Dnia 8 stycznia 2024 r.o godz.17.00 zapraszam na spotkanie do Muzeum Historii Kielc ul. Św. Leonarda 4
Temat : Historia przemysłu hutniczego i górniczego w gminie Miedziana Góra.
Wykładowcy : Grzegorz Ślefarski i Ryszard Żelazny.
W temacie stadła mam takie zdanie; Leci ten czas nieubłaganie…
Statystyki GUS wykazują największy przyrost naturalny ludności w październiku. Jednoznacznie oznacza to, że ludziom – tu powiedzmy skromnie – najpilniej do kobierca w styczniu i z początkiem lutego, czyli w karnawale. Wzorem kuny, nietoperza i wielbłąda, które jak wiadomo, parzą się w tych miesiącach i człowiek najczęściej w styczniu i lutym szuka sobie pary. Wyjątkiem są; koty – dla nich zarezerwowany jest marzec, oraz kobiety w okresie rozrodczym, dające sobie w szyję – one zdaniem starszego pana mają wszystkie miesiące w dupie. Karnawałowa atmosfera w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, podziałała również na mnie i moją przyszłą małżonkę. Było to dokładnie…?
Jak zapamiętać datę rocznic własnego ślubu? To proste. Wystarczy raz o niej zapomnieć. Mina i zachowanie twojej żony da ci znać, że coś z tobą jest nie tak. Długo o tym popamiętasz. Piszę o tym, bo i ja raz zapomniałem. Teraz datę mojego ślubu zapamiętam do końca moich dni. Przypominam o niej sobie miesiąc wcześniej, a przygotowania do obchodzenia kolejnych rocznic, robię już z dużym wyprzedzeniem. Przezorny zawsze ubezpieczony. Tak się składa, że przede mną kolejna rocznica naszego ślubu. I to nie byle jaka. Okrąglutka i zasługująca już na medal. Nie wiadomo kiedy stuknęło nam z żoną pięćdziesiąt lat wspólnego pożycia.
Zbliżająca się rocznica skłoniła mnie do licznych retrospekcji. Przypomniałem sobie pierwsze nasze spotkanie, niekończące się rozmowy mówione szeptem, pierwsze pocałunki, poznawanie siebie nawzajem. Później szybkie przygotowania do ślubu. Zakup złotych obrączek. Ceremonia w USC. Przyrzeczenie przed ołtarzem i jestem jej wierny i nie opuszczę aż do śmierci. Pamiętam wszystkich naszych weselnych gości. Niestety czas zrobił swoje. Z pokolenia moich dziadków i rodziców, do naszych Złotych Godów dożyły tylko dwie osoby uczestniczące w naszym ślubnym przyjęciu. Z tamtego grona, żyją tylko „weselni goście” z naszego pokolenia – urodzeni po II Wojnie. Późniejsze pięćdziesiąt lat wspólnie spędzonych chwil, to już proza życia. Życia, które minęło nam jak z bicza strzelił.
Finałem moich wspomnień było przemyślenie, że chyba nie jestem mężem złym? Przeżyłem z żoną 50 wiosen i zim, co daje okrągłe 600 miesięcy, tygodni ponad 2,6 tysięcy, 18 250 dni i nocy, (te przeleciały nam jak z procy), 438 tys. godzin wspaniałych, 1mln 752 tys. kwadransów trwałych… Szczęśliwych minut z nią nie zliczę, sekundy nadal co sekunda liczę, a jeśli to was jeszcze nie wzrusza – przeżyłem z żoną koronawirusa. Młodym doradzam – Gniew powstrzymać i „Będę Ci wierny” da się dotrzymać.
Przy okazji naszych złotych godów, przeanalizowałem też długości pożycia małżeńskiego moich przodków. Robiłem to wcześniej przy wpisywaniu kolejnych kuzynów i krewnych, ale bardziej skupiałem się na; datach, dzieciach, parafiach, nazwach ulic, nr domów, miejscach zamieszkania, nazwiskach świadków i rodziców chrzestnych… Tak działa mechaniczny, automatyczny zapis. Odfajkuj i zapomnij. Odfajkowywałem więc i przechodziłem nad tym do porządku dziennego. W ten sposób moje drzewo genealogiczne rozrastało się i kwitło. Brakowało w nim jednak czegoś. Zabrałem się więc do roboty. Lepiej późno niż wcale. Poszło szybko. Po wykluczeniu par przodków, w których jedna ze stron nie dożyła siedemdziesięciu lat, oraz po pominięciu par w których jedna ze stron była wdową, lub wdowcem, wyszedł mi wynik – zero trafień stuprocentowych, oraz kilka małżeństw z małym prawdopodobieństwem dotrwania ich do złotych godów. Z długotrwałym pożyciem moich krewnych, zdecydowanie lepiej jest w okresie powojennym. Tu są dwa trafienia. Pierwsza para postanowieniem z dnia 13 czerwca 1947 roku, na wniosek Warszawskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Druga para, kilka lat później, została uhonorowana pamiątkowym Medalem „Za długoletnie pożycie małżeńskie”. Starszej wersji obecnego Medalu za Długoletnie Pożycie Małżeńskie. Na ten właśnie medal, po spełnieniu papierologicznych wymogów, będę pretendował wraz z żoną niebawem.
Odnowienie przysięgi małżeńskiej w kościele trochę mnie bawi. Moim zdaniem wygląda to tak, jakby zwierzchnicy mojego kościoła dopuszczali mały, lub nawet kilka małych skoków w bok. Czego oczy nie widziały tego sercu nie żal? Chyba, że księża z góry zakładają, że nie doszło do rozpadu małżeństwa i wszystko jest Ok. Przecież nie doszło do złamania sakramentalnego – Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. Hipokryzja. To jest przecież sakrament. Zresztą. Przedsmak odnowienia przysięgi małżeńskiej mieliśmy z żoną kilka lat temu przy okazji uroczystości w naszej parafii. Nic wielkiego, nic takiego, zwyczajne tralalalala. Podsumowałem to kiedyś rymowanką.
Do kościoła przyszli – „Młoda” i „Młody”,
przed ołtarzem obchodzili swoje Złote Gody.
Młoda mówi- Pójdę zapalę Mateńce świeczkę,
bo przyprowadziłam Bogu zbłąkaną owieczkę.
Młody odpowiedział – Kogo chcesz oszukać?
Świecisz, – bo takiego męża to ze świecą szukać!
Prawda jest taka, że ja swoją żonę szukałem ze świecą. Niedawno natrafiłem na tekst napisany i zamieszczony równo czterdzieści lat przed naszym ślubem, w styczniu 1934 roku w warszawskim Expresie Porannym. Zaintrygował mnie jego podtytuł – „Garść danych historycznych o małżeństwie”. Myślę, że wtedy gdy się ukazał przed laty, mogli go czytać moi dziadkowie. Mój ojciec z racji wieku co najwyżej mógł sylabizować jego tytuł „Gdy no-we sta-dła się ko-ja-rzą”. Czterdzieści lat, niby niewiele, a wyczuwam znaczny upływ czasu. Zresztą przekonajcie się sami. Poniżej ów artykuł w oryginalnym brzmieniu.
Gdy nowe stadła się kojarzą
Garść danych historycznych o małżeństwie.
Tysiąc kobiet Salomona.
Wszak z biblii wiemy, że Jakub zaślubił dwie kobiety; Leah i Rachelę, z dwiema niewolnicami miał dzieci. Ezaw – Bazemolę i Jodytę, ale już Roboam idzie znacznie dalej bo bierze 18 małżonek i 60 nałożnic, a najmądrzejszy z nich Salomon, ma aż 700 żon i 300 nałożnic. W wiekach średnich wiele ludów żyło w wielożeństwie. Nasz Mieszko I miał 7 żon z których jedna Dąbrówka skłoniła go do przyjęcia chrześcijaństwa. Skończyło się dobre. Nie można powiedzieć, że by to podniosło wartość kobiety. Toteż tam gdzie uprawiano wielożeństwo, kobieta była bardzo nisko ceniona, często mniej od domowego zwierzęcia.
Kobieta- czy koza
Wprawdzie o wsi murzyńskiej piszą Jacezes i Storms, ale opowiadanie ich jest charakterystyczne; oto w pewnej osadzie afrykańskiej wybuchł hałas, rozeszła się wieść, że krokodyl porwał kozę. Wszyscy spieszą na miejsce wypadku, bolejąc szczerze nad stratą, którą poniósł właściciel. Tymczasem dowiadują się, że to nie była koza, ale kobieta, więc odchodzą. Tam znów, gdzie odczuwa się brak kobiet, mężczyzna spada w cenie, bo niejednego nie stać na własną żonę. Tak jest na przykład w Badu, gdzie się kupuje męża jak u nas w formie posagu, lecz przeciwnie kupuje się żonę od jej rodziny, składając okup. Tam mężczyzna nie mając środków na kupienie żony, wchodzi w spółkę zazwyczaj z kilkoma krewnymi męskimi i przy ich pomocy składa żądany okup. W ten sposób tworzy się wielożeństwo. Tak jest między ludem w Tybecie.
Raptus puellae
W Polsce jeszcze za Piastów, do połowy XIV stulecia młodzian upatrzywszy sobie dziewczynę, porywał ją, czasami i nie bez jej zgody; później nastał obyczaj, że ojciec chłopca kupował synową u rodziców dziewki, posyłając do nich dziewosłębów czyli swatów. Dopiero prawo Kazimierza Wielkiego uznało obyczaj porywania za kryminalny występek. Stąd w zwyczaj więc weszły wyłącznie swaty, albo małżeństwo służebne. Młodzieniec nie mający na kupno dziewczyny wchodził do domu jej rodziców na bezpłatną służbę, zasługując sobie pracą łaskę ojców a z czasem miał względy swojej ukochanej. Nic na skróty. Ślady tego zwyczaju pozostają w pieśni:
Cztery lata wierniem służył gospodarzowi –
Ranom wstawał, sieczkę zrzynał – Niech sam powi.
A to wszystko dla dziewczęcia – miło mi legło
Bo mi serce , jak żywiczka – do niej przyległo.
Małżeństwo służebne było i jest jeszcze w niektórych okolicach formą kupowania sobie żony, nie za gotówkę lecz za pracę.
Targ na dziewczęta
Na zachodzie jednak w krajach przodujących kulturze europejskiej utrzymał się niemal do dni obecnych handel dziwnego rodzaju, który bardzo delikatnie zużytkował librecista popularnej przed kilku laty i u nas operetki pod tytułem „Targ na dziewczęta”. Notatka zamieszczona 22.VI.1797 w Timesie brzmi – „Czy przez zapomnienie, czy też przez miejską niechęć sprawozdawców z jarmarku Smiethfield nie możemy podać kursów cen kobiet na bieżący tydzień. Wzrastająca wysokość płci pięknej uważa wielu znakomitych pisarzy za oznakę budzącej się wyższej cywilizacji. Pod tym względem mógłby rościć sobie Smiethfield szczególniejszą pretensję i uchodzić za miejsce postępu i wydelikacenia uczuć to na jego łamach podskoczyły w ostatnich czasach ceny kobiet z pół na trzy i pół gwinei. Należy tu jeszcze dodać, że Smiethfield było to miejsce gdzie odbywały się stale jarmarki na bydło, między którymi sprzedawano też kobiety. Jeszcze w 1884 notowano w Anglii 20 przypadków kupowania żon. W Norwegii ostatnio są tego ślady w XVII stuleciu. W Niemczech zaś pod koniec XV wieku, ale w Anglii, jakkolwiek konserwatywnej, lecz uważanej nie tylko przez siebie, ale i przez innych za przodowniczkę cywilizacji był taki wypadek, jak podaje W.Schrelber w roku 1895.
W uniwersyteckim Oxfordzie
Pewien wieśniak z okolic słynnego uniwersyteckiego miasta Oxfordu, sprzedał żonę z dokładnym wciągnięciem do ksiąg podatkowych, ale nie dopełnił jakiejś formalności. Sąsiedzi zwrócili jego uwagę na to, że sprzedaż nie jest ważną, poszedł więc żonę odebrać i związaną na sznurze 7 mil pieszo przeprowadził do Oxfordu, gdzie sprzedał ją za pół korony po raz drugi. Co najciekawsze, to to, że musiał za nią na rogatce miejskiej zapłacić myto jak od dwunożnego bydlęcia na sznurze 4 pensy.
Ostatnia transakcja
Czy więc można się dziwić transakcji, zawartej 15 lat temu u nas w Polsce, a o której mówi dokument, znajdujący się w rękach autora niniejszego artykułu.
Kapral
Policji Komunalnej Wojsławice
18 czerwca 1919 r
nr 75
Wojsławice
Pol. Kom. pow. Chełmskiego
Do Sierżanta IV Okręgu
Załączam przy niniejszem umowę zawartą między Józefem Besiukiem a Józefem Maciejką o odstąpienie żony za 100 koron. Umowa ta została przeze mnie zabrana od Maciejki dn. 23-go czerwca r. b. który pokazywał mnie i pytał się, czy taka umowa będzie ważna. Nadmieniam, że obaj wymienieni są żonaci, lecz żaden z żoną nie mieszka. Maciepko ma lat 50, a Besiuk około 69. Maciejko, Besiuk, i świadkowie Aleksander Semeniuk i Szymon Bożuś są mieszkańcami wsi Wojsławice
KAPRAL POLICJI
(…) podpis
UMOWA
Ustępuję dobrowolnie moją żonę Annę Marię z Trubałów Bęsiuk i otrzymując od Maciejki Józefa za to sto koron (100 kor.) żadnej pretensji nie mam.
+++ Józef Bęsiuk
dn. 24. IV. 1919.
Świadczyli; A. Semeniuk (po polsku)
Filip Bożus (po rosyjsku)
Czy wychodząc za mąż w którymś tam kwartale przed laty pani Bęsiukowa przypuszczała, że stanie się po latach przedmiotem kupna-sprzedaży jak jej przed laty antenatki, wątpimy.
Franciszek Goliński
Tyle autor F. Goliński w temacie „Garści danych historycznych o małżeństwie”. Kończę i ja, bo muszę udobruchać żonę. Wpisując do mojego felietonu artykuł z przedwojennej, warszawskiej prasy, kontem oka zauważyłem, że moja małżonka zaczęła śledzić w kobiecych pismach anonse typu Kupię-Sprzedam-Zamienię. Kończę by ją udobruchać, w przeciwnym razie – Obym trafił w dobre ręce.
Jerzy Wnukbauma
O wyższości powstania styczniowego nad powstaniem listopadowym.
Jak różny jest nasz uczuciowy stosunek do większości wydarzeń w kraju (i na świecie) nie muszę nikomu uzmysławiać. Nic w tym dziwnego. Nasze stare powiedzenie mówi, że gdzie spotyka się dwóch Polaków, tam na ten sam temat są trzy różne zdania. Ot choćby przykład ostatnich wydarzeń politycznych jakie rozgrywały się w naszym kraju. Połowa narodu była za obecnym „dobrym ładem”, druga połowa przeciw nieładowi, a zdecydowana większość miała wszystko w głębokim poważaniu. Nie inaczej wyglądało i wygląda postrzeganie naszych nieco starszych dziejów. Przykładem z mojego podwórka jest różna ocena dotycząca powstania warszawskiego. Wśród członków mojej bliskiej rodziny, którzy przeżyli powstanie, były odmienne i jakże skrajne jego oceny. Zasadniczym punktem niezgody była jego celowość – czy było potrzebne, czy nie? Niestety, wraz z odejściem naszych „warszawiaków” nie umilkły o to spory. Widocznie dostaliśmy to w spadku. Dzisiaj na ten temat trwają nadal polemiki historyków i pseudohistoryków.
W historii Polski było kilka wielkich zrywów narodowych. Każde z nich postrzegano zgoła inaczej. Odmiennie w zależności od; wiedzy, umiejętności analizowania zgromadzonych w licznych dokumentach faktów. W ocenie powstań dużą rolę mają także sentymenty związane z miejscami toczących się walk, a także z udziałem w nich naszych bliskich. A było trochę tych zrywów: powstanie kościuszkowskie, Legiony Dąbrowskiego i wojna napoleońska, powstanie krakowskie, powstanie chłopskie (rabacja), powstania śląskie, powstanie wielkopolskie, powstanie w getcie warszawskim i powstanie warszawskie. Dla lepszego zobrazowania, zajmę się dwoma powstaniami – powstaniem listopadowym i powstaniem styczniowym. Dzieliła je nie tylko niewielka, jednopokoleniowa różnica czasu. Ponieważ nie jestem historykiem i nie pretenduję do literackich nagród, powyższy temat potraktuję zezem.
Oba te powstania znacznie się od siebie różnią. Łączą je chyba tylko wielkie poświęcenie, ogromne bohaterstwo, oraz zmarnowane szanse przypieczętowane ich klęską. Oba powstania na równi absorbują nasze umysły i uczucia. Patriotycznie łechcą nasze serca i napełniają je zarówno zachwytem jak i gniewem. Jak więc wykazać wyższość jednego powstania nad drugim. Osobiście uważam, że łatwiej jest porównywać je z innymi powstaniami. Ot choćby z powstaniem krakowskim, lub chłopskim Jakuba Szeli. Zestawienie z tymi drugimi, zawsze wypada na korzyść powstań z lat 1830 i 1863 roku. Bohaterów powstania z 1846 nie odbieramy z tak wielkim wzruszeniem jak partyzantów 1863 roku. Choć nie wykluczam, że sentyment do nich mogą mieć genealodzy mający bohaterów z tamtego okresu w swoim genealogicznym drzewie.
Powstanie listopadowe opierało się na wyszkolonej armii Królestwa Kongresowego. Na jego aparacie państwowym i na jego zasobach finansowych. Stoczone bitwy były potyczkami dwóch ścierających się ze sobą regularnych armii. Powstanie to miało podstawę operacyjną. Mogło się rozwijać i rozwijało się w prawidłową wojnę polsko-rosyjską. Miało strategiczne widoki powodzenia. Inną rzeczą jest, że je zmarnowano.
A powstanie styczniowe? Kto zna choć pobieżnie dzieje porywu Polaków w 1863 roku, bez namysłu dojdzie do wniosku, że z czysto militarnego punktu widzenia, powstanie styczniowe od samego początku nie miało najmniejszych szans na powodzenie. Najmniejszych nadziei na zwycięstwo. Było zrywem prawie bez pieniędzy, bez broni, bez wodza naczelnego. Walczące oddziały powstańcze nigdy nie zdobyły sobie strategicznych terenów służących za podstawę do przyszłych wojskowych działań operacyjnych. Od początku do końca oddziały powstańcze stanowiły partyzantkę i to szczególną partyzantkę działającą bez koordynacji sił i środków z innymi oddziałami. Partyzantkę rozpierzchłą, kryjącą się po lasach. Oddziały rekrutujące się ze zbieraniny różnej maści powstańców, mogły tylko niepokoić, szarpać i trudzić wroga. O pokonaniu regularnych oddziałów wroga nie można było marzyć.
Powstaniec styczniowy, to typ zupełnie odmienny od żołnierza listopadowej zawieruchy. Powstańcy z 1930 roku byli żołnierzami szkolonymi i przygotowywanymi do ewentualnych wojen. Stanowili odrębną strukturą od rosyjskiej armii. Powstaniec listopadowy szedł i miał prawo iść w bój z dużą wiarą w zwycięstwo. Z nadzieją, że od srogiej zemsty chronił go kodeks wojenny i podpisane międzynarodowe urzędowe zobowiązania. Powstanie listopadowe było zbrojnym zrywem Królestwa Polskiego Kongresowego, w tamtym okresie autonomicznego państwa. Co innego udział w powstaniu styczniowym. Przystąpienie do tego powstania wymagało wielkiej odwagi, wielkich wyrzeczeń i heroicznego bohaterstwa. Ten, kto szedł do powstania w 1863 roku, był traktowany przez moskali jak buntownik. Z góry wiedział, że w razie złapania skończy na szubienicy, a w najlepszym wypadku na zesłaniu na Syberię. Opuszczając dom i rodzinę, powstaniec styczniowy kładł na szali nie tylko swoje życie, ale także los swoich najbliższych.
Ze wszystkich naszych walk zbrojnych o niepodległość, powstanie styczniowe, było najmniej przygotowane pod względem; organizacyjnym, wyszkolenia i potrzebnych środków materialnych. Było spontanicznym zrywem ludności. Demonstracją zbrojną narodu polskiego. Przeciw wyszkolonym, karnym oddziałom rosyjskim wynoszącym 93 tysiące żołnierzy stanęło zaledwie 10 tysięcy kryjących się po lasach partyzantów w zdecydowanej większości pozbawionych wykształconych w wojennym rzemiośle kadr.
Było to powstanie nieprzygotowane. Wybuchło przed zamierzonym czasem. Przyśpieszył je radykalnie cywilny zarządca kraju margrabia Wielopolski nakazem masowej branki do carskiego wojska. Gdyby nie branka powstanie wybuchłoby najprawdopodobniej na wiosnę. Z jakim skutkiem? Być może powiodłoby się nękanie i zbrojne natarcia na małe załogi rosyjskie. Późniejszy okres popowstaniowy, okazał się dla nas bardziej korzystny na arenie europejskiej. Dwa lata później nasze sprawy międzynarodowe mogły mieć już inny, bardziej korzystny obrót. Ale… Mądry Polak po szkodzie.
Podsumowując. Oba powstania odegrały doniosłą rolę w naszych dziejach. Wzmocniły patriotyzm naszych ojców i dziadów. Nie dopuściły do wyrzeczenia się niepodległości. Oba przysłużyły się późniejszej sprawie Polski.
Jakby powiedział „profesor” mniemanologii stosowanej i mistrz postrzegania świata zezem, a zarazem mistrz rozważań o wyższości świat Bożego Narodzenia nad Wielkanocą – I to by było na tyle.
Jerzy Wnukbauma
Spotkanie dnia 4 grudnia 2023 r.
Zapraszam na kolejne spotkanie dnia 4 grudnia 2023 r. o godz.17.00 do Muzeum Historii Kielc ul. Św. Leonarda 4.
Temat spotkania : Boże Narodzenie- tradycje w waszych rodzinach. Przyjdz, opowiedz nam i posłuchaj opowieści genealogów.
Spotkanie dnia 6 listopada 2023 r.
Dnia 6 listopada 2023 r. o godz.17.00 zapraszamy do Muzeum Historii Kielc ul.Św.Leonarda 4 na wykład dr Krzysztofa Kasińskiego.
Temat : Ku Klux Klan na straży demokracji w U.S.A.?
Wstęp wolny.
Jak się bawić, to się bawić.
Ostatnio natrafiłem w internecie na skan wydawanego przed wojną w Warszawie Expressu Porannego ze środy 8 kwietnia 1931 roku. W gazecie tej natrafiłem na artykuł Stanisława Czosnowskiego zatytułowany „Pije Kuba do Jakuba”. Zapewne pominąłbym go po przeczytaniu. Zwykle tak robię. Odfajkowuję i zapominam. Lecz nie tym razem. Ten przypomniał mi, że i ja przed laty napisałem kilka słów w tym temacie. Mój zatytułowałem „Genealogia z gorzałą w tle”. Ten przedwojenny artykuł sięgnąłem również z innego powodu – mianowicie spodobał mi się, bo pokazuje jak bawili się onegdaj faceci. Od tamtej pory świat poszedł do przodu. Współczesnym sarmatom nie wystarczają już trunki. Polacy coraz częściej sięgają po innego rodzaju chemiczne destylaty – narkotyki i dopalacze. Ostatnio w prasie ukazały się informacje o dotychczas mało upowszechnionym wspomagaczu męskich igrców – o wiagrze. „Rozsławili” ją uczestniczący w „męskich” zabawach na plebanii w Dąbrowie Górniczej panowie. W swych igraszkach postanowili cofnąć się do lat dziecięcych i pobawić się w starą dziecięcą zabawę – w pociąg, a konkretniej – w podczepianie się do tyłów wagoników. Na wszelki wypadek mojemu prawnukowi zmienię tekst znanej dziecięcej piosenki. Wstawię w niej moje słowa: – konduktorze morowy, byle nie do Dąbrowy.
Stanisław Czosnowski
Pije Kuba do Jakuba…
Stosunek Polaka do butelki zawsze był pozytywny. Gdy nie znał jeszcze gorzałki, ani wina, chętnie zaglądał do dzbana z piwem lub miodem.
Piwo jest jednym z najstarszych trunków, znanych jeszcze rzymianom, którzy je nazywali ” cerevisla”. W języku Gotów nazywało się „bior” – stąd germańskie „bier”. Z początku do wyrobu jego używali wyłącznie jęczmienia, a chmielu zaczęto używać dopiero od X w. W Polsce piwo było już znane w czasach przedhistorycznych. Gallus, opisując postrzyżyny u Piasta, wspomina o cudownym pomnożeniu piwa. Do rozpowszechnienia piwa w naszym kraju przyczynia się Ludgarda, żona Przemysława II, która w Kaliszu założyła pierwsze, wielkie browary. Wyrób piwa udoskonalono jednak dopiero za Zygmunta Augusta i z czasem zasłynęły w Polsce Piwa częstochowskie, wareckie, łowickie, końskowolskie, drzewickie i inne.
Narody północne oprócz piwa, chwaliły sobie i miód. Sam wyraz „miód”, jak dowodzi Czacki, Jest pochodzenia islandzkiego; w formie „miod” użyty jest w najstarszych pomnikach piśmiennictwa islandzkiego z XI w. W Polsce i na Litwie miód rozpowszechniony był od najdawniejszych czasów. Stare pieśni litewskie wspominają o sławnym miodzie kowieńskim. Zygmunt August upomniał się u swych dzierżawców litewskich o dostawę miodów polnych na stół królewski, karcąc ich: „bo u nas piją, a wy na rok naznaczony nie dostawiacie”.
W XVIII w. zaczęto u nas uważać miód za napój pośledniejszy i mniej dystyngowany. Podawano go np. zamiast wina w Popielec, na znak umartwienia. Biskup Krasicki, który w pismach swych lubił moralizować, choć prawdopodobnie mrużył przytem jedno oko, nawołuje do zaniechania picia kosztownych win zagranicznych i powrotu do miodu, jako napoju krajowego i zdrowego, który „krwi nie zapala”.
Pierwsze wiadomości o gorzałce w Polsce pochodzą z XIV w. Z czasów króla Olbrachta dochowały się spisy dochodów królewskich z miast i tam wymienione są różne gatunki wódek. Wina importowanego przeważnie z Węgier.
Popularna w ostatnich latach – ale nie wśród smakoszów, – „Złota Reneta”, jak się okazuje, ma jednak starożytnych protoplastów, próby bowiem produkcji win krajowych w Polsce sięgają odległych czasów. W kunszcie tym – jak i we wszystkich innych wówczas – przodują klasztory. W 1203 r. przy klasztorze Cysterek w Trzebnicy założono winnice i sprowadzono z zagranicy winogradników, a z 1257 r. zachowało się w tej sprawie nadanie Bolesława Wstydliwego dla klarysek z Zawichostu. Za Władysława IV wojewoda Ossoliński, który usiłował obchodzić się bez produktów zagranicznych, dawał na ucztach „miasto włoskiego wina maliniaki smakowite: było i polskie wino z Sędzimirskiego kraju, białe i czerwone”. Próby te nie powiodły się jednak, skoro późniejsi pisarze ubolewają, że ” w Polszcze zbyt mało myślano o winie narodowem”.
Za to myślano dostatecznie o winie zagranicznem i pocieszno się niem gruntownie. W muzeach możemy dotąd podziwiać potwornych rozmiarów naczynia, z których pijali nasi przodkowie.
Dobry kielich przeciętnie mieścił garniec wina. Niekiedy zwał się „Vitrum Gloriosum” i w hierarchii najwyższe trzy miał miejsca, niekiedy „Corda Fidelium” i „pysznił się, że sam Cześnik przed nim ze strachu zmykał, a zwalił Chorążego, choć jak beczka łykał, niekiedy zaś przez przekorę monstrum takie nazywało się „Naparsteczkiem” jak informuje nas Morawski.
Był jeden kielich, z którego pijał August II i car Piotr Wielki. Obaj monarchowie wystawili mu stosowne dyplomy, a gdy kielich ten przeszedł później w posiadanie Sapiehów, to w takiej był u nich estymie, że wydobyciu go z kredensu towarzyszyć musiały honory i asysta przy kotłach i trąbach.
O jednym z takich kielichów jest anegdota, że był tak ogromnej pojemności, iż nikt duszkiem nie mógł go wychylić. August II wyznaczył więc hojną nagrodę dla zwycięzcy. Wielu próbowało – napróżno! Wreszcie do turnieju stanął pewien mnich, ale piwniczy Królewski, który miał z nim jakieś osobiste porachunki dolewając mu puchar, zręcznie rzucił doń zdechłą mysz. Nie stropiło to świętobliwego męża; wychylił duszkiem, poczem rzekł: „Najjaśniejszy Panie! Wino masz zacne, ale podczaszy djabła wart – nie pilnuje, aby muchy do wina nie wpadały”.
Do kielichów największego kalibru zaliczały się roztruchany, które wyrabiano przeważnie ze srebra lub złota, nadając im fantastyczne kształty lwa, gryfa lub pawia. Kielichy te zwykle ofiarowano tym, do których z nich przepijano.
Gdy na uczcie podochocenie dochodziło do szczytu zaczynano pić z kijów. Kij był szklany, dęty i tak skonstruowany, że kto go do ust przyłożył musiał już wychylić do dna, inaczej bowiem został obryzgany, a w dodatku współbiesiadnicy wlewali mu za kołnierz kielich zimnej wody.
Były także kielichy o krótkiej nóżce, bez podstawy. Taki kielich nazywał się „Kulas”, nie można go było bowiem postawić i nieustannie musiał przechodzić z rąk do rąk. Stąd zwrot „Kielich okrężny”. Na jednym z takich kielichów wyryty był dwuwiersz:
„Wielkąś krzywdę mi wyrządził, większą ja ci zrobię;
Tyś mi jedną nogę uciął – ja ci utnę obie!”
Pomysłowość szlachecka w tej dziedzinie nie miała granic. Gdy np. generał Madaliński, który przez całe życie za kołnierz nie wylewał, na starość zapadł na podagrę i uroczyście ślubował, że odtąd kielicha do ust nie weźmie – przyjaciele jego byli niepocieszeni. Nie mogąc go skłonić, by odstąpił od tak nierozsądnych ślubów, uciekli się do takiego fortelu; zamówili dla generała specjalne naczynie w kształcie armaty i wręczyli je w dniu imienin.
Nie trzeba dodawać, że tę armatę nabijało się nie prochem, lecz garncem wina. Tu już solenizant nie mógł się sianem wykręcić, bowiem co armata, to nie kielich, a on wszak ślubował tylko kielicha już do ust nie brać. Tak przyparty do muru musiał wychylić to działo co smutnie się skończyło; zmarł w kilka dni potem, a mówiono o nim, że jak na generała przystało – poległ z armaty.
Z opisy zasobnej piwnicy w magnackim dworze przytoczymy jeden fragmencik; wisiała tam na łańcuchach ogromna beczka zawierająca 300 garncy wina, cała obrośnięta kożuchem, niby niedźwiedź. Nazywano ją z szacunkiem „Panią Matką” a butelki z niej ściągnięte „dziadkami”. Z takim to zasobem amunicji i z takim arsenałem grubokalibrowej broni przodkowie nasi wyruszali na oblężenie fortecy Trzeźwości. Czyż mogła się ostać?
Tyle stary przedwojenny artykuł. Zachowałem w nim autentyczną pisownię. Od siebie dodam, że od wspomnianej armatki może pochodzić powiedzenie – „Strzelić lufę”. Ale to chyba już inne, mocniejsze trunki.
Zabawa zabawą, ale nadchodzi kiedyś czas gdy się ona kończy. Gdy goście wyjdą i zostanę z żoną sam, biorę ją za rękę, idziemy do innego lokum. Tam biorę w rękę mokrą, małą czareczkę (zawsze musi być mokra, praca na sucho jest niedopuszczalna), wsadzam w nią delikatnie dwa palce, badam czy nie wejdzie trzeci i delikatnymi ruchami posuwistozwrotnymi oraz okrężnymi penetruję otwór do samego dna. Nie przerywam nawet wtedy, gdy słyszę i widzę cichą aprobatę żony. Na koniec wlewam płyn, robię jeszcze kilka ruchów ręką i gotowe. Zrobiłem swoje. JA TAK MYJĘ KIELISZKI DO KONIAKU! Jeszcze tylko spłukanie czystą wodą, wytarcie do sucha i jestem wolny.
Jerzy Wnukbauma
Spotkanie dnia 2 pażdziernika 2023 r.
Dnia 2 pazdziernika 2023r. o godz.17.00 zapraszam na kolejne spotkanie do Muzeum Historii Kielc ul.Św.Leonarda 4
Temat : Monografia Chęcin w opowieściach Dominika Kowalskiego.
(Można będzie zakupić książeczkę Monografia Chęcin autorstwa ks.Witalisa Grzelińskiego )

Pokój na ziemi ludziom,