Spotkanie Genealogiczne 05.11.2012 r.

Zapraszam  dnia  05 listopada 2012 r o  godz.17.00  do  Muzeum  Historii  Kielc ul.Leonarda 4  na  comiesięczne  spotkanie.

 

Temat : Metody  wykorzystania ksiąg  metrykalnych  w  badaniach  nad  historią  -Małych  Ojczyzn –  na  podstawie ksiąg  metrykalnych Szczekocin.

 

Wykład : dr Lecha  Frączka  z  Uniwersytetu  Jagiellońskiego  z  Krakowa

 

 

Kornelia  Major.

Autor: Kornelia Major

Spotkanie 01 pażdziernika 2012 r.

Zapraszam na kolejne spotkanie dnia 01 pażdziernika 2012 r. o gpdz.17.00 do Muzeum Historii Kielc ul.Moniuszki 4.

Temat spotkania : Grzybałowie z Kielc – Ród z Odrzykonia.

Prelegent : Jacek Grzybała

UWAGA : od dnia 01 pażdziernika 2012 r. we wtorki Archiwum diecezjalne w Kielcach jest czynne od godz.13.00-17.00

W pozostałe dni bez zmian od godz: 8.00 – 12.30

Autor: Kornelia Major

Szklanka ciepłego mleka.

Na pierwsze powakacyjne spotkanie członków „Świętogenu” szedłem bez przekonania a w zasadzie w przekonaniu, że trafię na wieczór autorski połączony z promocją książki. Nie moje klimaty. Wioskę Brzeziny która była tematem prelekcji, znam z racji wykonywanego zawodu. Spędziłem w niej trochę czasu remontując drogę biegnącą przez wioskę. Tematyka spotkania – tylko pobieżnie leży w kręgu moich zainteresowań. Siedzę po uszy w Stołecznych parafiach i wątpię czy one zaciekawią osoby nimi nie zainteresowane (w tym prelegentkę). Pewnie dlatego nie szukałem w Internecie informacji; ani o autorce książki, ani o jej „małej ojczyźnie”. O przeczytaniu z braku czasu książki o której miała być mowa, nie wspomnę. Uzbrojony w taką wiedzę zjawiłem się na wrześniowym spotkaniu. Nie spodziewałem się niczego co mogłoby mnie zaskoczyć? To, że byłem w błędzie, uświadamiałem sobie z każdą upływającą minutą spotkania.

Myliłem się. Nie był to wieczór autorski. Była to profesjonalnie poprowadzona prezentacja poparta licznymi zdjęciami i wycinkami z archiwalnych szpalt „Gazety kieleckiej”. Powracając z zebrania do domu, wdałem się w rozmowę z bratem. Nie dawała mi spokoju natrętna myśl, że w starym albumie matki znajduje się zdjęcie być może zrobione na tle dworku w Brzezinach. Dworku o którym była mowa na zebraniu. Z komentarzy matki jakie robiła każdorazowo przy okazji pokazywania tego zdjęcia wynikało, że „zdjęcie zostało zrobione w Morawicy gdzie jej ciotka pracowała jako nauczycielka”. Morawica – Brzeziny. Rzut kamieniem. Z doświadczenia wiem, że w takich sytuacjach łatwo o pomyłkę. Dlatego miejsca na mapach podawane są we współrzędnych geograficznych a w moim zawodzie posługujemy się mniej skomplikowaną terminologią. W drogownictwie miejsce określa się po prostu; przy drodze takiej a takiej, w kilometrze tym i tym, hektometrze …, metrze… Prawda że łatwe i trudno pobłądzić. Pozostało tylko jedno – obejrzeć zdjęcie. Być może jest na nim jakiś szczegół, który pozwoliłby dokładnie zlokalizować miejsce jego wykonania.

Samo zdjęcie o którym mowa rozczarowało mnie. Zdjęcie jest mocno zniszczone. Bez pieczątki fotografa. Jego odwrotna strona, gdzie zwykło umieszczać się dopiski, datę oraz miejsce jego zrobienia, jest trwale podklejona. Nie do ruszenia bez poczynienia nieodwracalnych szkód. Zdjęcie było zrobione w plenerze. Kiedy? Prawdopodobnie lata trzydzieste XX wieku. Na tle starego mocno podupadającego budynku, fotografowi do zdjęcia pozuje duża grupa biednych, bosych, jednakowo ubranych dzieci. Na drugim planie nieco powyżej, zapewne na stopniu schodka, stoi trójka ich opiekunek. Na fotografii nie ma żadnego szczegółu, który świadczyłby o nazwie miejscowości lub miejscu jego wykonania. Obiekt w niczym nie przypomina szkoły. Jest raczej starym, podupadającym dworkiem, na dodatek bardzo skromnym, bez wyszukanych elementów architektonicznych. Dach pokryty podartą, poodrywaną papą, przybitą kiedyś do starego gontu. Dla mnie o wartości zdjęcia decyduje tylko dopisek poczyniony ręką mojej matki. Wartości nieocenionej bo sentymentalnej.

Po powrocie do domu zrobiłem to co powinienem był zrobić przed spotkaniem. Wszedłem na strony internetowe Morawicy i Brzezin. Z uwagą przeglądałem zamieszczone na nich stare zdjęcia. Niestety żadne z nich w niczym nie przypominało dworku z mojej fotografii. Zadzwoniłem do brata ciotecznego mojej matki. Rozmawiałem z nim przez Skype’a i pokazałem zdjęcie o którym mowa. Potwierdził, że zdjęcie zrobione jest w Morawicy i przedstawia ciotkę Apolonię Potocką (z domu Skowron) z jej podopiecznymi. Dokładnego czasu wykonania fotografii nie pamięta. Dodał, że przed wojną ciotka pracowała jako nauczycielka w szkole w Morawicy a jej mąż Henryk Potocki nadzorował budowę miejscowej drogi. Mieszkał z wujkiem i ciotką, jak sam określił „po lewej stronie jak wjeżdża się do Morawicy, przy drodze Morawica – Chęciny”. Tu przyznam się że zgłupiałem. To przecież Brzeziny. Nadal wiem, że nic nie wiem. Przed opublikowaniem zdjęcia w Internecie i zasięgnięciem pomocy na forum powstrzymują mnie złe wspomnienia związane z faktem dzielenia się pamiątkami w sieci. Po udostępnieniu kilku zdjęć, zostały one rozpowszechnione i podpisane innym nazwiskiem. Instytucje państwowe też oduczyły mnie dobroczynności. Szybko odnalazły się w nowych realiach gospodarczych. W jednym przypadku musiałem słono zapłacić Muzeum Narodowemu za udostępnienie zdjęć cyfrowych pamiątek przekazanych kiedyś nieodpłatnie do tegoż muzeum a w drugim, nie mogę doczekać się decyzji na piśmie o bezpłatnym przejęciu przez Muzeum Miasta kilku pamiątek po Henryku Potockim.

Przeglądając internetową stronę Brzezin, spośród wielu zakładek natrafiłem na jedną mającą podtytuł – „Z naszej kuchni”. Przytoczę tu przypomnianą mi przez wujka starą anegdotę opowiadaną przy okazji rodzinnych spotkań. Jest ona jak najbardziej a propos miejscowych brzezińskich smaków bo dotyczy zarówno tego miejsca jak i metody docierania przez żołądek do serca mężczyzny. A było to tak… Któregoś jesiennego dnia ciotka zastanawiała się co ugotować. Sama pracowała i nie dysponowała czasem na wyszukane, czasochłonne dania. Zrobiła to co miała pod ręką – ziemniaki z zsiadłym mlekiem. Obrała, wypłukała i nastawiła ziemniaki. W kostkę pokroiła słoninę. Wytopiła ją i zrumieniła na złociste skwarki. Drobno posiekała koperek i czekała z obiadem na męża. Dzień był jesienny i chłodny. Po powrocie męża do domu zawołała dziecko i szybko podała obiad na stół. Mężowi nałożyła tak jak lubił; kopiasty talerz całych, niepotłuczonych, bogato okraszonych skwarkami i lekko posypanych koperkiem ziemniaków. Do tego półlitrowy gar zimnego zsiadłego mleka. Gęstego, ze można go było kroić nożem. By dziecko nie piło zimnego mleka, postawiła go na kuchni i podgrzała. Co zrobiła nie tak miała okazję sprawdzić zbierając całą zawartość szklanki rozlaną na stole i na kuchennej podłodze.

Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak

Spotkanie 03.09.2012 r.

Zapraszam na spotkanie dnia 03 wrzesnia 2012 r o godz. 17.00 do Muzeum Historii Kielc.

Temat : Genealogia w ” Małych Ojczyznach ” wdłg. Marianny Węgrzyn autorki
książki wydanej w 2012 roku : Brzeziny. Nasze małe historie.

Autorka zaprezentuje również bogaty zbiór fotografii ślubnych okolicznych mieszkańców.

Autor: Kornelia Major

Spotkanie 03 wrzesnia 2012 r.

Zapraszam  na I po  wakacjach  spotkanie  dnia 03  wrzesnia 2012 r  o  godz. 17.00  do  Muzeum  Historii  Kielc

Temat :  Genealogia w  „Małych  Ojczyznach ” wdlg. Marianny  Węgrzyn  autorki książki  wydanej  w  2012  roku : 

                 Brzeziny. Nasze  małe  historie.

 

 

Kornelia  Major

Autor: Spotkanie 03 wrzesnia 2012 r.

Co z tym dalej?

Aut inveniam viam aut faciam. Albo odnajdę drogę albo sam ją sobie zbuduję. Ta stara łacińska sentencja przyświeca mi na każdym kroku, nawet w genealogicznym hobby. Poszukuję swych genealogicznych dróg a gdy ich nie znajduję buduję je sobie sam. Przychodzi mi to łatwo gdyż z wykształcenia jestem drogowcem. Nie przeraża mnie to że pokonując odległości za każdym razem horyzont miast przybliżać się jest zawsze nieosiągalny.  I dzięki Bogu. Osiągnięcie linii gdzie niebo styka się z ziemią oznacza kres ziemskiej podróży a na to mam jeszcze czas.

 

Na moją genealogiczną drogę wkroczyłem w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jak większość małych dzieci narysowałem; siebie, mamę i tatę. Był to najkrótszy wywód mych przodków. Zza chmurki pomalowanej niebieską kredką świeciło nad nami jasnożółte słońce. Wiem bo rysunek ten przechowała moja matka. Podpisała go matczyną dłonią, zaznaczyła na nim datę i wsadziła w okładki rodzinnego albumu. Swoje drugie drzewo genealogiczne narysowałem już bardziej „profesjonalnie” . Było to w pierwszej lub w drugiej klasie szkoły podstawowej. Powera dostałem pod wpływem wizyty genealoga w szkole. Po kilkominutowym spotkaniu z naszym gościem, z uśmiechem na ustach „Nasza Pani” podyktowała nam zadanie domowe – „Narysować w domu drzewo genealogiczne”. Swe drzewa rysowała wtedy cała moja klasa. Czasu mieliśmy sporo – całe dwa tygodnie. Po powrocie do domu ostro zabrałem się do roboty. Dzisiaj nie pamiętam już szczegółów; zapewnie zrobiłem pierwszy rodzinny wywiad i nękałem licznymi pytaniami babcię i rodziców. Pamiętam za to co narysowałem i kto znalazł się na owym drzewie. Na centralnym miejscu był przypadkowy „własny” herb, pod nim ja i moi rodzice oraz dziadkowie. Gdy nadszedł czas oceny arcydzieła, dumnie szedłem do szkoły niosąc go w zasznurowanym bloku rysunkowym formatu A4 gdyż większy blok przerastał mnie wtedy i wlokłem go za sobą po ziemi. Po wystawieniu oceny tablica moich przodków wyładowała na  szafie. Po kilku latach przypadkowo sięgnąłem po nią po raz ostatni. Wnikliwie przyjrzałem się pożółkłemu dziełu i widocznie stwierdziłem że to dziecinada i żenada bo z lamusa rysunek trafił prosto do kosza.

 

Przez szereg długich lat nie interesowałem się swoimi korzeniami. Żyłem swoimi problemami. Zainteresowania nimi na krótko wzbudził emitowany w latach siedemdziesiątych przez TVP amerykański serial pt. „Korzenie”. Pod jego wpływem doszło do szczerej rozmowy o naszym pochodzeniu między mym ojcem a mną. Niestety poprzestałem na tym i widocznie ojciec dostrzegając mój „tumiwisizm” nie podejmował już nigdy więcej tego tematu. Trzeba było przeżyć jeszcze trzydzieści lat by zrodził się we mnie genealogiczny Power. Co go spowodowało? Mógłbym nakłamać: że kontynuuję tradycje rodzinne, że robię to dla mych potomnych, że w moich żyłach płynie szlachecka krew a w moim wywodzie przodków znajduje się kilka znanych osób. Siebie jednak nie okłamię i powiem szczerze – nic z tych rzeczy. Nie wiem co było genezą. Dzisiaj genealogią zajmuję się amatorsko. Wytyczam sobie ambitniejsze cele i mam już w tym małe sukcesy. Idę z duchem czasu. W dzieciństwie zacząłem od najkrótszego i najprostszego wywodu przodków by skończyć na kilkupokoleniowym drzewie. Dzisiaj jednak dochodzę do wniosku, że opracowana przeze mnie tablica ascendentów nie wystarczy. Jest zbiorem imion i dat przez co jest mało wymowna i martwa. Ja swoje dzieło odbieram emocjonalnie i poruszam się po nim z zamkniętymi oczami lecz zaobserwowałem, że w małym stopniu przemawia do kogoś stojącego z boku. W tym także do oglądających wywody swych przodków moich bliskich. Moje graficzne dzieło przykuwa uwagę na kilkanaście sekund góra parę minut. Zazwyczaj później następuje szereg pytań. Postanowiłem to zmienić i historię rodu nieco inaczej przelać na papier. Bardziej przyswajalnie i lekkostrawnie dla każdego. Piszę sagę czyli historię rodu. Znajdą się w niej zdjęcia, mapy oraz opracowane dotąd wykresy i tabele. Jak dotąd przelałem na papier pierwszy tom sekretów rodzinnych. Wielokrotnie go; czytam, sprawdzam, nanoszę poprawki, wyrzucam zbędne, dodaję nowe i coraz częściej zastanawiam się – Co z tym dalej?

 

Nie mam wydawniczych zapędów. Twórczość tego typu jest niszowa; niskonakładowa, skierowana do określonego odbiorcy. Straciłem kiedyś trochę czasu i nerwów chcąc wydać tomik moich wierszy związanych z genealogią. Pukałem wtedy do kilku wydawnictw literackich. Poza kilkoma przypadkami samoobsługi (samofinansowania i samo dystrybucji) odpowiedź była zazwyczaj taka sama – przyjmujemy do druku to co się sprzedaje; książki kucharskie, kalendarze, wierszyki dla dzieci. Inne formy nas nie interesują. Nie mam zamiaru prostytuować się i powtórnie pukać do już raz zatrzaśniętych drzwi. To co dotychczas napisałem nie stanowi górnej półki literackiej spuścizny. Poprzeczkę podnoszę dla siebie i coraz częściej zastanawiam się czy w dobie odchodzenia od czytania prasy i książek jest sens pisania czegokolwiek. Na modne nowinki jakimi są E-booki też kiedyś przeminie moda dlatego moje ambicje sięgają znacznie wyżej. Marzy mi się komputerowo stworzona audiowizualna prezentacja a kto wie może i internetowy blog lub telewizyjny reportaż. W ten sposób poszerzy się krąg moich odbiorców a treść jaką chcę przekazać dotrze do nich w bardziej wymowny i zrozumiały sposób. Możliwości są wielkie, gorzej z ich realizacją. Póki co nie poprzestaję w zadawaniu sobie pytania – Co z tym dalej?

Jerzy Wnukbauma

 

Autor: Jerzy Użyczak