Miłość i ciepło.

Mówią, że tylko miłość i ciepło dają człowiekowi błogie poczucie bezpieczeństwa. Ktoś, kto wymyślił to powiedzenie, nie pomyślał o czwartym wymiarze – o czasie. A w moim przypadku, to czas decyduje czy będę kochał i czy będę jeszcze kochany.

Myślałem, że szybka ścieżka, jak sama nazwa wskazuje to szybka ścieżka do leczenia. Przyjdę, dostanę zastrzyk w dupę. Usłyszę ciepły głos pielęgniarki – Śpij kochanie, śpij! Później zrobią co mają zrobić. Zostanę wybudzony, otworzę szeroko oczy i poczuję się jak nowonarodzone dziecko – bezpiecznie. Byłem w błędzie. Według mnie nic się nie zmieniło. A w TVP mówią, że w służbie zdrowia jest lepiej niż za Tuska. Muszę podziękować Bogu, że jeszcze żyję. Przy okazji zapytać księdza, czy już po wszystkim nie warto zrobić odnowienia chrztu. Proszę się nie śmiać i powstrzymać od ewentualnego hejtu. W moim kościele tj. rzymskokatolickim przyjęte jest tzw. odnowienie przez małżonków sakramentu – przyrzeczenia małżeńskiego. Ponieważ z moją Starą przeżyłem pięćdziesiąt lat, mam nadzieję, że niedługo będę tego żywym przykładem. Trochę się z tym (odnowieniem) nie zgadzam. Dla mnie to tak, jakby pasterze mojego kościoła dopuszczali, że dane przed Bogiem przyrzeczenie – „Będę ci wierny aż do śmierci” -z czasem traci na wartości, lub nie daj Bóg można było go łamać. Co w takim razie z sakramentalnym – „Co Bóg złączył…? Idąc tym tropem zakładam, że być może na tej zasadzie wskazane jest też odnowienie pierwszego sakramentu jaki przyjmujemy nieświadomie będąc dziećmi. O właśnie! Jest taki dzień w życiu człowieka, którego data z pamięci ucieka, a tym wyjątkowym dniem jest, dzień w którym braliśmy chrzest. Każdy z nas, katolików, pamięta datę swoich urodzin. Znamy ją wszyscy na pamięć. Ale czy znamy datę swojego chrztu? Wątpię. Ja daty swojego nie pamiętam, choć z genealogicznego punktu widzenia, poszukiwanie swych przodków powinienem zacząć od siebie.

Udałem się do kościoła. Trwała msza. Usiadłem w ławce i wziąłem udział w odprawianym nabożeństwie. Przysłuchując się głoszonemu Słowu Bożemu zauważyłem, że pośrednio dotyczyło ono genealogii, a dokładniej mówiąc genealogii Jezusa. Oto ta ewangelia spisana przez Św. Marka.

Wyszedł stamtąd i przyszedł do swojego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I jakie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie późniejsze kazanie księdza, a dokładniej mówiąc jego malutki fragment nawiązujący do wygłoszonej przed chwilą ewangelii. Nie mam w zwyczaju komentować i recenzować kazań. Po niektórych kazaniach mam jednak dziwne odczucie. W takich chwilach chciałbym żeby kapłan skończywszy kazanie, zwracał się do słuchających go wiernych melodyjnym zaśpiewem – Oto słowo księdza! W tym konkretnym kazaniu uderzyło mnie to, że ksiądz zawahał się przy określeniu wymienionych z imienia braci, oraz anonimowych sióstr Jezusa nazywając ich krótko, jednym słowem – jego krewnymi. Dla mnie był to nader dobrze zauważalny wybieg. Krewni? Niby prawda, ale to jednak spychanie na dalszy plan stopnia bliskiego pokrewieństwa z jego braćmi i siostrami do dalszych krewnych, lub nawet i kuzynów. Trąciło to nieuczciwością co do dokładności ewangelicznego przekazu. Stąd moja propozycja wprowadzenia zakończeń kazań odśpiewaniem przez kapłana – Oto słowo księdza!

W swoich korzeniach mam przodków z kilku wyznań. Doliczyłem się pięciu wiar. Nie różnicuję żadnej z nich. Nie doszukuję się też wyższości mojej wiary nad innymi wyznaniami. Do wspólnoty chrześcijańskiej zostałem przyjęty ponad 70 lat temu i tak zostanie aż do śmierci. Czułem się w niej bezpiecznie nawet za czasów panowania komuny. Nie czułem żadnej presji lub innego dyskomfortu. Sytuacja zaczęła zmieniać się diametralnie kilkanaście lat temu. Spotęgowała się ona wraz z dojściem do władzy obecnej ekipy rządzącej. To słychać, widać i czuć w moim kościele. Do tego stopnia, że zacząłem obawiać się o jego przyszłość. Nie czuję się z tym bezpiecznie. Boleśnie odczuwam sojusz kościoła z tronem. Nie czuję się bezpiecznie, gdy pasterze mojego kościoła dają ciche przyzwolenie na profanację ołtarza. Mam tu na myśli gloryfikowanie rządzących na mszach świętych. Nazywanie  ich ewangelistami. Dopuszczanie ich przed ołtarz łamie obowiązujące prawo kościelne. Dość mam przymykania oczu, gdy wierni (jednostki, ale zawsze to członkowie wspólnoty) bałwochwalczo błogosławią łono tej czy innej kobiety. Wkurza mnie, że kardynałowie i biskupi tolerują takie zachowania swoich wiernych. Błogosławienie obsikanych, a być może i ufajdanych łon zwykłych grzesznic? W pale się nie mieści. Mam dość pląsania przed ołtarzami polityków, którzy zaraz po przyjęciu komunii św. wychodzą z kościoła dzielą naród i wyzywają ludzi od „chamskiej hołoty”, „zdradzieckich mord”, „gorszego sortu”. Nie poprzestają na słownych docinkach atakując fizycznie kobiety, inne opcje seksualne, oraz swych przeciwników politycznych. Mam dość pedofilii w moim kościele i przenoszenia przestępców seksualnych na inne parafie. Nie czuję się bezpiecznie i wszyscy wierni powinni się zatrwożyć i zastanowić czy przyjąć z rąk zboczeńców komunię św. Nikt mi nie wmówi, że grzeszne ręce które pogwałciły prawo kościelne i karne, które dotykały bezbronne dzieci, są nadal konsekrowane i bez obaw wierni mogą przyjmować Ciało Chrystusa(?). No właśnie. Czy to jest jeszcze Ciało Chrystusa? Czy za sprawą takiego księdza Chleb i Wino przeistoczy się w Ciało Chrystusa? Jak się ma rydzykowe – „To że ksiądz zgrzeszył, to zgrzeszył” do fragmentu ewangelii Św. Jana o dobrym pasterzu – „Czy zły duch może otworzyć oczy niewidomego?” Wątpię! To obraża moje uczucia religijne. Ukrywanie i marginalizowanie przestępstw doprowadza do wyhodowania na gruncie mojego kościoła min. Damazego Macocha czy Marciala Maciela Degollado.

O bezpieczeństwie spod znaku PiS zamilczę. Mieli na to osiem lat swoich rządów. Nie wyszło i liczne swoje winy zwalają na innych. Wina: Tuska, Putina, Unii Europejskiej, Totalnej Opozycji… Jakby to ich przeciwnicy byli u władzy przez ostatnie osiem lat. A oni w tym czasie co robili? Byli ubezwłasnowolnieni? Najwyższy czas wsłuchać się w Słowo Boga i uderzyć we własne piersi. Owszem, miłość i ciepło dają poczucie bezpieczeństwa, ale zakłamywanie rzeczywistości i podgrzewanie atmosfery sprawia, że w tym kotle wrze. A to już jest piekło.

Na wybory pójdę. Nad referendum jeszcze się zastanowię. Pytania referendalne proponowane przez rządzących przypominają mi pytanie zadane kilkanaście lat temu przez wysłannika mojego proboszcza. Brzmiało ono tak – Czy jestem za mordowaniem nienarodzonych dzieci? – Tak? czy Nie? Nie docierało do mojego gościa, że tak postawione pytanie robi ze mnie mordercę gdy powiem Tak, lub osobę  jawnie łamiącą obowiązujące wtedy prawo gdy powiem Nie. Zadałem mu więc przykładowe pytanie – Czy przestałeś już kraść? Tak czy Nie? Zdziwienie na jego twarzy znaczyło, że facet nie zakumał. Dopiero drugie pytanie pomocnicze – Czy przestałeś się onanizować? Tak czy Nie uświadomiło mu, że tak sformułowane pytanie jest chwytem poniżej pasa. Że w tak sformułowanych pytaniach nie ma dobrej odpowiedzi. Czy do końca zrozumiał swoją głupotę. Wątpię czy nie powielał go później u innych sąsiadów.

Uszanuję wynik wyborów i referendum niezależnie od ich rezultatu. Uszanuję je tak jak kiedyś uszanowałem fakt przyprowadzenia przez mojego „dojrzałego” syna do domu jego pełnoletniej koleżanki. Gdy po pewnym czasie usłyszałem dochodzące z pokoju odgłosy „rozkoszy”, chciałem TO natychmiast przerwać. Poszedłem do jego pokoju. Na drzwiach wywieszony był sporych rozmiarów plakat z wizerunkiem Chrobrego. Dotarł do mnie jego rebusowy przekaz. Na plakacie widniał syn Mieszka a za drzwiami – mój syn mieszka. Uszanowałem jego „dorosłą” decyzję. Odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Po latach Jarek uświadomił mi, że dobrze zrobiłem. Mam mądrego chłopaka. Miał dobre serduszko. Wybijał swojej dziewczynie dawanie w szyję. Sam na moje szczęście po wyznaczonej przez prezesa godzinie za dwadzieścia pięć siódma nie stawał sięł Zosią. He!, he!, he!

Jerzy Wnukbauma.

Rodzina generała Józefa Zachariasza Bema

Najbliższa rodzina generała Józefa Zachariasza Bema i ich potomkowie. Studium oparte na metrykach stanu cywilnego

Studium to jest opracowaniem genealogicznym opartym na parafialnych metrykach urodzeń, małżeństw i zgonów, oraz na aktach stanu cywilnego i innych dokumentach wydanych ówcześnie przez miejscowe władze, dotyczących najbliższej rodziny generała Józefa Bema (1794–1850). Rodzina była liczniejsza niż dotychczas podawano w literaturze poświęconej życiu Generała. Z rodziców, Andrzeja Bema i Agnieszki Głuchowskiej, Generał miał starszego brata i cztery siostry, z których jedna zmarła w dzieciństwie, a z macochy, Marianny Ostafińskiej, kolejnych dwóch przyrodnich braci i co najmniej osiem przyrodnich sióstr, z których trzy zmarły w wieku dziecięcym. Synowie Andrzeja nie pozostawili prawych potomków o nazwisku Bem. Pierwsza część studium przedstawia zawikłaną historię tej rodziny, ujawnia scysje, oszukiwanie dzieci przez rodziców, przewlekłe spory sądowe, nieślubne dzieci i ostateczny rozpad majątku po ojcu. Druga część studium to transkrypcje metryk i aktów stanu cywilnego, w znacznej części tłumaczonych z łaciny i rosyjskiego.

Autorami niniejszego studium (plik do pobrania) są : Ryszard Olesiński, Elżbieta Ginalska, Barbara Szarota

 

Que sera, sera.

Za sprawą choroby, wszedłem na szybką ścieżkę leczenia. Szybkie badania, szybka diagnoza, krótkie terminy wizyt. W jednej chwili zacząłem postrzegać otaczający mnie świat zupełnie w innym świetle. Przewartościowałem całe swoje życie. Sprawy, które uważałem za ważne, zeszły na drugi plan. Zacząłem doceniać dar życia i cenić upływający czas. Niepojęte, ale odstawiłem nawet genealogię do szuflady. Na bliżej nieokreślony termin. No! może z jednym, małym wyjątkiem – zacząłem analizować długość życia, oraz przyczyny śmierci moich przodków. W końcu to też genealogia.

Na co umierali nasi przodkowie? O niektórych przyczynach śmierci pisałem już wcześniej w swoich artykułach. W parafii Raszyn nietypowymi, wartymi przypomnienia przyczynami zejść był min. – kieliszek wódki i róża w nodze odnotowana w zaświadczeniu wydanym przez Szpital Dzieciątka Jezus. W indeksowanej ostatnio przeze mnie parafii Bodzentyn natrafiłem na zaduszenie gazem kwasorodnym, śmierć dozorcy dróg publicznych na wskutek przypadkowego zastrzelenia, utonięcie oficerskiego ordynansa przy pławieniu konia w stawie. Jest ich znacznie więcej. Większość z tych nietuzinkowych przyczyn (oprócz róży w nodze) dotyczyła zejść na wskutek tragicznych wypadków. Zostały one wpisane do akt na podstawie ówczesnej wiedzy „medycznej” księdza, a być może także sugestii naszych pradziadów przy spisywaniu aktu. Pewnie dlatego iż każdy akt zgonu kończył się szablonowym wpisem – „Po naocznym przekonaniu się o zejściu…”, przyczyny śmierci były wpisywane w aktach na oko. Taka gra słów naocznie – na oko. Na końcu takich aktów fikcja wzięta z sufitu była sygnowana własnoręcznym podpisem księdza.  Pod koniec XIX i na początku XX wieku rozpoczął się okres innych zdarzeń i zgonów na wskutek wypadków komunikacyjnych. Min. wspomnę tu o zatonięciu Titanica, ale o tym potem. Na końcu felietonu.

Zbierając materiał do tego artykułu natrafiłem w internecie na stronę tygodnika ITS. Moim zdaniem autorka artykułu w szerszy i przystępny sposób opisuje wybrane przez nią przyczyny zejść naszych przodków w skierniewickich aktach zgonów z XIX wieku. Nie będę ich streszczał. Pójdę na łatwiznę i posłużę się tylko odnośnikiem do jej artykułu.  https://tygodnikits.pl/na-co-umierali-nasi-przodkowie/ar/10355038

Ostatnio porządkując swoje życie dowiedziałem się od księdza, że Bóg mnie kocha i dlatego wybrał mnie dając mi do dźwigania krzyż. Nie wiem dlaczego, ale jego słowa odebrałem podobnie jak XIX-to wieczne archaizmy wpisów poczynionych przez jego poprzedników w aktach zgonu. Co będzie to będzie, przecież Bóg mnie kocha.

Ostatnia ofiara Titanica

Przysiadłem na miejskiej ławeczce
przy ładnej, zgrabnej babeczce.
Wspomniałem coś o pogodzie,
i napomknąłem o swoim rodzie.
I tak od słowa do słowa
na przodków zeszła rozmowa.

Kiedy weszliśmy na genealogiczne tory
ona opowiedziała swe rodowe story
o dziadku który był na Titanicu.
Nie przewidziałem takiego wyniku.
Dodała iż wszystkich ostrzegał, że okręt zatonie.
Czyżby? Doprawdy? O nie!

Od razu zrzedła mi mina.
mój podryw legł jak klocki domina.
Spotkała mnie potworna wpadka;
Gdzie jej dziadek przy moich dziadkach.
Widziałem go oczami wyobraźni.
nie będę się swymi genami błaźnił.

Nie powiem, trochę żem się zjeżył.
Spytałem tylko czy jej dziadek przeżył.
Przeżył! Był jak zmarznięta, mokra psina,
bo go ludzie na deszcz wyrzucili z kina.
Dobrze mi tak! Jestem fujara!
Historia tego dziadka jak świat jest stara.

Jerzy Wnukbauma.

Mówi sąsiad do Hawranka…

Droga genealoga nie jest usłana różami.
Często wiedzie pod górę licznymi zakrętami,
Prowadzi w ślepe zaułki, zbacza na manowce.
Wiem, bo badam korzenie i jestem drogowcem.
Jerzy Wnukbauma.

Bez bicia przyznaję się do winy. Zajmując się genealogią – grzeszyłem. Najczęściej winiłem przeciwko dziesiątemu przykazaniu bożemu. Dla przypomnienia, X przykazanie w niezmienionej formie brzmi – „Ani żadnej rzeczy która jego jest”. Jest ono dopełnieniem IX oraz rozszerzeniem VII przykazania. By wszystko było jasne! Nie kradłem! Jeśli zaś chodzi o IX przykazanie? Wyspowiadałem się i zostałem rozgrzeszony. Temat zamknięty. Niestety, co do X przykazania, nie mam tak silnego postanowienia poprawy. Umrę i się nie zmienię. Nawet teraz pisząc te słowa zazdroszczę koleżankom i kolegom genealogom. Lista przewin jest dosyć spora. Zazdroszczę im między innymi – ich wiedzy o swoich rodzinach, ich wypasionych drzew, znamienitych przodków, wywodów szlacheckich sięgających powstania tej warstwy społecznej. A nade wszystko, zazdroszczę wszystkim posiadania licznych pamiątek rodzinnych. Zdaję sobie sprawę, że taki stan u mnie jest w konflikcie z ostatnim przykazaniem Bożym, ale to jest silniejsze ode mnie. Takie postępowanie niezgodne z wiarą, nakręca mnie i jest bodźcem do walki z innym grzechem głównym – z lenistwem. Zwalczam jeden grzech drugim grzechem. Taki swoisty klin klinem. Przyjdzie jeszcze czas uderzyć się w pierś i wyznać – Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

Powodem do powyższego, „szczegółowego” opisu moich stanów, jest chęć zamknięcia za sobą pewnego etapu. Grzechów związanych z genealogią mam znacznie więcej chociażby grzech zaniechania, lenistwo, próżność. Ale zanim wytoczę najcięższe działa, zacząłem od moim zdaniem najlżejszego, lecz najczęściej popełnianego przeze mnie grzechu.

Niedawno zbierając materiały do artykułu pt. ” Droga genealoga”, (który zapewne ukarze się w III wydaniu „Naszych Gene-historii”) oprócz zazdrości popełniłem inny ciężki grzech. Przewinienie pochodzi z zestawu  siedmiu grzechów głównych. Jest nim GNIEW. Pojawił się gdy zazdrościłem naszym przodkom szeregu Wielkich Polaków. Pominę wyliczanie ich wszystkich. Nazwiska te zajęły by mi kilka stron. Z racji tego, że jestem z wykształcenia drogowcem, posłużę się jedynie przykładem innego drogowca – Franciszka Xawerego Christianiego. Według Wikipedii był on polskim inżynierem, pionierem dróg bitych w Królestwie Polskim. Według dr Minakowskiego  był tylko pionierem budowy dróg bitych. Dla niewtajemniczonych nazwa – drogi bite – nie pochodzi od napadów na podróżnych i od sprawiania im łomotu na traktach. Dla odróżnienia od najpowszechniejszych w tamtym okresie dróg gruntowych, drogi bite były drogami o utwardzonych nawierzchniach. Nazwa przyjęła się od sposobu zagęszczania użytego do budowy dróg kamienia.

Co mnie urzekło w Christianim? Według współczesnej nomenklatury rodem z TVP Info gdzie nagminnym przekazem są tylko dwa okresy – za Tuska i za rządu PiS,- mój bohater żył przed Tuskiem, a dokładniej mówiąc, żył u schyłku pięknego dla Polski okresu zwanego Oświeceniem. Przypominając sobie wiedzę o Oświeceniu w Polsce, z każdym czytanym zdaniem narastał we mnie wielki gniew. Zastanawiałem się jak to możliwe, że pod koniec XVIII i na początku XIX wieku doszło do gwałtownego rozwoju; szkolnictwa, przemysłu, życia społecznego i kulturalnego. Jak to możliwe, że w stosunkowo krótkim czasie nagromadziło się tylu znanych, znamienitych, mądrych Polaków? Rozwiązał się z nimi jakiś worek? Co dziwne, większość z nich stanowili księża katoliccy. To wtedy powstała pierwsza w Europie Konstytucja 3 maja. Polska dźwigała się z zacofania kulturalnego i społecznego. Powstał teatr powszechny, bank polski. Nastąpił największy rozkwit Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego. Powstała pierwsza w kraju Szkoła Akademiczno-Górnicza. Jak można było to wszystko ogarnąć? Jak? Dzisiaj dostrzegam przeciwieństwo tamtego okresu. Wokół Nowogrodzkiej nagromadził się szereg ludzi przeciwstawnie uzdolnionych. Jakby ich ktoś celowo przeniósł ze Średniowiecza i osadził w dzisiejszych realiach. Choć powołują się na Boga i zdobycze  Konstytucji 3 Maja, depczą i łamią obowiązującą dziś konstytucję. Z chęcią przemianowałbym fragment ulicy Nowogrodzkiej na Ciemnogrodzka.

Zgadzam się z pisowską propagandą głoszoną w TVPInfo tylko w jednym – że przed Tuskiem, (po wojnie) było znacznie gorzej. Wiem coś o tym. Uczestniczyłem w procesie „budowy”. Nie byłem członkiem, lecz pośrednio przyczyniałem się „by Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatnie”. Z tamtych lat pamiętam w drogownictwie jeszcze transport konny. Powoli wypierany był przez Stary 20 i Stary 25. Ziły i Kamazy były cennymi nabytkami. Wspominam stare ciągniki Ursus, walce drogowe, rajzery do asfaltu lanego. Asfalt naturalny był w metalowych beczkach. Niejeden przodek dzisiejszych genealogów mógł mieć dach kryty blachą pochodzącą z beczek po włoskim czy albańskim asfalcie. Pamiętam też siekiery do wycinania próbek w nawierzchniach bitumicznych. Co jeszcze pamiętam? Obowiązkową lekturę członkowską z tamtego okresu. Ktoś, (zapewne jakiś „drogowiec”) przewrotnie nazwał ją „Nowe Drogi”. To były czasy. Wspominam je z sentymentem, lecz dziękuję Bogu, że świat idzie do przodu.

Za Tuska genealogiczny świat też ruszył do przodu. Przed Tuskiem genealodzy mieli pod górkę. Archiwa skrywały swoje zasoby. Nie było szerokiego dostępu do dokumentów. Ksiądz w tamtych czasach też uchyliłby nieba, ale najpierw co łaska do łapy dać było trzeba. A dziś niektórzy z uporem maniaka mówią, że to była wina Tuska? Dosyć już jednak konfabulacji. Koloryzowanie niektórym może kojarzyć się z tęczą. A tego nie chcemy. Kredki mają być w jedynie słusznych kolorach i odcieniach. Gdyby to miało trwać nadal… E! Skończę bo skoczyła mi gula i nie daj Bóg tak mi zostanie. Skorzystam z logiki sąsiedniego kraju i za przykładem Hawranka powiem – Ja sem ne boim…
Jerzy Wnukbauma.

Do zakopania jeden krok.

Kiedy kończyłem podstawówkę,
pomysłów na życie miałem ze stówkę,
lecz na młodzieńczym życia progu,
wybór średniej szkoły powierzyłem Bogu.

To w ósmej klasie, leżąc na wznak
wyszeptałem  w niebo – Daj mi jakiś znak”
i na zasadzie – ” mówisz   i   masz ”
w Technikum Drogowym mijał mój czas.

Potem po szkole (tu jestem szczery)
zdobyłem szczeble zawodowej kariery.
Miałem  pod sobą sprzęt i ludzi,
i w swej brygadzie respekt żem budził.

Przez lata stawiałem znaki na drodze
kierowcom wszystkim ku przestrodze,
a znak A-14 był moim przesłaniem,
że teren wziąłem w swe posiadanie.

Dzisiaj nie pytam niebios o znak.
Nie! Nie dlatego, że pójdzie nie tak.
Nie pytam, bo dzisiaj znak A-14
nie jest atutem jak joker w kanaście.

Dzisiaj już jestem na emeryturze,
drogi są kiepskie, nawierzchnie w ażurze,
lecz mam co robić z wolnym czasem.
Do nieba mnie wezmą przez to ciupasem.

Do nieba, bo piekło już wybrukowane
a ścieżki do czyśćca są wydeptane.
Buduję teraz mą drogę do nieba.
Prostą pod górę. Znaków nie potrzeba.

Lecz, gdy powoli kończę budowę,
znak A-14 ma już inną wymowę,
bo zamiast robotnika, na nim za to,
widzę grabarza z wielką łopatą.
Jerzy Wnukbauma.