Przemyśl.

W środku dużego, wojewódzkiego miasta, w środku tygodnia i w środku dnia, przytrafiła mi się mała próba oszustwa. Na potrzeby tego artykułu nazwałem ją –  „na zbłąkanego turystę”. Aby „merytorycznie” opisać tą metodę wysępiania pieniędzy, muszę zacząć od samego początku. Od mojej powrotnej drogi z marketu, do domu.

Po samotnym pokonaniu dwustu, trzystu metrów od handlowego molocha, za przejściem dla pieszych na skrzyżowaniu osiedlowej ulicy, za swoimi plecami usłyszałem – „Proszę pana!  Proszę pana!” Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą samochód osobowy. Jak większość ludzi w takim przypadku pomyślałem, że kierowca zabłądził i o drogę pyta. Zawahałem się czy podejść. Nie widząc wokół siebie żywej duszy, podszedłem. Zdziwiłem się, że kierowca ma podniesioną szybę i pokazuje mi gestem, żebym przeszedł od strony pasażera. Okrążyłem maskę samochodu i stanąłem przed jego pasażerem. O dziwo! Ta szyba była całkiem opuszczona. Usłyszałem pytanie – „Czy dobrze jedziemy do Przemyśla?” Zdziwiony podrapałem się po głowie i w myślach kombinowałem jak, bez kluczenia po osiedlowym labiryncie ulic, pokierować zbłądzone towarzystwo na właściwą drogę. Bąkałem coś co zwykle mówi się w takich przypadkach, gdy nagle mój rozmówca przerwał mi zapewniając mnie, że jest Madziarem i że chce mi podziękować za okazaną pomoc. Machnąłem ręką i już miałem odejść, lecz podobny do Roma Madziar, zaczął mnie kusić kilkoma souvenirami, nie wypuszczając ich ze swoich rąk. Wyciągał jak kota z worka, jedno po drugim małe opakowanie, tłumacząc ich zastosowanie; perfumy, przydomowa kamerka, złoty zegarek. Akurat ten „połyskujący złotem okaz” pokazał w całej okazałości, migając mi przed oczami zawartością otwartego futerału. Przyznam się, że przez chwilę miałem moment zwątpienia, w którym górę brała moja chciwość. Sprawiła to chęć posiadania kamerki. Na samą myśl, moje oczy zaświeciły innym blaskiem. Widocznie smagły Madziar zauważył moment zawahania, bo powiedział, że to wszystko może być moje, gdy wesprę go małą kwotą na paliwo do Przemyśla. W tym momencie wszystko stało się jasne.

Odszedłem nie odwracając się za siebie. Dzięki Bogu nie padłem ofiarą ulicznej transakcji. W drodze do domu zastanawiałem się nad mechanizmem oszustwa. Zaczynając od samego początku spotkania wszystko było podejrzane. Kierowca wołał do mnie przez otwarte okno czystą polszczyzną. Po chwili zamknął okno  i siedział jak trusia gdy rozmawiałem z kaleczącym polszczyznę jego pasażerem. W trakcie krótkiego postoju ani razu nie spytano mnie jak mają wydostać się z osiedlowej pułapki. Wreszcie – dlaczego cygan Madziar kusił mnie drobiazgami? Dlaczego padło na mnie?

Po chwili przemyśleń doszedłem do wniosku, że ci oszuści to kompletni amatorzy. A skoro ignoranci to nie będę czepiać się Cygana i wieszać go za winy kowala. Dalsza droga do domu upłynęła mi nad przemyśleniem jak ja bym to zrobił. Merytorycznie. Czasy się zmieniły. Dzisiaj cygan nikomu nie macha przed oczami złotym zegarkiem. Ten widocznie był wyjątkiem i nie przemyślał sprawy do końca.

Ja na miejscu cygana zmieniłbym samochód. Zainwestowałbym w limuzynę z przyciemnianymi szybami.  Rozsiadłbym się wygodnie na tylnej wygodnej kanapie i pomyślał o zadbaniu o swoje bezpieczeństwo. Wziąłbym na rympał wszystkie strategiczne resorty. Po pierwsze wybrałbym jakiegoś pajaca, ubrałbym go w generalski mundur i postawił na czele policji. Niech mnie broni z granatnikiem w rękach, a jego funkcjonariusze w chwilach spokoju wycinają i rozrzucają konfetti. Zatroszczyłbym się by mieć swojego prezydenta. Sfinansował bym mu kampanię i podsunął czek in blanco do podpisania. Będzie fikał  – nie wypłaci się do końca życia. Swoje odkrycie towarzyskie mianuję pierwszą kucharką w trybunale. Inne sądy obsadzę koleżankami głowy państwa i ministra. Przejmę wszystkie media. Gdy będę chciał przemówić do narodu, to do mnie autokarami przywiozą klakierów. Wypełnię nimi całą salę i wyślę kogoś kto ich poinstruuje jak mają wiwatować i kiedy mają przestać. Zasłużonym wazeliniarzom pozwolę, aby ich żony pracowały w  zarządach spółek, banków, funduszy i przedsiębiorstw… Oczywiście z udziałem Skarbu Państwa. Przymknę oczy na loty marszałka do Przemyśla do domów publicznych. Nie zrobię nic, gdy na światło dzienne wyjdą przejazdy mojego dupowłaza zdezolowanym tirem z Przemyśla do Brukseli. Nie poczynię żadnych kroków, by nie dopuścić do korzystania z pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości, na kampanie wyborcze moich senatorów i posłów. Nabiorę wody w usta, gdy z tego funduszu kilkadziesiąt milionów zostanie przelane księdzu od salcesonu? Będę twardo stał na stanowisku, że pieniądze poszły zgodnie ze swym przeznaczeniem – na ofiary. Oczywiście na ofiary losu w znaczeniu; niezdary, ofermy, fajtłapy, ale zawsze to ofiary. Poprzestanę na tych niezdarach, ofermach, fajtłapach, bo właśnie stanąłem przed domem. Zostawię za drzwiami to całe towarzystwo. Pomieszkiwanie z kimś kto liże hemoroidy jest skazywaniem się na smród. Dlaczego? Bo od lizania hemoroidów z buzi śmierdzi.

We wstępie do tego artykułu zapewne nie umknął wam niepasujący, a wręcz rażący wyraz – „merytorycznie”. Umieściłem go, by „merytorycznie opisać…” przydarzającą mi się przygodę. Większość nas karmiona jest tym określeniem przez różnej maści polityków. Wtrącają go przy każdej nadarzającej się okazji. Oszukują naród, choć czasami odnoszę wrażenie, że nie wszyscy posługujący się tym łacińskim wyrazem, do końca rozumieją znaczenie jego sensu. Nadużywają go i zapominają, że ich merytoryczność ma się nijak do tego co mówią. Czekam na chwilę, gdy prowadzący z nimi rozmowę zada im pytanie, co rozumieją przez słowo – merytorycznie. Bo dla karmionych otrzymywanymi na telefon przekazami polityków, wszystko jest merytoryczne i zawsze w znaczeniu – DOBRE! Tu niektóre przykłady ich toku myślenia. Spotkanie – merytoryczne. Jego senna atmosfera – merytoryczna. Długa, pozbawiona sensu i treści przemowa – merytoryczna. Mówca – merytoryczny. Niesprawdzone „kwity” na przeciwników politycznych – merytoryczne. A przecież w języku polskim jest tyle synonimów tego wyrazu, że nie sposób nie dobrać właściwego słowa na określenie: spotkania, jego atmosfery i rozmówców.  O zbieranych na przeciwników niesprawdzonych i nie potwierdzonych hakach, nie wspomnę. Niektóre w żaden sposób nie mogą być sprawdzone, a tym samym merytoryczne.

Jeszcze dzień, jeszcze dwa i stanę na progu Nowego Roku. Ostatnio, wraz z wiekiem, w okresie przedświątecznym i noworocznym zauważam u siebie przygnębienie i zniechęcenie świętami. Tych nadchodzących nie wyobrażam sobie. Poczułem tak wielkiego doła za sprawą Czarnka w Kielcach namawiającego mnie do nakłaniania przy wigilijnym i świątecznym stole cała rodzinę do głosowania na obywatelskiego kandydata na prezydenta. Szkoda, że nie dopuszczono mnie do głosu, bo chciałem zapytać czy jego kandydat nie jest prawy i sprawiedliwy? Jest kandydatem PiS, jego kampanię finansują pieniądze PiS, szefem jego sztabu jest członek PiS… Wyczuwam cygaństwo, albo… Za sprawą odebrania subwencji, prezesowi włączył się program oszczędnościowy i będzie zmuszony wykorzystać stare sznureczki po byłym pajacyku do poruszania nowym. Już obywatelskim.

Nie wyobrażam sobie  tegorocznych świąt. U mnie każdy członek na swój strój. Żona za Hołownią, syn za Tuskiem, córka za PiS-em, wnuk za Mentzem. Nawet prawnuk podłapał melodię z disnejowskiej kreskówki i śpiewa na cały głos  Duda, duda ej! Śledźcie media. Jeśli przeczytacie – W świąteczny wieczór w Kielcach doszło do rodzinnej awantury… znaczy się, że próbowałem. Od wielu lat, co roku w sylwestrową noc piszę swoje postanowienia noworoczne. Dzięki Bogu tylko je piszę, a nie przyrzekam ich głośno sobie i Bogu. Jakie będą w tym roku? Nieważne! Moje wszystkie przyrzeczenia z wybiciem przez zegary północy, przeważnie kończą się jak poniżej.

Rzucę palenie!, rzucę picie!, Seksu odmówię każdej kobicie!, Nie opuszczę mszy w niedzielę!,
Jarosławowi poparcia udzielę! I najważniejsze na ostatek; Radiu w Toruniu wyślę datek!!!
O rany Boskie! Jak mi się uda, to w życiu moim będzie nuda. Jakże tak żyć – Nie pić?, Nie palić?,
Bab nie podrywać?, Cholew nie smalić? , I miast wydawać na przyjemności, obdarzać forsą innych gości?. Pal licho płuca! Co tam z wątrobą! Ja w Nowym Roku zostaję sobą.

Zostaję sobą i nie zmieniam swoich przyzwyczajeń. Kilka lat wcześniej, gdy wypowiedziałem:

Rzucam palenie! Przestaję pić! Cicho dodałem – Boże daj żyć! Nie wiem czy przez księżyc w pełni, czy sam Lucyfer życzenie spełnił, lub inny diabeł zrobił mnie w konia, bo zobaczyłem klona Biedronia. O dobry Boże nie może tak być, proszę „daj żyć” Ty dajesz rzić. Gdybym przyjemność taką miał w głowie, to bym się bawił z księżmi w Dąbrowie. Odbierz pokusę do nałogu, a tą przyjemnością obdarz mych wrogów.

Widać nie jestem „merytoryczny”. Wy też dobrze przemyślcie co i komu przyrzekacie w swoich postanowieniach noworocznych.
Jerzy Wnukbauma.