Kiedy zostałem genealogiem?

Kiedy zostałem genealogiem?
Choćbym miał przysiąc tu przed Bogiem,
to powiem, że przed wielu, wielu laty.
Pamiętam! Dostałem lanie od taty,
bo opróżniłem siostrze skarbonkę.
Ojciec wyjął z szuflady plecionkę,-
(trzymał w ukryciu tą dyscyplinę) –
i wymierzył nią karę za moją przewinę.

Oberwałem ile wlezie na ojca kolanie.
Wtedy już po wszystkim zadałem pytanie.
„Powiedz tatusiu czy był przypadek,
że zlał cię twój ojciec, a mój dziadek?
A czy twego ojca, a mojego dziadka,
jego ojciec bił po gołych pośladkach?
A czy mój pradziadek też dostawał baty
od mojego prapra, a swojego taty?
A czy mój praprapra też synów wychłostał,
bo nieraz w dzieciństwie sam po dupie dostał?”

Tak oto w dzieciństwie za sprawą batów,
poznałem po mieczu męskich antenatów.
Byłem prekursorem, robiąc podwaliny,
badając kto był pierwszym oprawcą rodziny.
Ja już wtedy widziałem po ojca minie,
że nie wiedział kto zaczął lać dzieci w rodzinie.
A czy na mnie w rodzie skończyło się bicie?
A jak wy myślicie? Samo życie. Samo życie.
Jerzy Wnukbauma

Sen wierszoklety

Upalny wieczór, sen nie przychodzi.
Ułożę wierszyk, a co mi szkodzi.
Lepiej rymować niż liczyć barany,
i na noc rogatą być skazany.
Poleżę sobie – myślę tak –
Ułożę rymy leżąc na wznak”.
Gdy ułożyłem strofy trzy,
zasnąłem i słyszę pukanie do drzwi.

W drzwiach stoi facet i mówi – Stary!
trzęsąc mną mocno przy tym za bary –
„Ty jesteś wielki i wiesz cholera?
Rymy masz niczym u Sztaudyngera!”
Tu przyznam – W chłopcach nie gustuję!,
lecz ta krytyka mnie dowartościowuje.
„Dobra – myślę – Mów mi tak”
i dalej leżę sobie na wznak.

Znowu pukanie. W drzwiach Bralczyk i Miodek.
Bralczyk mi mówi – Tyś samorodek.
Wiersz twój dowcipny, celna treść,
Jednego wszak nie mogę znieść.
Drogi poeto popraw swą składnię!
Ale ogólnie może być. Ładnie!”
Oj myślę sobie – Mówcie mi tak!
i dalej leżę sobie na wznak.

I znowu głośny dzwonek do drzwi
dokończyć zwrotki nie daje mi.
Tym razem w drzwiach pięciu chłopa,
rosłych agentów UOPA.
„Urząd Ochrony Praw Autorskich”  –
W mych uszach słyszę ich głos szorstki –
„Tylko posłowie Szanowny Panie,
mają monopol na TFUrcze drzemanie.

Znowu zasypiam i dzwonek do drzwi
kradzioną nockę uprzykrza mi.
Tym razem piękna, naga pokusa
Od progu pragnie dać mi bonusa.
Przecieram oczy. Za oknem wschód.
Na łóżku żona, ja i mój wzwód.
Dobrze, że chociaż ślubną mam.
Halo! Nie śpimy! Hannibal u bram!
Jerzy Wnukbauma

Jerzego pisanie.

Skończyłem indeksowanie kolejnej, narzuconej sobie, części aktów z ksiąg parafii Bodzentyn. Teraz nadszedł czas na duchową higienę. Na odreagowanie i wyluzowanie. Po skończeniu i wysłaniu do geneteki kolejnej transzy indeksacji, nadeszła pora na porzucone przemyślenia i refleksje. Może nawet uwolnię wenę twórczą. Muszę tylko okiełznać trochę swoją fantazję. Nie mogę przecież zapominać o samo cenzurze, bo nie daj Bóg znowu ktoś wytknie mi kalanie własnego gniazda.

W trakcie obecnej odskoczni, zastanawiałem się jak określić i nazwać swoją działalność na niwie genealogii. O tym jak genealogiczna brać jest postrzegana w oczach innych pisałem na tej stronie w listopadzie 2012 roku w wierszu „O genealogach krążą różne głosy”. Nie wpisuję się do żadnej z tych kategorii. Po głębokim namyśle stwierdziłem, że w tym hobby, jestem trochę podobny do chłoporobotnika. Młodym nie znającym tej nazwy, wyjaśniam – była kiedyś taka społeczno-zawodowa peerelowska hybryda. Rekrutowana była z mieszkańców okolicznych wiosek do świadczenia pracy w miastach, a konkretnie w miejskich zakładach przemysłowych i w budownictwie. Według władzy ludowej ta kategoria społeczna miała być wiodącą warstwą społeczną socjalistycznego narodu. Nadzorując przed laty brygady składające się z chłoporobotników wyrobiłem sobie o nich znacznie odmienne zdanie. Według moich spostrzeżeń ci „pracownicy” opieprzali się przez osiem godzin, bo byli przemęczeni pracą u siebie na polu. Po powrocie do domów odpoczywali, bo byli zmęczeni pracą na budowie. Cały ciężar związany z obrządkiem zwierząt, utrzymaniem domu, pilnowaniem i wychowywaniem dzieci, spoczywał na ich żonach. Tu muszę się przyznać do drobnej nieścisłości. Do małego błędu. Do uogólniania i nie różnicowania płci chłoporobotnika. Łatwo mi to przyszło, bo w języku polskim nie ma feminatywów dla tej grupy społecznej. A pracowałem też z płcią piękną – z „chłopkorobotnicami”. Były przeciwieństwem facetów.  Robotne, odpowiedzialne i zdyscyplinowane. Można było panowie?

Skąd więc u mnie porównywanie się do chłoporobotnika? (Złośliwców proszę o nie wyciąganie pochopnych wniosków i nieutożsamianie mnie z przemądrzałym chłopkiem roztropkiem). Zaliczyłem się do tej kategorii, bo podobnie jak chłoporobotnik pracuję na pół gwizdka. Niewydajnie! Trochę dla „firmy”, a trochę dla siebie. Co za tym idzie większość obowiązków domowych spada na moją żonę. Pora to zmienić.

Na początek proponuję administratorom zawiadujących tą stroną, by zmienili nazwę zakładki Menu w której zamieszczam moje wierszyki i felietony. Proponuję zmianę nazwy odsyłacza z „Jerzego pisanie”, na inną nazwę. Taką, która nie sugerowałaby tak jednoznacznie autora i pozwoliła innym na publikację swoich przemyśleń. Proponuję zmienić „Jerzego pisanie” na niosące regionalny akcent „Kazania świętokrzyskie”. Moim zdaniem, ta nazwa nie odstraszy chętnych mających coś do powiedzenia i przelania swych myśli na genealodzy-kielce.pl. Wtedy kazań może być tu dostatek. Na każdy dzień. Jak w manuskrypcie – Kazania na dzień św. Katarzyny, św. Michała, św. Mikołaja, Korneli, Maćka…  Daj Boże by trafił się ktoś, kto staropolskim powiedzeniem zwróci się do mnie – Daj, ać teraz ja pobruszę, a ty idź poczywaj”.  Wówczas jak Czech Bogwał  zlituję się nad żoną i za nią poobracam domowe żarna.

Jerzy Wnukbauma.

Ojciec dyrektor.

Dla swoich synów i synowych to ojciec Tadeusz i z całą pewnością – ojciec dyrektor! Dla mojej matecznej babki – brat Tadeusz. Oczywiście też dyrektor. Specjalnie kładę nacisk na dyrektora. Według dokumentacji pracowniczej jaką przez lata pracy gromadził, Tadeusz Skowron, (bo o nim mowa), – był pierwszym dyrektorem Technikum Mechanicznego w Kielcach. Dlaczego więc w szkolnym archiwum tutejszego technikum, nie pozostał żaden dokument świadczący o tym fakcie? Dlaczego pierwszy dyrektor kieleckiego Technikum Mechanicznego został wyparty z historii szkoły i zapomniany? Aby to wyjaśnić muszę zacząć od początku jego kariery na niwie oświaty. Posłużę się fragmentami biografii w opracowaniu jego wnuczki, a mojej kuzynki Małgorzaty Skowron. Jego szerszy życiorys wsparty starymi, rodzinnymi zdjęciami i dokumentami, ukaże się w „Naszych Genehistoriach”.

Tadeusz Skowron urodził się 8 października 1906 roku w pod kieleckich Daleszycach. Był synem moich pradziadków, Franciszka i Antoniny z domu Burdzińska. Po skończeniu szkoły powszechnej i gimnazjum, podjął dalszą naukę w liceum. Ukończył seminarium nauczycielskie i podjął starania o pracę w zawodzie nauczyciela. Po krótkim okresie pobytu w Kielcach, wyjechał wraz z żoną i dzieckiem do Kołońca w gminie Ruda Maleniecka, gdzie decyzją Inspektora Szkolnego został zamianowany na stanowisko nauczyciela w Szkole Powszechnej. Było to 23 kwietnia 1931 roku. Od tego czasu datuje się jego długoletnia praca w oświacie. Po śmierci żony przeniósł się z dwójką synów do Koliszowych w gminie Ruda Maleniecka. Tu z początkiem roku szkolnego dnia 1 września 1932 r. objął stanowisko nauczyciela Publicznej Szkoły Powszechnej a także pełnił funkcję p.o. Kierownika Szkoły. W 1935 roku zdał praktyczny egzamin na nauczyciela Szkół Powszechnych i dekretem Inspektora Szkolnego nr 2998/ 36 stał się etatowym nauczycielem Publicznych Szkół Powszechnych.

Osobnym rozdziałem w jego życiu był okres II wojny. 1 września 1939 roku został zmobilizowany do 103 Batalionu Wartowniczego w Kielcach. Wraz z innymi powołanymi, został zakwaterowany na Wietrzni, gdzie pełnili wartę przy magazynach wojskowych. 22 września jego Batalion złożył broń. Został internowany na kieleckiej Bukowce. Staraniem swojej siostry Apolonii został zwolniony  z niewoli. Po wrześniowej zawierusze wrócił do szkoły w Koliszowach i ponownie podjął pracę. W czasie okupacji zajął się tajnym nauczaniem. Należał też do podziemia narodowo- wyzwoleńczego. Był członkiem Batalionów Chłopskich. Został szefem miejscowej placówki sanitarnej. Podlegał koneckiemu lekarzowi. Do jego obowiązków należało wyszukiwanie i organizowanie punktów sanitarnych (tzw. melin), oraz wyposażenie ich w środki medyczne i opatrunkowe. Oprócz tej funkcji  zbierał dla partyzantów BCh informacje o przemieszczaniu wojsk niemieckich oraz ruchach innych oddziałów partyzanckich na terenie koneckim. Przekazywał je do punktu kontaktowego. Do przenoszenia meldunków wykorzystywał też obu swoich synów. Ich „partyzantka” skończyła się gdy po jednej z takich „wycieczek”, przybiegł do domu wystraszony młodszy syn Edmund i opowiedział co mu się przydarzyło. Na wąskiej gruntowej drodze za wsią, zatrzymał go jadący za nim na rowerze niemiecki żołnierz. Głośne – „Halt! Hende hoch!” sprawiło, że stanął jak wryty. Przez kierownicę roweru Niemiec miał przewieszony pistolet maszynowy. Żołnierz chwycił broń i w tym samym czasie zeskoczył z roweru. Mocnym szarpnięciem chciał uwolnić zaplątaną o kierownicę broń. Pistolet maszynowy wypalił krótką serią. Wystrzelone pociski przeorały głęboko ziemię przed nogami Edmunda. Wystraszony tą sytuacją żołnierz niemiecki rozkazał dziecku szybko uciekać do domu.

Po wojnie decyzją Kuratora Okręgu Szkolnego Łódzkiego do wymiaru uposażenia nauczyciela w jawnym szkolnictwie polskim na terenach okupowanych zaliczono mu 5 lat 4 miesiące i 16 dni. Ale oprócz jawnego nauczania udzielał się również w tajnym nauczaniu. Z tego powodu musiał się ukrywać przed gestapo. Na dowód tego istnieją dokumenty w IPN-ie. Tuż przed zakończeniem wojny 1 marca 1945 roku, dziadek został przeniesiony do Nieświnia w charakterze Kierownika Publicznej Szkoły Powszechnej. W Nieświniu doczekał słynnego, sfałszowanego referendum przeprowadzonego w czerwcu 1946 roku. Tuż przed głosowaniem został zatrzymany przez UB i przetrzymany 48 godzin. Teren konecki opuścił w 1948 roku i podjął pracę w Gimnazjum Kamieniarskim w Chęcinach w charakterze pedagoga oraz zastępcy Dyrektora tejże szkoły. W tym samym roku przeniósł się do Kielc i podjął pracę w Szkole Przemysłowej przy Hucie „Ludwików” w Kielcach w charakterze Dyrektora Szkoły. Od przeniesienia do Kielc zaczyna się kolejny i ostatni etap pracy w charakterze nauczyciela. Dla niego zaczynał się okres nazwany przez jego najbliższych – ZAPOMNIANY PIERWSZY DYREKTOR.

Przy staraniu dyrekcji Szkoły Przemysłowej i wsparciu KZWM w Kielcach otrzymano zgodę na budowę nowej szkoły przy ul. Szkolnej 25 ( obecnie Jagiellońska 32). Po ukończeniu budowy 1 września 1952r. uczniowie przenieśli się do nowej siedziby. Nazwa nowej szkoły została przemianowana na Technikum Mechaniczne i Zasadnicza Szkoła Metalowa w Kielcach. Dyrektorem zespołu tych szkół został mianowany Tadeusz Skowron. W ocenie pierwszych roczników TM, kolegów jego synów, którzy też uczęszczali do tej szkoły, był dobrym, pełnym humoru, komunikatywnym i życzliwym człowiekiem. Nikomu kto się zwrócił do niego nie odmawiał pomocy. Umożliwiał kształcenie się „ chłopcom z lasu” dziś mówimy o nich „Żołnierze Wyklęci”. Podobnej pomocy udzielał repatriantom z ZSRR, przyjmując i umożliwiając im kształcenie w „jego szkole”. W kwietniu 1953 roku w Technikum Mechanicznym została zorganizowana narada dyrektorów szkół Ministerstwa Przemysłu Metalowego. Z rąk ministra tego resortu otrzymał za to pisemne podziękowanie. We wrześniu 1953 roku został odwołany z funkcji Dyrektora Zasadniczej Szkoły Metalowej w Kielcach, którą to pełnił wraz ze stanowiskiem Dyrektora Technikum Mechanicznego. Rok później został wezwany do Wojewódzkiego Komitetu Partii w Kielcach, gdzie odebrano mu książeczkę partyjną i usunięto go z partii.

Nie będę rozpisywał się, co było przyczyną usunięcia mojego kuzyna z zawodu nauczyciela. Z rodzinnych przekazów wiem, że brat mojej matecznej babki, źle zainwestował swoją przyjaźń. Nie przewidział, że skończył się czas, gdy prawdziwych przyjaciół poznawało się w biedzie. Powiało dobrobytem ze wschodu i często dawny przyjaciel stawał się wrogiem.  Moja siostra cioteczna wylicza tylko niektóre przyczyny odwołania ze stanowiska jej dziadka i pozbawienie go możliwości dalszego wykonywania zawodu nauczyciela. Należą do nich między innymi:

  • areszt podczas głosowania „3xtak”,
  • wiszące krzyże w Szkole Przemysłowej przy Hucie „Ludwików” (co stwierdziła kontrola z Ministerstwa Edukacji),
  • przyjmowanie do szkoły „nieodpowiednich uczniów”.
  • szukanie haków i donosy „życzliwego kolegi” człowieka, który udawał przyjaciela mojego dziadka a z którym znali się jeszcze z czasów koneckich.
  • koneksje rodzinne tj. jego najstarszy brat Edmund Skowron mieszkał w USA. Brat jego żony Eugeniusz Szarnecki służył w polskich dywizjonach RAF-u. Po wojnie pozostał w Anglii. Jego brat cioteczny mjr Tadeusz Burdziński był cichociemnym, walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie uciekł do Anglii. Jego drugi brat cioteczny por Jerzy Burdziński został zamordowany w Katyniu. Siostra Jerzego Teresa Burdzińska była łączniczką AK okręgu zawierciańskiego. Została zamordowana przez Niemców w grudniu 1942r w Zawierciu. Jego jeden szwagier był piłsudczykiem i Ak-owcem, drugi był synem Niemca.

Aż nadto jak na jednego człowieka. Jeśli chodzi o amnezję i wyparcie z pamięci pierwszego dyrektora, przez było nie było renomowaną kielecką szkołę mogę tylko zwrócić uwagę, że był to czas nazywany „okresem błędów i wypaczeń”. Częsta reorganizacja i zmiana nazw szkoły sprzyjała także zamiataniu pod dywan i puszczaniu w niepamięć niewygodnych zdarzeń. Tą krótką biografię pora zakończyć słowami jakie Tadeusz Skowron usłyszał na pożegnanie – „Sami widzicie, że nie możecie uczyć i wychowywać naszej młodzieży!” Jakbym słyszał Czarnka.

Jerzy Wnukbauma.

 

Babie lato

Leżę sobie na łące,
gryzę łodyżkę trawy,
muskam chmury płynące.
Ot tak! Dla zabawy.
Nieba rękami dostaję,
rzeźbię matuli twarz.
Nietknięte pozostaje;
Dłuto, pędzel i gwasz.

Nie znam swoich rodziców,
dziadków mam też NN.
Służę od lat u dziedziców
I czasem płaczę przez sen.
Przeganiam obłoki batem,
leżąc na łące pośrodku,
łączę je babim latem
i mam mój wywód przodków.

Dlaczego kreślę w obłoku?
– Materia wszak ułudna –
Zamiast rysować w bloku?
Odpowiedź nie jest trudna.
Kto w mym wywodzie pogrzebie,
pomiesza bez mojej zgody,
wyleje prosto na siebie,
z chmur kubły zimnej wody.

Zobaczę winowajcę
co przemókł do suchej nitki
to potraktuję jak zdrajcę
by popamiętał zbytki.
Wiem, że wiatr to rozgoni,
że wywód niewart dukata,
lecz pozostaje mi po nich
choć nitka babiego lata.
Jerzy Wnukbauma

Dwa miejskie bloki i ich powidoki.

Powidok, według słownika języka polskiego W. Doroszewskiego, jest wrażeniem wzrokowym utrzymującym się jakiś czas po ustaniu bodźca, który to wrażenie wywołał. Słownik nie definiuje dokładnie mechanizmu, ani nie określa czasu utrzymywania się tego zjawiska. Powidoki domu w którym spędziłem dzieciństwo i młodość, mam przed oczami do tej pory. Moja wyobraźnia utrwaliła go skutecznie. Widzę blok nawet, gdy mam zamknięte oczy. Jakbym oglądał obraz z camery obscury.

Blok, a w zasadzie kamienica, bo na upartego, ten powojenny gmach nosi cechy kamienicy. Jest budynkiem wielokondygnacyjnym, trzypiętrowym. Występuje w zwartym szeregu innych kamienic. Z przybudówką i blokiem narożnym tworzy uliczną pierzeję. Dlatego jego przyległe ściany nie posiadają okien. Upiększają go także charakterystyczne dla kamienic elementy małej architektury; gzymsy, naczółki, obdaszki, wnęki, balkony. Na przyległym, narożnym bloku górowała attyka …  I byłbym zapomniał – dwie bramy pozwalające na swobodne przejście na „drugą stronę”. Na rozległe podwórze. Gdzie ich szukać? Przy ul. Źródłowej. Za wyoblonym rogiem.

Wprawne oko zauważy że już wtedy rosły mi skrzydła

Budynek w którym spędziłem dzieciństwo i młodość wchodzi w skład wybudowanego po wojnie osiedla mieszkaniowego zamkniętego w kwadracie ulic; Zagórska -Kryniczna- Astronautów -Źródłowa. Nazwa ulicy Astronautów w chwili oddania bloku w dobie lotów Łajki, Biełki i Striełki mogła by brzmieć zabawnie. Do podboju kosmosu przez Gagarina, blok stał przy ul. Żródłowej. Od 1961r do dnia dzisiejszego ulica nosi nazwę Astronautów. „Mój” blok oddany został oczekującym go lokatorom w 1953 roku. Przeżyłem tu najwspanialsze chwile. Wyprowadziłem się z niego w 1987 roku. Pozostał w nim duch tego miejsca (genius loci). Tworzyli go jego mieszkańcy. Ludzie normalni, zwykli, a także ludzie z pierwszych stron regionalnych (i nie tylko) gazet.

Franciszek Wachowicz ur. 22.03.1916 r. w Sędziejowicach syn Jana i Agnieszki. Zm. 27.11.1988 r. W latach  1955 do 1968 był I Sekretarzem KW PZPR w Kielcach. Był posłem na Sejm II, III, IV i V kadencji. W sejmie zasiadał w Komisji Spraw Wewnętrznych, Komisji Obrony Narodowej, Klubie Poselskim PZPR. Miał wykształcenie niepełne średnie. Za czasów „późnego Gomułki” przeprowadził się do bloku przy Komitecie Wojewódzkim, wybudowanego dla pracowników Komitetu PZPR-u.

Bogusław Stachura syn Stanisława i Władysławy ur. 20.03.1927r. w Grajewie, zm. 21.08.2008 w Warszawie. Gdy był moim sąsiadem pełnił funkcję I Sekretarza KM PZPR w Kielcach. Pod koniec lat sześćdziesiątych (1969) awansował i przeniósł się z rodziną do Warszawy. W latach 1983-1988 był ambasadorem w Bukareszcie. W rządzie Kiszczaka był wiceministrem spraw wewnętrznych. Członkiem Komitetu Centralnego PZPR. Generał dywizji MO. Kierował operacją Lato76 i Lato80. Odpowiedzialny za brutalne tłumienie protestów robotniczych, ścieżki zdrowia, przygotowanie planów operacyjnych wprowadzenia stanu wojennego a konkretniej blokadę granic i łączności ze światem. Ma na sumieniu utrudnianie śledztwa i zacieranie śladów w sprawie zamordowania Stanisława Pyjasa i ks. Jerzego Popiełuszki.

Kazimierz Mieczysław Ujazdowski adwokat, były poseł, radny, mistrz brydża sportowego. Postać kontrowersyjna. Ojciec Kazimierz Cyprian Ujazdowski, matka Mieczysława Klawiana Dąbrowska. Na akt ich małżeństwa natrafiłem w parafii mojego dziadka.

Kazimierz Michał Ujazdowski syn Kazimierza Mieczysława. Urodził się 28.06.1964 r. w Kielcach. Studiował na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Trzykrotny minister kultury. Poseł na Sejm kilku kadencji, senator X i XI kadencji, poseł do Parlamentu Europejskiego

Roman Mirowski, ur. we Włocławku w roku 1945, architekt, absolwent Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej, którą ukończył w roku 1968. Zajmując się projektowaniem – jako hobby traktował grafikę, której tematem była głównie zabytkowa architektura. W roku 2002 wydana została jego książka „Drewniane Kościoły i dzwonnice Ziemi Świętokrzyskiej”, zaś w 2005 druga poświęcona tej problematyce, zatytułowana „Kościoły drewniane. Najbardziej polskie…”.

Jolanta Daniel urzędniczka samorządowa, Prezydent Kielc 1994, dyr. Telewizji Kablowej Kielce, prokurent Centrum Targowe Kielce,  dyr. Świętokrzyskiej Agencji Rozwoju Regionu.

Jerzy Lichacz syn Józefa i Aleksandry ur. 22.06.1926r w Żurawicy. W okresie pogromu kieleckiego pracował w PUBP w Kielcach. Dłuższy jego życiorys znajduje się w książce Joanny Tokarskiej Bakir „Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego”.

Jerzy Lichacz syn Jerzego ur. w 1951r. Muzyk, kompozytor, aranżer, założyciel i członek zespołu Arianie. Zmarł w maju 2013r. w Kielcach.

Iwona Niedzielska ur. w 1956r w Kielcach. Żona Jerzego Lichacza. Piosenkarka. Śpiewała w Państwowym Zespole Pieśni i Tańca „Mazowsze”, była solistką zespołu „Arianie”. Laureatka Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu.

Zdzisław Banasik naczelny dyrektor FŁT ISKRA i Kieleckiej Fabryki Pomp w Białogonie. Członek Zarządu Okręgowego Polskiego Związku Motorowego w Kielcach.

Witold Oczkowicz był naczelnym dyrektorem FŁT ISKRA w najgorętszym okresie solidarnościowych strajków.

Czapski. Niestety umknęło mi jego imię. Był naczelnym dyrektorem Poczty Polskiej w Kielcach.

Lekarze; Patrycjusz Nocuń, Grzegorz Nocuń, dr Osiecka, Agnieszka Misiak, Krystyna i Jerzy Filipowicz, Władysława Sitek.

Jest to tylko niewielka część moich sąsiadów. Wymieniając tylko tych powyżej opisanych mam poczucie, że będę postrzegany przez czytających te słowa za chwalipiętę. Znakomitą część lokatorów bloku przy Astronautów 1 stanowili normalni ludzie. Robotnicy, urzędnicy, technicy i inżynierowie, farmaceutka, nauczycielki, pielęgniarki… Wszyscy oni pracowali w różnych miejscowych zakładach pracy. Mój ojciec był mistrzem w ISKRZE. Pamiętam, że wszystkich „starych” łączyło jedno. Powroty z pracy. Jak to mówią na Śląsku – pizdnęła godz. 15 i przed blokiem był tłok.

Mój blok znam na wylot. Wiem jak i z czego był budowany. Jaką ma grubość murów i ścian liczoną w metrach i w cegłach. Znam rozkład, metraż i wysokość każdego mieszkania. W większości z nich postawiłem swoją stopę. Poznawałem jego tajniki od małego brzdąca. Zaczynając od piwnic w których bawiłem się w chowanego. Korytarzem piwnicznym można było przemieszczać się przez całą długość bloku tj. przez pięć klatek schodowych. Jak to możliwe w trzyklatkowym bloku? Wojna zrobiła swoje. Między moim blokiem i blokami przyległymi w korytarzu piwnicznym nie było żadnych przeszkód. Podejrzewam, że była to droga ewakuacyjna na wypadek nowej wojny. Raj dla małolatów. Zamurowanie przejść przez piwnicę odbyło się nieco później. I ten fakt wykorzystaliśmy na swoją korzyść. Byliśmy starsi. Potrzebowaliśmy większej swobody i zakładaliśmy „swoje kluby”. Podejrzewam, że w jednym z piwnicznych „zrzeszeń” mógł być znany krakowski ćpun o pseudonimie „Pies”.

Budynek miał też swoje niecodzienne historie. Zarówno te tragiczno-komiczne wywołujące uśmiech jak i wstrząsające powodujące ciarki na plecach. Moja pamięć zanotowała w tym bloku; brutalne pobicie sąsiada przez SB-ków. Z normalnego, zdrowego człowieka zrobili kalekę. Był tu też napad rabunkowy i próba podpalenia. Pamiętam też niecodzienny przypadek. Miałem wtedy chyba pięć lat. Do naszej sąsiadki mieszkającej na ostatnim piętrze przyszedł pijany szwagier i zaczął się awanturować. Zadzwoniła na milicję. Gdy usłyszał pukanie do drzwi wskoczył na parapet, zachwiał się i wypadł z trzeciego piętra na ziemię. Przyjechało pogotowie i lekarz stwierdził stan agonalny. Nieprzytomnego skoczka zabrali do szpitala. Rano szpital stwierdził brak pacjenta z wypadku na Astronautów. Uciekł do domu. Mniej szczęścia miała moja koleżanka wyskakując z pięciopiętrówki stojącej na końcu ulicy. Zmarła na wskutek poniesionych ran. Inna koleżanka, pielęgniarka szpitala MSW, w stanie wojennym została zastrzelona podczas pracy na ul. Ogrodowej, przez niezrównoważonego psychicznie byłego pracownika SB. Jej pogrzeb zgromadził niewyobrażalną ilość osób. Z tego wydarzenia zachowały się dokumenty operacyjne licznych pracowników MO i służb bezpieczeństwa.

Do wysokiego standardu (jak na początek lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku), zaliczyć trzeba; parkiet w pokojach i na przedpokoju, drewnianą podłogę w kuchni, radiowęzeł, ciężką lastrykową wannę, wbudowaną podokienną szafkę kuchenną (w zimie pełniącą rolę lodówki), a także kuchnia węglowa z wbudowanym systemem podgrzewania wody i podwieszonym bojlerem w łazience. W środkowej piwnicy pralnia z wbudowanym w kuchnię kotłem i dwie suszarnie. W latach sześćdziesiątych zakrólował gaz ziemny.

O sierpniu ów! Sierpniu 1944 roku.
Sierpniu nadziei, sierpniu krwawy.
Nadzieja zamarła i patrzyła z boku,
jak umierała wiara Warszawy.

Bliskie memu sercu dwie kamienice. Opisana wyżej kielecka, oraz warszawska w której mieszkał mój dziadek. Na temat pierwszej mógłbym mówić godzinami. Na temat drugiej, godzinami mógłbym słuchać kogoś, kto znał jej zakamarki i poznał jej wszystkich mieszkańców. Stołeczna kamienica ucierpiała w Powstaniu Warszawskim. Pod wejściem do niej pochowana została siostra mojego dziadka i jej syn, zabici w sierpniu 1944r. Ruiny zostały rozebrane po wojnie.

Jak widać, mam o niej (o kamienicy) skąpe wiadomości. Póki co, wertuję internet w poszukiwaniu jakichkolwiek jej śladów. Cieszę się, że znalazłem kontakt z jedną osobą zainteresowaną Towarową 42. Z Beatą Rutkowską. Mam z nią wspólne korzenie po moich pradziadkach. Dzięki niej poczułem ducha tego miejsca i poznaję inaczej niż tylko z archiwalnych aktów swoją rodzinę. Mimo to mam wielki niedosyt. Czekam na wspomnienia kogoś, kto znał to miejsce i opisał go choćby w krótkich, żołnierskich słowach. Do tej pory znalazłem tylko wzmiankę w Kurierze Warszawskim z dnia 13 lutego 1914 roku o strzałach o godzinie 9 wieczorem, w okolicach stacji węglowej kolei warszawsko-wiedeńskiej. Jedna z kul brauninga trafiła w okno mieszkania Walerii Urzyczak w domu nr 42 przy Towarowej. Wpadła do pokoju i odbiwszy się od ściany upadła na podłogę. Ofiar w ludziach nie było. Nie wiem jak czuła się wtedy moja prababka. Myślę, że dla niej I Wojna Światowa zaczęła się pół roku wcześniej.

      

Jerzy Wnukbauma

 

Fantazja o rapcie na Urzeczu.

Moi przodkowie po mieczu żyli u rzeki.
Okoliczna ludność mówiła o nich – Urzyczeki.
Urzyczaki za to, dali przezwiska za Wisłą człekom,
– Zarzeczni i Zawiślaki, bo ci mieszkali za rzeką.
I właśnie w dawnych czasach, mój 100xdziad
wniósł w rozwój rolnictwa swój pionierski wkład.

Rano przy niedzieli dziad wyszedł z zagrody
Poczłapał nad Wisłę, by napić się wody.
Podejrzał jak jakiś młodzieniec z Podbieli,
w porywacza panny z Urzecza się wcielił.
Wykradł ją rodzicom. Z Podłęcza za rzeką.
Chciała wrócić do domu, a jej dom daleko.

Złapał dziewkę za włosy i wlókł ją po piasku.
Ta ze strachu, lub bólu narobiła wrzasku,
bo nie było kiecek, majtek, nawet i podpaski
a nad Wisłą jak wiecie – żółte, ostre piaski.
Dziad mój się zlitował – „Piasku się nasypie.
Będziesz dmuchał chłopie – piasek na jej ci….

Spojrzał na młodzika i przerwał w pół zdania
bo młodzieniec na sobie, też nie miał ubrania.
Męskie przyrodzenie stało jak pastorał.
Jakby jego tak ciągnąć toby ziemię orał.
Kijas długi jak baculus, curwatury mu brak.
Jednak z drugiej strony – Jakby spojrzeć w wspak.

Dziadek machnął ręką i poszedł nad wodę.
Wisła na brzeg wyrzuciła rosochatą kłodę.
Z mozołem ją ciągnął  do swego grajdołu.
Wół się napatoczył zaprzągł ją do wołu.
Rano gdy miał siłę, zaorał Baniochę.
I w ten oto sposób dziadek odkrył sochę

Jerzy Wnukbauma

 

 

Pójdź, dziecię! …

Zostałem poproszony, by na naszym pierwszym, powakacyjnym spotkaniu Świętogenu, powiedzieć kilka słów o sobie. Długo wahałem się czy warto podjąć to wyzwanie. Rozważałem wszystkie za i przeciw i za każdym razem wychodził mi remis ze wskazaniem na NIE! Mówienie o sobie nie jest rzeczą łatwą. Nie każdy ma ten dar. Ja go nie posiadam. Postanowiłem odpuścić sobie. Wkrótce jednak zmieniłem swoje zdanie. Wyluzowałem pod wpływem alergicznej reakcji zwykłego posła, na najmłodszą reporterkę akredytowaną w Sejmie.

Należę do powojennego pokolenia. Do rozpieszczonego i hołubionego przez rodziców i państwo polskie pokolenia wyżu demograficznego, któremu nikt nie mówił, że dzieci i ryby nie mają głosu. Przypominam sobie z dzieciństwa rodzinne spotkania. Przy zastawionym stole na którym królowała wódka, zasiadały babcie, wujkowie, ciotki, rodzice. Pamiętam, że na imieniny matki i ojca dodatkowo przychodzili też nasi sąsiedzi z bloku. Takie były wtedy czasy – wczesny Gomułka. Mówiło się o sprawach poważnych i o dupie Maryny. Popisywano się sprośnymi kawałami. Rozmowy cichły, gdy pojawialiśmy się my. Od nikogo z dorosłych, ani ja, ani moi małoletni kuzyni nie usłyszeliśmy – „Odejdź od stołu”. Dla nas rodzinne spotkania były okazją na wysępienie od rodziców lub ciotek czekolady lub ciastek. Dostawaliśmy swoje i zadowoleni szliśmy bawić się na podwórko w swoim gronie. Fakt – nie było wtedy smartfonów. Cichutki i niemy starałem się być tylko na lekcjach religii. Chyba z marnym skutkiem, bo nieraz ksiądz wytargał mnie za uszy, lub przyłożył linijką w  wyciągniętą w pokorze dłoń. Zastanawiam się jak wyglądałby ekranowy Zapiecek w filmie „O dwóch takich…” , gdyby kiedyś bliźniakom powiedziano – „Odejdź!” Ale… Widocznie tylko oni mają monopol na Odejdź” i „Spadaj dziadu”, oraz na dobór swoich rozmówców – „Tylko nie ta małpa w czerwonym!” , „Z TVN-em nie rozmawiam!”.

Jak miliony dzieci urodzonych tuż po wojnie, należę do pokolenia wielkich szczęściarzy. Dbali o nas nie tylko nasi rodzice. Dbało o nas także państwo. W szczególności jego partyjni przywódcy. Dla przykładu; podnoszono ceny artykułów pierwszej potrzeby, lecz pamiętano o nas obniżając ceny lokomotyw, byśmy w przyszłości mogli tanio podróżować, lub zafundować sobie całą lub tylko część parowozu na wynos. Drugi przykład. Naszym rodzicom w zakładach pracy podnoszono normy, po to tylko by Polska rosła w siłę, a nam żyło się dostatnie. W okresie mojego wczesnego dzieciństwa, dbali o nas też urzędnicy kwaterunku. Dokwaterowali naszym rodzicom tymczasowych lokatorów byśmy mieli łatwiejszą zabawę przy poszukiwaniach w chowanego, oraz byśmy nie musieli szukać po wszystkich kątach swoich zabawek.

Urodziłem się w Kielcach w roku 1953. Tuż po śmierci Stalina. Często zaznaczam, że Stalin zrobił dla mnie miejsce na świecie. Z opowiadań rodziców wiem, że po opuszczeniu szpitala w którym przyszedłem na świat, pojechałem dorożką prosto do nowego mieszkania. Do pachnącego drewnem parkietu, oraz zabielonych wapnem ścian mieszkania w nowo oddanym bloku w centrum Kielc. Celowo nie podaję adresu. Początkowo zmieniał on tylko swoją numerację przy ul. Źródłowej. Raz był nr 1, raz nr 19, by po kilku latach przyjąć stały adres – blok przy ulicy Astronautów nr 1. Mój stary blok, miał jeszcze jedną wielką zaletę – stanowili ją jego mieszkańcy. W okresie wczesnego Gomułki, mieszkał w nim I sekretarz KW w Kielcach. Był on także posłem na Sejm. W tej samej klatce mieszkał też I sekretarz KM w Kielcach. Gdy w okresie późnego Gomułki tow. Wiesław zezwolił towarzyszom na budowę swoich enklaw, obaj panowie wyprowadzili się z rodzinami z Astronautów. Jeden do bloku przy KW PZPR, drugi do Warszawy. Awansował na generała dywizji MO, był zastępcą Kiszczaka. W tamtym okresie moimi sąsiadami było 5 lekarzy różnych specjalności, naczelny Poczty Polskiej w Kielcach, 2 dyrektorów dużych zakładów pracy, prezes spółdzielni pracy (były pracownik SB w czasie pogromu kieleckiego wyłapywał osoby agresywne), major SB, inżynierowie, technicy i pracownicy kieleckiej ISKRY i SHL. Nie przypominam sobie, by któryś z dawnych sąsiadów kazał mi spadać, lub w inny sposób odepchnął od siebie. Wręcz przeciwnie. Bywało, że bawiąc się z synami nobilitowanych sąsiadów, kilka razy zostałem pogłaskany przez ich starych po głowie. I co? I żyję. W późniejszym okresie lista „znanych” na Astronautów 1 powiększyła się o już nowe pokolenia zamieszkałe i wychowane w tym bloku. W spisie lokatorów można było znaleźć kolejnych dwóch posłów – ojca i syna, sędzinę miejscowego sądu, znanego architekta i regionalistę, muzyka i piosenkarkę Arian, prezydenta Kielc, lekarzy, nowo upieczonych inżynierów, techników… Stanowili oni zbiorowisko osobistości (nie mylić z panoptikum) starszych panów z mojej ulicy, starszych pań czasami też.

Jerzy Wnukbauma.