Paradoks
Szedłem w Warszawie po bulwarze ,
Słoneczko grzeje , wiosna więc marze.
Korzystam z ciepłej , pierwszej okazji
I puszczam wodze swojej fantazji .
Tutaj konkretnie w tym przypadku
Myślami byłem przy moim dziadku .
Wyliczam przodków gdym tak chodził ;
Dziadek przed wojną ojca tu spłodził ,
Tu mieszkał ojciec mojego dziadka….
Ilośc pradziadków dla mnie zagadka .
Dziś jest okazja więc ich policzę
I przy okazji pamięć poćwiczę:
– Każdy ma ojca i dwóch dziadków
Czterech pradziadków , ośmiu prapra
Trzydziestu dwóch,sześcdziesiąt cztery…
Coś tu nie tak.Co do cholery ?
Dalsze liczenie na nic się zda
Pomnażam tylko przed dziadkiem pra…
A gdybym mnożył numer przy dziadku
Całą Warszawę miałbym w spadku.
Z punktu widzenia genealoga
Nie tędy droga. Naszła mnie trwoga.
Może nie trwoga lecz obawy
W ten sposób dojdę do Warsa i Sawy.
Na nic liczenie i dalszy mój trud .
Bo tylko oni wznieśli ten gród .
Zakradł się błąd , coś nie jest tak
Może od Warsa więc liczyć wspak.
Pewnie gdy zliczę Warsa zstępnych
Dojdę do wniosków już przystępnych .
Płyną minuty ,mijają godziny
Warsowi rosną w rozmiar syny
Z mego liczenia Warsa plemię
Po kilku wiekach zaludnia Ziemię
Żeby w przyszłości jego dziedzice
Zaczęli życie gdzieś w galaktyce .
Pryma aprilis ? omam , czy co ?
Przestałem liczyć idąc ulicą.
W pierwszy dzień wiosny nic po rozumie
Zakłopotany skryłem się w tłumie ,
Naszły mnie zgoła inne obawy –
Może i moje jest pół Warszawy ?
Autor: Jerzy Użyczak












