Cukierek albo psikus.

Ciepielów – wieś w województwie mazowieckim leżąca przy trasie Radom – Lipsko. Mój czas zatrzymał się w nim na II Wojnie Światowej. To przeniesienie w czasie zawdzięczam wspomnieniom mojej matki. Gdy odwiedzam Ciepielów raz w roku przed dniem Wszystkich Świętych, rzeczywistość zderza się z obrazem z opowieści mojej matki. Traumatyczne wydarzenia II Wojny Światowej wyryły w jej pamięci obrazy ze starego Ciepielowa z lat okupacji. Dobrze zapamiętała wrzesień 1939 roku. Zwłaszcza 9 września. Dzień w którym Niemcy w pobliskim lesie pod Ciepielowem we wrześniu 1939 roku, wymordowali wziętych do niewoli jeńców wojennych. W matki wspomnieniach odżywał obraz smutnej i przepłakanej szkolnej lekcji w 1942 roku gdy nauczycielka oznajmiła dzieciom, że nie będzie już wśród nich, ich koleżanki spalonej żywcem wraz z całą swoją rodziną, za ukrywanie i pomoc Żydom. Jednak najboleśniejszy dla matki okazał się mroźny, styczniowy dzień 1945 roku gdy zostali ranni jej ojciec i brat. Brat przeżył. Ojciec zmarł wkrótce i został tu pochowany. Babka z dziećmi wyprowadziła się z Ciepielowa pozostawiając samotny grób, z dala od rodziny.
Ostatnio, raz w roku przed dniem Wszystkich Świętych, odwiedzam grób mojego dziadka. Jestem samozwańczym wykonawcą nigdzie nie zapisanej woli mojej matki i babki. Po śmierci babki i jej dzieci, nikt z młodszego pokolenia nie kwapi się zajrzeć do Ciepielowa i odwiedzić miejscowy cmentarz. Wszyscy rozsiani są po całej Polsce. Zajęci są swoimi sprawami i odwiedzają groby swoich najbliższych. Pewnie dlatego doszedłem do wniosku – jeśli nie ja i jeśli nie teraz, to kiedy? Z roku na rok nagrobek jest w coraz gorszym stanie. Czas nieubłagalnie robi swoje. Zakupiony kiedyś za wdowi grosz lastrykowy pomnik, zapadł się nieco i przechylił się na jeden bok. W przykrywającej go płycie z każdym kolejnym rokiem pojawiało się coraz więcej i coraz szerszych spękań. Dwa lata temu postanowiłem coś z tym zrobić. Skończyło się na dobrych chęciach. Pewnie dlatego, że wymagania moje były wygórowane. Jak najtaniej i bez zmiany koncepcji starego nagrobka. W latach w których powstał pomnik panowała inna, dawno zapomniana już moda na tego typu nagrobki. Każda przeróbka czy ingerencja była by widoczna i psułaby koncepcję powojennego stylu pomnika. Wymiana zniszczonej płyty na starą niepopękaną płytę lastrykową pozyskaną z innego grobu, mnie zupełnie by wystarczyła. Stanęło na tym, iż zdałem sobie sprawę, że nie jestem wymarzonym klientem dla miejscowych zakładów kamieniarskich. Wymagania owszem miałem, ale dla właścicieli zakładów kamieniarskich, nie robota i nie pieniądz. Kamieniarze z mojej miejscowości też nie byli zainteresowani. To nie ich rejony. Co roku podczas powrotów z cmentarza w Ciepielowie, zastanawiałem się w jakim stanie zastanę nagrobek za rok. W domu zawsze zapominałem o remoncie. Ten stan zaczął robić się już cykliczny.
W tym roku wykorzystałem październikową, piękną, słoneczną pogodę i pojechałem do Ciepielowa. Na miejscu okazało się, że spełnił się jeden z moich najgorszych snów. Stało się. Katastrofa. Popękana płyta musiała zapaść się do środka. Ktoś ułożył ją na zbrojeniowych prętach, powzmacniał a spękania pozacierał zaprawą cementową. Przez myśl przeszły mi siostry i brat. Jednak tą myśl szybko odrzuciłem. Wiedziałbym coś o tym. Upewniłem się dzwoniąc do nich z komórki. To nie oni. Spojrzałem po bokach i w górę. Wokoło spokój i cmentarna cisza. Nic nie świadczyło o przyczynie nieszczęścia. Wokół żadnego śladu. Ścięta brzoza daleko poza granicami cmentarza. Chciało mi się beczeć. Usiadłem na ławce. Pogoda wymarzona. Poranna mgła dawno już opadła pozostawiając na trawie obfitą rosę zwiastującą ładną, słoneczną pogodę. Jedyną przyczyną runięcia płyty musiał być jej zły stan. To ja do tego stanu dopuściłem. Nie zrobiłem nic. Odpuściłem sobie. Odwlekałem z zakupem nowej płyty. Na dodatek prześcigam się w domysłach i wmawiam sobie, że ktoś teraz zacierał ślady. Paranoja. Stało się. Powinienem być komuś wdzięczny, że zlitował się nad zapadliskiem. Wziął sprawy w swoje ręce i doprowadził do obecnego stanu.
Na cmentarzu, przy grobach zauważyłem małe grupki ludzi, zajęte sprzątaniem nagrobków. Sporo małych dzieci. Widać tylko ja przyjechałem jak VIP złożyć kwiaty przed pomnikiem, zapalić świeczkę, wsiąść do samochodu i mieć wszystko z głowy. Ciągły pośpiech, a przecież tu powinno być miejsce wyciszenia się i zadumy. Po powrocie czeka mnie inne szaleństwo. Przyjdą wnuki i muszę być przygotowany. Gdy mnie spytają – Cukierek albo psikus? – Wyciągnę jak Asnyk dla swych wielbicielek z kieszeni spodni słodki karmelek. Lecz coraz bardziej skłaniam się do odpowiedzi – Oczywiście psikus! Niech uczciwie zapracują na karmelek. Następnym razem trzeba ich zabrać do Ciepielowa na cmentarz. Niech się uczą.
Jerzy Wnukbauma.

Autor: Jerzy Użyczak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *