Zapraszam 12 stycznia na godzinę 17.00 do Muzeum Historii Kielc. Pierwsze w Nowym Roku spotkanie Świętogenu. Ryszard Żelazny opowie nam o etymologii nazwisk .
Zapraszam 12 stycznia na godzinę 17.00 do Muzeum Historii Kielc. Pierwsze w Nowym Roku spotkanie Świętogenu. Ryszard Żelazny opowie nam o etymologii nazwisk .
Szanowne Koleżanki i Koledzy Świętokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen”.
Pragnę pochwalić się miłą dla mnie niespodzianką. Zostałem mianowany przez Al majorem Wojska Polskiego. Nie dyskutuję z technologią komputerową. Widocznie tak ma być. Zresztą! Przyda mi się oficerski dodatek do mojej skromnej emerytury. Mam nadzieję, że Kornelia pogodzi się z faktem i w naszym Towarzystwie znajdzie się miejsce dla drugiego majora.
Jednocześnie pragnę przeprosić wszystkich członków i sympatyków ŚTG za powoływanie się sztucznej inteligencji na Świętokrzyskie Towarzystwo Genealogiczne „Świętogen”, jakoby ono (Towarzystwo) podało te informacje. Nie mam pojęcia do kogo się zwrócić o sprostowanie tej wzmianki, dlatego napisałem do radia Erewań z zapytaniem – Czy to prawda, że zostałem majorem, walczyłem w Powstaniu Warszawskim i uciekłem z kraju? Radio Erewań odpowiedziało – Tak to prawda, ale nie Jerzy tylko Tadeusz. Nie Użyczak tylko Burdziński, nie major WP a szeregowy LWP, nie cichociemny a krzykliwy blondyn. Nie był w Powstaniu Warszawskim, a był w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie uciekł z Polski, a wrócił z muzeum do domu. Nie zmarł w Glasgow, a dożywa żywota w Kielcach.
Jak widzicie nie do końca prawdziwe jest powiedzenie – „Jak się czyta, to się wie!” Ja bym to powiedzenie, w dobie sztucznej inteligencji poszerzył. Postawiłbym przecinek i dodałbym do tej życiowej mądrości – a jak się pisze, to o tobie wiedzą! Dlatego następny artykuł będzie o pochodzeniu szlacheckim. Będę szlachcicem.
Jerzy Wnukbauma
Dzięki Bogu przebrzmiały już hasła wyborcze, oraz wykrzyczane zostały hasła marszu niepodległości. Szybkimi krokami zbliżają się Święta i Nowy Rok. Końcówkę starego roku poświęcam zazwyczaj na przemyślenie i podsumowanie mijającego roku. W tym roku zrobię jednak wyjątek. Ponieważ w tym roku miałem genealogiczny zastój, zastanowię się nad tym co mnie czeka. Być może wpadnę na pomysł moich noworocznych postanowień i pomyślę, czego życzyć w nadchodzącym nowym roku sobie, oraz wszystkim rodakom.
Moje korzenie po mieczu, zarówno ze strony dziadka i babki, pochodzą z Warszawy, a wcześniej z Mazowsza. Mazowsze było i jest jak najbardziej polskie. Czy moi przodkowie byli rdzennymi mieszkańcami Mazowsza? Nie mam najmniejszego pojęcia. Najstarsze wzmianki o nich posiadają adnotacje o zniszczonych podczas działań wojennych (napoleońskich), wszystkich wcześniejszych księgach parafialnych. W mazowieckich parafiach zachowały się też akty świadczące o wymieszaniu mojego rodowego komponentu genetycznego z innymi przyjezdnymi nacjami. Z potomkami Duńczyków z Kopenhagi, z potomkami przybyszów z Niderlandów i z Kresów. Ślady po moich przodkach po kądzieli zachowały się natomiast doskonale. Jednak szukać ich trzeba daleko stąd. Po za granicami Polski. Te tutejsze, polskie od 1783 do 1944 roku zostały wywiezione pod koniec II wojny do Niemiec. Skąd są moi przodkowie? W 1783 roku do podmieleckiego Czermina na pojezuickie dobra kościelne przybyli wraz z innymi osadnikami z Nadrenii. Czy wiedzieli, że tu jest Polska? Z całą pewnością tak. Żyli tu i pracowali na swoim, przez lata spłacanym, skrawku pola. Wkrótce Polska przestała istnieć. Przypomniała im o sobie dopiero w 1918 roku. Moich niemieckich przodków nie było już wtedy w Hohenbach. Potomkowie moich pierwszych osadników rozjechali się po świecie. Pozostała ich tylko jedna zasymilowana gałąź do której i ja należę. Założył ją mój pradziadek Johan Henrich – dla rodziny Jan Henryk – poślubiając rodowitą Polkę. Mój drugi pradziadek ze strony matki był synem Polaka i Austriaczki. Biorąc pod uwagę, że „po pierwsze Polska„, oraz że „tu jest Polska” nie wiem, czy jestem dostatecznie Polakiem.
Wymieniony i powtarzany przeze mnie zwrot, że tu jest Polska (nie Bruksela) coraz częściej słyszę od mojego wnuka sprzyjającego konfederatom. Jak wielu jego rówieśników i on podatny jest na populistyczne przemowy mówców tego ugrupowania. Korwinowskie i mentzenowskie pytania typu – „Po co potrzebny jest zły urzędnik, zły sędzia, zły prokurator…” choć bardzo celne, są tylko nic niewnoszącym bełkotem oddziaływającym na społeczeństwo. Słysząc takie zdania zadaję sobie innego typu pytania. Po co mianować złych urzędników, sędziów, prokuratorów. Po co faceta który nie powinien sprawować żadnej funkcji w Policji robić jej Głównym Komendantem? Po to tylko, by postrzelał sobie z panzerfausta? Po co powoływać i pod osłoną nocy mianować sędzią trybunału konstytucyjnego krzykliwą, chamską babę, która wymiar sprawiedliwości powinna poznać najpierw z ławy oskarżonych przed sądem dyscyplinarnym? Po co wybierać posłów i senatorów, za których trzeba się wstydzić, odbierać im immunitety i później ich ścigać? Po co? Po co? Po co?
Podobne hasło słyszę też z ust „obywatelskiego” prezydenta – „Po pierwsze Polska…”. Tą wymyśloną dla jego potrzeb złotą myślą „nasza głowa państwa” posługuje się od początku swojej kampanii. Nie przestaje z tym sloganem nawet na chwilę, krzycząc go coraz głośniej i dosadniej. Owszem banał ów jest krótką, wyrazistą i łatwą do zapamiętania formułką, ale moim zdaniem jest to nic nie znaczące pustosłowie. Tym bardziej, że głoszący to hasło swoim czynem i postawą nie przyczynia się do tego, lecz wskazuje jaka ta Polska ma być. Skonfederowana i zblatowana z PiSem. A reszta Polaków? Dziękuję za taką wizję. Hasło „TU JEST POLSKA!” budzi we mnie i części Polaków, złe skojarzenia. Słysząc go, widzę dawny mój kraj – szary i byle jaki. Przypominają mi się stare ludowe powiedzenia o „mądrym Polaku po szkodzie” i cytaty znanych ludzi o Polakach. Choćby te – „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Dodając do tego stereotypy; „Gdzie dwóch Polaków, tam są trzy zdania”, czy „Jedź do Polski, twoje auto już tam jest” mam pełen obraz mojego kraju. Nie uspakaja mnie nawet fragment z Gałczyńskiego – „Ja jestem Polak…”. Biorę go zbyt dosadnie i wybiórczo cytuję tylko „…a Polak jest wariat…” I boję się wariatów.
Że tu jest Polska doskonale wiedział Jacek Kurski twierdząc, że można nawijać makaron na uszy i „ciemny lud to kupi”. Jego wierni uczniowie przez osiem lat za publiczne pieniądze z publicznych mediów zrobili szczujnię i oszukiwali naród. Że tu jest Polska i nic mu z tego tytułu nie grozi, wiedziała PKW ogłaszając naprędce zwycięstwo jednego z kandydatów, nie doszukując się nieprawidłowości w licznych podlegających jej komisjach wyborczych i nie analizując przyczyn ich powstania. Że tu jest Polska i bez żadnych konsekwencji można poharcować w budżecie państwa, wiedział każdy pomazaniec prezesa. Z byłym szefem rządu na czele i jego ministrem sprawiedliwości. Że w moim kraju na wiele może sobie pozwolić, wie każdy Niemiec, Rosjanin i Żyd. Jedni opluwając nasz kraj. Drudzy nazywając i pozwalając innym pisać i mówić o polskich obozach śmierci. Zamieszczenie przez Yad Vashem niezgodnej z historyczną prawdą informacji, że Polska po raz pierwszy napiętnowała Żydów nakazem noszenia gwiazdy Dawida, dolało tylko przysłowiowej oliwy do ognia. W tym temacie mam też osobistą uwagę. MyHeritage jak do tej pory nie przeprosiło mnie za bezpodstawne i bezprawne oznaczenie gwiazdą Dawida mojej ojczystej babki i jej córki. Tylko dlatego, że były na listach obozowych w Dachau? Takie rzeczy to tylko u nas.
Że tu jest Polska wie doskonale ogół biskupów katolickich w Polsce, wtrącając się do polityki i co najgorsze tuszując przestępstwa seksualne swoich podwładnych księży. Wie o tym także były prokurator usprawiedliwiający przestępstwo księdza z Tylawy molestującego dziewczynki, tłumacząc księdza, że całowanie dziewcząt było tylko ciumkaniem, a obmacywanie paluchami ich miejsc intymnych miało być związane ze zdolnościami bioenergoterapeutycznymi. O badaniu przez księdza różdżką, ani słowa. O powolnym mieleniu episkopatowych młynów sprawiedliwości wiedzą też księża zabawiający się z mężczyznami. Nic im w tym kraju nie groził. Podobnie też zabawy księży w męża i żonę. Igraszki damsko-męskie są zdaniem większości biskupów, sprawą księdza i tej pani. Zgoda, ale szkoda, że tak stanowczo nie wypowiadają się na temat ślubów czystości swych podwładnych nieradzących sobie ze swoją seksualnością. Było nie było, ślubów czystości składanych przed nimi. Widocznie dla biskupów ważniejszy jest drugi ślub – ślub posłuszeństwa. Nie słyszałem też z ust żadnego biskupa, choć najmniejszej reprymendy dla duchownych za wypompowywanie setek milionów złotych z budżetu państwa. Wręcz przeciwnie ich ekscelencje przymykają oczy na dile „przedsiębiorczych braci i księży. Mówienie i pisanie o ich przekrętach traktują jak nagonkę na księdza i atak na cały kościół. A wystarczyłoby wcześniej zabrać głos, przypomnieć swoim podwładnym, że Jezus będąc dzieckiem wygonił handlarzy ze świątyni swego ojca. Po śmierci ten sam Pan ukazał się uczniom i wydał im ostatnie polecenie; „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody…” dalej mówił „Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem”. Ani słowa o pouczaniu, nakazywaniu, zaglądaniu komuś pod pierzynę i zakłamywaniu prawdy w imię swoich wyższych celów. Chciałbym w każdym kościele widzieć konsekrowane, czyste ręce wszystkich duszpasterzy i słuchać wyłącznie Słowa Bożego. Bez polityki. I tylko tyle. Czy wymagam zbyt wiele?
Dosyć już wylewania żółci. Czuję się czasem tym wszystkim wykorzystany. Ale a’propos ulewania i wykorzystywania. Mógłbym gorzej trafić. Na przykład na Syberię. Tam ponoć pewna niedźwiedzica wykorzystuje biedne szaraczki na podpaski. Powiedział to pewien przestraszony i zakrwawiony zajączek, który na widok nadlatującej wrony uciekł gdzie pieprz rośnie. Zwiewał, bo podpowiedział niedźwiedzicy, że lepsze będą te ze skrzydełkami.
Jak w takim razie ja widzę moją Polskę? To proste jak drut. NOR-MAL-NĄ! Nie rozkrzyczaną i taką w której jest miejsce dla każdego! Dla nieludzi a ideologii. Dla bez wyjątku wszystkich puci. Dla rudego i tego na kaczych nogach. Dla policjantów i oszustów. Dla rolników i robotników. Dla lewicy, prawicy, konfederacji, komunistów i złodziei. Oczywiście każdy powinien mieć w niej swoje miejsce. Jedni w swoich mieszkaniach, inni według zasług – w swoich celach. Dużo by o tym mówić i pisać, dlatego posłużę się końcowym fragmentem wiersza Szymona Kusarka pt „Mój patriotyzm”. Jest w sam punkt i moim zdaniem zasługuje on na miano wzorcowego aforyzmu.
Nie ten dzisiaj patriotą
Który głośno Polska krzyczy
Ale ten kto wszystkim w Polsce
Bez wyjątku dobrze życzy.
Jerzy Wnukbauma
Czasem zastanawiam się, jak daleko można posunąć się w wychwalaniu swoich przodków? Jak mówić i pisać o swoich pradziadach, by nie stać się zwykłym klepaczem i co najgorsze – nie wkurzyć swoich potomków, którzy zechcą kiedyś te pochwalne wyrazy czytać i weryfikować? Przyznam się szczerze – Nie wiem. Wydawałoby się, że najlepiej pisać prawdę. Podpierać się wiedzą i znalezionymi dokumentami, a w przypadku konfabulacji, użyć bezpiecznego przypuszczenia – „prawdopodobnie”. Przy tym wszystkim uważać, by nie przegiąć i wpuścić się w kanał. A to nie zawsze wychodzi. Wiem coś o tym.
Już samo poszukiwanie śladów swoich korzeni i tworzenie drzewa genealogicznego, jest upamiętnieniem i swojego rodzaju gloryfikacją przodków. Czy trzeba czegoś więcej? Myślę, że tak. Diabeł tkwi w szczegółach, które mogą umknąć naszym następcą. Naszym dziedzicom, którzy wcześniej nie zajmowali się poszukiwaniem swych korzeni i którzy nie znają historycznych i społecznych realiów życia swoich przodków. A więc chwalić! Jak? Pozostawiam to czytającym.
Przypominam sobie jak przed laty prowadzący „Sekrety rodzinne”, zwracając się do osoby będącej beneficjentem odcinka, powiedział o jej babci, że zważając na miejsce zamieszkiwania i czas pokrywający się z pobytem w Kaliszu Marii Dąbrowskiej, jej babcia mogła znać osobiście pisarkę. Wiedząc jakie preferencje seksualne miała M. Dąbrowska, czekałem na jakieś sensacje. Ciągu dalszego nie było. Zresztą, użyty był tryb przypuszczający. Poszło w świat i wszyscy oglądający dowiedzieli się o znajomości babki i pisarki. Ja też pójdę już przetartą drogą. Zważywszy na czas i miejsce zamieszkiwania moich krewnych tj. ojczystego dziadka Bronisława, jego rodzeństwa, oraz znanego polskiego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, dochodzę do analogicznych wniosków jak Tomasz Kammel w „Sekretach rodzinnych”. Mogli się znać. Do postawienia wykrzyknika w ostatnim zdaniu, że mogli się znać, niestety nie mam potwierdzających dokumentów, ani rodzinnych przekazów. Dzisiaj głęboko odczuwam brak rozmów z ojczystą babką, z moim ojcem i jego siostrą. Byli niemą skarbnicą wiedzy. Do Powstania Warszawskiego mieszkali w Warszawie. Wojenna trauma zrobiła swoje. Znając ich wojenne perypetie, nikt ich nie pytał o przejścia. Sami też nie chcieli rozmawiać o przeszłości. Dlatego dzisiaj pozostała mi improwizacja.
Mój ojczysty dziadek z rodziną, mieszkał w Warszawie na Towarowej. Bardzo blisko bloku w którym mieszkał Konstanty Ildefons Gałczyński. O przysłowiowy rzut beretem. Gałczyński mieszkał na rogu Towarowej i Grzybowskiej w bloku nr 54. Moi pradziadkowie z dziećmi na Towarowej 42, za ul. Łucką. Najstarsza siostra mojego dziadka – Józefa po ślubie Swenson, mieszkała jeszcze bliżej. Na Towarowej 50. Blok w którym mieszkał Gałczyński i blok w którym mieszkała rodzina Swensonów, dzieliła tylko ulica Grzybowska. Na załączonej fotografii widać w głębi blok w którym w latach od 1905 do 1931 mieszkał Gałczyński. Czy mój dziadek znał poetę? Być może. Był starszy od Gałczyńskiego o szesnaście lat, jego siostra Józefa była starsza od poety o dwadzieścia lat. Więc raczej nie ten przedział wiekowy. Sadząc po różnicy wieku niekoniecznie na siebie wpadali. Wnoszę to po sobie. Gdy byłem dzieckiem a później starszym chłopakiem, miałem swoje towarzystwo. Nie przejmowałem się i nie kolegowałem ze smarkaczami. Ale lećmy dalej. Najmłodszy brat mojego dziadka Eugeniusz urodzony w 1905 roku, wiekowo pasuje do Gałczyńskiego. Podobnie najstarszy syn Józefy – Zenon Swenson urodzony w 1906 roku, mógł bawić się i kolegować z małym Konstantym Ildefonsem. Ganiać z nim po bruku Towarowej i Grzybowskiej z fajerkami na wygiętym w hak drucie, bawić sie w chowanego, w berka, łobuzować, wrzeszczeć i dawać popalić swym sąsiadom. Znajomość ich mogła trwać 26 lat, do wyprowadzenia się poety z ulicy Towarowej.
Tu, w bloku na Towarowej 54 w 1929 roku powstał wiersz K.I. Gałczyńskiego zatytułowany „Ulica Towarowa”.
Tutaj wieczorem faceci grają na mandolinach
i ręką wiatru porusza ufarbowane wstążeczki.
W ogóle tu jest inaczej i gwiazdy są jak porzeczki,
i jest naprawdę wesoło, gdy księżyc wschodzi nad kinem.
Anioły proletariackie, dziewczyny, wychodzą z fabryk,
blondynki smukłe i smaczne, w oczach z ukrytym szafirem;
jedzą pestki i piją wodę sodową niezgrabnie;
pierś pokazując słońcu, piękną jak lirę.
A kiedy wieczór znowu wyłoni się z mandolin,
a księżyc, co był nad kinem, za elektrownią schowa,
mgłami i alkoholem ulica Towarowa
rośnie i boli.
Nie lubię pisać i mówić o tym, co autor miał na myśli. Rozbiór moich wierszy na czynniki pierwsze traktuję jak profanację utworu. Z racji moich genealogicznych związków z tą ulicą, zrobię jednak wyjątek i powiem o czym według mnie pisał autor. Zacznę polskim zwyczajem od – A więc… Pierwsza zwrotka liryczna. Jak na wielkiego poetę przystało, Gałczyński pokazał poetycki obraz warszawskiej ulicy. Moim zdaniem jest to kolorowy sen poety. Gdy już wszystko wydawałoby się piękne i pokolorowane, księżyc poetycko wschodzący nad kinem i gwiazdy wyglądające jak porzeczki, przychodzi czas na popołudniowe przebudzenie poety. Poeci tak mają. Wstają późno. Wydaje mi się, że inspiracją do napisania drugiej zwrotki prawdopodobnie był mały wypad autora z domu po gazetę lub papierosy. Na ulicy dostrzega ruch i fascynuje się obrazem proletariackich aniołów. Dopada go wena gdy widzi fajrant w warszawskiej fabryce i opisuje go podobnie jak bracia Lumiere – „Wyjście robotników z fabryki”. Wieczorem czar pryska i następuje szarość życia. Nocny kac. Ulica staje się mroczna i groźna. Świecący księżyc chowa się za elektrownią, by nie widzieć jak ulica rośnie i boli. O tej porze ulica Towarowa rządzi się swoimi prawami.
Jak widać w wierszu pojawia się alkohol i ostry cień mgły który „rośnie i boli”. Czy w opisie ulicy pojawiają się moi męscy krewni. Mój dziadek, jego bracia i szwagrowie? Mam nadzieję że nie. Czytałem gdzieś, że w bloku w którym mieszkał K.I. Gałczyński, była pijacka melina. Chyba o to chodziło autorowi. Z dwojga złego z moimi krewnymi bardziej identyfikowałbym opis aniołów proletariackich. Poeta w ten sposób mógł opisywać moje ciociobabki. „Smukłe i smaczne blondynki z ukrytym szafirem w oczach i piersiach pięknych jak lira”. To wypisz wymaluj moje krewne – panny i panie Urzyczak, Wichrowskie, Swenson, Suska.
Moim zdaniem nie trzeba, jak to czynią niektórzy „genealodzy”, na siłę doszukiwać się szlachectwa tam gdzie go nie było. Wyciągać pasujące do swojej układanki wnioski z etymologii nazwisk. Zakłamywać historię i fakty. Tracić czas i pieniądze. Do wychwalania przodków, a co za tym idzie nobilitacji samego siebie, wystarczy połączenie zdarzeń i zasugerowanie ich wysokiego prawdopodobieństwa, lub jak mawiał Anioł z „Alternatywy 4” – podwiesić się pod kogoś znacznego.
Na koniec o mojej innej próbie podniesienia swojego ego. Po rozwodzie moja szwagierka założyła we Włoszech koło Turynu swoją włoską rodzinę. Próbując po swojemu nazwać tą nową gałąź mojego genealogicznego drzewa, wymyślałem jej nowe nazwy. Dopasowywałem nazwy do przedrostka GENE: – GeneRoma – odpadło, to nie to miasto, GeneWłochy nie bardzo mi pasowały. Kojarzyłem je z gene zarostem. GenItalia – chociaż to w całej układance fonetycznie niczego sobie brzmiało, to przed rodziną mógłbym wyjść na wielkiego świntucha. Poprzestałem na gałęzi bez nazwy.
Jerzy Wnukbauma
Zaduszki Genealogiczne wydarzenie online
Diabelski Most to często spotykana, zwłaszcza w Europie, nazwa „starożytnych” mostów. Większość z nich to powstałe w starożytności lub średniowieczu kamienne lub murarskie mosty łukowe. Jako pierwsi opanowali ich konstrukcję Egipcjanie już w VI w. pne. Nie wszystkie były spektakularnymi osiągnięciami architektonicznymi ale niektóre stały się przedmiotem fascynacji i szczególnego zainteresowania. Dotyczy to tych obiektów, które wydawały się niemożliwe do zbudowania przez człowieka i tylko bezpośrednia pomoc diabła pozwoliła je wznieść. Każdy z mostów ma swoją unikalną opowieść ludową.
Zapraszam w imieniu Leszka Dziedzica który wygłosi referat o zaskakującym tytule
Diabelskie mosty w Polsce i na świecie
Spotkanie odbędzie się w Muzeum Historii Kielce przy ulicy Leonarda 4 , 3 listopada 2025 o godzinie 17.
Serdecznie zapraszamy
Świętogen