O wyższości powstania styczniowego nad powstaniem listopadowym.

Jak różny jest nasz uczuciowy stosunek do większości wydarzeń w kraju (i na świecie) nie muszę nikomu uzmysławiać. Nic w tym dziwnego. Nasze stare powiedzenie mówi, że gdzie spotyka się dwóch Polaków, tam na ten sam temat są trzy różne zdania.  Ot choćby przykład ostatnich wydarzeń politycznych jakie rozgrywały się w naszym kraju. Połowa narodu była za obecnym „dobrym ładem”, druga połowa przeciw nieładowi, a zdecydowana większość miała wszystko w głębokim poważaniu. Nie inaczej wyglądało i wygląda postrzeganie naszych nieco starszych dziejów. Przykładem z mojego podwórka jest różna ocena dotycząca powstania warszawskiego. Wśród członków mojej bliskiej rodziny, którzy przeżyli powstanie, były odmienne i jakże skrajne jego oceny. Zasadniczym punktem niezgody była jego celowość –  czy było potrzebne, czy nie? Niestety, wraz z odejściem naszych „warszawiaków” nie umilkły o to spory. Widocznie dostaliśmy to w spadku. Dzisiaj na ten temat trwają nadal polemiki historyków i pseudohistoryków.

W historii Polski było kilka wielkich zrywów narodowych. Każde z nich postrzegano zgoła inaczej. Odmiennie w zależności od; wiedzy, umiejętności analizowania zgromadzonych w licznych dokumentach faktów. W ocenie powstań dużą rolę mają także sentymenty związane z miejscami toczących się walk, a także z udziałem w nich naszych bliskich. A było trochę tych zrywów: powstanie kościuszkowskie, Legiony Dąbrowskiego i wojna napoleońska, powstanie krakowskie, powstanie chłopskie (rabacja), powstania śląskie, powstanie wielkopolskie, powstanie w getcie warszawskim i powstanie warszawskie. Dla lepszego zobrazowania, zajmę się dwoma powstaniami – powstaniem listopadowym i powstaniem styczniowym. Dzieliła je nie tylko niewielka, jednopokoleniowa różnica czasu. Ponieważ nie jestem historykiem i nie pretenduję do literackich nagród, powyższy temat potraktuję zezem.

Oba te powstania znacznie się od siebie różnią. Łączą je chyba tylko wielkie poświęcenie, ogromne bohaterstwo, oraz zmarnowane szanse przypieczętowane ich klęską. Oba powstania na równi absorbują nasze umysły i uczucia. Patriotycznie łechcą nasze serca i napełniają je zarówno zachwytem jak i gniewem. Jak więc wykazać wyższość jednego powstania nad drugim. Osobiście uważam, że łatwiej jest porównywać je z innymi powstaniami. Ot choćby z powstaniem krakowskim, lub chłopskim Jakuba Szeli. Zestawienie z tymi drugimi, zawsze wypada na korzyść powstań z lat 1830 i 1863 roku. Bohaterów powstania z 1846 nie odbieramy z tak wielkim wzruszeniem jak partyzantów 1863 roku.  Choć nie wykluczam, że sentyment do nich mogą mieć genealodzy mający bohaterów z tamtego okresu w swoim genealogicznym drzewie.

Powstanie listopadowe opierało się na wyszkolonej armii Królestwa Kongresowego. Na jego aparacie państwowym  i na jego zasobach finansowych. Stoczone bitwy były potyczkami dwóch ścierających się ze sobą regularnych armii. Powstanie to miało podstawę operacyjną. Mogło się rozwijać i rozwijało się w prawidłową wojnę polsko-rosyjską. Miało strategiczne widoki powodzenia. Inną rzeczą jest, że je zmarnowano.

A powstanie styczniowe? Kto zna choć pobieżnie dzieje porywu Polaków w 1863 roku, bez namysłu dojdzie do wniosku, że z czysto militarnego punktu widzenia, powstanie styczniowe od samego początku  nie miało najmniejszych szans na powodzenie. Najmniejszych nadziei na zwycięstwo. Było zrywem prawie bez pieniędzy, bez broni, bez wodza naczelnego. Walczące oddziały powstańcze nigdy nie zdobyły sobie strategicznych terenów służących za podstawę do przyszłych wojskowych działań operacyjnych. Od początku do końca oddziały powstańcze stanowiły partyzantkę i to szczególną partyzantkę działającą bez koordynacji sił i środków z innymi oddziałami. Partyzantkę rozpierzchłą, kryjącą się po lasach. Oddziały rekrutujące się ze zbieraniny różnej maści powstańców, mogły tylko niepokoić, szarpać i trudzić wroga. O pokonaniu regularnych oddziałów wroga nie można było marzyć.

Powstaniec styczniowy, to typ zupełnie odmienny od żołnierza listopadowej zawieruchy. Powstańcy z 1930 roku byli żołnierzami szkolonymi i przygotowywanymi do ewentualnych wojen. Stanowili odrębną strukturą od rosyjskiej armii. Powstaniec listopadowy szedł i miał prawo iść w bój z dużą wiarą w zwycięstwo. Z nadzieją, że od srogiej zemsty chronił go kodeks wojenny i podpisane międzynarodowe urzędowe zobowiązania. Powstanie listopadowe było zbrojnym zrywem Królestwa Polskiego Kongresowego, w tamtym okresie autonomicznego państwa. Co innego udział w powstaniu styczniowym. Przystąpienie do tego powstania wymagało wielkiej odwagi, wielkich wyrzeczeń i heroicznego bohaterstwa. Ten, kto szedł do powstania w 1863 roku, był traktowany przez moskali jak buntownik. Z góry wiedział, że w razie złapania skończy na szubienicy, a w najlepszym wypadku na zesłaniu na Syberię. Opuszczając dom i rodzinę, powstaniec styczniowy kładł na szali nie tylko swoje życie, ale także los swoich najbliższych.

Ze wszystkich naszych walk zbrojnych o niepodległość, powstanie styczniowe, było najmniej przygotowane pod względem; organizacyjnym, wyszkolenia i potrzebnych środków materialnych. Było spontanicznym zrywem ludności. Demonstracją zbrojną narodu polskiego. Przeciw wyszkolonym, karnym oddziałom rosyjskim wynoszącym 93 tysiące żołnierzy stanęło zaledwie 10 tysięcy kryjących się po lasach partyzantów w zdecydowanej większości pozbawionych wykształconych w wojennym rzemiośle kadr.

Było to powstanie nieprzygotowane. Wybuchło przed zamierzonym czasem. Przyśpieszył je radykalnie cywilny zarządca kraju margrabia Wielopolski nakazem masowej branki do carskiego wojska. Gdyby nie branka powstanie wybuchłoby najprawdopodobniej na wiosnę. Z jakim skutkiem? Być może powiodłoby się nękanie i zbrojne natarcia na małe załogi rosyjskie. Późniejszy okres popowstaniowy, okazał się dla nas bardziej korzystny na arenie europejskiej. Dwa lata później nasze sprawy międzynarodowe mogły mieć już inny, bardziej korzystny obrót.  Ale… Mądry Polak po szkodzie.

Podsumowując. Oba powstania odegrały doniosłą rolę w naszych dziejach. Wzmocniły patriotyzm naszych ojców i dziadów. Nie dopuściły do wyrzeczenia się niepodległości. Oba przysłużyły się późniejszej sprawie Polski.

Jakby powiedział „profesor” mniemanologii stosowanej i mistrz postrzegania świata zezem, a zarazem mistrz rozważań o wyższości świat Bożego Narodzenia nad Wielkanocą – I to by było na tyle.

Jerzy Wnukbauma

Jak się bawić, to się bawić.

Ostatnio natrafiłem w internecie na skan wydawanego przed wojną w Warszawie Expressu Porannego ze środy 8 kwietnia 1931 roku. W gazecie tej natrafiłem na artykuł Stanisława Czosnowskiego zatytułowany „Pije Kuba do Jakuba”. Zapewne pominąłbym go po przeczytaniu. Zwykle tak robię. Odfajkowuję i zapominam. Lecz nie tym razem. Ten przypomniał mi, że i ja przed laty napisałem kilka słów w tym temacie. Mój zatytułowałem „Genealogia z gorzałą w tle”. Ten przedwojenny artykuł sięgnąłem również z innego powodu – mianowicie spodobał mi się, bo pokazuje jak bawili się onegdaj faceci. Od tamtej pory świat poszedł do przodu. Współczesnym sarmatom  nie wystarczają już trunki. Polacy coraz częściej sięgają po innego rodzaju chemiczne destylaty – narkotyki i dopalacze. Ostatnio w prasie ukazały się informacje o dotychczas  mało upowszechnionym wspomagaczu męskich igrców  – o wiagrze. „Rozsławili” ją uczestniczący w „męskich” zabawach na plebanii w Dąbrowie Górniczej panowie. W swych igraszkach postanowili cofnąć się do lat dziecięcych i pobawić się w starą dziecięcą zabawę – w pociąg, a konkretniej – w podczepianie się do tyłów wagoników. Na wszelki wypadek mojemu prawnukowi zmienię tekst znanej dziecięcej piosenki. Wstawię w niej moje słowa: – konduktorze morowy, byle nie do Dąbrowy.

 

Stanisław Czosnowski

Pije Kuba do Jakuba…

Stosunek Polaka do butelki zawsze był pozytywny. Gdy nie znał jeszcze gorzałki, ani wina, chętnie zaglądał do dzbana z piwem lub miodem.

Piwo jest jednym z najstarszych trunków, znanych jeszcze rzymianom, którzy je nazywali ” cerevisla”. W języku Gotów nazywało się „bior” – stąd germańskie „bier”. Z początku do wyrobu jego używali wyłącznie jęczmienia, a chmielu zaczęto używać dopiero od X w. W Polsce piwo było już znane w czasach przedhistorycznych. Gallus, opisując postrzyżyny u Piasta, wspomina o cudownym pomnożeniu piwa. Do rozpowszechnienia piwa w naszym kraju przyczynia się Ludgarda, żona Przemysława II, która w Kaliszu założyła pierwsze, wielkie browary. Wyrób piwa udoskonalono jednak dopiero za Zygmunta Augusta i z czasem zasłynęły w Polsce Piwa częstochowskie, wareckie, łowickie, końskowolskie, drzewickie i inne.

Narody północne oprócz piwa, chwaliły sobie i miód. Sam wyraz „miód”, jak dowodzi Czacki, Jest pochodzenia islandzkiego; w formie „miod” użyty jest w najstarszych pomnikach piśmiennictwa islandzkiego z XI w. W Polsce i na Litwie miód rozpowszechniony był od najdawniejszych czasów. Stare pieśni litewskie wspominają o sławnym miodzie kowieńskim. Zygmunt August upomniał się u swych dzierżawców litewskich o dostawę miodów polnych na stół królewski, karcąc ich: „bo u nas piją, a wy na rok naznaczony nie dostawiacie”.

W XVIII w. zaczęto u nas uważać miód za napój pośledniejszy i mniej dystyngowany. Podawano go np. zamiast wina w Popielec, na znak umartwienia. Biskup Krasicki, który w pismach swych lubił moralizować, choć prawdopodobnie mrużył przytem jedno oko, nawołuje do zaniechania picia kosztownych win zagranicznych i powrotu do miodu, jako napoju krajowego i zdrowego, który „krwi nie zapala”.

Pierwsze wiadomości o gorzałce w Polsce pochodzą z XIV w. Z czasów króla Olbrachta dochowały się spisy dochodów królewskich z miast i tam wymienione są różne gatunki wódek. Wina importowanego przeważnie z Węgier.

Popularna w ostatnich latach – ale nie wśród smakoszów, – „Złota Reneta”, jak się okazuje, ma jednak starożytnych protoplastów, próby bowiem produkcji win krajowych w Polsce sięgają odległych czasów. W kunszcie tym – jak i we wszystkich innych wówczas – przodują klasztory. W 1203 r. przy klasztorze Cysterek w Trzebnicy założono winnice i sprowadzono z zagranicy winogradników, a z 1257 r. zachowało się w tej sprawie nadanie Bolesława Wstydliwego dla klarysek z Zawichostu. Za Władysława IV wojewoda Ossoliński, który usiłował obchodzić się bez produktów zagranicznych, dawał na ucztach „miasto włoskiego wina maliniaki smakowite: było i polskie wino z Sędzimirskiego kraju, białe i czerwone”. Próby te nie powiodły się jednak, skoro późniejsi pisarze ubolewają, że ” w Polszcze zbyt mało myślano o winie narodowem”.

Za to myślano dostatecznie o winie zagranicznem i pocieszno się niem gruntownie. W muzeach możemy dotąd podziwiać potwornych rozmiarów naczynia, z których pijali nasi przodkowie.

Dobry kielich przeciętnie mieścił garniec wina. Niekiedy zwał się „Vitrum Gloriosum” i w hierarchii najwyższe trzy miał miejsca, niekiedy „Corda Fidelium” i „pysznił się, że sam Cześnik przed nim ze strachu zmykał, a zwalił Chorążego, choć jak beczka łykał, niekiedy zaś przez przekorę monstrum takie nazywało się „Naparsteczkiem” jak informuje nas Morawski.

Był jeden kielich, z którego pijał August II i car Piotr Wielki. Obaj monarchowie wystawili mu stosowne dyplomy, a gdy kielich ten przeszedł później w posiadanie Sapiehów, to w takiej był u nich estymie, że wydobyciu go z kredensu towarzyszyć musiały honory i asysta przy kotłach i trąbach.

O jednym z takich kielichów jest anegdota, że był tak ogromnej pojemności, iż nikt duszkiem nie mógł go wychylić. August II wyznaczył więc hojną nagrodę dla zwycięzcy. Wielu próbowało – napróżno! Wreszcie do turnieju stanął pewien mnich, ale piwniczy Królewski, który miał z nim jakieś osobiste porachunki dolewając mu puchar, zręcznie rzucił doń zdechłą mysz. Nie stropiło to świętobliwego męża; wychylił duszkiem, poczem rzekł: „Najjaśniejszy Panie! Wino masz zacne, ale podczaszy djabła wart – nie pilnuje, aby muchy do wina nie wpadały”.

Do kielichów największego kalibru zaliczały się roztruchany, które wyrabiano przeważnie ze srebra lub złota, nadając im fantastyczne kształty lwa, gryfa lub pawia. Kielichy te zwykle ofiarowano tym, do których z nich przepijano.

Gdy na uczcie podochocenie dochodziło do szczytu zaczynano pić z kijów. Kij był szklany, dęty i tak skonstruowany, że kto go do ust przyłożył musiał już wychylić do dna, inaczej bowiem został obryzgany, a w dodatku współbiesiadnicy wlewali mu za kołnierz kielich zimnej wody.

Były także kielichy o krótkiej nóżce, bez podstawy. Taki kielich nazywał się „Kulas”, nie można go było bowiem postawić i nieustannie musiał przechodzić z rąk do rąk. Stąd zwrot „Kielich okrężny”. Na jednym z takich kielichów wyryty był dwuwiersz:

                 „Wielkąś krzywdę mi wyrządził, większą ja ci zrobię;
Tyś mi jedną nogę uciął – ja ci utnę obie!”

Pomysłowość szlachecka w tej dziedzinie nie miała granic. Gdy np. generał Madaliński, który przez całe życie za kołnierz nie wylewał, na starość zapadł na podagrę i uroczyście ślubował, że odtąd kielicha do ust nie weźmie – przyjaciele jego byli niepocieszeni. Nie mogąc go skłonić, by odstąpił od tak nierozsądnych ślubów, uciekli się do takiego fortelu; zamówili dla generała specjalne naczynie w kształcie armaty i wręczyli je w dniu imienin.

Nie trzeba dodawać, że tę armatę nabijało się nie prochem, lecz garncem wina. Tu już solenizant nie mógł się sianem wykręcić, bowiem co armata, to nie kielich, a on wszak ślubował tylko kielicha już do ust nie brać. Tak przyparty do muru musiał wychylić to działo co smutnie się skończyło; zmarł w kilka dni potem, a mówiono o nim, że jak na generała przystało – poległ z armaty.

Z opisy zasobnej piwnicy w magnackim dworze przytoczymy jeden fragmencik; wisiała tam na łańcuchach ogromna beczka zawierająca 300 garncy wina, cała  obrośnięta kożuchem, niby niedźwiedź. Nazywano ją z szacunkiem „Panią Matką” a butelki z niej ściągnięte „dziadkami”. Z takim to zasobem amunicji i  z takim arsenałem grubokalibrowej broni przodkowie nasi wyruszali na oblężenie fortecy Trzeźwości. Czyż mogła się ostać?

Tyle stary przedwojenny artykuł. Zachowałem w nim autentyczną pisownię. Od siebie dodam, że od wspomnianej armatki może pochodzić powiedzenie – „Strzelić lufę”. Ale to chyba już inne, mocniejsze trunki.

Zabawa zabawą, ale nadchodzi kiedyś czas gdy się ona kończy. Gdy goście wyjdą i zostanę z żoną sam, biorę ją za rękę, idziemy do innego lokum. Tam biorę w rękę mokrą, małą czareczkę (zawsze musi być mokra, praca na sucho jest niedopuszczalna), wsadzam w nią delikatnie dwa palce, badam czy nie wejdzie trzeci i delikatnymi ruchami posuwistozwrotnymi oraz okrężnymi penetruję otwór do samego dna. Nie przerywam nawet wtedy, gdy słyszę i widzę cichą aprobatę żony. Na koniec wlewam płyn, robię jeszcze kilka ruchów ręką i gotowe. Zrobiłem swoje. JA TAK MYJĘ KIELISZKI DO KONIAKU! Jeszcze tylko spłukanie czystą wodą, wytarcie do sucha i jestem wolny.

Jerzy Wnukbauma

 

Miłość i ciepło.

Mówią, że tylko miłość i ciepło dają człowiekowi błogie poczucie bezpieczeństwa. Ktoś, kto wymyślił to powiedzenie, nie pomyślał o czwartym wymiarze – o czasie. A w moim przypadku, to czas decyduje czy będę kochał i czy będę jeszcze kochany.

Myślałem, że szybka ścieżka, jak sama nazwa wskazuje to szybka ścieżka do leczenia. Przyjdę, dostanę zastrzyk w dupę. Usłyszę ciepły głos pielęgniarki – Śpij kochanie, śpij! Później zrobią co mają zrobić. Zostanę wybudzony, otworzę szeroko oczy i poczuję się jak nowonarodzone dziecko – bezpiecznie. Byłem w błędzie. Według mnie nic się nie zmieniło. A w TVP mówią, że w służbie zdrowia jest lepiej niż za Tuska. Muszę podziękować Bogu, że jeszcze żyję. Przy okazji zapytać księdza, czy już po wszystkim nie warto zrobić odnowienia chrztu. Proszę się nie śmiać i powstrzymać od ewentualnego hejtu. W moim kościele tj. rzymskokatolickim przyjęte jest tzw. odnowienie przez małżonków sakramentu – przyrzeczenia małżeńskiego. Ponieważ z moją Starą przeżyłem pięćdziesiąt lat, mam nadzieję, że niedługo będę tego żywym przykładem. Trochę się z tym (odnowieniem) nie zgadzam. Dla mnie to tak, jakby pasterze mojego kościoła dopuszczali, że dane przed Bogiem przyrzeczenie – „Będę ci wierny aż do śmierci” -z czasem traci na wartości, lub nie daj Bóg można było go łamać. Co w takim razie z sakramentalnym – „Co Bóg złączył…? Idąc tym tropem zakładam, że być może na tej zasadzie wskazane jest też odnowienie pierwszego sakramentu jaki przyjmujemy nieświadomie będąc dziećmi. O właśnie! Jest taki dzień w życiu człowieka, którego data z pamięci ucieka, a tym wyjątkowym dniem jest, dzień w którym braliśmy chrzest. Każdy z nas, katolików, pamięta datę swoich urodzin. Znamy ją wszyscy na pamięć. Ale czy znamy datę swojego chrztu? Wątpię. Ja daty swojego nie pamiętam, choć z genealogicznego punktu widzenia, poszukiwanie swych przodków powinienem zacząć od siebie.

Udałem się do kościoła. Trwała msza. Usiadłem w ławce i wziąłem udział w odprawianym nabożeństwie. Przysłuchując się głoszonemu Słowu Bożemu zauważyłem, że pośrednio dotyczyło ono genealogii, a dokładniej mówiąc genealogii Jezusa. Oto ta ewangelia spisana przez Św. Marka.

Wyszedł stamtąd i przyszedł do swojego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I jakie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie późniejsze kazanie księdza, a dokładniej mówiąc jego malutki fragment nawiązujący do wygłoszonej przed chwilą ewangelii. Nie mam w zwyczaju komentować i recenzować kazań. Po niektórych kazaniach mam jednak dziwne odczucie. W takich chwilach chciałbym żeby kapłan skończywszy kazanie, zwracał się do słuchających go wiernych melodyjnym zaśpiewem – Oto słowo księdza! W tym konkretnym kazaniu uderzyło mnie to, że ksiądz zawahał się przy określeniu wymienionych z imienia braci, oraz anonimowych sióstr Jezusa nazywając ich krótko, jednym słowem – jego krewnymi. Dla mnie był to nader dobrze zauważalny wybieg. Krewni? Niby prawda, ale to jednak spychanie na dalszy plan stopnia bliskiego pokrewieństwa z jego braćmi i siostrami do dalszych krewnych, lub nawet i kuzynów. Trąciło to nieuczciwością co do dokładności ewangelicznego przekazu. Stąd moja propozycja wprowadzenia zakończeń kazań odśpiewaniem przez kapłana – Oto słowo księdza!

W swoich korzeniach mam przodków z kilku wyznań. Doliczyłem się pięciu wiar. Nie różnicuję żadnej z nich. Nie doszukuję się też wyższości mojej wiary nad innymi wyznaniami. Do wspólnoty chrześcijańskiej zostałem przyjęty ponad 70 lat temu i tak zostanie aż do śmierci. Czułem się w niej bezpiecznie nawet za czasów panowania komuny. Nie czułem żadnej presji lub innego dyskomfortu. Sytuacja zaczęła zmieniać się diametralnie kilkanaście lat temu. Spotęgowała się ona wraz z dojściem do władzy obecnej ekipy rządzącej. To słychać, widać i czuć w moim kościele. Do tego stopnia, że zacząłem obawiać się o jego przyszłość. Nie czuję się z tym bezpiecznie. Boleśnie odczuwam sojusz kościoła z tronem. Nie czuję się bezpiecznie, gdy pasterze mojego kościoła dają ciche przyzwolenie na profanację ołtarza. Mam tu na myśli gloryfikowanie rządzących na mszach świętych. Nazywanie  ich ewangelistami. Dopuszczanie ich przed ołtarz łamie obowiązujące prawo kościelne. Dość mam przymykania oczu, gdy wierni (jednostki, ale zawsze to członkowie wspólnoty) bałwochwalczo błogosławią łono tej czy innej kobiety. Wkurza mnie, że kardynałowie i biskupi tolerują takie zachowania swoich wiernych. Błogosławienie obsikanych, a być może i ufajdanych łon zwykłych grzesznic? W pale się nie mieści. Mam dość pląsania przed ołtarzami polityków, którzy zaraz po przyjęciu komunii św. wychodzą z kościoła dzielą naród i wyzywają ludzi od „chamskiej hołoty”, „zdradzieckich mord”, „gorszego sortu”. Nie poprzestają na słownych docinkach atakując fizycznie kobiety, inne opcje seksualne, oraz swych przeciwników politycznych. Mam dość pedofilii w moim kościele i przenoszenia przestępców seksualnych na inne parafie. Nie czuję się bezpiecznie i wszyscy wierni powinni się zatrwożyć i zastanowić czy przyjąć z rąk zboczeńców komunię św. Nikt mi nie wmówi, że grzeszne ręce które pogwałciły prawo kościelne i karne, które dotykały bezbronne dzieci, są nadal konsekrowane i bez obaw wierni mogą przyjmować Ciało Chrystusa(?). No właśnie. Czy to jest jeszcze Ciało Chrystusa? Czy za sprawą takiego księdza Chleb i Wino przeistoczy się w Ciało Chrystusa? Jak się ma rydzykowe – „To że ksiądz zgrzeszył, to zgrzeszył” do fragmentu ewangelii Św. Jana o dobrym pasterzu – „Czy zły duch może otworzyć oczy niewidomego?” Wątpię! To obraża moje uczucia religijne. Ukrywanie i marginalizowanie przestępstw doprowadza do wyhodowania na gruncie mojego kościoła min. Damazego Macocha czy Marciala Maciela Degollado.

O bezpieczeństwie spod znaku PiS zamilczę. Mieli na to osiem lat swoich rządów. Nie wyszło i liczne swoje winy zwalają na innych. Wina: Tuska, Putina, Unii Europejskiej, Totalnej Opozycji… Jakby to ich przeciwnicy byli u władzy przez ostatnie osiem lat. A oni w tym czasie co robili? Byli ubezwłasnowolnieni? Najwyższy czas wsłuchać się w Słowo Boga i uderzyć we własne piersi. Owszem, miłość i ciepło dają poczucie bezpieczeństwa, ale zakłamywanie rzeczywistości i podgrzewanie atmosfery sprawia, że w tym kotle wrze. A to już jest piekło.

Na wybory pójdę. Nad referendum jeszcze się zastanowię. Pytania referendalne proponowane przez rządzących przypominają mi pytanie zadane kilkanaście lat temu przez wysłannika mojego proboszcza. Brzmiało ono tak – Czy jestem za mordowaniem nienarodzonych dzieci? – Tak? czy Nie? Nie docierało do mojego gościa, że tak postawione pytanie robi ze mnie mordercę gdy powiem Tak, lub osobę  jawnie łamiącą obowiązujące wtedy prawo gdy powiem Nie. Zadałem mu więc przykładowe pytanie – Czy przestałeś już kraść? Tak czy Nie? Zdziwienie na jego twarzy znaczyło, że facet nie zakumał. Dopiero drugie pytanie pomocnicze – Czy przestałeś się onanizować? Tak czy Nie uświadomiło mu, że tak sformułowane pytanie jest chwytem poniżej pasa. Że w tak sformułowanych pytaniach nie ma dobrej odpowiedzi. Czy do końca zrozumiał swoją głupotę. Wątpię czy nie powielał go później u innych sąsiadów.

Uszanuję wynik wyborów i referendum niezależnie od ich rezultatu. Uszanuję je tak jak kiedyś uszanowałem fakt przyprowadzenia przez mojego „dojrzałego” syna do domu jego pełnoletniej koleżanki. Gdy po pewnym czasie usłyszałem dochodzące z pokoju odgłosy „rozkoszy”, chciałem TO natychmiast przerwać. Poszedłem do jego pokoju. Na drzwiach wywieszony był sporych rozmiarów plakat z wizerunkiem Chrobrego. Dotarł do mnie jego rebusowy przekaz. Na plakacie widniał syn Mieszka a za drzwiami – mój syn mieszka. Uszanowałem jego „dorosłą” decyzję. Odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Po latach Jarek uświadomił mi, że dobrze zrobiłem. Mam mądrego chłopaka. Miał dobre serduszko. Wybijał swojej dziewczynie dawanie w szyję. Sam na moje szczęście po wyznaczonej przez prezesa godzinie za dwadzieścia pięć siódma nie stawał sięł Zosią. He!, he!, he!

Jerzy Wnukbauma.

Que sera, sera.

Za sprawą choroby, wszedłem na szybką ścieżkę leczenia. Szybkie badania, szybka diagnoza, krótkie terminy wizyt. W jednej chwili zacząłem postrzegać otaczający mnie świat zupełnie w innym świetle. Przewartościowałem całe swoje życie. Sprawy, które uważałem za ważne, zeszły na drugi plan. Zacząłem doceniać dar życia i cenić upływający czas. Niepojęte, ale odstawiłem nawet genealogię do szuflady. Na bliżej nieokreślony termin. No! może z jednym, małym wyjątkiem – zacząłem analizować długość życia, oraz przyczyny śmierci moich przodków. W końcu to też genealogia.

Na co umierali nasi przodkowie? O niektórych przyczynach śmierci pisałem już wcześniej w swoich artykułach. W parafii Raszyn nietypowymi, wartymi przypomnienia przyczynami zejść był min. – kieliszek wódki i róża w nodze odnotowana w zaświadczeniu wydanym przez Szpital Dzieciątka Jezus. W indeksowanej ostatnio przeze mnie parafii Bodzentyn natrafiłem na zaduszenie gazem kwasorodnym, śmierć dozorcy dróg publicznych na wskutek przypadkowego zastrzelenia, utonięcie oficerskiego ordynansa przy pławieniu konia w stawie. Jest ich znacznie więcej. Większość z tych nietuzinkowych przyczyn (oprócz róży w nodze) dotyczyła zejść na wskutek tragicznych wypadków. Zostały one wpisane do akt na podstawie ówczesnej wiedzy „medycznej” księdza, a być może także sugestii naszych pradziadów przy spisywaniu aktu. Pewnie dlatego iż każdy akt zgonu kończył się szablonowym wpisem – „Po naocznym przekonaniu się o zejściu…”, przyczyny śmierci były wpisywane w aktach na oko. Taka gra słów naocznie – na oko. Na końcu takich aktów fikcja wzięta z sufitu była sygnowana własnoręcznym podpisem księdza.  Pod koniec XIX i na początku XX wieku rozpoczął się okres innych zdarzeń i zgonów na wskutek wypadków komunikacyjnych. Min. wspomnę tu o zatonięciu Titanica, ale o tym potem. Na końcu felietonu.

Zbierając materiał do tego artykułu natrafiłem w internecie na stronę tygodnika ITS. Moim zdaniem autorka artykułu w szerszy i przystępny sposób opisuje wybrane przez nią przyczyny zejść naszych przodków w skierniewickich aktach zgonów z XIX wieku. Nie będę ich streszczał. Pójdę na łatwiznę i posłużę się tylko odnośnikiem do jej artykułu.  https://tygodnikits.pl/na-co-umierali-nasi-przodkowie/ar/10355038

Ostatnio porządkując swoje życie dowiedziałem się od księdza, że Bóg mnie kocha i dlatego wybrał mnie dając mi do dźwigania krzyż. Nie wiem dlaczego, ale jego słowa odebrałem podobnie jak XIX-to wieczne archaizmy wpisów poczynionych przez jego poprzedników w aktach zgonu. Co będzie to będzie, przecież Bóg mnie kocha.

Ostatnia ofiara Titanica

Przysiadłem na miejskiej ławeczce
przy ładnej, zgrabnej babeczce.
Wspomniałem coś o pogodzie,
i napomknąłem o swoim rodzie.
I tak od słowa do słowa
na przodków zeszła rozmowa.

Kiedy weszliśmy na genealogiczne tory
ona opowiedziała swe rodowe story
o dziadku który był na Titanicu.
Nie przewidziałem takiego wyniku.
Dodała iż wszystkich ostrzegał, że okręt zatonie.
Czyżby? Doprawdy? O nie!

Od razu zrzedła mi mina.
mój podryw legł jak klocki domina.
Spotkała mnie potworna wpadka;
Gdzie jej dziadek przy moich dziadkach.
Widziałem go oczami wyobraźni.
nie będę się swymi genami błaźnił.

Nie powiem, trochę żem się zjeżył.
Spytałem tylko czy jej dziadek przeżył.
Przeżył! Był jak zmarznięta, mokra psina,
bo go ludzie na deszcz wyrzucili z kina.
Dobrze mi tak! Jestem fujara!
Historia tego dziadka jak świat jest stara.

Jerzy Wnukbauma.

Mówi sąsiad do Hawranka…

Droga genealoga nie jest usłana różami.
Często wiedzie pod górę licznymi zakrętami,
Prowadzi w ślepe zaułki, zbacza na manowce.
Wiem, bo badam korzenie i jestem drogowcem.
Jerzy Wnukbauma.

Bez bicia przyznaję się do winy. Zajmując się genealogią – grzeszyłem. Najczęściej winiłem przeciwko dziesiątemu przykazaniu bożemu. Dla przypomnienia, X przykazanie w niezmienionej formie brzmi – „Ani żadnej rzeczy która jego jest”. Jest ono dopełnieniem IX oraz rozszerzeniem VII przykazania. By wszystko było jasne! Nie kradłem! Jeśli zaś chodzi o IX przykazanie? Wyspowiadałem się i zostałem rozgrzeszony. Temat zamknięty. Niestety, co do X przykazania, nie mam tak silnego postanowienia poprawy. Umrę i się nie zmienię. Nawet teraz pisząc te słowa zazdroszczę koleżankom i kolegom genealogom. Lista przewin jest dosyć spora. Zazdroszczę im między innymi – ich wiedzy o swoich rodzinach, ich wypasionych drzew, znamienitych przodków, wywodów szlacheckich sięgających powstania tej warstwy społecznej. A nade wszystko, zazdroszczę wszystkim posiadania licznych pamiątek rodzinnych. Zdaję sobie sprawę, że taki stan u mnie jest w konflikcie z ostatnim przykazaniem Bożym, ale to jest silniejsze ode mnie. Takie postępowanie niezgodne z wiarą, nakręca mnie i jest bodźcem do walki z innym grzechem głównym – z lenistwem. Zwalczam jeden grzech drugim grzechem. Taki swoisty klin klinem. Przyjdzie jeszcze czas uderzyć się w pierś i wyznać – Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

Powodem do powyższego, „szczegółowego” opisu moich stanów, jest chęć zamknięcia za sobą pewnego etapu. Grzechów związanych z genealogią mam znacznie więcej chociażby grzech zaniechania, lenistwo, próżność. Ale zanim wytoczę najcięższe działa, zacząłem od moim zdaniem najlżejszego, lecz najczęściej popełnianego przeze mnie grzechu.

Niedawno zbierając materiały do artykułu pt. ” Droga genealoga”, (który zapewne ukarze się w III wydaniu „Naszych Gene-historii”) oprócz zazdrości popełniłem inny ciężki grzech. Przewinienie pochodzi z zestawu  siedmiu grzechów głównych. Jest nim GNIEW. Pojawił się gdy zazdrościłem naszym przodkom szeregu Wielkich Polaków. Pominę wyliczanie ich wszystkich. Nazwiska te zajęły by mi kilka stron. Z racji tego, że jestem z wykształcenia drogowcem, posłużę się jedynie przykładem innego drogowca – Franciszka Xawerego Christianiego. Według Wikipedii był on polskim inżynierem, pionierem dróg bitych w Królestwie Polskim. Według dr Minakowskiego  był tylko pionierem budowy dróg bitych. Dla niewtajemniczonych nazwa – drogi bite – nie pochodzi od napadów na podróżnych i od sprawiania im łomotu na traktach. Dla odróżnienia od najpowszechniejszych w tamtym okresie dróg gruntowych, drogi bite były drogami o utwardzonych nawierzchniach. Nazwa przyjęła się od sposobu zagęszczania użytego do budowy dróg kamienia.

Co mnie urzekło w Christianim? Według współczesnej nomenklatury rodem z TVP Info gdzie nagminnym przekazem są tylko dwa okresy – za Tuska i za rządu PiS,- mój bohater żył przed Tuskiem, a dokładniej mówiąc, żył u schyłku pięknego dla Polski okresu zwanego Oświeceniem. Przypominając sobie wiedzę o Oświeceniu w Polsce, z każdym czytanym zdaniem narastał we mnie wielki gniew. Zastanawiałem się jak to możliwe, że pod koniec XVIII i na początku XIX wieku doszło do gwałtownego rozwoju; szkolnictwa, przemysłu, życia społecznego i kulturalnego. Jak to możliwe, że w stosunkowo krótkim czasie nagromadziło się tylu znanych, znamienitych, mądrych Polaków? Rozwiązał się z nimi jakiś worek? Co dziwne, większość z nich stanowili księża katoliccy. To wtedy powstała pierwsza w Europie Konstytucja 3 maja. Polska dźwigała się z zacofania kulturalnego i społecznego. Powstał teatr powszechny, bank polski. Nastąpił największy rozkwit Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego. Powstała pierwsza w kraju Szkoła Akademiczno-Górnicza. Jak można było to wszystko ogarnąć? Jak? Dzisiaj dostrzegam przeciwieństwo tamtego okresu. Wokół Nowogrodzkiej nagromadził się szereg ludzi przeciwstawnie uzdolnionych. Jakby ich ktoś celowo przeniósł ze Średniowiecza i osadził w dzisiejszych realiach. Choć powołują się na Boga i zdobycze  Konstytucji 3 Maja, depczą i łamią obowiązującą dziś konstytucję. Z chęcią przemianowałbym fragment ulicy Nowogrodzkiej na Ciemnogrodzka.

Zgadzam się z pisowską propagandą głoszoną w TVPInfo tylko w jednym – że przed Tuskiem, (po wojnie) było znacznie gorzej. Wiem coś o tym. Uczestniczyłem w procesie „budowy”. Nie byłem członkiem, lecz pośrednio przyczyniałem się „by Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatnie”. Z tamtych lat pamiętam w drogownictwie jeszcze transport konny. Powoli wypierany był przez Stary 20 i Stary 25. Ziły i Kamazy były cennymi nabytkami. Wspominam stare ciągniki Ursus, walce drogowe, rajzery do asfaltu lanego. Asfalt naturalny był w metalowych beczkach. Niejeden przodek dzisiejszych genealogów mógł mieć dach kryty blachą pochodzącą z beczek po włoskim czy albańskim asfalcie. Pamiętam też siekiery do wycinania próbek w nawierzchniach bitumicznych. Co jeszcze pamiętam? Obowiązkową lekturę członkowską z tamtego okresu. Ktoś, (zapewne jakiś „drogowiec”) przewrotnie nazwał ją „Nowe Drogi”. To były czasy. Wspominam je z sentymentem, lecz dziękuję Bogu, że świat idzie do przodu.

Za Tuska genealogiczny świat też ruszył do przodu. Przed Tuskiem genealodzy mieli pod górkę. Archiwa skrywały swoje zasoby. Nie było szerokiego dostępu do dokumentów. Ksiądz w tamtych czasach też uchyliłby nieba, ale najpierw co łaska do łapy dać było trzeba. A dziś niektórzy z uporem maniaka mówią, że to była wina Tuska? Dosyć już jednak konfabulacji. Koloryzowanie niektórym może kojarzyć się z tęczą. A tego nie chcemy. Kredki mają być w jedynie słusznych kolorach i odcieniach. Gdyby to miało trwać nadal… E! Skończę bo skoczyła mi gula i nie daj Bóg tak mi zostanie. Skorzystam z logiki sąsiedniego kraju i za przykładem Hawranka powiem – Ja sem ne boim…
Jerzy Wnukbauma.

Do zakopania jeden krok.

Kiedy kończyłem podstawówkę,
pomysłów na życie miałem ze stówkę,
lecz na młodzieńczym życia progu,
wybór średniej szkoły powierzyłem Bogu.

To w ósmej klasie, leżąc na wznak
wyszeptałem  w niebo – Daj mi jakiś znak”
i na zasadzie – ” mówisz   i   masz ”
w Technikum Drogowym mijał mój czas.

Potem po szkole (tu jestem szczery)
zdobyłem szczeble zawodowej kariery.
Miałem  pod sobą sprzęt i ludzi,
i w swej brygadzie respekt żem budził.

Przez lata stawiałem znaki na drodze
kierowcom wszystkim ku przestrodze,
a znak A-14 był moim przesłaniem,
że teren wziąłem w swe posiadanie.

Dzisiaj nie pytam niebios o znak.
Nie! Nie dlatego, że pójdzie nie tak.
Nie pytam, bo dzisiaj znak A-14
nie jest atutem jak joker w kanaście.

Dzisiaj już jestem na emeryturze,
drogi są kiepskie, nawierzchnie w ażurze,
lecz mam co robić z wolnym czasem.
Do nieba mnie wezmą przez to ciupasem.

Do nieba, bo piekło już wybrukowane
a ścieżki do czyśćca są wydeptane.
Buduję teraz mą drogę do nieba.
Prostą pod górę. Znaków nie potrzeba.

Lecz, gdy powoli kończę budowę,
znak A-14 ma już inną wymowę,
bo zamiast robotnika, na nim za to,
widzę grabarza z wielką łopatą.
Jerzy Wnukbauma.

 

Śpiewające fortepiany.

Na samym początku XXI wieku TVP2 emitowało w swoim programie teleturniej pt „Śpiewające fortepiany”. Było miło i wesoło. Dzisiaj TVP przerzuca się na powtórki, ale nie jest mi wcale do śmiechu. Ale o tym trochę później.

Na jednym z zebrań Świętogenu pochwaliłem się faktem zostania ojcem. Gratulacjom nie było końca. O tym, że ponownie zostałem szczęśliwym rodzicem dowiedziałem się z krótkiej, telefonicznej rozmowy na wstępie której pełen bólu głos kobiecy oznajmił mi; „Tatusiu. Mieliśmy wypadek”. Nie zastanawiając się szybko rzuciłem w słuchawkę – „Poczekaj córuniu. Gdzie jesteś? Zadzwonię na policję z drugiego telefonu”. Niestety. Kontakt się szybko urwał i po chwili usłyszałem sygnał zakończonej rozmowy. Szkoda, bo tym samym nie zdobyłem danych osobowych „mojej nowo poznanej córki” (lub synowej). Było to w mojej długiej poszukiwawczej karierze, kolejne genealogiczne fiasko. Kilka dni później nadarzyła mi się sprzyjająca okoliczność powetowania sobie genealogicznego niepowodzenia i tym samym powiększenia mojego drzewka o nowego członka rodu. Otóż na moją internetową pocztę dostałem wiadomość, że w USA zmarł mój daleki krewny. Pozostawił po sobie pokaźny majątek, którego po części jestem spadkobiercą. Depozytariusz testamentu prosił mnie w e-majlu o podanie nazwy banku i nr mojego konta na które przelane zostaną należne mi pieniądze ze spadku. Tym razem postanowiłem nie być taki wyrywny. Przemyślałem sprawę i przygotowałem krótką odpowiedź podając w niej nazwę banku i nr konta. Ponieważ w tym roku przegapiłem przekazanie 1,5% na cele charytatywne, bez zastanowienia wpisałem więc nr konta Ojca Dyrektora. A niech tam, niech Ojczulek ma chociaż na paliwo do Maybacha od bezdomnego. Poprosiłem też nadawcę o podanie mi pełnych danych osobowych zmarłej bliskiej mi osoby. Po chwili zastanowienia skasowałem wszystko. Dotarło do mnie, co by było gdyby nie daj Bóg, trafił swój na swego? Gdyby zagraniczny, „amerykancki” nadawca okazał się zwykłym oszustem? No! Moralnie byłbym czysty. Działałem przecież jak Ojciec Dyrektor – w dobrej wierze. Ale w końcu zrobiłem delete. Mnie przecież to nie uchodzi!

Te dwie powyższe „genealogiczne” metody wyłudzania pieniędzy, oraz starsze, wypróbowane metody; na wnuczka, na policjanta na księdza – w języku małolatów to nic innego jak upolowanie przez łosia jakiegoś jelenia. Łosie to zazwyczaj dobrze zorganizowani, zabawiający się cudzym nieszczęściem gówniarze. Mógłbym to jeszcze zrozumieć i potraktować jako coś w rodzaju odstrzału selekcyjnego, zabiegu kosmetycznego, nauczki na przyszłość. Dobrze jednak mówić, bo nauczka zazwyczaj jest dotkliwa i nie pozwala zapewnić oszukanemu jeleniowi dalszej przyszłości.

Ostatnio, wraz ze zbliżającą się kampanią wyborczą do sejmu, nasiliły się bardziej wyrafinowane metody niż wyżej wymienione. Niektóre z nich też genealogiczne. A jakże. Polegają one na wyszukiwaniu swoim przeciwnikom politycznym trupów w szafie. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego – każda kampania niesie za sobą  szukanie haków i wytykanie błędów swoim konkurentom. Ale z roku na rok przekraczana jest granica zwykłej przyzwoitości. Poza tym do pracy zaprzęgany jest aparat państwowy. Według adwokata pewnej posłanki są to urzędnicy; policji, prokuratury, sądów, ministerstw, mediów państwowych. Ludzie opłacani z naszych podatków. Ktoś z tej zadowolonej z siebie braci przekazując dziennikarzynie radia doprowadził do śmierci syna posłanki. Czy na tym koniec?

Wczoraj widząc w telewizji posłów trzymających przed sobą duże, kolorowe wydruki zdjęć Jana Pawła II, przypomniał mi się nadawany przez TVP2 teleturniej „Śpiewające fortepiany”. Stare dobre czasy. Jedną z rund tego teleturnieju były rebusy. Konkurencja polegająca na tym, żeby do co najmniej dwóch z czterech pokazanych rysunków luźno dopasować i zaśpiewać trzy piosenki. Moje jedno jedyne luźne skojarzenie na rzędy obrazków to – CHCE MI SIĘ WYĆ! Stający w obronie Papieża Polaka politycy, chcą być świętsi od samego papieża. Czekam na ich następny krok, gdy staną murem za pierwszym na Świecie Papieżem wybranym przez samego Jezusa Chrystusa tj. Św. Piotrem. W życiu którego były okresy, potknięć i małej wiary. Między innymi to on nie wykonał prośby Jezusa o czuwanie na Górze Oliwnej i wraz z innymi zasnął kamiennym snem. Nim zapiał kur trzykrotnie wyparł się Jezusa. Miał żonę i zapewne z nią dzieci. Ale czy to grzech? Zapewne Św. Piotr miał więcej błędów na swoim sumieniu. O palcu niewiernego Tomasza i zdradzieckim pocałunku Judasza nie wspomnę. To było tylko ciumkanie? Te wszystkie grzechy które tutaj wymieniłem, zapisane są w Nowym Testamencie i okazjonalnie czytane we wszystkich kościołach na Mszach Świętych. Zakażcie jeszcze głoszenia Słowa Bożego. Wstyd. Zamęczam prośbami Pana Boga o zmianę. Tym razem naprawdę dobrą zmianę dla wszystkich ludzi. Gdzie wszyscy bez wyjątku będą mogli obejrzeć i wysłuchać TVP oraz wspólnie zaśpiewać jak w „Rundzie Maliny” we wspomnianych Grających fortepianach. „Ale to już było i nie wróci więcej”.

Jerzy Wnukbauma

Od jajka do jabłka.

Na świecie istnieje wiele kulinarnych tradycji. Bogatych lub biednych w zależności od regionu oraz bogactw jego darów natury. Na starym kontynencie jednym z najstarszych europejskich zwyczajów przy stole, był zwyczaj w starożytnym Rzymie rozpoczynania obiadu lub uczty, od lekkich przekąsek wśród których na pierwszym miejscu były jajka. Na właściwą, obfitszą część obiadu składały się dania mięsne i rybne z dodatkiem warzyw. Na koniec uczty podawano deser składający się z owoców. Zazwyczaj były to jabłka i gruszki pochodzące z miejscowych, przydomowych sadów. Powyższe przykłady są potwierdzone w zachowanych starych opisach literackich. Scenki przy stole były także uwieczniane na malowidłach ściennych i mozaikach, które przetrwały do naszych czasów. Z tego okresu pochodzi też stare łacińskie powiedzenie – Ab ovo usque ad mala (od jajka do jabłka). We wschodniej stronie Europy tradycje takie wykształciły się znacznie później. W Polsce tradycje kuchennych rewolucji według posła i wiceministra w jednej osobie zaczęły się od nauczenia Francuzów jedzenia nożem i widelcem. To spostrzeżenie prawdopodobnie wiceminister oparł na dokładnych badaniach genealogicznych, które doprowadziły go do końcowego wniosku, że nasi przodkowie na wiejskich gościńcach „częstowali” podróżnych widelcem i nożem w skali makro tj. widłami i kosą. Mimo jego dobrych chęci i tak pozostało jeszcze wiele do zrobienia. Ryba po grecku nie jest potrawą grecką, ruskie pierogi nie są ruskie, paprykarz szczeciński nie jest szczeciński. Skończmy jednak na tym to gesslerowskie wybrzydzanie.

Ab ovo usque ad mala. To stare łacińskie powiedzenie w dosłownym tłumaczeniu brzmi – od jajka do jabłka. W literaturze oraz w potocznej mowie ta łacińska sentencja nabiera nieco innego znaczenia a mianowicie jest określeniem wykonywania czynności – Od początku do końca. Sentencję tą wykorzystałem kilka lat temu nadając taki tytuł mojemu trzyzwrotkowemu wierszowi będącemu satyrą zakończoną genealogicznym akcentem. Wiersz wysłałem kiedyś na konkurs „literacki” i na tym stanęło. O sentencji i o wierszu przypomniałem sobie niedawno przy okazji dnia zadawania zagadek. Poniżej wyjaśniam o co chodzi.

 Żona wysłała mnie do sklepu po jajka. Gdy wróciłem do domu, w progu powitała mnie żona z wnuczką. Żona oznajmił, że podczas mojej nieobecności listonosz przyniósł moją emeryturę i w całości schowała ją do szuflady. Uwagę moją jednak przykuwała wnuczka. Jadła jabłko i nie odstępowała mnie na krok. Przymilała się i w końcu wyjąkała; – „Dziadek. Daj pieniążka”. Zaproponowałem jej zabawę polegającą na zadawaniu zagadek, a mianowicie. Gdy ja zadam jej zagadkę i ona zgadnie, dam jej dychę. Gdy ona zada mi łamigłówkę i ja nie zgadnę, dam jej banknot o największym nominale jaki znajduje się w szufladzie. Niech pozna gest dziadka. Gdy ona nie będzie znała odpowiedzi na moje pytanie, stan swojej skarbonki uszczupli tylko o złotówkę. Wylosowaliśmy kolejność zadawania pytań i wypadło na mnie. Zadałem jej prostą zagadkę – „Co to znaczy  – Od jajka do jabłka? „ . Poddała się po około pięciu minutach. Wręczyła mi monetę i stałem się bogatszy o złotówkę. Przyszła kolej na pytanie wnuczki. Na jednym oddechu spytała –„Dziadek. Co to jest? Wchodzi na górę na jednej nodze, a schodzi na trzech?”  Przyznam się, że nie wiedziałem. Podejrzewałem, że wnuczka musiała pomylić, lub źle zapamiętać zagadkę ze wspólnie oglądanej bajki. Ale w tej bajce pytanie brzmiało Co to jest? Najpierw chodzi na czterech, później na dwóch, a jeszcze później na trzech. Tu odpowiedź jest prosta – Człowiek, bo ludzie swoją życiową przygodę zaczynają od bałykowania, później twardo stąpają po ziemi na dwóch nogach, by na starość sięgnąć po laskę. Pytanie wnuczki brzmiało jednak inaczej. Na tak sformułowaną łamigłówkę nie znałem odpowiedzi. Poddałem się po kwadransie. Otworzyłem szufladę i dałem jej obiecany największy nominał. Pięćset złotych. Pech chciał, że ZUS w tym miesiącu wypłacał tzw. trzynastki. Słowo się rzekło i trzeba go dotrzymywać. Wnuczka w locie złapała nowiuteńki banknot i szybko schowała go w dłoniach. Mnie jednak nurtowała nierozwiązana zagadka. Ponieważ kolej na zadawanie pytań była teraz moja spytałem – „To co to według ciebie jest to co wchodzi na górę na jednej nodze, a schodzi na trzech?” Reakcja wnuczki była niezastąpiona. Bez słów wyciągnęła ze swojej skarbonki złotówkę i z miną niewiniątka kolejny raz zapłaciła mi za swoją niewiedzę. 500 do 2. To znacznie lepiej jak sukces Szydło 27:1. Mniej wstydu.
Jerzy Wnukbauma

Od jajka do jabłka.

Miałem skończone caaałe pięć lat,
kiedy ruszyłem z domu w świat,
na Nowy Folwark nad gliniankę
zabrałem ze sobą koleżankę.
Na bujnej łące w rozlewie rzek
w wodzie zielenił się żabi skrzek.
Wsadziłem kija do tego skrzeku.
Hania mnie łapie – Co ty cłowieku?
To są jajecka zab i kijanki!
Dostało mi się wtedy od Hanki.
Byłem zdumiony i wściekły ze złości
na skromny zasób mych wiadomości.

Po kilku latach żądny wiedzy
słyszałem jak mówią moi koledzy,
że ojciec matkę w nocy gniecie
i stąd są dzieci na tym świecie.
Czy to prawda? spytałem Hani.
Hania wierzyła w podrzut bociani
i osiągnęła tym taki skutek,
że matkę spytałem – Czy jestem podrzutek?
Matka mówiła – Widzisz dziecko,
najpierw było mamusi jajeczko…
Dalej głos matki kluczył i zwodził,
że nie wiedziałem o co w tym chodzi.

W latach młodzieńczych, nie będąc dzieckiem,
dobrze wiedziałem co z tym jajeczkiem,
lecz nadal myślałem że jedynakiem
jestem bo ojciec je wyjadł ze smakiem.
Czas nieubłaganie szybko leci.
Ożeniłem się z Hanką, mamy czworo dzieci.
Dzisiaj, gdy widzę panny z mym wnukiem
widzę, że byłem strasznym nieukiem.
Mam dziś sentyment do starych latek
i zbieram „jajeczka” mych antenatek.
Za znalezioną każdą z osób
wypijam czarkę calvadosu.
Jerzy Wnukbauma

Re. Zlot rodzinny

Wśród klaksonów, opon pisku znowu zjechał ród Matysków, oraz kilku zaproszonych gości do rodowej posiadłości, gdzie od wieków, do kołyski dawniej rodziły się Matyski. Po rządach dobrej zmiany opis zaścianka; – Z zamku ostała waląca się ścianka, dworek w ruinie, padły sklepy, gdzie okiem sięgnąć pożółkłe stepy, zimne kominy, granice płotów… Ale przejdźmy już do zlotu na którym wkrótce powiało grozą. Ale o tym napiszę już prozą.

Na początku mojej przygody z genealogią napisałem sześciozwrotkowy wiersz satyryczny pt. „Zlot rodzinny”. Zamieściłem go na stronie Świętogenu w sierpniu 2010 roku. http://www.genealodzy-kielce.pl/zlot-rodzinny/ Kopę lat. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że napiszę do niego odnośnik. Nie zakładałem dalszego ciągnięcia tego tematu. Zawsze uważałem i do dziś uważam, że zloty rodzinne są kopalnią wiedzy o rodzinie i nie ma co komentować. Są one genealogiczną skarbnicą i basta. Nieważne czy są zorganizowane, czy nieprzewidziane. Duże ewenty na kilkaset osób, czy komercyjne dwu, trzyosobowe spotkania rodzinne. Wszystkie one są i będą nierozłącznym elementem genealogii. Obojętnie dla początkujących, czy dla starych wyjadaczy. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że po kilku latach spotkania rodzinne mogą wyglądać podobnie jak wigilia Neo-Nówki. Niestety media zrobiły swoje. Podzieliły także moją rodzinę. Sprawiły, że do kilku osób z rodziny poczułem resentyment. A miało być miło. Zaczęło się nawet normalnie. Od serdecznego przywitania rozpoczętego mocnym uściskiem dłoni i przysłowiowym misiem.

Moją spokojną, wręcz sielankową atmosferę spotkania po kilku minutach zepsuło pytanie mojego starszego kuzyna – „Jurek. Co oni robią?” Podejrzewałem kim dla niego są owi ONI i co mogą robić. Nie miałem zamiaru podejmować tego tematu. Widocznie moje milczenie odczytał opacznie bo dodał – „Nienawidzę Tuska! Jego dziadek był w niemieckim wojsku!” Nie wytrzymałem i zapytałem kuzyna w jakim wojsku służył jego dziadek. Z racji głośno wypowiedzianej nienawiści do człowieka poleciłem mu też szczerą spowiedź. Widząc jego zdziwienie dodałem szybko, że kiedyś nie było Polski. Przez 123 lata byli tylko trzej zaborcy i podzielone przez nich polskie ziemie. Chociaż on urodził się już w wolnej Polsce, to już jego ojciec, a na pewno dziadek i pradziadek, mogli służyć w armii któregoś z zaborców. Dodałem, że mój dziadek był potomkiem niemieckich kolonistów w Galicji. Z racji zaboru służył w austriackiej armii. Tu otrzymałem powalającą odpowiedź – „Ty to co innego”.

Do naszej rozmowy dołączył syn kuzyna. Wtrącił, że jego ojciec karmiony jest jedynie słuszną rządową propagandą. Gdy przyjdzie mu przeczytać choćby dwa zdania urzędowego pisma, nic z niego nie rozumie i czeka na syna by raczył mu przetłumaczyć ” zawiły, urzędowy język”. Nie ma natomiast żadnego problemu z Polskim Ładem. Bez wertowania go i przeczytania z całą pewnością wie, że ponad sześćset stronnicowy gniot jest dobry i całkowicie dla niego zrozumiały. Dał się złapać na lep propagandy. Godzinami jest nią karmiony. Łyka wszystko jak gęś tuczona na foje gras. Bierze swoje judaszowe srebrniki. Dla niego istnieją tylko dwa obozy – My i Oni. Tych drugich za wszystko obwinia i gani. Pierwszym przytakuje. Nie czekaliśmy długo na reakcję seniora. Słowa swego syna skwitował krótko – „A mnie jest dobrze!”

Podniósł mi senior ciśnienie tą swoją miarą dobrobytu. Nie zastanawiając się odpowiedziałem mu szybko, że mój ojciec zawsze podkreślał, że choć sam cierpiał biedę, to nie jemu a jego dzieciom i wnukom ma być dobrze. Mój staruszek robił wszystko by tak było. Robił więcej. Przyczyniał się by Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Wiedzę o świecie czerpał z kilku źródeł. Nie bał się i nazywał rzeczy po imieniu. Nie zadłużał rodziny. Wiązał koniec z końcem. W tym momencie przypomniał mi się felieton w radiu RMF FM. Według felietonisty Tomasza Olbratowskiego miarą dobrobytu na świecie jest handlowy indeks – majtkowy. Powołując się na amerykańskich speców od marketingu Olbratowski wnioskował, że w kraju zapanuje względny dobrobyt wtedy, gdy głowy rodziny zaczynają kupować dla siebie slipy. Powołuje się na amerykańskich speców którzy tłumaczą to tym, że odpowiedzialny żywiciel rodziny, gdy stwierdzi, że wszystkim jego dzieciom jest już w miarę dobrze, to teraz on może trochę zaszaleć. Dołącza do grona klientów sklepów tekstylnych i zaczyna kupować majtki na swój tyłek. W tym szaleństwie jest metoda. Wykorzystuje to obecna władza która poprzez media pozostające w jej rękach, mami dobrobytem rzeszę gołodupców. Przekupuje ich „zdobyczami socjalnymi”. Trzynastki! Czternastki! A może i piętnastki i szesnastki (przedwyborcze obietnice AD), 500+, 300+, Tarcze, dodatki na gaz i węgiel sprawiają, że coraz częściej słyszę – „Oni to chociaż dają”… Zastanowić się jednak, policzyć wszystkie te „zdobycze” i przeciwstawić je z realnymi wydatkami i podatkami, bilans nie wychodzi już tak korzystny. Te wszystkie trzynastki, czternastki, a może i piętnastki i szesnastki (jak obiecywał prezydent) pochodzą z kieszeni podatników. Dodrukowanie pustego pieniądza na rozdawnictwo powoduje wzrost inflacji i drożyznę. Sytuacja na rynku towarów i usług także zmienia się na niekorzyść nabywców. Usługi i handel zrobią wszystko by wyciągnąć te pieniądze z naszych kieszeni. Dopłacają wszyscy. Nawet i beneficjenci tych „darowizn”. Przekonują się o tym za każdym razem odwiedzając sklepy, apteki, publiczną służbę zdrowia, urzędy itd. Zadłużają też swoje dzieci, wnuki i prawnuki. Tak to działa. Śmiej się pajacu.
Jerzy Wnukbauma

p.s. Ostatnie słowo dotyczy autora tego felietonu. Jest zapożyczeniem z opery Ruggera Leoncavalla. Śmiej się pajacu przez łzy, chociaż serce z bólu pęka. Cierpliwie słuchaj i cierp. Spotkania rodzinne nie są do głoszenia twoich poglądów politycznych.