NA NASZE KOLEJNE SPOTKANIE ZAPRASZAMY DO MUZEUM HISTORII kIELC 3 MARCA 2025 r. -godz. 17.00
Temat : Przyszłe Kielce. Żródła do dziejów Kielc. Wykład Leszka Dziedzica.
Zapraszamy.
NA NASZE KOLEJNE SPOTKANIE ZAPRASZAMY DO MUZEUM HISTORII kIELC 3 MARCA 2025 r. -godz. 17.00
Temat : Przyszłe Kielce. Żródła do dziejów Kielc. Wykład Leszka Dziedzica.
Zapraszamy.
Do napisania kilku poniższych zdań, skłonił mnie temat pierwszego, noworocznego spotkania członków i sympatyków ŚTG – „Tradycja obchodzenia urodzin”. Nie będę rozpisywał się o tradycji urodzin. O tym zwyczaju dowiem się od Pani Prezes 13 stycznia na zebraniu Świętogenu. Ja zajmę się praźródłem – w znaczeniu początku czyli narodzin. Napiszę o nich kilka zdań w kontekście moich genealogicznych doświadczeń. Będą to moje odczucia i doświadczeniach nabyte w czasie indeksowania ksiąg metrykalnych. Na początek – krótko o jubileuszach, których nigdy nie było.
Podczas analizowania swojego genealogicznego drzewa, kilkakrotnie zadawałem sobie pytanie – Czy mi tu kogoś nie brakuje? Czy zbyt długa bezdzietność po ślubie moich krewnych, nie wskazuje być może na możliwość przeoczenia ich dzieci? Czy z racji dużej rozpiętości wieku między rodzeństwem, nie powinno być pomiędzy nimi jeszcze kogoś? Kogoś, na kogo dotychczas nie natrafiłem w księgach. Na niektóre z pytań znajdowałem odpowiedź w księgach zmarłych. Były to zazwyczaj bezimienne wpisy o martwo urodzonych, lub żyjących tylko kilka godzin istotkach. Nieochrzczonych, bez imienia, czasem nawet bez nazwiska. O ich przynależności do czyichś korzeni świadczył jedynie fakt, że poczęła je któraś z antenatek. O jednym przypadku martwo urodzonego dziecka dowiedziałem się przed laty z rodzinnego przekazu. Po tym dziecku nie znalazłem nigdzie żadnego śladu. Pewnie dlatego, że było ofiarą błędu lekarza przy porodzie i nie zostało nigdzie zapisane. Jego matka i rodzeństwo pamiętali i wspominali go aż do chwili ich śmierci. W takich sytuacjach zawsze zadaję sobie pytanie. Dlaczego tak było? Dlaczego anonimowo i marginalnie traktowano te istotki Boże. Gdzie wtedy byli obrońcy nienarodzonych, bezimiennych bożych dzieciątek? Ale skończmy ostatecznie z tym dołującym, smutnym tematem. Pożegnajmy Stary i radujmy się Nowym Rokiem.
W świętokrzyskiej parafii, w jednym z roczników księgi urodzeń zwróciłem uwagę na pewien fakt. Na jednakowo brzmiące zapisy dat urodzeń wszystkich nowonarodzonych dzieci. Gdyby nie powrót do zaczynających każdy akt zdań – „Działo się w parafii… w dniu tym a tym…” – urodzenia wszystkich dzieci mógłbym zapisywać – urodzone dnia wczorajszego. Lecz nie jest możliwe, by cały rocznik dzieci rodził się akurat wczoraj. Wykluczam też fakt zgłaszania wszystkich narodzin dnia następnego. Nie podejrzewam, że księgę prowadził ksiądz z tutejszej parafii. Nie podejrzewam by konsekrowana ręka poświadczała na piśmie nieprawdę. Widocznie w ten rocznik Księgi Urodzonych, wpisów dokonywał „wczorajszy” organista i w każdym bez wyjątku akcie, jak mantra powtarzał się zapis – „… okazali nam dziecko płci… i oświadczyli, że urodziło się dnia wczorajszego…” Zaakcentuję – „dnia wczorajszego”, bo te fragmenty aktów przyczyniły się do tego, że odżył we mnie duch hazardu. Po zindeksowaniu pierwszych dwóch miesięcy (styczeń, luty) tej księgi, zacząłem zakładać się sam ze sobą, czy do końca grudnia będą jakieś odstępstwo od tej normy. Stawką był toast setką wódki, wzniesiony za każde dziecko urodzone w innym czasie niż „dnia wczorajszego”. Nieważne; dzisiaj, onegdaj, czy konkretnego dnia. Ważne tylko by nie rodziło się wczoraj. I co? Ten rocznik księgi urodzeń zakończyłem trzeźwy jak nowonarodzone dziecię. O przepraszam! Jak niejednokrotnie donosiło radio i pisano w gazetach, zdarzały się w naszym kraju przyjścia na świat dzieci pod wpływem alkoholu. Ich mamusie postanowiły rodzić „pod dobrą datą”.
Od 1977 roku istnieje możliwość określenia daty urodzenia za sprawą numeru pesel. Ma to dobre i złe strony. Podając pierwsze sześć cyfr swojego numeru pesel można też stracić kilka stówek. Nie chodzi mi tylko o naciągaczy, złodziei, oszustów czy hakerów. Na przełomie roku wystarczy samemu zadzwonić do wróżbity czarodzieja, lub wróżki czarodziejki, podać pierwsze cyfry peselu i rusza numerologiczna maszyna licząca, szklana kula emituje swą tajemną wiedzę, gwiazdy umiejscawiają człowieka w odpowiedniej konstelacji, a karty tarota układają się same w przepowiadające przyszłość położenie. Takie cuda.
Tradycje obchodzenia moich jubileuszy liczę w dekadach. Uroczyście świętuję je co dziesięć lat, bo co dekadę zdarzają mi się życiowe przełomy. Tak już mam od urodzenia.
Gdy skończyłem roczek dostałem pierwsze baty.
Gdy miałem 10 lat dostałem zegarek od chrzestnego taty.
Gdy skończyłem 20 lat włożyłem na palec złotą obrączkę
Gdy skończyłem 30 lat już drugie dziecko trzymałem za rączkę.
Gdy skończyłem 40 lat dostałem astmę i ledwo dyszę
Gdy skończyłem 50 lat dostałem weny i wiersze piszę.
Gdy skończyłem 60 lat zyskałem nad czołem łysą podkowę
Gdy skończyłem 70 lat mam w MPK przejazdy darmowe.
Gdy skończę 80 lat? – Czas przyszły, niedokonany. Poprzestanę więc na siedemdziesiątce. Czytałem gdzieś, że sukcesem mężczyzny jest w wieku 3 lat nie sikać w majtki; w wieku 10 lat mieć przyjaciół; w wieku 20 lat mieć prawo jazdy; w wieku 30 lat zarabiać dużo pieniędzy; w wieku 60 lat uprawiać seks; w wieku 70 lat posiadać jeszcze prawo jazdy; w wieku 80 lat mieć jeszcze przyjaciół i świadków swego przyjścia na świat. Ostatnim wyczynem faceta jest w wieku 90 lat nie sikać w majtki. Oby Bóg pozwolił mi sprawdzić prawdziwość tego ostatniego sukcesu. W Nowym Roku życzę wszystkim Koleżankom i Kolegom z ŚTG w Kielcach, wszystkiego najlepszego, spełnienia najskrytszych marzeń, oraz tylu nowych członków oraz sympatyków na naszych zebraniach, jak u mnie na Abrahama (na jubileuszu 50-lecia ).
Gebursztag
Ktoś dzwoni do naszych drzwi!
Powiedziała żona do jątrwi.
Szwagier do drzwi zmierzał,
bo miał dziś rolę konsjerża.
W drzwiach stanął syn, za nim snecha,
za nimi ich pięcioletnia pociecha.
Nie zamknęła drzwi snecha za synem,
bo przyszła ona ze swym zełwinem,
a ten przed domem na ganku
czekał na moich bratanków,
albowiem od chłopców zamierzał
wziąć adres mej żony dziewierza.
Macie otwarte drzwi! – rzekła
do mojej żony jej świekra.
Za nią wszedł ojciec i brat,
za bratem weszli wuj i ciotka,
z nimi cioteczna siostra, podlotka.
Za nią braciszek z piękną laurką.
Miał także przyjść mój szurzy,
ale nie wrócił jeszcze z podróży.
Dzwonił, że utknął koło Cieszyna.
Bez niego przyszła więc szurzyna
i przypadkowo pod samym progiem
spotkała się z mym peszenogiem,
który tu przyszedł bez mej świeści,
bo ta wybyła do swej współteści.
Na półgodziny do nas wpadł
Z mą swatew i swatówną swat.
Przywitali się po przyjacielsku
i wkrótce wyszli po angielsku,
bo swata praciot pan Tadeusz
dziś także miał swój jubileusz.
Pora na tort! – mówi ma świeść.
Z kuchni powoli zacząłem go nieść,
Zdmuchnąłem świeczki i kroję tort.
I ktoś mnie szturcha – co za czort?
Z ukosa patrzę kto mnie tak dźga,
odwracam się a wnuczka ma
mówi śląc do mnie uśmiech słodki’
–To są; dziadkowie, wujowie i ciotki.
Trudno się było z dzieckiem nie zgodzić.
Goście się w końcu przestali schodzić.
Dość staropolskiego who is who.
Szampan wystrzelił. Pora toastu.
Jerzy Wnukbauma.
Zapraszam na kolejne nasze spotkanie dnia 13 stycznia 2025 r. o godz. 17.00 do Muzeum Historii Kielc ul.Sw.Leonarda 4.
Temat : Tradycja obchodzenia Urodzin.
Spotkanie poprowadzi : Kornelia Major
W środku dużego, wojewódzkiego miasta, w środku tygodnia i w środku dnia, przytrafiła mi się mała próba oszustwa. Na potrzeby tego artykułu nazwałem ją – „na zbłąkanego turystę”. Aby „merytorycznie” opisać tą metodę wysępiania pieniędzy, muszę zacząć od samego początku. Od mojej powrotnej drogi z marketu, do domu.
Po samotnym pokonaniu dwustu, trzystu metrów od handlowego molocha, za przejściem dla pieszych na skrzyżowaniu osiedlowej ulicy, za swoimi plecami usłyszałem – „Proszę pana! Proszę pana!” Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą samochód osobowy. Jak większość ludzi w takim przypadku pomyślałem, że kierowca zabłądził i o drogę pyta. Zawahałem się czy podejść. Nie widząc wokół siebie żywej duszy, podszedłem. Zdziwiłem się, że kierowca ma podniesioną szybę i pokazuje mi gestem, żebym przeszedł od strony pasażera. Okrążyłem maskę samochodu i stanąłem przed jego pasażerem. O dziwo! Ta szyba była całkiem opuszczona. Usłyszałem pytanie – „Czy dobrze jedziemy do Przemyśla?” Zdziwiony podrapałem się po głowie i w myślach kombinowałem jak, bez kluczenia po osiedlowym labiryncie ulic, pokierować zbłądzone towarzystwo na właściwą drogę. Bąkałem coś co zwykle mówi się w takich przypadkach, gdy nagle mój rozmówca przerwał mi zapewniając mnie, że jest Madziarem i że chce mi podziękować za okazaną pomoc. Machnąłem ręką i już miałem odejść, lecz podobny do Roma Madziar, zaczął mnie kusić kilkoma souvenirami, nie wypuszczając ich ze swoich rąk. Wyciągał jak kota z worka, jedno po drugim małe opakowanie, tłumacząc ich zastosowanie; perfumy, przydomowa kamerka, złoty zegarek. Akurat ten „połyskujący złotem okaz” pokazał w całej okazałości, migając mi przed oczami zawartością otwartego futerału. Przyznam się, że przez chwilę miałem moment zwątpienia, w którym górę brała moja chciwość. Sprawiła to chęć posiadania kamerki. Na samą myśl, moje oczy zaświeciły innym blaskiem. Widocznie smagły Madziar zauważył moment zawahania, bo powiedział, że to wszystko może być moje, gdy wesprę go małą kwotą na paliwo do Przemyśla. W tym momencie wszystko stało się jasne.
Odszedłem nie odwracając się za siebie. Dzięki Bogu nie padłem ofiarą ulicznej transakcji. W drodze do domu zastanawiałem się nad mechanizmem oszustwa. Zaczynając od samego początku spotkania wszystko było podejrzane. Kierowca wołał do mnie przez otwarte okno czystą polszczyzną. Po chwili zamknął okno i siedział jak trusia gdy rozmawiałem z kaleczącym polszczyznę jego pasażerem. W trakcie krótkiego postoju ani razu nie spytano mnie jak mają wydostać się z osiedlowej pułapki. Wreszcie – dlaczego cygan Madziar kusił mnie drobiazgami? Dlaczego padło na mnie?
Po chwili przemyśleń doszedłem do wniosku, że ci oszuści to kompletni amatorzy. A skoro ignoranci to nie będę czepiać się Cygana i wieszać go za winy kowala. Dalsza droga do domu upłynęła mi nad przemyśleniem jak ja bym to zrobił. Merytorycznie. Czasy się zmieniły. Dzisiaj cygan nikomu nie macha przed oczami złotym zegarkiem. Ten widocznie był wyjątkiem i nie przemyślał sprawy do końca.
Ja na miejscu cygana zmieniłbym samochód. Zainwestowałbym w limuzynę z przyciemnianymi szybami. Rozsiadłbym się wygodnie na tylnej wygodnej kanapie i pomyślał o zadbaniu o swoje bezpieczeństwo. Wziąłbym na rympał wszystkie strategiczne resorty. Po pierwsze wybrałbym jakiegoś pajaca, ubrałbym go w generalski mundur i postawił na czele policji. Niech mnie broni z granatnikiem w rękach, a jego funkcjonariusze w chwilach spokoju wycinają i rozrzucają konfetti. Zatroszczyłbym się by mieć swojego prezydenta. Sfinansował bym mu kampanię i podsunął czek in blanco do podpisania. Będzie fikał – nie wypłaci się do końca życia. Swoje odkrycie towarzyskie mianuję pierwszą kucharką w trybunale. Inne sądy obsadzę koleżankami głowy państwa i ministra. Przejmę wszystkie media. Gdy będę chciał przemówić do narodu, to do mnie autokarami przywiozą klakierów. Wypełnię nimi całą salę i wyślę kogoś kto ich poinstruuje jak mają wiwatować i kiedy mają przestać. Zasłużonym wazeliniarzom pozwolę, aby ich żony pracowały w zarządach spółek, banków, funduszy i przedsiębiorstw… Oczywiście z udziałem Skarbu Państwa. Przymknę oczy na loty marszałka do Przemyśla do domów publicznych. Nie zrobię nic, gdy na światło dzienne wyjdą przejazdy mojego dupowłaza zdezolowanym tirem z Przemyśla do Brukseli. Nie poczynię żadnych kroków, by nie dopuścić do korzystania z pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości, na kampanie wyborcze moich senatorów i posłów. Nabiorę wody w usta, gdy z tego funduszu kilkadziesiąt milionów zostanie przelane księdzu od salcesonu? Będę twardo stał na stanowisku, że pieniądze poszły zgodnie ze swym przeznaczeniem – na ofiary. Oczywiście na ofiary losu w znaczeniu; niezdary, ofermy, fajtłapy, ale zawsze to ofiary. Poprzestanę na tych niezdarach, ofermach, fajtłapach, bo właśnie stanąłem przed domem. Zostawię za drzwiami to całe towarzystwo. Pomieszkiwanie z kimś kto liże hemoroidy jest skazywaniem się na smród. Dlaczego? Bo od lizania hemoroidów z buzi śmierdzi.
We wstępie do tego artykułu zapewne nie umknął wam niepasujący, a wręcz rażący wyraz – „merytorycznie”. Umieściłem go, by „merytorycznie opisać…” przydarzającą mi się przygodę. Większość nas karmiona jest tym określeniem przez różnej maści polityków. Wtrącają go przy każdej nadarzającej się okazji. Oszukują naród, choć czasami odnoszę wrażenie, że nie wszyscy posługujący się tym łacińskim wyrazem, do końca rozumieją znaczenie jego sensu. Nadużywają go i zapominają, że ich merytoryczność ma się nijak do tego co mówią. Czekam na chwilę, gdy prowadzący z nimi rozmowę zada im pytanie, co rozumieją przez słowo – merytorycznie. Bo dla karmionych otrzymywanymi na telefon przekazami polityków, wszystko jest merytoryczne i zawsze w znaczeniu – DOBRE! Tu niektóre przykłady ich toku myślenia. Spotkanie – merytoryczne. Jego senna atmosfera – merytoryczna. Długa, pozbawiona sensu i treści przemowa – merytoryczna. Mówca – merytoryczny. Niesprawdzone „kwity” na przeciwników politycznych – merytoryczne. A przecież w języku polskim jest tyle synonimów tego wyrazu, że nie sposób nie dobrać właściwego słowa na określenie: spotkania, jego atmosfery i rozmówców. O zbieranych na przeciwników niesprawdzonych i nie potwierdzonych hakach, nie wspomnę. Niektóre w żaden sposób nie mogą być sprawdzone, a tym samym merytoryczne.
Jeszcze dzień, jeszcze dwa i stanę na progu Nowego Roku. Ostatnio, wraz z wiekiem, w okresie przedświątecznym i noworocznym zauważam u siebie przygnębienie i zniechęcenie świętami. Tych nadchodzących nie wyobrażam sobie. Poczułem tak wielkiego doła za sprawą Czarnka w Kielcach namawiającego mnie do nakłaniania przy wigilijnym i świątecznym stole cała rodzinę do głosowania na obywatelskiego kandydata na prezydenta. Szkoda, że nie dopuszczono mnie do głosu, bo chciałem zapytać czy jego kandydat nie jest prawy i sprawiedliwy? Jest kandydatem PiS, jego kampanię finansują pieniądze PiS, szefem jego sztabu jest członek PiS… Wyczuwam cygaństwo, albo… Za sprawą odebrania subwencji, prezesowi włączył się program oszczędnościowy i będzie zmuszony wykorzystać stare sznureczki po byłym pajacyku do poruszania nowym. Już obywatelskim.
Nie wyobrażam sobie tegorocznych świąt. U mnie każdy członek na swój strój. Żona za Hołownią, syn za Tuskiem, córka za PiS-em, wnuk za Mentzem. Nawet prawnuk podłapał melodię z disnejowskiej kreskówki i śpiewa na cały głos Duda, duda ej! Śledźcie media. Jeśli przeczytacie – W świąteczny wieczór w Kielcach doszło do rodzinnej awantury… znaczy się, że próbowałem. Od wielu lat, co roku w sylwestrową noc piszę swoje postanowienia noworoczne. Dzięki Bogu tylko je piszę, a nie przyrzekam ich głośno sobie i Bogu. Jakie będą w tym roku? Nieważne! Moje wszystkie przyrzeczenia z wybiciem przez zegary północy, przeważnie kończą się jak poniżej.
Rzucę palenie!, rzucę picie!, Seksu odmówię każdej kobicie!, Nie opuszczę mszy w niedzielę!,
Jarosławowi poparcia udzielę! I najważniejsze na ostatek; Radiu w Toruniu wyślę datek!!!
O rany Boskie! Jak mi się uda, to w życiu moim będzie nuda. Jakże tak żyć – Nie pić?, Nie palić?,
Bab nie podrywać?, Cholew nie smalić? , I miast wydawać na przyjemności, obdarzać forsą innych gości?. Pal licho płuca! Co tam z wątrobą! Ja w Nowym Roku zostaję sobą.
Zostaję sobą i nie zmieniam swoich przyzwyczajeń. Kilka lat wcześniej, gdy wypowiedziałem:
Rzucam palenie! Przestaję pić! Cicho dodałem – Boże daj żyć! Nie wiem czy przez księżyc w pełni, czy sam Lucyfer życzenie spełnił, lub inny diabeł zrobił mnie w konia, bo zobaczyłem klona Biedronia. O dobry Boże nie może tak być, proszę „daj żyć” Ty dajesz rzić. Gdybym przyjemność taką miał w głowie, to bym się bawił z księżmi w Dąbrowie. Odbierz pokusę do nałogu, a tą przyjemnością obdarz mych wrogów.
Widać nie jestem „merytoryczny”. Wy też dobrze przemyślcie co i komu przyrzekacie w swoich postanowieniach noworocznych.
Jerzy Wnukbauma.
Już ponad połowa autorów wydawnictwa „Jak powstawały Kielce…” zapowiedziała swoje przybycie na prezentację książki!Kiedy zostałem genealogiem?
Choćbym miał przysiąc tu przed Bogiem,
to powiem, że przed wielu, wielu laty.
Pamiętam! Dostałem lanie od taty,
bo opróżniłem siostrze skarbonkę.
Ojciec wyjął z szuflady plecionkę,-
(trzymał w ukryciu tą dyscyplinę) –
i wymierzył nią karę za moją przewinę.
Oberwałem ile wlezie na ojca kolanie.
Wtedy już po wszystkim zadałem pytanie.
„Powiedz tatusiu czy był przypadek,
że zlał cię twój ojciec, a mój dziadek?
A czy twego ojca, a mojego dziadka,
jego ojciec bił po gołych pośladkach?
A czy mój pradziadek też dostawał baty
od mojego prapra, a swojego taty?
A czy mój praprapra też synów wychłostał,
bo nieraz w dzieciństwie sam po dupie dostał?”
Tak oto w dzieciństwie za sprawą batów,
poznałem po mieczu męskich antenatów.
Byłem prekursorem, robiąc podwaliny,
badając kto był pierwszym oprawcą rodziny.
Ja już wtedy widziałem po ojca minie,
że nie wiedział kto zaczął lać dzieci w rodzinie.
A czy na mnie w rodzie skończyło się bicie?
A jak wy myślicie? Samo życie. Samo życie.
Jerzy Wnukbauma
Zapraszam dnia 2 grudnia 2024 r. o godz.17.00 do Muzeum Historii Kielc ul.Św.Leonarda 4 na kolejne nasze spotkanie.
Temat: Przy świątecznych życzeniach wspomnimy o Marynowskich z Kielc i Sandomierza.
Zapraszam