Z powodów sanitarnych nasze spotkania w Muzeum Historii Kielc w lutym i marcu 2022 r. odwołane.
Moje przemyślenia po Dniu Babci.
Niektórzy ludzie różnicują swoje babcie. Dla tych ludzi, jedna babka jest babką, o drugiej zaś mówią czule – babcia, a nawet znacznie cieplej – babunia. Skąd takie poróżnienie i wartościowanie babć? Winię tu trochę naszych rodziców, bo dla nich jedna z naszych babć była mamusią, a druga teściową. Dla mnie babcia to babcia. Nie robiłem i nie robię żadnych wyjątków. Moje babcie segregowałem tylko pod względem nazwisk. Jedna była babcią Baumową, a druga babcią Urzyczakową. Tą drugą ponieważ nosiła takie samo jak ja nazwisko, dla odróżnienia nazywałem też warszawską babcią. O obu moich babciach zacząłem mówić w mniej pozytywnej, twardszej językowo formie, gdy zacząłem zajmować się genealogią. Wtedy to obie moje babcie stały się babkami. Z czysto prozaicznej przyczyny. Bo w genealogicznym nazewnictwie nie ma babuń, babć, babuniek. Wszystkie zostały wsadzone do jednego wora i o wszystkich bez wyjątku matkach naszych rodziców w genealogii mówi się – babki. Ponieważ zawsze są dwie, dla odróżnienia jedna nazwana jest babką ojczystą, a drugą cała genealogiczna brać nazywa babką mateczną. I wszystko jasne. Ja miałem szczęście, bo miałem w życiu fajne babki! Tu szybko wyjaśniam, że nie chodzi o moje przygodne romanse, a o moje kochane babunie.
Warszawska babcia.
Któregoś dnia w domu sprzątanie.
„Przyjeżdża babcia i już zostanie!”
– krótko, rzeczowo rzekła mamusia –
„Przyjeżdża matka twego tatusia!”
– dodała szybko nie kryjąc złości,
ja nie posiadłem się z radości.
Mogłem pochwalić się na dzielnicy;
– „Babcia przyjeżdża ze Stolicy!”
Nazajutrz matka mnie rano budzi
Ubierz się ładnie, idziesz do ludzi!
Pójdziesz po babcię z ojcem na dworzec!
Wystartowałem jak odrzutowiec.
Matka się jeszcze po kuchni krząta,
piecze, gotuje i kończy sprzątać.
Ustawia ojca nerwowym głosem.
Ojciec zaciągał się papierosem.
I nadszedł czas babci wizyty.
Pociąg przyjechał, hamulców zgrzyty,
głos w megafonie – „Tu stacja Kielce….”
Oj! Biło mi szybciej wtedy serce.
Bałem się w tłumie babcię przeoczyć,
chciałem na barki ojcu wskoczyć.
Wtem ojciec krzyknął głośno – Jest!
Wykonał w jej kierunku gest.
Kiedy z pulmana babcia wysiadła,
szczęka mi zaraz na dół opadła.
Nie wyglądała jak warszawianka,
lecz jakby zawsze mieszkała w Jankach
i pracowała ciężko na roli –
A ojciec mówił – „Babcia jest z Woli”.
No dobra z Woli, ale jakiej?
Znałem Wól kilka, będąc dzieciakiem.
Czułych powitań nie było końca.
Łza błysła tęczą w promieniach słońca.
Jak podróż babciu? – spytałem babkę;
Na głowie miałam z Raszyna gromadkie…
Tutaj splunęła. Wypluta ślina
świadczyła co myśli o tych z Raszyna.
Tu pokraśniały moje lica.
Tak reaguje tylko Stolica.
Złapał dorożkę przed dworcem tata.
Babka krzyknęła –”Jadziem! Sałata!”
Cicho załkała ma dusza wrażliwa –
fiakra przyrównać do warzywa?
Za nic godności do człowieka!
To jest początek, a co mnie czeka?
Co kumplom powiem? Głowa mnie boli.
Będą się śmiali –„ z Jachowej Woli”.
Nasza dorożka w Zagnańską wjeżdża
Babka spytała – „Co tak zajeżdża?”
Kulę się przy tym, bo jeszcze troszkę,
to coś uderzy z hukiem w dorożkę.
Lecz uspokoił mnie głos taty –
– „Mamo, w pobliżu są „Fosfaty
to od nich takim smrodem zionie.”
Parsknięciem rację przyznały konie.
Dojechaliśmy dzięki Bogu.
Matka nas wita w samym progu,
babka wskazując na białą chmurkę
spytała matkę – „Gdzie masz podgórkie?
To gdzie ty wieszasz pajeńczyne?”
Matka zrobiła zdziwioną minę.
Dziś wiem – podgórka to jest poddasze
A pajeńczyna to sznurki nasze.
Po obiedzie wyszedłem z babką
pochwalić się przed kumpli gromadką.
Babka kupiła mi wtedy pączka.
Wyrwała mi go łobuza rączka.
Wkroczyła babka –„ Jak zdzielę z trypa
to z winerami będziesz pomykał”.
Łobuz dla babki był pełen uznania
odtąd z daleka się do niej kłaniał.
Na drugi dzień, gdy wstałem rano
rzeczy już miały nowe miano.
Ancug, arbuz, bety, sztany,
gica, glaca, mojka, glany,
jarać kiepy, kapustosy,
ferfeniksy, lakierosy,
limo, lipko, owoc kurzy…
Spis dialektów miałem duży.
Śmieszyły mnie, gdy byłem dzieckiem,
mej babki „mowy staroświeckie”,
a nade wszystko jej mazurzenie;
„Po ile?” zamiast – w jakiej cenie?,
podała „renkie”, skręciła „nogie”,
zachwyt babuni – „O! Ja nie mogie!”
Dzisiaj mą babkę wspomnę z uśmiechem
i wiem, że babka gamzała Wiechem.
Jerzy Wnukbauma
Drzewa genealogiczne
Prosimy osoby które mają wykonane „drzewa genealogiczne ” o wypożyczenie ich na wystawę z okazji 15 lecia istnienia naszego „Świętogenu”. Wystawa będzie miała miejsce w Muzeum Historii Kielc ul. Św. Leonarda 4
Informację prosimy kierować na pocztę mailową „Świętogenu „.
swietogen.kielce at op.pl
Co w pieśni ożywa, w życiu musi odejść.
Was im Liede soll erstrehen,
mus im Leben untergrehen.
„Co w pieśni ożywa, w życiu zginąć musi”
Często to słyszałem od mojej mamusi,
gdy mówiła kim byli, jej po mieczu przodkowie.
Dzisiaj w kilku słowach Wam o nich opowiem.
Dawno, dawno temu, przodek ze strony matki,
spakował pośpiesznie wszystkie manatki
i opuścił w Nadrenii swoje fatherlandy
udając się do kraju Kraka i jego córki Wandy.
Tej co nie chciała za męża mieć Niemca,
lecz zmuszono ją przyjąć z Niemiec osiedleńca.
Gdy w Bechtheim za nimi zamknięto wierzeje,
mając młodość, dwie ręce i w Bogu nadzieję,
ruszyli przed siebie na Wschód koloniści,
wierząc, że marzenie o Raju tutaj im się ziści.
Zasiedlali w Galicji; Lwów, Czermin i Pniewy…
budowali domostwa i rozpoczęli siewy.
Kiedy w Hohenbach wzeszły ich pierwsze kłosy,
Moi Baumowie pisali dalsze „polskie” losy;
Orali i siali. Żenili się z Niemkami,
pozostając sobą czyli – kolonistami.
Z czasem Johan Baum z niemieckiego ziomka
stał się Janem Baumem i płodził Polce potomka.
Po wojnie Baumowie w dalszej poniewierce,
zasiedlali; Katowice, Białystok i Kielce…
Niektórzy za oceanem odnaleźli Raj.
Opuścili ojcowiznę i przyjazny kraj,
bo widać jest coś w genach, co na nas przełazi
i Baum za chlebem po Świecie wciąż łazi.
Być Baumem to zaszczyt, honor i duma,
panienki nogi ściskają na widok Bauma.
Mężczyzna z krwi i kości, nie z soli i gliny,
po grób kochający dzieci i dziewczyny.
Mądry, zdolny, pracowity. Roboty się nie boi,
żyje w ciągłym ruchu. Umiera tak jak stoi.
Wielki zapał do pracy mają nasze Baumki.
Taki, że gdyby zamiast konia zaprząc je do gumki,
krzyknąć – Wio! i świsnąć batem koło dupska,
toby uciągnęły, gdyby nie choróbska,
które dręczą nieustannie Baumów kobitę,
lecz nie jęczą i nie leżą, bo są pracowite.
Czas nie stanął w miejscu i jak wariat leci.
My się starzejemy, za to nasze dzieci
niechaj wniosą w ten ród, swój odwieczny wkład
i młode pokolenia Baumów przyjdą na ten świat.
Niech i tą latorośl Bóg płodnością darzy
i szczęśliwie pary Baumów kojarzy.
Drzewo obumiera już po moim dziadku.
Nie dostał nazwiska żaden wnuczek w spadku,
lecz póki w mych żyłach krew Baumów płynie,
póty po mym dziadku pamięć nie przeminie.
Nie zagłuszy jej requiem, ni śmierci kosy świst.
Jerzy wnuk Bauma – Last but not least.
TERMINARZ SPOTKAŃ W ROKU 2022
W roku 2022 jeśli pozwolą nam obostrzenia sanitarne związane z epidemią Covid-19 to będziemy nadal spotykać się o godz.17.00 w Muzeum Historii Kielc ul. Św. Leonarda 4 :
7 lutego 2022
7 marca 2022
4 kwietnia 2022
9 maja 2022
6 czerwca 2022
lipiec
sierpień
5 września 2022
3 października 2022
7 listopada 2022
5 grudnia 2022
ŻYCZENIA
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, oraz Nowego Roku wszystkim odwiedzającym naszą stronę życzę wszystkiego najlepszego.
Grajcie na chwałę Pana.
Wspomnę dzisiaj o tym, czego już niema;
o drewnianym krzyżu z rzeźbami trzema,
kiedyś stał przy drodze, dziś już wśród albumów,
dzieło mego przodka zwane Krzyż Baumów.
Jerzy Wnukbauma
O postawionym przez mojego pradziadka Jana Henryka Bauma krzyżu, po raz pierwszy usłyszałem podczas wakacyjnego pobytu w rodzinnych stronach mojego matecznego dziadka Władysława. Dokładnej daty nie pamiętam. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Było to chyba na początku lat 60 ubiegłego wieku. To wtedy w czasie rozmowy mojej matecznej babki z siostrą mego dziadka, padła wzmianka o krzyżu Baumów. Tak go wtedy nazwała – Krzyż Baumów. Musiałem być wtedy dzieckiem z wielką wyobraźnią, bo pod wpływem tej rozmowy, krzyż ten w moich oczach urósł do rangi niecodziennego, wielkiego, wspaniałego monumentu. Ogarnęła mnie chęć zobaczenia tego swoistego cudu. Sposobność nadarzyła się niespodziewanie szybko, bo w najbliższą niedzielę pojechaliśmy całą rodziną do kościoła w Zgórsku. Była to niecodzienna dla mieszczucha podróż. Wyprawa ogumioną furmanką zaprzężoną w dwa konie. W drodze do kościoła ciotka wskazując na przydrożny krzyż, powiedziała; – To jest ten krzyż. Venimus! Vidimus! Nichil factum est! (przybyliśmy, zobaczyliśmy, nic się nie stało). Rzeczywistość okazała się banalna. Krzyż był starym, drewnianym, przydrożnym krzyżem jakich wiele było rozsianych po całej Polsce. Stare, poczerniałe drewno noszące znamiona czasu. Bez najmniejszego znaku wskazującej na fundatora. Bez tabliczki przybliżającej intencję jego postawienia. Jedyną ozdobą pociemniałych od słońca i deszczu belek były trzy rzeźby. Centralnie umiejscowiony ukrzyżowany Jezus, oraz dwie inne rzeźby przymocowane poniżej nóg ukrzyżowanego Zbawiciela. Figurki Najświętszej Marii Panny i Św. Józefa. O ile sobie przypominam, wszystkie rzeźby były kolorowe. Pomalowane jakąś farbą. Wspominam o tym, bo dzisiaj z powodu piaskowania rzeźb, trudno jednoznacznie to stwierdzić.
Jan Baum i Zbigniew Baum przy Krzyżu Baumów.
Kiedy dokładnie stanął ten krzyż i co było intencją jego postawienia? Dlaczego na krzyżu nie ma najmniejszego śladu wskazującego na jego fundatora. Dlaczego stoi tak daleko od miejsca zamieszkania darczyńcy (około 3 km) Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Same niewiadome a brak wyjaśnień. Żadne sensowne rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy. Sięgnąłem do mojego archiwum w którym zachował się list stryjecznego brata mojej matki. W liście o tym krzyżu wujek pisze tak; – „Jest przy drodze ze Zgórska do Partyni drewniany krzyż znajdujący się około 300 m od kościoła. Obecnie stoi tam nowy krzyż, ale ma stare figury, które jak sądzę na podstawie opowiadań mojego ojca, były wyrzeźbione przez naszego dziadka Jana z Pnia. Na tym krzyżu były wykonane także „Narzędzia Męki Pańskiej”, których część istniała na tym krzyżu także po wojnie. Dziś ich już nie ma. Z opowiadań rodziny wiem, że było jakieś ważne wydarzenie w życiu dziadka, które on uwiecznił na tym krzyżu. Jest ten krzyż święty cichym miejscem kultu religijnego. Nie powinno to być zapomniane. Myślę, że wymaga to upowszechnienia wśród wnuków i prawnuków dziadka Jana i babci Marianny. Białystok 19.11.1990 r.”
Jak wynika z listu, wcześniej w tym samym miejscu stał inny krzyż. Przypuszczalnie też drewniany i prawdopodobnie też uległ zniszczeniu pod wpływem czasu. Później w tym miejscu został wzniesiony nowy drewniany krzyż. Istnieje też przypuszczenie, że po przegniciu znajdującej się w ziemi belki, z racji oszczędności, stary krzyż został skrócony o zbutwiałą część i ponownie, już krótszy, został w tym samym miejscu wkopany. Na tą hipotezę, nie ma jednak dowodów. Dalej wujek pisze, że na tym nowym krzyżu przytwierdzono stare figurki wyrzeźbione przez jego dziadka Jana. Figurki te przetrwały na krzyżu do jesieni 2017 roku, a więc do jego końca. Dalej wujek pisze, że z krzyża powypadały metalowe narzędzia męki pańskiej. Jak one wyglądały? Kolejna niewyjaśniona zagadka. Zakładam, że były to typowe, najczęściej spotykane na krzyżach symbole męki Jezusa; młotek, obcęgi, włócznia, gwoździe… List nie wyjaśnia kto wykonał owe narzędzia i kto ufundował krzyż, za to jednoznacznie wskazuje na wyrzeźbienie figurek przez mojego pradziadka. W liście wujek Jan przemilcza także ustne polecenie jego dziadka nadzoru krzyża po jego śmierci. Opiekę nad nim miał sprawować ten potomek Jana, który pozostanie na ojcowiźnie, a kolejno po nim jego sukcesor. O tym dowiedziałem się od matki która znała ten fakt z ustnych rodzinnych przekazów.
Pod koniec 2017 roku Krzyż Baumów dokonał żywota. Wcześniej przez kilka lat pochylał się ze starości i dla bezpieczeństwa podwiązano go kilkoma odciągami, gdyż obawiano się przewrócenia go w czasie silnych wiatrów. Pośród miejscowej ludności zawiązał się komitet budowy nowego krzyża. Po wykonaniu i wkopaniu nowego krzyża odbyła się uroczystość jego poświęcenia. Stary krzyż spalono, a pozostałe po nim figurki oddano w posiadanie spadkobiercom jego fundatora i wykonawcy.
Nowy krzyż. Zdjęcie z 2017 roku. Za krzyżem na łące czarny bocian.
O fakcie zwrotu figurek z Krzyża Baumów dowiedziałem się z rozmowy telefonicznej z kuzynką, która weszła w ich posiadanie. Naprędce wykonałem kilka telefonów i zebrałem chętnych do zaopiekowania się rodzinnymi pamiątkami. Po odbiór figurek wybraliśmy się w czteroosobowym składzie zapaleńców rodzinnej genealogii. Dwóch wujecznych braci z Białegostoku – Janusz i Zbyszek oraz nas dwóch braci z Kielc. Pojechaliśmy do kuzynki. Droga upływała nam w atmosferze wspomnień. Ja jednak czekałem na relację Zbyszka z jego podróży do „fatherlandu”. Na jego pełną wersję, bo skrócony wariant opowiadał mi wcześniej przez telefon. Jego przygody opisałem kiedyś w swoim felietonie, kładąc nacisk na jego metafizyczne, trudne do wyjaśnienia przygody. Opowiem je jeszcze raz, bo ich zakończenie jest ściśle związane z naszą podróżą, ze mną i z Krzyżem Baumów. Ale, żeby wszystko miało ręce i nogi relację Zbyszka zacznę od początku. Od jego sentymentalnej podróży do Nadrenii. Do miejsca skąd wywodzą się nasi przodkowie – Baumowie.
Podróż do Niemiec upływała Zbyszkowi bez większych przygód. Dopiero po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej zauważył, że po drodze sporadycznie pojawiają mu się zwierzęta i ptaki parami. W sensie po dwie sztuki. Dwie sarny, dwa psy, dwie kaczki, dwie jaskółki… Niby nic w tym dziwnego i niezwykłego ale zastanawiał się dlaczego tak się dzieje? Podzielił się tym spostrzeżeniem z towarzyszącym mu kolegą Andreasem. Ten nie znajdując w tym żadnego sensu, wzruszył tylko ramionami. Gdy przyjechali na miejsce Andreas zażartował ze Zbyszka mówiąc do niego; – Ciebie tu nawet dzwony witają. W tym momencie do Zbyszka dotarł odgłos dzwonów z oddalonego miasteczka. Wysiadając z samochodu, Zbyszek przeciągnął się i zamarł w bezruchu. Po chwili wskazał palcem na dach domu w którym mieszkał Andreas i spytał – Andreas! Co to jest? Na kalenicy dachu domu Andreasa siedziały dwa rzadko spotykane ptaki – para kruków, która za nic miała rozlegające się po okolicy bicie dzwonów.
Zbigniew Baum przy tablicy z nazwą miejscowości.
Następnego dnia Andreas i Zbyszek pojechali w rodzinne strony naszych przodków. Zatrzymali się przed tablicą z napisem Bechtheim. Miejscowości z której pochodził nasz 6xpradziadek Johan Nicolaus Baum. W chwili gdy Andreas robił Zbyszkowi zdjęcie z miejscowego kościoła doleciało bicie dzwonów. Po krótkim spacerze po Bechtheim na jednej z uliczek znaleźli dom zamieszkały przez Baumów. Wskazał go napotkany mieszkaniec wsi. Niestety nikogo w nim nie zastali. Po krótkim pobycie w Bechtheim pojechali do położonego nieopodal Uelversheim – miejsca urodzenia kolejnego pokolenia Baumów. Przed wjazdem do tej wioski nie obyło się od zrobienia pamiątkowej fotografii przy tablicy miejscowości. Tym razem obyło się bez bicia dzwonów. Pierwsze kroki po przyjeździe do Uelversheim Zbyszek skierował do miejscowego kościoła protestanckiego. Niestety ten był zamknięty. Nieopodal tego kościoła był drugi, sądząc po urzędowej tabliczce, zabytkowy kościół. W odróżnieniu od tego pierwszego, wolnostojącego kościoła, ten drugi charakteryzowała ściśle przylegająca do jego murów zabudowa. Tak ścisła, że mury niektórych sąsiednich domostw stanowiły część składową kościelnego muru. Na szczęście ten kościół był otwarty. Obaj nasi globtroterzy weszli do jego środka. Z chwilą przestąpienia progu kościoła rozległo się bicie dzwonów. Po ich ustaniu, w kościele pojawiły się dwie kobiety; młoda, starsza i mały, kilkuletni chłopiec. Pojawił się promyk nadziei, bo skoro pojawili się ludzie, nadarzyła się okazja spytać o kontakt z pastorem. Po próbie nawiązania rozmowy Zbyszek spotkał się z piorunującym spojrzeniem i napomnieniem ze strony starszej kobiety. Krótkim – Ciii! rozkazała mu by zachował ciszę. Jak sam opowiadał, poczuł się wtedy niekomfortowo. Urażona duma podpowiadała mu by odwrócić się na pięcie i wyjść z kościoła. Jednak jakaś nieopisana siła kazała mu usiąść i ochłonąć. Usiadł i po chwili zobaczył jak starsza kobieta zwracając się do chłopca powiedziała; – Jutro będzie twój chrzest. Tu będą stali twoi rodzice, tu dziadkowie… Zaznaczę cię znakiem krzyża świętego ….
Zbigniew Baum w kancelarii parafii protestanckiej w Uelversheim
Gdy kobieta kończyła wyjaśniać przebieg ceremonii, do Zbyszka dotarło, że to co przed chwilą wydarzyło się było dla niego niecodziennym darem Nieba. Fuksem a może nawet cudem. Jakby ktoś specjalnie na jego przyjazd zorganizował coś na wzór jasełek. Dzięki niecodziennemu zbiegowi okoliczności mógł naocznie zobaczyć jak mogła przebiegać ceremonia chrztu naszego przodka, bo w tym kościele ochrzczony był nasz 4xpradziadkek Johan Baum urodzony w Uelversheim w 1773 roku. Wnuk wspomnianego przy okazji mowy o Bechtheim Johana Nicolausa Bauma. To on był jednym z pionierów zakładających niemiecką kolonię w Galicji. Zmarł w 1844 roku w Hohenbach, dzisiaj Czermin. Negatywne emocje związane z oschłym potraktowaniem ustąpiły. Do końca z zaciekawieniem śledził przebieg przygotowań do ceremonii chłopca. Po skończonej przymiarce chrztu, rozemocjonowany podszedł do pani pastor. Przedstawił się i powiedział z czym przybywa. Poprosiła go do swojej kancelarii. Po chwili poszukiwań położyła przed nim otwartą na interesującej go stronie starą księgę urodzeń i wyszła. Jak opisywał Zbyszek, odniósł wrażenie, że to co się dzieje jest siłą sprawczą jakiejś niewidzialnej mocy. Zrobił kilka zdjęć i ruszyli w drogę powrotną.
Strona księgi urodzeń z 1773 roku z wpisem aktu urodzenia Johana Bauma.
Opowiadanie Zbyszka traktowałem z dużym dystansem. Nie podejrzewałem go o konfabulację. Raczej o zbyt emocjonalne podejście i doszukiwanie się w prostych ziemskich zdarzeniach jakiś nieziemskich, metafizycznych, nadprzyrodzonych sił. Sam niejednokrotnie widziałem przed maską samochodu przebiegające zwierzęta. Bicie dzwonów też nie powodowało u mnie gęsiej skórki. Ot! Zwykły zbieg zdarzeń. Nie doszukiwałem się w tym niczego nadzwyczajnego. Mieszkam blisko kościoła i bicie dzwonów słyszę codziennie. Nawet kilka razy dziennie. Na mszę, na Anioł Pański, na Apel Jasnogórski i okazjonalnie przy udzielaniu ślubu bądź wyprowadzeniu zwłok. Prawdopodobnie i w jego przypadku musiał zaistnieć zwykły zbieg okoliczności. Przejąłem się jednak, gdy ja stałem się mimowolnym świadkiem kontynuacji niesamowitych znaków opatrzności. Wróćmy jednak do naszej podróży do Zgórska.
Po dotarciu do celu i po krótkim odpoczynku, nazajutrz pojechaliśmy na cmentarz w Zgórsku. Po drodze mijaliśmy nowo postawiony krzyż. Kątem oka zauważyłem przechadzającego się po łące za krzyżem czarnego bociana. Zastanawiałem się skąd się tu wziął. Koniec września. Już dawno powinien odlecieć do Afryki, poza tym czarny bocian jest ptakiem leśnym, stroni od ludzi, jest bardzo płochliwy i trzeba mieć niesamowite szczęście by go zobaczyć. Zatrzymaliśmy się. Pogoda była fatalna. Było chłodno i lało. Na odwagę wyjścia z samochodu zdobył się tylko Janusz – brat Zbyszka. Zrobił kilka zdjęć nowo postawionego krzyża. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę. W czarnym bocianie nie dostrzegałem żadnego związku z wcześniejszym opowiadaniem Zbyszka. Aż do chwili, gdy dotarliśmy do kościoła w Zgórsku. Zajęci rozmową zbliżyliśmy się do furtki prowadzącej na dziedziniec kościoła. Zbyszek nacisnął klamkę i wtedy wszyscy usłyszeliśmy głośne bicie przykościelnych dzwonów. Wtedy zagrały na chwałę Pana. Dzisiaj 21.12.2021 roku, kościelne dzwony zagrały mojemu wujecznemu bratu ostatni raz. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen. Jerzy Wnukbauma
ODWOŁANE SPOTKANIE …
Muzum Historii Kielc odwołuje wszystkie spotkania które w najbliższym czasie mają się odbywać w ich budynku.
Poinformowano mnie, że nasze spotkanie w dniu 6 grudnia br. też zostaje odwołane.
Kornelia Major





