Po kilku miesiącach częstego sprawdzania się w internetowej przeglądarce skierowań na leczenie uzdrowiskowe, wreszcie coś drgnęło. Po dziewięciu miesiącach, w końcu doczekałem się swojego przydziału do sanatorium. Skierowanie do niego, przyszło nieco później – Pocztą Polską.
Gdy dowiedziałem się o terminie i miejscu pobytu w sanatorium, postanowiłem odpocząć od genealogii. W kąt poszły drzewa, wywody, poszukiwania i spotkania. Zawiesiłem też indeksację Bodzentyna. Zająłem się wyłącznie przyszłym leczeniem. Moje częste odwiedzanie internetowej strony NFZ , sprawiło, że uaktywniłem jakieś algorytmy. Coraz częściej i coraz natarczywiej otwierały mi się niechciane wzmianki o sanatoriach i firmach przewozowych świadczących usługi dowozu z adresu na adres. Pojawiały się także dowcipy o leczeniu sanatoryjnym i o kuracjuszach . Zapamiętałem jeden. Spotyka się dwóch facetów. Jeden do drugiego mówi – Moja żona dostała sanatorium. Teraz robi sobie prawo jazdy. Głupia myśli, że dam jej samochód. Drugi odpowiada – A moja żona też jedzie do sanatorium. Kupiła dwadzieścia prezerwatyw i głupia myśli, że będę do niej codziennie dojeżdżał. Zauważyłem też, że kilka artykułów o „turystyce sanatoryjnej” zwiększającej zachorowalność seniorów na choroby weneryczne, popsuło humor mojej żonie. Przed wyjazdem napisałem kilka wersów o sanatoryjnej rozwiązłości. Żona oceniła je krótko – Jeszcze nie pojechałeś, a już sobie nagrabiłeś!” Wiersz zamieszczam na końcu tego artykułu.
Zawiesiłem swoją działalność? Okazało się, że nie do końca. Pod wpływem zewnętrznych bodźców, zbierane przeze mnie stare informacje, dawały teraz o sobie znać. Tu przykłady. Jadąc do sanatorium po drodze mijałem miejscowość w której dyrektorem szkoły był brat mojej babki. Przejeżdżałem przez Łódź – tu po wojnie zamieszkał i założył rodzinę urodzony w Warszawie spokrewniony ze mną mój imiennik. Dojeżdżałem do celu i znów uaktywniła się pamięć. Przede mną miejscowość w której urodził się sąsiad. Dzielący ze mną pokój kuracjusz przyjechał z Radzymina. Pracował w Kobyłce. Przed laty w Radzyminie i pobliskiej Kobyłce znalazłem groby moich krewnych. Rozpoczynam rozmowę z przygodną kuracjuszką z Gdańska. Gdańsk to także miasto w którym po Powstaniu Warszawskim osiedliła się spokrewniona ze mną gałąź. Coraz częściej zastanawiałem się, czy da się całkowicie nie myśleć o korzeniach? Odstawić i zamknąć w szufladzie swoją kilkuletnią pracę? Chyba nie! Po przyjeździe przypomniałem sobie też o sanatoryjnej przygodzie siostry mojej matki.
Pod koniec lat 60 XX wieku siostra mojej matki poznała na leczeniu w sanatorium nieznajomego mężczyznę i rozpoczęła z nim rozmowę. Po kilku krótkich, nic nie obiecujących zdaniach musiało paść jakieś „magiczne” słowo, bo ich rozmowa nagle ożyła. Tym ożywczym słowem zapewne był – „Radom”. Nie wiem kto pierwszy, ciotka czy nieznajomy wypowiedział to słowo, bo w trakcie dalszej ich rozmowy coś zaiskrzyło. Okazało się, że podczas okupacji w tym samym czasie gdy moja matka i ciotka mieszkały u wujka w Radomiu, na kwaterze w Radomiu mieszkał też ów pan. Jakież musiało być zdziwienie ciotki, gdy z jego ust usłyszała jego wojenną przygodę. Otóż w tamtym czasie w Radomiu poznał on dziewczynę, piękną osiemnastoletnią kobietę, córkę profesora z Buczaczu, Danusię Semkowicz z którą umawiał się na randki i na których wspólnie snuli plany na przyszłość. Tu przerwała mu ciotka mówiąc, że Danusia była jej serdeczną koleżanką i z rozgoryczeniem wypomniała mu jej potraktowanie. Powiedziała mu, że Danusia czyniła przygotowania do swoich urodzin na których miała przedstawić narzeczonego swoim rodzicom. Dwoiła się i troiła, by ze skromnych wojennych zapasów, zrobić coś godnego na tą okazję. W jej oknie długo w nocy paliło się światło. Nie doczekała się swego ukochanego ani tej nocy, ani w następnych dniach. Początkowo wstydziła się pokazywać czerwonych od płaczu oczu, a gdy łzy obeschły, po wojnie wyszła za mąż i wyjechała z Radomia. Zerwała kontakt z okupacyjnymi koleżankami.
Słuchając słów ciotki, jej przygodny rozmówca zaczerwienił się i zgaszonym głosem zaczął opowiadać co go wtedy zatrzymało. W przeddzień urodzin Danusi został ranny w akcji i został przerzucony na punkt sanitarny, gdzie leczył rany. Po wojnie swoją przynależność do AK odsiedział w więzieniach UB. Wyszedł na mocy amnestii w 1956r. W więzieniu stracił zdrowie. Powoli odzyskuje je w polskich sanatoriach. Bezskutecznie szukał Danusi. Po skończonym pobycie w tym sanatorium, zamierza odwiedzić Radom i Fidor gdzie na partyzanckim punkcie medycznym leczył odniesione w walce rany. Tu niespodziewanie przerwała mu podekscytowana ciotka. – W Fidorze mieszkali teściowie mojego brata Tadeusza. Ojciec jego żony, Paweł Mrozek był dyrektorem tamtejszej fabryki farb i lakierów. Tu ciotka przerwała nagle na widok pobladłego swego rozmówcy. „To u niego wtedy leżałem ranny. To u niego w czasie okupacji był punkt sanitarny. Paweł Mrozek zaopatrywał też nasz oddział w leki i środki opatrunkowe.” – dodał cichym głosem. Świat jest mały.
Turystyka sanatoryjna.
Przyjechałem leczyć się do Wieńca Zdroju.
Pierwsze kroki postawiłem w lekarskim pokoju.
Lekarz z sanatorium po wstępnym badaniu,
stan mojego zdrowia zawarł w jednym zdaniu.
A co mi powiedział lekarz z Wieńca?
„-Niestety! Nie zrobimy już z pana młodzieńca!”
Opuściłem zmartwiony gabinetu próg.
Lecz wieczorem poczułem się jak młody bóg,
bo mnie po kolacji fajna kuracjuszka
zaprosiła na noc do swojego łóżka.
Obrobiłem jej dziurę jak igła w maszynie.
A co będzie po masażach i po borowinie?
Co to będzie, gdy wybiorę już wszystkie zabiegi?
Poobszywam dziurska w artystyczne ściegi!
Szczęśliwie minęły mi w Wieńcu trzy tygodnie,
wciągnąłem na dupsko swe wyjściowe spodnie.
Szybko pożegnałem przygodną kuracjuszkę.
Nie miałem już czasu z nią na pogaduszkę,
bo spieszyłem się do lekarza na końcową wizytę.
Lekarz mi powiedział -„Zdrowie zna-ko-mi-te.
Młodziej pan wygląda i sporo pan schudł.
Wcześniej byłem w błędzie! Albo? Stał się cud!”
Na odchodne zapytał wbijając we mnie wzrok
„- Dlaczego pana nazywają – Mister Owerlok?”
Ruszyłem do domu gdzie czeka żoneczka,
a tu zamki wymienione i na drzwiach karteczka;
– Okazyjnie, za darmo mam pilnie do zbycia
do dziergania szmat – MASZYNĘ DO SZYCIA!
Dzięki Bogu jestem już w domu. Nie piszę o moim pobycie w kurorcie. Co było w Wieńcu, pozostało w Wieńcu. Tak się bawi, tak się bawi NFZ! Tak się bawi, tak się bawi NFZ!
Jerzy Wnukbauma
