Historia lubi się powtarzać.

Chyba starzeję się, bo co raz częściej wracam do przeszłości. Pocieszające jest to, że w retro podróże wybiera się większość genealogów. Jednak za sprawą trzeciej władzy, moje podróże do przeszłości nie dotyczą już poszukiwania przodków. Ja coraz częściej obserwuję, że otaczająca mnie rzeczywistość, już kiedyś, gdzieś była i powraca do mnie w nieco zmienionej, karykaturalnej postaci. Takie nie do końca moje deja vu, a raczej deja vecu – tj. już kiedyś przeżyte przez naszych przodków wydarzenia. Aż dziw, że coraz mądrzejsze i wykształcone pokolenia ich zstępnych, nie wyciągają żadnych wniosków i brną w to coraz głębiej.  A mówi się, że „Mądry Polak po szkodzie”. Guzik prawda. I po szkodzie głupi!

Przykłady. Jak najbardziej. Chcecie to macie. Próbki tylko tych wydarzeń z ostatnich dni. Na początek popisowy „występ” PiS-owskiego kosyniera z symboliczną kosą na sztorc. Co to miało być?  Pokaz siły? Powtórka z rozrywki? Bąknięty Kościuszko? Różnica jest w tym, że Tadeusz Kościuszko jednoczył naród. Nie nawoływał do dekapitacji? Do rzezi? Mam nadzieję, że historia kiedyś rozliczy tego krzykliwego krzewiciela krużganków oświaty trzymającego w rękach krzyż i nawołującego do rzezi przeciwników jego darczyńców. Katolik? Wątpię!

Kolejnym przykładem deja vu naszej historii, są zawirowania wokół unijnej pożyczki na zbrojenia SAFE. Przypomina mi to międzywojenny okres w historii Polski. Podział Polaków na zwolenników i przeciwników ścierających się politycznych obozów. Budowanie kultu jednostki Marszalka. Zaciąganie pożyczek na zbrojenie i organizowanie publicznych zbiórek na zakup uzbrojenia. Podpisywanie palcem na wodzie umów sojuszniczych z Francją i Anglią. Tu zrobię przerwę, bo wszyscy znają, jak skończyło się to dla naszego kraju i wszystkich Polaków.

Powojenny okres (w moim pojęciu) na pozór był spokojny. Pewnie dlatego, że po rozprawieniu się z „wrogami ludu” „zwycięska komuna” nie miała już z kim walczyć. Nawet na stadiony piłkarskie można było chodzić ze swoimi dziećmi. W większości przypadków, uliczne i stadionowe spory, kończyły się zazwyczaj pyskówkami – „Ty ch… na kaczych nogach!” Odzewem było „A ty to nawet ch…. nie jesteś!” Przeważnie po takich sprzeczkach strony rozchodziły się w swoje strony, bo kto by chciał drążyć i spierać się kto jest większym członkiem. Tylko nieliczni i bardziej butni udowadniali swoją wyższość – „Co! Ja ch…. nie jestem?”. Tak było. Dzisiaj strach się bać! Nawet stadionowi kibole wychodzą na ulicę. W swojej zaciekłości biją by zabić. Przykładem niech będzie zamordowanie w Kielcach we wrześniu 2007 roku jednego i usiłowanie zabójstwa drugiego kibica Korony Kielce. Dziś kibole mogą czuć się bezkarnie, bo mają swojego człowieka w Pałacu i rozgrzeszenie z Jasnej Góry.

Ale wróćmy do mojego deja vu. Wydarzeniem, które już kiedyś było i które, i ja przeżyłem i zapamiętałem, była emisja Narodowej Pożyczki Rozwoju Sił Polski. W założeniach wykupowanie, przez pokolenie moich rodziców i dziadków, państwowych obligacji miało być dobrowolne. Wyszło jak zwykle. Państwo zmuszało obywateli do wykupu nisko oprocentowanych obligacji. Zmuszało dla dobra ludowej ojczyzny, do wpłat części uzyskanych dochodów na zablokowane konta z bardzo niskim oprocentowaniem. Przysłowiowym gwoździem do trumny w tamtym okresie była reforma walutowa. W ciągu zaledwie kilku lat Polacy dwukrotnie stracili najmniej dwie trzecie swoich oszczędności. Niektórych złupiono całkowicie. A co? Kto bogatemu zabroni? To bogate, komunistyczne państwo po wojnie nie skorzystało z Europejskiego Planu Odbudowy (znanego jako Plan Marshalla), oraz na „prośbę” Stalina, by nie drażnić niemieckich towarzyszy, zrezygnowało z reparacji wojennych. Z tamtego okresu zapamiętałem sprawdzanie numerów obligacji, wykupionych przez moich rodziców w powojennej Polsce. Losowania numerów odbywały się (do 1972roku), dwa razy w roku. Losowano numery premiowane (4%), oraz numery niepremiowane (0%) z możliwością wykupu bez oprocentowania po nominale. Nie przypominam sobie by po którymś losowaniu była jakaś euforia moich rodziców. Pewnie dlatego, że wszyscy robili to „by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnie”. Wszyscy! Nawet rodzice krzykaczy upominających się dziś o reparacje i rozliczenie byłych komunistów. Oby propozycja polskiego SAFE 0% Glapińskiego i Nawrockiego nie była oparta na podobnych złodziejskich zasadach jak powojenna Narodowa Pożyczka Rozwoju. Dostrzegam, że zawirowania wokół SAFE niektórzy traktują podobnie jak w 1946 roku Pawlak. On przed referendum namalował na stodole 3xNIE, tylko dlatego, że zobaczył u Kargula napis 3xTAK! Prezydenckie weto i krytyka prawej części Sejmu ma podobne zasady. Nie, bo nie! Bo to Tuska. Oby w ten sposób nie doprowadzili do powtórki z historii, gdy w nocy z 17 na 18 września 1939 roku do Rumuni uciekł Prezydent, Naczelny Wódz i Premier. Jednak z drugiej strony…? Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby władze Węgier czy Rumuni internowały prezesa i głowę państwa.

Pisząc o historii Polski, nie sposób nie wspomnieć o nierozłącznym od 966 roku jej elemencie – o chrześcijaństwie. Nie będę go szerzej opisywał. Skoncentruję się wyłącznie na sobie. A moja wiara jest podobna do wiary pana młodego z Kany Galilejskiej, który wstając skacowany rano po opisanym w ewangelii weselu, poprosił budzących się weselników o kubek wody. Nie widząc chętnych spełnienia jego prośby, wstał Jezus i zadeklarował przyniesienie mu szklanki wody. Na co pan młody krzyknął – O Jezu! Tylko nie ty!  Nie wiem jak wtedy u pana młodego, ale u mnie kac jeszcze długo pozostaje po zabawach osób duchownych. Nie pomaga nawet codzienny pacierz – Wierzę w Boga Ojca… i w Jezusa Chrystusa syna jego…

Jerzy Wnukbauma.

Jak znaleźć przodków w 1926 roku?, 2 luty godzina 17:00

Zapraszam na spotkanie 2 lutego o godzinie 17:00, Muzeum Historii Kielc

Niepowtarzalną okazję do poszukiwań genealogicznych i odszukania przodków  żyjących w wielu miastach, miasteczkach i wsiach II Rzeczypospolitej w granicach sprzed II wojny światowej stwarza obszerny dokument sporządzony w 1926 r.

Pomysł na jego stworzenie pojawił się już w 1919 r. jako idea wysłania podziękowań dla USA od wszystkich obywateli polskich za amerykańskie poparcie dla sprawy odrodzenia państwa polskiego i jego granic. Zamysł zrealizowano jednak dopiero siedem lat później w 1926 r. z okazji 150. rocznicy ogłoszenia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych.
Sporządzona wtedy Deklaracja Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych obejmuje 111 tomów z podpisami ponad 5,5 miliona Polaków, czyli około 20 procent obywateli ówczesnej Rzeczypospolitej. Znajdują się w niej podpisy władz państwowych i lokalnych, pracowników urzędów i instytucji, a także studentów i uczniów szkół średnich i powszechnych.

Jak szukać przodków w tej zachowanej do dzisiaj kolekcji opowie Leszek Dziedzic.

Z ziemi polskiej do Polski.

Powyższy tytuł nie jest przejęzyczeniem słów naszego hymnu i broń Boże nie jest naśmiewaniem się ze znajomości tekstu tej pieśni przez prezesa PiS. Coś w tym musi być, bo teraz, gdy tylko zaintonuje pierwsze słowa hymnu, wyciszają mu mikrofon. Ja na powyższy tytuł wpadłem w trakcie indeksacji aktów z parafii Bodzentyn. Skojarzył mi się w trakcie ślęczenia i spisywania Księgi Urodzonych w 1918 roku. Natrafiłem w niej na powroty naszych górali niskopiennych z Niemiec, do swojej rodzinnej parafii. Były to akty dzieci urodzonych i ochrzczonych w Niemczech, a także dzieci urodzonych w Niemczech, lecz po kilku latach ochrzczonych w bodzentyńskim kościele. Już po powrocie ich rodziców do kraju.

A nie były to jednostkowe powroty. Powtarzały się jeszcze w kolejnych rocznikach ksiąg urodzonych. Temat zaintrygował mnie do tego stopnia, że z ciekawości zacząłem zbierać informacje o emigracji Polaków do Niemiec w latach 1913 do 1918 roku, oraz ich reemigracji po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Tylko w wymienionej parafii Bodzentyn w księdze urodzonych w 1918 roku odnotowane jest pięć aktów urodzenia dzieci urodzonych w Niemczech, w 1919 roku aż jedenaście takich aktów, a w 1920 roku siedem. Czy było ich więcej? W późniejszych latach oraz tych nieodnotowanych? Chociażby kawalerów i panien? Prawdopodobnie tak! Być może do listy powracających do kraju trzeba też dodać małżeństwa, które nie zdecydowały się na potomstwo na obczyźnie? Przypuszczam też, że do listy emigrantów należałoby dodać osoby pozostające w Niemczech, oraz Polaków emigrujących z Niemiec po I Wojnie Światowej do Francji, Belgii lub USA.

Nie będę rozpisywał się o przyczynach emigracji do Niemiec. Każdy opuszczający rodzinne strony miał swoje pobudki. Decydującym czynnikiem zapewnie były dobrowolne (choć zdarzały się przymusowe) wyjazdy spowodowane przyczynami ekonomicznymi. Krótko mówiąc – ucieczka od biedy, chęć znalezienia pracy i polepszenia warunków swojego bytu. Szacuje się, że liczba polskich pracowników rolnych w Niemczech w 1913 roku wynosiła prawie 305 tysięcy, co dawało 76,6% pośród wszystkich cudzoziemskich pracowników rolnych pracujących w Niemczech. Po I wojnie procentowy udział naszych migrantów przekraczał już 90% spośród wszystkich przyjeżdżających do Niemiec na „saksy” obcokrajowców.

Pozostawię przyczyny i statystyki w spokoju i zajmę się mechanizmem tamtych emigracji. Nie podejrzewam, (chociaż nie wykluczam), że były to spontaniczne decyzje – zgromadzę środki i jadę. W tamtym czasie nie było przecież telefonów, internetu, we wsiach nie było prądu, radia telewizji… Skąd prości, wiejscy ludzie wiedzieli, że można wyjechać za granicę? Skąd wiedzieli gdzie się udać by wyjechać? W końcu. Skąd wiedzieli gdzie na miejscu czeka na nich praca? Zadziałała  jakaś poczta pantoflowa? Knajpa, kościół i łun powiedział łunemu? Nie wykluczam. Przypominam jednak, że mowa jest o okresie tuż przed wybuchem pierwszej wojny i kilku latach jej trwania. O okresie w którym łatwo można było być posądzonym o szpiegostwo lub działanie na rzecz obcego mocarstwa. I jeszcze jedno – w latach 1913 – 1918 Bodzentyn był w zaborze rosyjskim. Potrzebne były jakieś dokumenty do opuszczenia zaboru rosyjskiego. Przekroczenie zielonej granicy z pewnością było marginalnym sposobem na emigrację do Niemiec. Podejrzewam, że na te pytania większość genealogów nie szuka odpowiedzi? Podobnie jak ja odfajkują w swoim drzewie genealogicznym fakt czyjejś emigracji i nie zaprzątają sobie głowy czasochłonnymi i kosztownymi poszukiwaniami przyczyn i mechanizmów ich emigracji .

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wielu Polaków stanęło przed trudnym wyborem – które państwo wybrać?  Nasi świętokrzyscy górale mieli znacznie mniejszy orzech do zgryzienia niż Polacy zamieszkujący zabór niemiecki i austriacki. To głównie Ślązacy, Wielkopolanie, Mazurzy, Kaszubi musieli zadecydować, które państwo mają wybrać. Mieli na to rok do namysłu. Opuszczając ojcowizny i wyjeżdżając do Rajchu, stawali się Niemcami, zostając w swoich gospodarstwach byli Polakami. Do powrotu naszych krajan do Polski wpłynęło kilka czynników. Po pierwsze o ich powrót skutecznie zabiegała polska dyplomacja. Po drugie – po I Wojnie Światowej  Polska i Niemcy popadły w poważny konflikt terytorialny. Wybuchy powstań śląskich i powstania wielkopolskiego, plebiscyty na Śląsku, Warmii i Mazurach przyczyniły się do antypolskich nastrojów i sprawiały, że niechęć do Polski i Polaków rosła wśród Niemców.

W moim genealogicznym drzewie też mam kilku emigrantów. Nie licząc powrotu potomków moich niemieckich krewnych po kądzieli do Niemiec, (skorzystali z prawa opcji), w zdecydowanej większości pozostali moi kuzyni i krewni udawali się za ocean do USA. Przyczyny ich wyjazdów były różne. Przykładowo, do siostry mojego dziadka Władysława, przysyłał listy jej kuzyn, który wcześniej wyemigrował do USA i który gorąco ją namawiał na podróż do Stanów.  Wypłynęła z Bremy i przepłynęła Ocean w celu zamążpójścia. Tak przynajmniej zgłosiła urzędnikom migracyjnym na Ellis Island. Po roku ściągnęła do USA swoją siostrę. Obie pozostały w Stanach i tam zmarły. Nieco inaczej potoczyły się losy brata mojej matecznej babki – Edmunda. Z rodzinnych przekazów wiem, że w 1913 roku do fryszerki w Porębie w której pracował, zawitał jakiś mężczyzna szukający chętnych do pracy w hucie w Pittsburghu. Edmund wraz z innymi Polakami wypłynął z Rotterdamu do New Yorku. Wraz z grupą współtowarzyszy udali się do kresu podróży – do Pittsburgha. Dla niego Pittsburgh był też kresem życia. Tam mieszkał i pracował w miejscowej hucie. Zmarł na obczyźnie w wieku 79 lat.

Zdarzały się jednak nieliczne powroty z USA do kraju. Jeden z takich powrotów opisany jest w „Niespodziance” Roztworowskiego. Dzisiaj powroty z USA są coraz częstsze. Dziś nie kalkuluje się tam żyć nawet naszym góralom. Ale! Żeby nie było, że wśród świętokrzyskich przodków było tylko parcie na zachód. Poniżej zamieszczam przykład reemigracji ze wschodu. W akcie warto zwrócić uwagę na rodziców chrzestnych dziecka i ……….. Konia z rzędem temu, kto powie ile lat liczyli sobie rodzice dziecka w chwili jego urodzenia? Że też ksiądz nie zawołał – Mazurkiewicz! Bój się Boga! Być może dlatego, że ta kwestia zarezerwowana jest dla „Żołnierza królowej Madagaskaru” a Madagaskar to już inny nasz emigrant.

Jerzy Wnukbauma

Jak zostałem weteranem?

Szanowne Koleżanki i Koledzy Świętokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen”.

Pragnę pochwalić się miłą dla mnie niespodzianką. Zostałem mianowany przez Al majorem Wojska Polskiego. Nie dyskutuję z technologią komputerową. Widocznie tak ma być. Zresztą! Przyda mi się oficerski dodatek do mojej skromnej emerytury. Mam nadzieję, że Kornelia pogodzi się z faktem i w naszym Towarzystwie znajdzie się miejsce dla drugiego majora.

Jednocześnie pragnę przeprosić wszystkich członków i sympatyków ŚTG za powoływanie się sztucznej inteligencji na Świętokrzyskie Towarzystwo Genealogiczne „Świętogen”, jakoby ono (Towarzystwo) podało te informacje. Nie mam pojęcia do kogo się zwrócić o sprostowanie tej wzmianki, dlatego napisałem do radia Erewań z zapytaniem – Czy to prawda, że zostałem majorem, walczyłem w Powstaniu Warszawskim i uciekłem z kraju? Radio Erewań odpowiedziało – Tak to prawda, ale nie Jerzy tylko Tadeusz. Nie Użyczak tylko Burdziński, nie major WP a szeregowy LWP, nie cichociemny a krzykliwy blondyn. Nie był w Powstaniu Warszawskim, a był w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie uciekł z Polski, a wrócił z muzeum do domu. Nie zmarł w Glasgow, a dożywa żywota w Kielcach.

Jak widzicie nie do końca prawdziwe jest powiedzenie – „Jak się czyta, to się wie!” Ja bym to powiedzenie, w dobie sztucznej inteligencji poszerzył. Postawiłbym przecinek i dodałbym do tej życiowej mądrości – a jak się pisze, to o tobie wiedzą! Dlatego następny artykuł będzie o pochodzeniu szlacheckim. Będę szlachcicem.

Jerzy Wnukbauma

Tu jest Polska.

Dzięki Bogu przebrzmiały już hasła wyborcze, oraz wykrzyczane zostały hasła marszu niepodległości. Szybkimi krokami zbliżają się Święta i Nowy Rok. Końcówkę starego roku poświęcam zazwyczaj na przemyślenie i podsumowanie mijającego roku. W tym roku zrobię jednak wyjątek. Ponieważ w tym roku miałem genealogiczny zastój, zastanowię się nad tym co mnie czeka. Być może wpadnę na pomysł moich noworocznych postanowień i pomyślę, czego życzyć w nadchodzącym nowym roku sobie, oraz wszystkim rodakom.

Moje korzenie po mieczu, zarówno ze strony dziadka i babki, pochodzą z Warszawy, a wcześniej z Mazowsza. Mazowsze było i jest jak najbardziej polskie. Czy moi przodkowie byli rdzennymi mieszkańcami Mazowsza? Nie mam najmniejszego pojęcia. Najstarsze wzmianki o nich posiadają adnotacje o zniszczonych podczas działań wojennych (napoleońskich), wszystkich wcześniejszych księgach parafialnych. W mazowieckich parafiach zachowały się też akty świadczące o wymieszaniu mojego rodowego komponentu genetycznego z innymi przyjezdnymi nacjami. Z potomkami Duńczyków z Kopenhagi, z potomkami przybyszów z Niderlandów i z Kresów. Ślady po moich przodkach po kądzieli zachowały się natomiast doskonale. Jednak szukać ich trzeba daleko stąd. Po za granicami Polski. Te tutejsze, polskie od 1783 do 1944 roku zostały wywiezione pod koniec II wojny do Niemiec. Skąd są moi przodkowie? W 1783 roku do podmieleckiego Czermina na pojezuickie dobra kościelne przybyli wraz z innymi osadnikami z Nadrenii. Czy wiedzieli, że tu jest Polska? Z całą pewnością tak. Żyli tu i pracowali na swoim, przez lata spłacanym, skrawku pola. Wkrótce Polska przestała istnieć. Przypomniała im o sobie dopiero w 1918 roku. Moich niemieckich przodków nie było już wtedy w Hohenbach. Potomkowie moich pierwszych osadników rozjechali się po świecie. Pozostała ich tylko jedna zasymilowana gałąź do której i ja należę. Założył ją mój pradziadek Johan Henrich – dla rodziny Jan Henryk – poślubiając rodowitą Polkę. Mój drugi pradziadek ze strony matki był synem Polaka i Austriaczki. Biorąc pod uwagę, że „po pierwsze Polska„, oraz że „tu jest Polska” nie wiem, czy jestem dostatecznie Polakiem.

Wymieniony i powtarzany przeze mnie zwrot, że tu jest Polska (nie Bruksela) coraz częściej słyszę od mojego wnuka sprzyjającego konfederatom. Jak wielu jego rówieśników i on podatny jest na populistyczne przemowy mówców tego ugrupowania. Korwinowskie i mentzenowskie pytania typu – „Po co potrzebny jest zły urzędnik, zły sędzia, zły prokurator…” choć bardzo celne, są tylko nic niewnoszącym bełkotem oddziaływającym na społeczeństwo. Słysząc takie zdania zadaję sobie innego typu pytania. Po co mianować złych urzędników, sędziów, prokuratorów. Po co faceta który nie powinien sprawować żadnej funkcji w Policji robić jej Głównym Komendantem? Po to tylko, by postrzelał sobie z panzerfausta? Po co powoływać i pod osłoną nocy mianować sędzią trybunału konstytucyjnego krzykliwą, chamską babę, która wymiar sprawiedliwości powinna poznać najpierw z ławy oskarżonych przed sądem dyscyplinarnym? Po co wybierać posłów i senatorów, za których trzeba się wstydzić, odbierać im immunitety i później ich ścigać? Po co? Po co? Po co?

Podobne hasło słyszę też z ust „obywatelskiego” prezydenta – „Po pierwsze Polska…”. Tą wymyśloną dla jego potrzeb złotą myślą „nasza głowa państwa” posługuje się od początku swojej kampanii. Nie przestaje z tym sloganem nawet na chwilę, krzycząc go coraz głośniej i dosadniej. Owszem banał ów jest krótką, wyrazistą i łatwą do zapamiętania formułką, ale moim zdaniem jest to nic nie znaczące pustosłowie. Tym bardziej, że głoszący to hasło swoim czynem i postawą nie przyczynia się do tego, lecz wskazuje jaka ta Polska ma być. Skonfederowana i zblatowana z PiSem. A reszta Polaków? Dziękuję za taką wizję. Hasło „TU JEST POLSKA!” budzi we mnie i części Polaków, złe skojarzenia. Słysząc go, widzę dawny mój kraj – szary i byle jaki. Przypominają mi się stare ludowe powiedzenia o „mądrym Polaku po szkodzie” i cytaty znanych ludzi o Polakach. Choćby te – „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Dodając do tego stereotypy; „Gdzie dwóch Polaków, tam są trzy zdania”, czy „Jedź do Polski, twoje auto już tam jest” mam pełen obraz mojego kraju. Nie uspakaja mnie nawet fragment z Gałczyńskiego – „Ja jestem Polak…”. Biorę go zbyt dosadnie i wybiórczo cytuję tylko „…a Polak jest wariat…” I boję się wariatów.

Że tu jest Polska doskonale wiedział Jacek Kurski twierdząc, że można nawijać makaron na uszy i „ciemny lud to kupi”. Jego wierni uczniowie przez osiem lat za publiczne pieniądze z publicznych mediów zrobili szczujnię i oszukiwali naród. Że tu jest Polska i nic mu z tego tytułu nie grozi, wiedziała PKW ogłaszając naprędce zwycięstwo jednego z kandydatów, nie doszukując się nieprawidłowości w licznych podlegających jej komisjach wyborczych i nie analizując przyczyn ich powstania. Że tu jest Polska i bez żadnych konsekwencji można poharcować w budżecie państwa, wiedział każdy pomazaniec prezesa. Z byłym szefem rządu na czele i jego ministrem sprawiedliwości. Że w moim kraju na wiele może sobie pozwolić, wie każdy Niemiec, Rosjanin i Żyd. Jedni opluwając nasz kraj. Drudzy nazywając i pozwalając innym pisać i mówić o polskich obozach śmierci. Zamieszczenie przez Yad Vashem niezgodnej z historyczną prawdą informacji, że Polska po raz pierwszy napiętnowała Żydów nakazem noszenia gwiazdy Dawida, dolało tylko przysłowiowej oliwy do ognia. W tym temacie mam też osobistą uwagę. MyHeritage jak do tej pory nie przeprosiło mnie za bezpodstawne i bezprawne oznaczenie gwiazdą Dawida mojej ojczystej babki i jej córki. Tylko dlatego, że były na listach obozowych w Dachau? Takie rzeczy to tylko u nas.

Że tu jest Polska wie doskonale ogół biskupów katolickich w Polsce, wtrącając się do polityki i co najgorsze tuszując przestępstwa seksualne swoich podwładnych księży. Wie o tym także były prokurator usprawiedliwiający przestępstwo księdza z Tylawy molestującego dziewczynki, tłumacząc księdza, że całowanie dziewcząt było tylko ciumkaniem, a obmacywanie paluchami ich miejsc intymnych miało być związane ze zdolnościami bioenergoterapeutycznymi. O badaniu przez księdza różdżką, ani słowa.  O powolnym mieleniu episkopatowych młynów sprawiedliwości wiedzą też księża zabawiający się z mężczyznami. Nic im w tym kraju nie groził. Podobnie też zabawy księży w męża i żonę. Igraszki damsko-męskie są zdaniem większości biskupów, sprawą księdza i tej pani. Zgoda, ale szkoda, że tak stanowczo nie wypowiadają się na temat ślubów czystości swych podwładnych nieradzących sobie ze swoją seksualnością. Było nie było, ślubów czystości składanych przed nimi. Widocznie dla biskupów ważniejszy jest drugi ślub – ślub posłuszeństwa. Nie słyszałem też z ust żadnego biskupa, choć najmniejszej reprymendy dla duchownych za wypompowywanie setek milionów złotych z budżetu państwa. Wręcz przeciwnie ich ekscelencje przymykają oczy na dile „przedsiębiorczych braci i księży. Mówienie i pisanie o ich przekrętach traktują jak nagonkę na księdza i atak na cały kościół. A wystarczyłoby wcześniej zabrać głos, przypomnieć swoim podwładnym, że Jezus będąc dzieckiem wygonił handlarzy ze świątyni swego ojca. Po śmierci ten sam Pan ukazał się uczniom i wydał im ostatnie polecenie; „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody…” dalej mówił „Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem”. Ani słowa o pouczaniu, nakazywaniu, zaglądaniu komuś pod pierzynę i zakłamywaniu prawdy w imię swoich wyższych celów. Chciałbym w każdym kościele widzieć konsekrowane, czyste ręce wszystkich duszpasterzy i słuchać wyłącznie Słowa Bożego. Bez polityki. I tylko tyle. Czy wymagam zbyt wiele?

Dosyć już wylewania żółci. Czuję się czasem tym wszystkim wykorzystany. Ale a’propos ulewania i wykorzystywania. Mógłbym gorzej trafić. Na przykład na Syberię. Tam  ponoć pewna niedźwiedzica wykorzystuje biedne szaraczki na podpaski. Powiedział to pewien przestraszony i zakrwawiony zajączek, który na widok nadlatującej wrony uciekł gdzie pieprz rośnie. Zwiewał, bo podpowiedział niedźwiedzicy, że lepsze będą te ze skrzydełkami.

Jak w takim razie ja widzę moją Polskę? To proste jak drut. NOR-MAL-NĄ! Nie rozkrzyczaną i taką w której jest miejsce dla każdego! Dla nieludzi a ideologii. Dla bez wyjątku wszystkich puci. Dla rudego i tego na kaczych nogach. Dla policjantów i oszustów. Dla rolników i robotników. Dla lewicy, prawicy, konfederacji, komunistów i złodziei. Oczywiście każdy powinien mieć w niej swoje miejsce. Jedni w swoich mieszkaniach, inni według zasług – w swoich celach. Dużo by o tym mówić i pisać, dlatego posłużę się końcowym fragmentem wiersza Szymona Kusarka pt „Mój patriotyzm”. Jest w sam punkt i moim zdaniem zasługuje on na miano wzorcowego aforyzmu.

Nie ten dzisiaj patriotą
Który głośno Polska krzyczy
Ale ten kto wszystkim w Polsce
Bez wyjątku dobrze życzy.

Jerzy Wnukbauma