Dycha do dychy…

Za sprawą ukazujących się coraz częściej i bijących na alarm artykułów o wyludnianiu się polskich miast i wsi,  i ja zacząłem martwić się o skutki małego przyrostu demograficznego w moim rodzie. Niestety, straconego czasu nie nadrobię. Jestem już w wieku poprodukcyjnym i nie naprawię swoich i czyichś zaniedbań w tym zakresie. Martwię się  zupełnie czymś innym. Niepokoję się tym, że nazwisko które noszę i które jest przekazywane w pokoleniowej sztafecie z ojca na syna, kiedyś całkowicie zaniknie i co za tym idzie ród wymrze. Dziękuję Bogu, że nie stanie się to za mojego życia. Dlatego skrupulatnie wykorzystuję dany mi czas i robię wszystko by stało się to jak najpóźniej. Co robię? Kontynuuję rodzinne zwyczaje i uczę moich wnuków, gdy już obrosną w pióra, by wiedzieli do czego mają siura. W moim rodzie to pokoleniowa tradycja. Taki mały prolog przed wybudowaniem domu i posadzeniem drzewa.

Zadaniem każdego rodzica,
gdy syn obrośnie mu w pióra,
jest uświadomić swego dziedzica,
by wiedział po co ma siura.

Przykładem jest moja rodzina –
Odwiecznym u nas zwyczajem,
jest uświadomić przez ojca syna,
dlaczego wzwodu dostaje.

Tradycję zaczął prapradziadek
ucząc mojego pradziadka,
jak ma uniknąć syn wpadek,
kradnąc kobiecie „kwiatka”.

Z kolei mój dziadek
miał kilka minut frajdy
gdy w fotoplastykonie pradziadek
zapłacił za sprośne slajdy.

Mojego ojca tatusiek
mówiąc synowi o ptaszku,
do czego posłuży mu siusiek
pokazał na porno obrazku.

Gdy ja dorosłem do nauki
by nie stać jak tyka chmielu
mój ojciec niełatwej sztuki
uczył mnie w „polskim burdelu”.

Tych co mnie o grzech winią
przepraszam za dualizm,
nigdy nie byłem świnią
– Tak nazywano socjalizm.

Gdy syn wyrósł z młokosa,
usiadłem z nim na wersalce
dostał kasetę pornosa,
z niej poznał prawdę o szparce.

A gdy dorosną jego chłopacy,
syn się już nie namęczy.
Dziewczyny mają wszystko na tacy,
a resztę internet wyręczy.

Jak widać – cel był zawsze jeden – edukacja. Na przestrzeni lat zmieniały się tylko pomoce naukowe; rysunki, zdjęcia, slajdy, filmy najpierw na kasetach, później na płytach, na dyskach przenośnych i w komputerach. Dzisiaj z masowych przekazów wnioskuję, że demografią zajmują się specjaliści od koziej dupy. Czy jakoś tak. Nie dość, że o dzietności najgłośniej krzyczą starzy kawalerowie i stare baby, to na dodatek swoją nieudolność w tym temacie tłumaczą tym, że po godzinie 18 można do nich mówić już Zosia, a nieskuteczność programu 500+ a później 800+ zwalają na kobiety dające sobie w szyję. W każdym razie nie jest dobrze. Sosnowiec nam się wyludnia! Ja sam zauważam, że  podczas wieczerzy wigilijnej, zadaję wnukom krępujące obie strony pytania – Kiedy znajdziesz sobie dziewczynę? Kiedy się ożenisz? Kiedy doczekam się prawnuków? A mam komu zadawać te pytania. Mam sześciu wnuków i kiedy z nimi zasiadam do stołu, jest to wieczerza pół apostołów.

Tyle o mojej rodzinnej tradycji. Byłem przekonany, że faceci z mego rodu mieli wyłączność na edukację seksualną swych pociech. Byłem w błędzie. Niedawno moja sąsiadka, pani Nowak, chwaliła się długoletnią tradycją edukacji dziewcząt w jej rodzinie. Opowiadała, że w jej rodzinie od pokoleń, gdy dziewczyny kończyły osiemnaście lat, ich matki edukowały je w bardziej praktyczny sposób. Zupełnie nie przejmując się stroną teoretyczną ich edukacji. Nakazywały swoim córką położyć się wygodnie na łóżku, po czym kładły im na biodro dziesięciogroszówkę, a na wzgórek łonowy dziesięciozłotówkę. Kazały przy tym symulować przerzucanie dziesięciogroszówki z bioderka na biodro, a dziesięciozłotówki ze wzgórka na brzuszek w rytmie – DZIESIĘĆ GROSZY – DZIESIĘĆ GROSZY – DYCHA! I tak kila razy do znudzenia. DZIESIĘĆ GROSZY – DZIESIĘĆ GROSZY – DYCHA! Gdy przychodziło co do czego, matki w noc poślubną nie musiały podsłuchiwać młodych, a rano oglądać prześcieradeł. Wiedziały, że ich córki same dojdą do tego, że pieprzyć te drobne i przejdą do konkretów – DYCHA! DYCHA! DYCHA!. Pewnie dlatego nazwisko Nowak jest najpopularniejszym nazwiskiem w Polsce. Za to wnuków Bauma na palcach można policzyć.

Jerzy Wnukbauma.