem pracą. Jednak po wsłuchaniu się w płynący z głośnika głos, reportaż zaciekawił mnie do tego stopnia, że szybko podgłośniłem radioodbiornik i od tej chwili bacznie łowiłem uchem każde słowo. Reportaż dotyczył majątku Grzegorzowice. W zasadzie odnosił się tylko do jednego wydarzenia rozgrywającego się w dworku w Grzegorzewicach. Obejmował jeden, tragiczny dzień 1944 roku. Pamiętam, że oprócz nazwiska i imion właścicieli majątku, oraz ich krewnej, nie padło w nim ani jedno inne nazwisko. Opisująca prawdziwą historię narratorka zastrzegła, że nie ujawnia nazwisk ponieważ żyją potomkowie oraz rodziny „bohaterów” tego reportażu. Po zakończeniu audycji poczułem niedosyt. Nie było wtedy jeszcze Internetu. Informacje uzupełniające postanowiłem zdobyć u mojego sprawdzonego źródła. Audycja dotyczyła Grzegorzowic – wsi w dawnym województwie kieleckim, miejsca urodzenia mojego teścia. Byłem przekonany, że od niego dowiem się nieco więcej szczegółów.

Okazja nadarzyła się wkrótce. Przed nadchodzącym weekendem moja żona zadecydowała – „Jedziemy do rodziców!”(przyp. autora – „do teściów” Mieszkaliśmy u rodziców). Pakowanie do mamusi zajęło żonie kilka godzin. Ja zabrałem flaszkę i wraz z dziećmi byłem gotowy do podróży. Trafiliśmy na kolację. Na miejscu, podczas kolacji własnymi słowami opowiedziałem to, co usłyszałem w reportażu. Spytałem teściów, czy znają tą historię. Niestety nie znali. Od nich nie dowiedziałem się niczego. W czasie II Wojny Światowej teść nie mieszkał już w Grzegorzowicach. Nic nie słyszał o tym wydarzeniu. Owszem, w 1944 roku w okolicy głośno było o śmierci dziedziczki, ale on nie znał szczegółów. Był wtedy dzieckiem. Po wojnie nie mówiło się o tym fakcie nic. Bym nieco bliżej poznał historię owego tragicznego dnia, pozostało mi poczekać kilka lat – do założenia internetu.

Tamta rozmowa u teściów nie do końca była bezowocna. Moi teściowie zrewanżowali się swoimi wojennymi opowiadaniami. Przygodami krańcowo różniącymi się od siebie. W okupację byli jeszcze dziećmi i inaczej postrzegali wojnę, jej uciążliwości oraz okupanta. Swoją „walkę z Niemcami” teść rozpoczął podobnie jak „Janko Muzykant”. Obaj byli chyba w tym samym wieku i obaj mieli zamiłowanie do muzyki i skrzypiec. Obaj bawili się w małych lutników i konstruowali skrzypki. Obu łączył jeszcze jeden fakt. Ukradli. Różnica między Jankiem Muzykantem a moim teściem była jedna, zasadnicza. Janko uznał, że zrobione przez niego skrzypce nie nadają się do grania i buchnął dziedzicowi skrzypce. Mały Zygmuś ocenił wykonanie swojego instrumentu na zadawalające. Brakowało im tylko dobrych strun. Zdaniem małego dziecka, stalowy drut telefoniczny podwieszony na jodłach w Puszczy Świętokrzyskiej nadawał się na nie jak żaden inny. Ukradł więc kilka metrów linii telefonicznej. Po niecałej godzinie rozszalało się piekło. Nazjeżdżało się Niemców. Szukali sabotażysty. Linia którą przeciął teść była linią strategiczną łączącą więzienie na Świętym Krzyżu z posterunkiem żandarmerii w Nowej Słupi i w Bodzentynie. Niemcy nareperowali linię. Z braku winnego, sprawę zwalili na zwierzynę leśną i odjechali. Potem nastąpił finał jak u Sienkiewicza. Matka teścia znalazła schowany w oborze stalowy drut i skończyło się wielkim laniem. Baty przeżył. Pasji nie zarzucił. Był kapelmistrzem w orkiestrze górniczej w Rudkach. Kierował też kapelą ludową. Grał w niej na skrzypcach i trąbce. Kapela wzięła nazwę od jego imienia i nazwiska.

Tego wieczoru , zanim poszliśmy spać, teść opowiedział jeszcze kilka miejscowych zdarzeń z okresu okupacji niemieckiej; aresztowanie i zamordowanie dziedziców Baszowic, spalenie żywcem dwóje dzieci na Hucisku, branka na roboty w III Rzeszy z której wybroniła go matka, jak za sprawą mleczarza Monkiewicza został partyzantem, „pacyfikację” Mirocic, panoszenie się na tych terenach „Witka”, wyzwolenie Nowej Słupi … Wszystko skrzętnie notowałem i być może zapiski te posłużą mi na fabułę kolejnych opowiadań lub felietonów. Tego wieczoru dowiedziałem się także, że w tym samym czasie, w tym samym kraju. Ba! W tej samej wsi, były różne wojny, byli źli i dobrzy Niemcy. Po wyzwoleniu przyszedł czas na rozliczenie się z przeszłością. Polecam artykuł
http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262,15327768,Wstrzasajaca_historia__Sedzia_dopadl_zbrodniarza_wojennego_.html
Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak