Na początku mojej genealogicznej przygody zawierzyłem etymologii. Łudziłem się, że pozwoli mi ona znaleźć najbardziej odległego praszczura, a przy odrobinie szczęścia pomoże umiejscowić kolebkę rodu. Myślałem, że przy dobrym układzie uda mi się przeskoczyć kilku wieków wstecz. Dotrzeć do źródła. Do okresu powstawania nazwisk. Kiedyś ją (etymologię) przeceniałem. Jak części początkujących genealogów, mnie też marzyły się pieczone gołąbki. Fajnie mieć efekt pracy bez ruszania się z domu, bez nakładów finansowych, bez poświęcenia cennego czasu. Swojego i najbliższej rodziny. To na początek, bo później (tak myślałem) ukierunkowany na właściwe tory, mogę tylko odcinać kupony. Później będzie już tylko spacerek. Wyszukiwanie, zbieranie i usystematyzowanie porozrzucanych w księgach perełek. Po nitce do kłębka i będzie cały wywód przodków. To wszystko za sprawą wyrazu lub tylko jego małego członu? Marzenia ściętej głowy. Sama etymologia nic nie wnosi. Zrodzi natomiast szereg dodatkowych pytań, a te z kolei zadawane zbyt często i natarczywie, powodują nerwową reakcję i co najwyżej czyjąś niegrzeczną i odczepną odpowiedź. Dlaczego? A dla psiego!
Błądziłem. Mea culpa! Pomieszały mi się priorytety. Zacząłem od etymologii bo było najprościej. Napisałem na forum Genpolu do osoby zajmującej się etymologią nazwisk prośbę;
Droga Pani Ewo.
Buduję swe pierwsze drzewo,
Nim hojnie owoc obrodzi
podaj od czego nazwisko pochodzi,
bo mnie wcale nie zachwyca
że etymonem nazwiska może być „urzyca”.
Mówiąc najprościej, bez zawiłości i skrótów
to w gwarze góralskiej – materiał do butów.
Uciekam się do Pani i prosić będę póty
aż znajdziesz coś innego. Odrzucisz te buty
bo jak spojrzeć w oczy własnej żony?
Ratuj Droga Pani. Sługa uniżony.
Nie minęła minuta. Ewa odpisała – „Nie ma Ciebie u Rymuta”. Byłem rozczarowany. Szkoda. Nie znając etymonu nazwiska, muszę dalej błądzić. Po Europie; Niemczech, Czechach, byłej Jugosławii, Ukrainie, bo tam spotykałem bliskoznaczne człony wyrazów, które w przeszłości mogły stanowić o pochodzeniu nazwiska. Po przełknięciu gorzkiej pigułki z czasem dotarło do mnie, że jedyną drogą na wyjaśnienie niekończących się pytań są dokumenty. Praca u podstaw. Reszta to dodatek do kożucha. Zabrałem się do roboty i dziś bez zająknięcia powiem jednym tchem- Wiem! Za cierpliwość i wytrwałość życie zgotowało mi nagrodę. Pomógł mi Oskar Kolberg oraz dr Łukasz Maurycy Stanaszek, Łużycok z krwi i kości.
Urzyce lub Urzecze to zapomniany, podwarszawski mikroregion etnograficzny rozciągający się po obu stronach Wisły. Tożsamościowo odrębny, geograficznie zamknięty w podwarszawskiej, wiślanej pradolinie. Zamieszkiwany był przez Łurzycoków, manifestujących swą odrębność modrymi strojami ze złotymi guzikami i czerwonymi mankietami i wyłogami klap. Wspólnoty nierozerwalnie związanej z Wisłą, handlem wiślanym, osadnictwem olęderskim. Społeczności, którą cechowała specyficzna nadrzeczna gospodarka związana z transportem rzecznym i handlem. Od społeczności żyjącej poza obwałowaniem wyróżniało ich także charakterystyczne budownictwo na sztucznych pagórkach, łąki i pola wokół grobli, jazów, polderów, stawów, wyniesionych na nasypach dróg (trytw), przystani rzecznych (bindug) i przepraw promowych. Oprócz robót związanych z ujarzmianiem Wisły, Urzycoki zajmowali się uprawą żyznych nadwiślanych mad i szerokim wykorzystaniem wikliny. Byli wolni od; panów, wójtów i plebanów.
Najstarszą przechowaną wzmianką o Urzeczu jest dokument z 1737 roku dotyczący dochodów Dóbr Wilanowskich. Powstanie mikroregionu w wyrazistej jego formie datuje się znacznie wcześniej. Kolonizacja olęderska wzbogaciła cywilizacyjnie rodzimych autochtonów, przenosząc europejskie doświadczenia w ujarzmieniu żywiołu. W XIX wieku dostrzegła ich większość polskich etnografów. Zauważali ich także redaktorzy ówczesnych gazet pisząc;
„…Mało kto wie o tym kawałku powiśla, które tak odróżnia się przymiotami ziemi i zwyczajami mieszkańców od reszty kraju. Pas ten ciągnie się ponad Wisłą długością 25 wiorst, mniej więcej zaczyna się przy ujściu Swidny a kończy przy ujściu Wilgi.(…) W tym powielanym kraiku lud odróżnia się od innych okolic mową, ubraniem, zwyczajami a nawet sposobem uprawy ziemi. (…) Z jednej strony Wisła, z drugiej wielkie lasy, które niegdyś nazywały się puszczą, odcinają tę oazę od dalszej okolicy.” (fragment korespondencji anonimowego autora z Gazety Warszawskiej z 1868 roku).
Wiedzę o na nowo odkrytym mikroregionie i jego mieszkańcach, wchłaniałem jednym tchem. Wszystko wskazywało na to, że mogę być potomkiem jednego z jego mieszkańców. Moim zdaniem, mój prapraUrzycok z jakiś przyczyn opuścił nadwiślańską ojcowiznę i przeniósł się na bezpieczniejsze, suche podwarszawskie tereny. Nie musiał szukać daleko. Osiadł w parafii Raszyn. Pierwsze ślady o moim w prostej linii prapradziadku pochodzą z tej parafii. W jednym z aktów dotyczącym mojego antenata jest dopisek o jego stanie społecznym – kolonista. We wszystkich innych jest gospodarzem w Jaworowej. Czyżby wyjątek potwierdzający regułę? Może błąd. Pomyłka księdza. Sam już nie wiem kurczę. Może takim wyjątkiem jest też inny odnaleziony przeze mnie akt z tej parafii świadczący o tym, że flisacy wiślani przemieszczali się w poprzek Wisły. Akt zgonu nr 53 z 1832 roku z parafii Raszyn.
http://metryki.genealodzy.pl/metryka.php?ar=8&zs=7044d&sy=4000&kt=7&plik=046-055.jpg
Może to jednak samo życie a nie wyjątek?
Myślę, że odnalazłem swoje korzenie. Nie spocząłem na laurach. Na powrót uwierzyłem w etymologię. Podziwiam Ewę. Jest oddana temu co robi i wytrwała w pomaganiu na forum. Cierpliwa dla takich jak ja wizjonerów i malkontentów. Wie co robi. Może doczekam się suplementu spod jej ręki „Słownika nazwisk współcześnie w Polsce używanych”. W powiązaniu z innymi dziedzinami nauki „pomocnymi historii”, etymologia może zdziałać cuda. Czy jestem przekonany o pochodzeniu od społeczności Urzyczan? Nie, nie jestem! Nie dotarłem do dokumentów świadczących o tym fakcie. Wierzę, że tak było. Ba! Bóg mi świadkiem, chciałbym tego. Znajdując swoje miejsce na Ziemi, szukanie korzeni miałbym już za sobą. Powinienem cieszyć się i być szczęśliwy, ale nie jestem. Rodzą się nowe wątpliwości, niejasności, pytania i hipotezy. Bo dajmy na to – skoro mój przodek porzucił życie na Wiśle, przewędrował za okalające ją wały, przyjął narzucone mu przez nową społeczność przezwisko, to jak wcześniej musiał się nazywać?
Co odziedziczyłem po Urzycokach znad Wisły? Pływanie w obłokach? O tym, że Urzycoki przewyższali swych sąsiadów; Powiślaków i Polesiaków wiedzą i kulturą, niech świadczy poniższy fakt. Dawno, dawno temu mężczyźni na Mazowszu nie przebierali w formie, jeśli chodzi o stosunki damsko-męskie. Na swoje wybranki polowali jak na zwierzynę. Upolowaną zdobycz ciągnęli w krzaki. Mój przodek Urzycok, Gondol Jerzy znad Wisły, widząc Polesiaka ciągnącego kobietę za nogi w pobliskie zarośla zatrzymał go, znaczącym gestem popukał się w czoło i zwrócił mu uwagę, że ciągnąc za nogi nasypie się mu piasku. Nie wiem czy Polesiaki wzięli sobie do serca naukę pradziada. Prawdą jest, że Warszawianki wyciągnęły wnioski i zaczęły chodzić w majtkach. Od tego mniej więcej czasu, datują się moje warszawskie korzenie.
Jerzy Wnukbauma
Autor: Jerzy Użyczak
