Droga genealoga nie jest usłana różami.
Często wiedzie pod górę licznymi zakrętami,
Prowadzi w ślepe zaułki, zbacza na manowce.
Wiem, bo badam korzenie i jestem drogowcem.
Jerzy Wnukbauma.
Bez bicia przyznaję się do winy. Zajmując się genealogią – grzeszyłem. Najczęściej winiłem przeciwko dziesiątemu przykazaniu bożemu. Dla przypomnienia, X przykazanie w niezmienionej formie brzmi – „Ani żadnej rzeczy która jego jest”. Jest ono dopełnieniem IX oraz rozszerzeniem VII przykazania. By wszystko było jasne! Nie kradłem! Jeśli zaś chodzi o IX przykazanie? Wyspowiadałem się i zostałem rozgrzeszony. Temat zamknięty. Niestety, co do X przykazania, nie mam tak silnego postanowienia poprawy. Umrę i się nie zmienię. Nawet teraz pisząc te słowa zazdroszczę koleżankom i kolegom genealogom. Lista przewin jest dosyć spora. Zazdroszczę im między innymi – ich wiedzy o swoich rodzinach, ich wypasionych drzew, znamienitych przodków, wywodów szlacheckich sięgających powstania tej warstwy społecznej. A nade wszystko, zazdroszczę wszystkim posiadania licznych pamiątek rodzinnych. Zdaję sobie sprawę, że taki stan u mnie jest w konflikcie z ostatnim przykazaniem Bożym, ale to jest silniejsze ode mnie. Takie postępowanie niezgodne z wiarą, nakręca mnie i jest bodźcem do walki z innym grzechem głównym – z lenistwem. Zwalczam jeden grzech drugim grzechem. Taki swoisty klin klinem. Przyjdzie jeszcze czas uderzyć się w pierś i wyznać – Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.
Powodem do powyższego, „szczegółowego” opisu moich stanów, jest chęć zamknięcia za sobą pewnego etapu. Grzechów związanych z genealogią mam znacznie więcej chociażby grzech zaniechania, lenistwo, próżność. Ale zanim wytoczę najcięższe działa, zacząłem od moim zdaniem najlżejszego, lecz najczęściej popełnianego przeze mnie grzechu.
Niedawno zbierając materiały do artykułu pt. ” Droga genealoga”, (który zapewne ukarze się w III wydaniu „Naszych Gene-historii”) oprócz zazdrości popełniłem inny ciężki grzech. Przewinienie pochodzi z zestawu siedmiu grzechów głównych. Jest nim GNIEW. Pojawił się gdy zazdrościłem naszym przodkom szeregu Wielkich Polaków. Pominę wyliczanie ich wszystkich. Nazwiska te zajęły by mi kilka stron. Z racji tego, że jestem z wykształcenia drogowcem, posłużę się jedynie przykładem innego drogowca – Franciszka Xawerego Christianiego. Według Wikipedii był on polskim inżynierem, pionierem dróg bitych w Królestwie Polskim. Według dr Minakowskiego był tylko pionierem budowy dróg bitych. Dla niewtajemniczonych nazwa – drogi bite – nie pochodzi od napadów na podróżnych i od sprawiania im łomotu na traktach. Dla odróżnienia od najpowszechniejszych w tamtym okresie dróg gruntowych, drogi bite były drogami o utwardzonych nawierzchniach. Nazwa przyjęła się od sposobu zagęszczania użytego do budowy dróg kamienia.
Co mnie urzekło w Christianim? Według współczesnej nomenklatury rodem z TVP Info gdzie nagminnym przekazem są tylko dwa okresy – za Tuska i za rządu PiS,- mój bohater żył przed Tuskiem, a dokładniej mówiąc, żył u schyłku pięknego dla Polski okresu zwanego Oświeceniem. Przypominając sobie wiedzę o Oświeceniu w Polsce, z każdym czytanym zdaniem narastał we mnie wielki gniew. Zastanawiałem się jak to możliwe, że pod koniec XVIII i na początku XIX wieku doszło do gwałtownego rozwoju; szkolnictwa, przemysłu, życia społecznego i kulturalnego. Jak to możliwe, że w stosunkowo krótkim czasie nagromadziło się tylu znanych, znamienitych, mądrych Polaków? Rozwiązał się z nimi jakiś worek? Co dziwne, większość z nich stanowili księża katoliccy. To wtedy powstała pierwsza w Europie Konstytucja 3 maja. Polska dźwigała się z zacofania kulturalnego i społecznego. Powstał teatr powszechny, bank polski. Nastąpił największy rozkwit Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego. Powstała pierwsza w kraju Szkoła Akademiczno-Górnicza. Jak można było to wszystko ogarnąć? Jak? Dzisiaj dostrzegam przeciwieństwo tamtego okresu. Wokół Nowogrodzkiej nagromadził się szereg ludzi przeciwstawnie uzdolnionych. Jakby ich ktoś celowo przeniósł ze Średniowiecza i osadził w dzisiejszych realiach. Choć powołują się na Boga i zdobycze Konstytucji 3 Maja, depczą i łamią obowiązującą dziś konstytucję. Z chęcią przemianowałbym fragment ulicy Nowogrodzkiej na Ciemnogrodzka.
Zgadzam się z pisowską propagandą głoszoną w TVPInfo tylko w jednym – że przed Tuskiem, (po wojnie) było znacznie gorzej. Wiem coś o tym. Uczestniczyłem w procesie „budowy”. Nie byłem członkiem, lecz pośrednio przyczyniałem się „by Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatnie”. Z tamtych lat pamiętam w drogownictwie jeszcze transport konny. Powoli wypierany był przez Stary 20 i Stary 25. Ziły i Kamazy były cennymi nabytkami. Wspominam stare ciągniki Ursus, walce drogowe, rajzery do asfaltu lanego. Asfalt naturalny był w metalowych beczkach. Niejeden przodek dzisiejszych genealogów mógł mieć dach kryty blachą pochodzącą z beczek po włoskim czy albańskim asfalcie. Pamiętam też siekiery do wycinania próbek w nawierzchniach bitumicznych. Co jeszcze pamiętam? Obowiązkową lekturę członkowską z tamtego okresu. Ktoś, (zapewne jakiś „drogowiec”) przewrotnie nazwał ją „Nowe Drogi”. To były czasy. Wspominam je z sentymentem, lecz dziękuję Bogu, że świat idzie do przodu.
Za Tuska genealogiczny świat też ruszył do przodu. Przed Tuskiem genealodzy mieli pod górkę. Archiwa skrywały swoje zasoby. Nie było szerokiego dostępu do dokumentów. Ksiądz w tamtych czasach też uchyliłby nieba, ale najpierw co łaska do łapy dać było trzeba. A dziś niektórzy z uporem maniaka mówią, że to była wina Tuska? Dosyć już jednak konfabulacji. Koloryzowanie niektórym może kojarzyć się z tęczą. A tego nie chcemy. Kredki mają być w jedynie słusznych kolorach i odcieniach. Gdyby to miało trwać nadal… E! Skończę bo skoczyła mi gula i nie daj Bóg tak mi zostanie. Skorzystam z logiki sąsiedniego kraju i za przykładem Hawranka powiem – Ja sem ne boim…
Jerzy Wnukbauma.
Do zakopania jeden krok.
Kiedy kończyłem podstawówkę,
pomysłów na życie miałem ze stówkę,
lecz na młodzieńczym życia progu,
wybór średniej szkoły powierzyłem Bogu.
To w ósmej klasie, leżąc na wznak
wyszeptałem w niebo – Daj mi jakiś znak”
i na zasadzie – ” mówisz i masz ”
w Technikum Drogowym mijał mój czas.
Potem po szkole (tu jestem szczery)
zdobyłem szczeble zawodowej kariery.
Miałem pod sobą sprzęt i ludzi,
i w swej brygadzie respekt żem budził.
Przez lata stawiałem znaki na drodze
kierowcom wszystkim ku przestrodze,
a znak A-14 był moim przesłaniem,
że teren wziąłem w swe posiadanie.
Dzisiaj nie pytam niebios o znak.
Nie! Nie dlatego, że pójdzie nie tak.
Nie pytam, bo dzisiaj znak A-14
nie jest atutem jak joker w kanaście.
Dzisiaj już jestem na emeryturze,
drogi są kiepskie, nawierzchnie w ażurze,
lecz mam co robić z wolnym czasem.
Do nieba mnie wezmą przez to ciupasem.
Do nieba, bo piekło już wybrukowane
a ścieżki do czyśćca są wydeptane.
Buduję teraz mą drogę do nieba.
Prostą pod górę. Znaków nie potrzeba.
Lecz, gdy powoli kończę budowę,
znak A-14 ma już inną wymowę,
bo zamiast robotnika, na nim za to,
widzę grabarza z wielką łopatą.
Jerzy Wnukbauma.
