Dycha do dychy…

Za sprawą ukazujących się coraz częściej i bijących na alarm artykułów o wyludnianiu się polskich miast i wsi,  i ja zacząłem martwić się o skutki małego przyrostu demograficznego w moim rodzie. Niestety, straconego czasu nie nadrobię. Jestem już w wieku poprodukcyjnym i nie naprawię swoich i czyichś zaniedbań w tym zakresie. Martwię się  zupełnie czymś innym. Niepokoję się tym, że nazwisko które noszę i które jest przekazywane w pokoleniowej sztafecie z ojca na syna, kiedyś całkowicie zaniknie i co za tym idzie ród wymrze. Dziękuję Bogu, że nie stanie się to za mojego życia. Dlatego skrupulatnie wykorzystuję dany mi czas i robię wszystko by stało się to jak najpóźniej. Co robię? Kontynuuję rodzinne zwyczaje i uczę moich wnuków, gdy już obrosną w pióra, by wiedzieli do czego mają siura. W moim rodzie to pokoleniowa tradycja. Taki mały prolog przed wybudowaniem domu i posadzeniem drzewa.

Zadaniem każdego rodzica,
gdy syn obrośnie mu w pióra,
jest uświadomić swego dziedzica,
by wiedział po co ma siura.

Przykładem jest moja rodzina –
Odwiecznym u nas zwyczajem,
jest uświadomić przez ojca syna,
dlaczego wzwodu dostaje.

Tradycję zaczął prapradziadek
ucząc mojego pradziadka,
jak ma uniknąć syn wpadek,
kradnąc kobiecie „kwiatka”.

Z kolei mój dziadek
miał kilka minut frajdy
gdy w fotoplastykonie pradziadek
zapłacił za sprośne slajdy.

Mojego ojca tatusiek
mówiąc synowi o ptaszku,
do czego posłuży mu siusiek
pokazał na porno obrazku.

Gdy ja dorosłem do nauki
by nie stać jak tyka chmielu
mój ojciec niełatwej sztuki
uczył mnie w „polskim burdelu”.

Tych co mnie o grzech winią
przepraszam za dualizm,
nigdy nie byłem świnią
– Tak nazywano socjalizm.

Gdy syn wyrósł z młokosa,
usiadłem z nim na wersalce
dostał kasetę pornosa,
z niej poznał prawdę o szparce.

A gdy dorosną jego chłopacy,
syn się już nie namęczy.
Dziewczyny mają wszystko na tacy,
a resztę internet wyręczy.

Jak widać – cel był zawsze jeden – edukacja. Na przestrzeni lat zmieniały się tylko pomoce naukowe; rysunki, zdjęcia, slajdy, filmy najpierw na kasetach, później na płytach, na dyskach przenośnych i w komputerach. Dzisiaj z masowych przekazów wnioskuję, że demografią zajmują się specjaliści od koziej dupy. Czy jakoś tak. Nie dość, że o dzietności najgłośniej krzyczą starzy kawalerowie i stare baby, to na dodatek swoją nieudolność w tym temacie tłumaczą tym, że po godzinie 18 można do nich mówić już Zosia, a nieskuteczność programu 500+ a później 800+ zwalają na kobiety dające sobie w szyję. W każdym razie nie jest dobrze. Sosnowiec nam się wyludnia! Ja sam zauważam, że  podczas wieczerzy wigilijnej, zadaję wnukom krępujące obie strony pytania – Kiedy znajdziesz sobie dziewczynę? Kiedy się ożenisz? Kiedy doczekam się prawnuków? A mam komu zadawać te pytania. Mam sześciu wnuków i kiedy z nimi zasiadam do stołu, jest to wieczerza pół apostołów.

Tyle o mojej rodzinnej tradycji. Byłem przekonany, że faceci z mego rodu mieli wyłączność na edukację seksualną swych pociech. Byłem w błędzie. Niedawno moja sąsiadka, pani Nowak, chwaliła się długoletnią tradycją edukacji dziewcząt w jej rodzinie. Opowiadała, że w jej rodzinie od pokoleń, gdy dziewczyny kończyły osiemnaście lat, ich matki edukowały je w bardziej praktyczny sposób. Zupełnie nie przejmując się stroną teoretyczną ich edukacji. Nakazywały swoim córką położyć się wygodnie na łóżku, po czym kładły im na biodro dziesięciogroszówkę, a na wzgórek łonowy dziesięciozłotówkę. Kazały przy tym symulować przerzucanie dziesięciogroszówki z bioderka na biodro, a dziesięciozłotówki ze wzgórka na brzuszek w rytmie – DZIESIĘĆ GROSZY – DZIESIĘĆ GROSZY – DYCHA! I tak kila razy do znudzenia. DZIESIĘĆ GROSZY – DZIESIĘĆ GROSZY – DYCHA! Gdy przychodziło co do czego, matki w noc poślubną nie musiały podsłuchiwać młodych, a rano oglądać prześcieradeł. Wiedziały, że ich córki same dojdą do tego, że pieprzyć te drobne i przejdą do konkretów – DYCHA! DYCHA! DYCHA!. Pewnie dlatego nazwisko Nowak jest najpopularniejszym nazwiskiem w Polsce. Za to wnuków Bauma na palcach można policzyć.

Jerzy Wnukbauma.

Walne Zgromadzenie

Dnia 7 kwietnia 2025 r. w Muzeum Historii Kielc ul. Św. Leonarda 4 o godz.17.00 w I turze ,o godz.17.30 w II turze odbędzie się Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze ‚Swiętogenu”. Obecność członków obowiązkowa.

Zarząd Ś.T.G. „Świętogen”

Fotografa przy tym nie było.

Coraz częściej i coraz dłużej przesiaduję w poczekalniach przed gabinetem lekarzy specjalistów. Nic takiego się nie dzieje. Sprawdzam, czy przelewane co miesiąc przez 45 lat pieniądze idą za pacjentem. Dla zabicia czasu staję się w gwarkiem – w sensie gadułą. O czym plotkuję? Polityki – wystrzegam się! Pogaduchy o choróbskach – podnoszą mi ciśnienie! Chwalenia się swoim zawodem – unikam. W tym temacie siedzę cicho, bo mówiąc jaką profesją się param, spotykam się z ostracyzmem. W miesiącach zimowych dowiaduję się, że zamiast przesiadywać u lekarza, powinienem być na stanowisku pracy. Wtedy kierowców nie zaskoczyłaby zima. Sorry! Taki mamy klimat! W lato każda dziura, przełom czy koleina działa niekorzystnie na mój wizerunek. Raz, gdy pochwaliłem się dopiero co poznanemu rozmówcy, że jestem drogowcem, facet przesiadł się i nabrał wody w usta. Dopiero po jakimś czasie wróciła mu mowa. Przyznał się, że po niedawnym zatrzymaniu na drodze, przeżył traumę. Myślał że jestem policjantem drogówki.

Wyrosłem z pogaduch o „dupie Maryny”. W przychodniach o pogodzie tylko wzmiankuję.  W końcu ile można mówić o pogodzie? Najczęściej pytam nowych znajomych skąd pochodzą i… przechodzę na swojego konika. Bo mam takie małe, nieszkodliwe zboczenie. Ja w poczekalniach godzinami mógłbym mówić o swoich korzeniach. Ostatnio  zauważyłem, że prawdopodobnie za bardzo wychwalam siebie, lub nadmiernie panegiryzuję swoich przodków, bo od swych interlokutorów często słyszę, że ich przodkowie byli  nieuczeni, niepiśmienni i nieciekawi. Rodzili się na wsi, tam żyli, pracowali, płodzili dzieci i umierali w tych samych, lub sąsiednich wioskach. W tej nieciekawości przodków musi coś być. Sam podczas indeksacji szybko odfajkowuję takie osoby. Ciekawszym poświęcam więcej czasu, czytam dokładniej cały akt, sięgam do innych źródeł  i map. I jak nasz prezydent „ciągle się uczę”.

A przecież moi przodkowie też pochodzą ze wsi. Też nie umieli czytać i pisać. Gdybym nie zajmował się genealogią swego rodu, też zapewne mówiłbym o nieciekawych przodkach. To co wyróżniało ich od zasiedziałych na ojcowiznach kuzynów i krewnych, to ich sen o Warszawie. Takie polskie american dream. Marzenie o czekającej na nich pracy, przekonanie o wolności, stopniowym dorabianiu się, wykształceniu swych dzieci i ich lepszemu życiu. Przemieszczali się, bo podróże kształcą. Nie wiedzieli jednak, że kształcą nie do tego stopnia, by zacząć podpisywać się pod swoimi aktami małżeńskimi i aktami urodzeń swoich dzieci. Na to potrzeba było wytrwałości, czasu i zmiany pokoleniowej. Nieco później historia się powtórzyła. Co odważniejsi moi kuzyni i krewni przemierzyli ocean spełniając swoje marzenia o amerykańskiej potędze. Nie znając języka śnili o karierze od pucybuta do milionera. Marzyli o pracy, o wolności, o lepszym bycie dla siebie i swoich dzieci. Wierzyli w lepszą przyszłość. Dzisiaj pajac o przekonaniu, że pierwszy milion należy ukraść, potomkom naszych krewnych pokazuje gdzie jest ich miejsce na ziemi.

Podróże kształcą i kosztują. Wiem coś o tym, bo czasem wyjmuję z pocztowej skrzynki wezwanie do zapłaty z załączonym do niego zdjęciem z fotoradaru. Kto by pomyślał – zdjęcie, mandat i punkty – taki bonus – trzy w jednym tylko za zbyt ciężką nogę. W moim rodzie sztafetę osób ukaranych za jazdę zapoczątkował mój krewny Mateusz. Za rok będzie okrągła, stu pięćdziesiąta rocznica tego faktu. Niestety, fotografa przy tym nie było.  Fragment z Warszawskiej Gazety Policyjnej nr 42 z poniedziałku 6 marca 1876 roku.

Wymieniony Mateusz Urzyczak był młodszym bratem mojego prapradziadka Jana. Mieszkał w podwarszawskich Falentach Małych. W chwili zdarzenia miał 46 lat. Z krótkiej wzmianki nie sposób dowiedzieć się co robił wtedy w Warszawie?. W tamtym okresie w stolicy mieszkali: jego brat, córka i syn, oraz kilku kuzynów. To tylko rzut beretem od Łuckiej, Pańskiej, Srebrnej, Ogrodowej i Mokotowskiej. Być może przewoził coś hr. Przeździeckim, właścicielom Falent. Czym przejeżdżał przez ulicę Twardą? Wykluczam samochód i rower. Stawiam na furmankę, lub na oklep. Jak dla mojego krewnego i poszkodowanej Katarzyny Zajączkowskiej zakończyła się opisana przygoda? Z ciekawości przejrzałem pod tym kątem Genetekę i Wypadki. Na szczęście w interesujących mnie  latach, nie ma o nich wzmianki. Mam nadzieję, że poszkodowana kobieta wyzdrowiała i już na Dzień Kobiet wróciła do domu, a Mateuszowi nie odebrano uprawnień za jazdę…. O właśnie – czy był wtedy pod wpływem? Alkomatów wtedy nie było, zgromadzeni gapie nie pstrykali zdjęć telefonami komórkowymi, kroniki policyjne o tym milczą. Rodzinna fama o tym wydarzeniu nie niosła. Za rok, może dwa zadam te pytania sztucznej inteligencji.

Jerzy Wnukbauma

Epilog

Jak się dobrze zastanowić, to moje czynności związane z genealogią polegają na odfajkowaniu kilku najistotniejszych faktów z życia przodków. Te rutynowe działania, z przymrużeniem oka, porównałbym do przesłuchania na komisariacie policji. Światło monitora prosto w oczy, imię nazwisko, miejsce urodzenia, imiona rodziców, miejsce i data ślubu, miejsce i data śmierci… Czasem dodaję przypisy i informacje. Poprzestaję na tym i zadowolony z pozyskania kolejnego rekordu do mojego genealogicznego dzieła zapisuję klikając na ikonkę „zapisz”. Skończone i szlus! Lecz czas pędzi do przodu i życie samo dopisuje moim przodkom epilog. Epilog – w sensie końcowy etap związanych z nimi jakichś zdarzeń lub działań.

W tym roku po raz pierwszy obchodzony był Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Armii Krajowej. Boże! Trzeba było 80-ciu długich lat od skończenia II wojny światowej, by komuś do łba przyszło, że trzeba o naszych żołnierzach pamiętać! Większość z nas ma w swoim drzewie jak nie żołnierzy AK to BCh, AL, NSZ, wyklętych. O tych którzy z nimi zaciekle walczyli, dzisiaj jakoś nikt nie chce pamiętać. A jeszcze nie tak dawno spędzano ludzi na uroczyste akademie, capstrzyki, odsłaniano im pomniki. Czczono ich i wierzono, że tak będzie zawsze. Dzisiaj wstyd i opamiętanie? Ale powinniśmy być zadowoleni. Lepiej późno niż wcale! Jak zapewne o nich pisał Jan Sztaudynger  – „Historia toczy się kołem. Pod kołem to pojąłem.”

Pamiętam jak dziś pierwszą wizytę u „ciotki” Boli w Sosnowcu. Miałem wtedy chyba osiem, lub dziewięć lat. Piszę ciotki w cudzysłowie, bo nie była moją ciotką, lecz wujenką mojej matecznej babki Heleny. Różnica wieku między moją babką a jej wujenką była niewielka i wynosiła zaledwie pięć lat. Przed wyjazdem miałem zapowiedziane, żebym był grzeczny i siedział cicho, bo ciotka w czasie wojny straciła dwoje dzieci. Pamiętam, że po przywitaniu kobiety usiadły do oglądania rodzinnych zdjęć. Ja posłuszny zakazowi siedziałem jak trusia. Nie interesowały mnie stare fotografie. Z rozmowy kobiet łowiłem tylko pojedyncze słowa i nie zapamiętałem nic.

Ciotka Bolesława Doros z pierwszego małżeństwa Burdzińska, była matką żołnierzy. Najstarszy jej syn Wiesław, był ppor. rez. od początku wojny działający w ZWZ późniejszej AK. Niestety nie znam jego szlaku wojennego. Przeżył wojnę. Po wojnie aresztowany i osadzony za udział w AK. Na wolność wyszedł po amnestii w 1956r. Mniej szczęścia miał jego młodszy brat Jerzy. Był akademickim nauczycielem na lubelskim KUL-u i ppor. rez. . W sierpniu 1939 roku był zmobilizowany do 45 pp. stacjonującego w Równem. W październiku dostał się do niewoli sowieckiej. Kilka miesięcy później został zamordowany w Katyniu. O jego tragicznej śmierci ciotka dowiedziała się wczesną wiosną 1943 roku. Był wśród pierwszych ekshumowanych ofiar. Zidentyfikowano go po osobistych dokumentach. Po wojnie ciotka była nachodzona i zastraszana przez pracowników UB. Poradzono jej „siedzieć cicho”, lub mówić wyłącznie o zbrodni niemieckiej popełnionej na jej synu. Po „odwilży” w październiku 1956 roku skończyła się jej przygoda z UB. Przestano ją nękać. PRL-owskie media też przestały mówić i pisać o Katyniu. Ta cisza była jedną z metod „kłamstwa katyńskiego”. Związek Sowiecki przyznał się do zbrodni dopiero w kwietniu 1990 roku. Za szerzenie „kłamstwa katyńskiego” w okresie PRL, przeprosił dopiero w 2000 roku ówczesny prezydent RP Kwaśniewski. W sprawie pomordowanych przez NKWD oficerów, Polacy nigdy nie dostali wsparcia od przywódców mocarstw zachodnich. Nikt nie chciał drażnić niedźwiedzia. Zaogniać i tak napiętych stosunków między Wschodem i Zachodem. Większość społeczeństwa polskiego nigdy w kłamstwa katyńskie nie uwierzyła. Pamięć o polskich oficerach pomordowanych przez sowietów jest kultywowana w narodzie do dziś.

Drugim dzieckiem ciotki Boli, które straciła na II Wojnie była jej córka Teresa. Była ona żołnierzem Związku Walki Zbrojnej przemianowanego w lutym 1942 roku rozkazem Naczelnego Wodza na Armię Krajową. Pracowała jako sekretarka w niemieckiej firmie. Zbierała informacje i przekazywała je wywiadowi ZWZ okręgu Zawiercie i Sosnowiec. Mając dostęp do pieczątek fałszowała kenkarty i przepustki. Aresztowana przez Niemców  podczas akcji.  Prawdopodobną przyczyną zatrzymania była zdrada jednego z dowódców. Po jej aresztowaniu w domu ciotki gestapo zrobiło rewizję. Nic nie znaleźli, lecz nieźle oberwało się wtedy ciotce. Jej córka Teresa była przesłuchiwana i torturowana. Zamordowano ją  w grudniu 1942 roku w Zawierciu.

W rodzinnym gronie żołnierzy AK był też stryjeczny brat rodzeństwa Teresy, Wiesława i Jerzego – Tadeusz Burdziński. Cichociemny, dyplomowany major, żołnierz AK i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, walczył w  Powstaniu Warszawskim. W październiku 1945 uciekł z Polski gdzie groziło mu więzienie. Dostał się do Anglii. Zdemobilizowany i z sugestiami opuszczenia Wysp, przeniósł się do Szkocji.  Zmarł w Glasgow. Jego pełny życiorys można znaleźć w internecie.

Tu pora na epilog. Dopisek powojennych zdarzeń i działań związany z losami pozyskanych informacji przez polski wywiad AK. Po wojnie część dokumentów AK, dostała się w ręce NKWD. Co sowieci z nimi zrobili? Można się przekonać po masowych aresztowaniach po wyzwoleniu. Wyłapywali naszych „chłopców z lasu” według przygotowanych list. Materiały polskiego wywiadu AK, które trafiły do Anglii, zostały niszczone przez Anglików. Szły na przemiał. Oznacza to, że świadectwa sukcesów polskiego wywiadu zbierane w kraju z narażeniem życia, zostały bezpowrotnie zniszczone. Jak pisał Jan Nowak Jeziorański przywołując słowa sekretarza Winstona Churchilla, Johna  Colwilla główną tego przyczyną była rywalizacja między agencjami służb wywiadu Secret Intelligence Service, wywiadem lotniczym, morskim i innymi wywiadami. Jak pisał Collwil – Najlepszymi w tej grze okazali się Polacy. Tragedia tysięcy żołnierzy podziemnych struktur AK polegała na tym, że widzieli w Anglikach sojuszników, którym za wszelką cenę, nawet krwawych ofiar,  trzeba było pomóc. Angielskie służby wywiadowcze widziały natomiast w Polakach  rywali do zdobywania po wojnie wojennych zasług. Niebezpiecznego i skutecznego rywala. O znakomitości form i metod pracy Polaków świadczą niemieckie sprawozdania przesyłane do Berlina. Wskazywały one na działanie dobrze zorganizowanego polskiego podziemia i na ich głęboką penetrację ośrodków badawczo-rozwojowych ujętych głęboką tajemnicą najnowszych technik wojskowych. Wystarczy przypomnieć sobie o Enigmie, czy napływających do Londynu informacjach o Peenemunde i rakietach V-1, oraz przekazaniu przez wywiad AK części rakiety V-2. Chwała bohaterom!

Jerzy Wnukbauma.

Jeszcze się taki nie narodził!

To stare powiedzenie w pełnej wersji – Jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził! zawiera najszczerszą prawdę, gdyż nie ma i nie było na świecie takiego człowieka, który potrafiłby dogodzić wszystkim. Człowieka, który spełniałby oczekiwania wszystkich ludzi i zaspokajał ich związane z nim nadzieje. Dotyczy ono nawet Syna Boga, gdyż sam Bóg też nie jest w stanie dogodzić wszystkim. Na poparcie tych słów jest kilka wzmianek w Nowym Testamencie. Najbardziej trafny jest fragment Ewangelii św. Mateusza w której padają słowa Jezusa „Przyszedł bowiem Jan. Nie jadł, nie pił a oni mówią .<Zły duch go opętał>. Przyszedł Syn Człowieczy; je i pije, a oni mówią <Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników>. Temu podejściu wtóruje sam Kościół katolicki  zwykle zapominając, że Syn Boży dał nam wolną wolę i wyznaczył tylko jeden cel do nieba – miłość i czynienie dobra. Przekładając to na nowy, młodzieżowy język Stwórca mógł powiedzieć Adamowi i Ewie – Róbta co chceta! Macie wolną wolę i wykorzystujcie ją na czynieniu dobra i miłowaniu bliźniego swego. Czy chcemy czy nie – Jest tyle dróg do nieba, ilu jest ludzi.

W skróconej wersji powyższe powiedzenie – Jeszcze się taki nie narodził! – jest także buńczuczną odpowiedzią na zaczepki. Znaczy tyle co, – nie ma takiego człowieka, który by mnie pokonał, zatrzymał, był mądrzejszy ode mnie… To powiedzenie słyszy się też często w formie usprawiedliwiania się, gdy coś kogoś przerasta i nie może sobie z tym poradzić. Wtedy zazwyczaj tym słowom towarzyszy obojętność i machnięcie ręką na wszystko.

Przypomniałem sobie o tym starym przysłowiu spotykając na mieście starego znajomego, który widząc na mojej kurtce czerwone serduszko, zaczął prawić mi rewelacje na temat twórcy WOŚP. Nie chciałem tego słuchać. Rozstaliśmy się szybko. W drodze do domu zastanawiałem się co w temacie datków, zbiórek pieniężnych i zorganizowanych kwest, mówi genealogia. Doszedłem do wniosku, że niewiele. W księgach metrykalnych (po za wpisami o utrzymywaniu się niektórych naszych bliskich ze zbierania datków pod kościołem) nie znalazłem nic. Owszem, po niektórych zawodach naszych bliskich możemy domyślać się, że były zbierane na nich datki, ale nie są to twarde dowody, lecz tylko moje przypuszczenia. Mam tu na myśli babę i dziada kościelnego, czy babę i dziada szpitalnego. Ci ludzie musieli przecież z czegoś żyć. Poszperałem trochę w sieci i przekonałem się, że w pożółkłych, starych książkach i gazetach zachowało się wiele dowodów na organizowanie przez naszych przodków pieniężnych zbiórek na szczytne cele. Działalność dobroczynna była i jest ściśle związana z tradycją chrześcijańską. Jałmużna należy do uczynków miłosiernych. Pewnie dlatego o przeciwnikach datków nie znalazłem nic.

Najstarszą podpisaną przez Kazimierza Wielkiego zgodą na założenie fundacji zajmującej się zbiórką funduszy na szpital dla górników w Bochni jest fundacja założona w 1357r. Po kilku wiekach naszej świetności nastały dla Polski lata chude. Rozbiory i zniewolenie. Nie wywołały one jednak zaniku miłosierdzia. Wręcz przeciwnie. Nasi przodkowie wbrew carskim zakazom i represją, potajemnie organizowali zbiórki dla powstańców listopadowych i styczniowych. Wzorem odwagi były nasze prababki, które zamieniały swoje rodowe klejnoty na symboliczną czarną biżuterię.  Okres ten znany jest w historii Polski pod nazwą „Czarna sukienka” Czarna biżuteria była tylko jednym z elementów aktów nieposłuszeństwa. W odzyskaniu naszej niepodległości pomagały też zbiórki organizowane na rzecz powstańców wielkopolskich i śląskich. Wyjątkiem jest powstanie Jakuba Szeli. Ci powstańcy zabierali sobie sami, na dodatek za głowy swych sąsiadów dostawali od austriackiego zaborcy judaszowe srebrniki.

Sieć internetowa i archiwa państwowe są znacznie bogatsze w dokumenty pochodzące z okresów po odzyskaniu niepodległości. Szczęśliwcy mogą znaleźć tu ślady dobroczynnej działalności naszych przodków. W niektórych ówczesnych gazetach obok informacji o miejscu i terminie charytatywnych zbiórek znajdują się także listy darczyńców. Niejedna przedwojenna resursa przyczyniła się do tego, że budowana była szkoła i powstawała bursa. W czasie wojny organizowane były zbiórki żywności,  opatrunków i pieniędzy dla leśnych oddziałów. Zbierano po piątaku od chłopa na trumnę dla szkopa. Po wojnie zbierano na odbudowę stolicy i innych miast i wsi. Nasi dziadkowie i rodzice kupowali cegiełki, żeby Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatnie. Tym wszystkim zbiórkom zawsze towarzyszyła muzyka i zabawa. Dzisiaj niektórym przeszkadza, że raz w roku w ostatnią niedzielę stycznia w całej Polsce i w niektórych miejscach na świecie, ludzie się bawią, a facet w czerwonych portkach dwoi się i troi żeby to wszystko miało sens, trwało do końca świata i jeden dzień dłużej.

Jerzy Wnukbauma