Moc pochwały.

Czasem zastanawiam się, jak daleko można posunąć się w wychwalaniu swoich przodków? Jak mówić i pisać o swoich pradziadach, by nie stać się zwykłym klepaczem i co najgorsze – nie wkurzyć swoich potomków, którzy zechcą kiedyś te pochwalne wyrazy czytać i weryfikować? Przyznam się szczerze – Nie wiem. Wydawałoby się, że najlepiej pisać prawdę. Podpierać się wiedzą i znalezionymi dokumentami, a w przypadku konfabulacji, użyć bezpiecznego przypuszczenia – „prawdopodobnie”. Przy tym wszystkim uważać, by nie przegiąć i wpuścić się w kanał. A to nie zawsze wychodzi. Wiem coś o tym.

Już samo poszukiwanie śladów swoich korzeni i tworzenie drzewa genealogicznego, jest upamiętnieniem i swojego rodzaju gloryfikacją przodków. Czy trzeba czegoś więcej? Myślę, że tak. Diabeł tkwi w szczegółach, które mogą umknąć naszym następcą. Naszym dziedzicom, którzy wcześniej nie zajmowali się poszukiwaniem swych korzeni  i którzy nie znają historycznych i społecznych realiów życia swoich przodków. A więc chwalić! Jak? Pozostawiam to czytającym.

Przypominam sobie jak przed laty prowadzący „Sekrety rodzinne”, zwracając się do osoby będącej beneficjentem odcinka, powiedział o jej babci, że zważając na miejsce zamieszkiwania i czas pokrywający się z pobytem w Kaliszu Marii Dąbrowskiej, jej babcia mogła znać osobiście pisarkę. Wiedząc jakie preferencje seksualne miała M. Dąbrowska, czekałem na jakieś sensacje. Ciągu dalszego nie było. Zresztą, użyty był tryb przypuszczający. Poszło w świat i wszyscy oglądający dowiedzieli się o znajomości babki i pisarki. Ja też pójdę już przetartą drogą. Zważywszy na czas i miejsce zamieszkiwania moich krewnych tj.  ojczystego dziadka Bronisława, jego rodzeństwa, oraz znanego polskiego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, dochodzę do analogicznych wniosków jak Tomasz Kammel w „Sekretach rodzinnych”. Mogli się znać. Do postawienia wykrzyknika w ostatnim zdaniu, że mogli się znać, niestety nie mam potwierdzających dokumentów, ani rodzinnych przekazów. Dzisiaj głęboko odczuwam brak rozmów z ojczystą babką, z moim ojcem i jego siostrą. Byli niemą skarbnicą wiedzy. Do Powstania Warszawskiego mieszkali w Warszawie. Wojenna trauma zrobiła swoje. Znając ich wojenne perypetie, nikt ich nie pytał o przejścia. Sami też nie chcieli rozmawiać o przeszłości. Dlatego dzisiaj pozostała mi improwizacja.

Mój ojczysty dziadek z rodziną, mieszkał w Warszawie na Towarowej.  Bardzo blisko bloku w którym mieszkał Konstanty Ildefons Gałczyński. O przysłowiowy rzut beretem. Gałczyński mieszkał na rogu Towarowej i Grzybowskiej w bloku nr 54. Moi pradziadkowie z dziećmi na Towarowej 42, za ul. Łucką. Najstarsza siostra mojego dziadka – Józefa po ślubie Swenson, mieszkała jeszcze bliżej. Na Towarowej 50. Blok w którym mieszkał Gałczyński i blok w którym mieszkała rodzina Swensonów, dzieliła tylko ulica Grzybowska. Na załączonej fotografii widać w głębi blok w którym w latach od 1905 do 1931 mieszkał Gałczyński. Czy mój dziadek znał poetę? Być może. Był starszy od Gałczyńskiego o szesnaście lat, jego siostra Józefa była starsza od poety o dwadzieścia lat. Więc raczej nie ten przedział wiekowy. Sadząc po różnicy wieku niekoniecznie na siebie wpadali. Wnoszę to po sobie. Gdy byłem dzieckiem a później starszym chłopakiem, miałem swoje towarzystwo. Nie przejmowałem się i nie kolegowałem ze smarkaczami. Ale lećmy dalej. Najmłodszy brat mojego dziadka Eugeniusz urodzony w 1905 roku, wiekowo pasuje do Gałczyńskiego. Podobnie najstarszy syn Józefy – Zenon Swenson urodzony w 1906 roku, mógł bawić się i kolegować z małym Konstantym Ildefonsem. Ganiać z nim po bruku Towarowej i Grzybowskiej z fajerkami na wygiętym w hak drucie, bawić sie w chowanego, w berka, łobuzować, wrzeszczeć i dawać popalić swym sąsiadom.  Znajomość ich mogła trwać 26 lat, do wyprowadzenia się poety z ulicy Towarowej.

Tu, w bloku na Towarowej 54 w 1929 roku powstał wiersz K.I. Gałczyńskiego zatytułowany „Ulica Towarowa”.

Tutaj wieczorem faceci grają na mandolinach
i ręką wiatru porusza ufarbowane wstążeczki.
W ogóle tu jest inaczej i gwiazdy są jak porzeczki,
i jest naprawdę wesoło, gdy księżyc wschodzi nad kinem.

Anioły proletariackie, dziewczyny, wychodzą z fabryk,
blondynki smukłe i smaczne, w oczach z ukrytym szafirem;
jedzą pestki i piją wodę sodową niezgrabnie;
pierś pokazując słońcu, piękną jak lirę. 

A kiedy wieczór znowu wyłoni się z mandolin,
a księżyc, co był nad kinem, za elektrownią schowa,
mgłami i alkoholem ulica Towarowa
rośnie i boli.

Nie lubię pisać i mówić o tym, co autor miał na myśli. Rozbiór moich wierszy na czynniki pierwsze traktuję jak profanację utworu. Z racji moich genealogicznych związków z tą ulicą, zrobię jednak wyjątek i powiem o czym według mnie pisał autor. Zacznę polskim zwyczajem od – A więc… Pierwsza zwrotka liryczna. Jak na wielkiego poetę przystało, Gałczyński pokazał  poetycki obraz warszawskiej ulicy. Moim zdaniem jest to kolorowy sen poety. Gdy już wszystko wydawałoby się piękne i pokolorowane, księżyc poetycko wschodzący nad kinem i gwiazdy wyglądające jak porzeczki, przychodzi czas na popołudniowe przebudzenie poety. Poeci tak mają. Wstają późno. Wydaje mi się, że inspiracją do napisania drugiej zwrotki prawdopodobnie był mały wypad autora z domu po gazetę lub papierosy. Na ulicy dostrzega ruch i fascynuje się obrazem proletariackich aniołów. Dopada go wena gdy widzi fajrant w warszawskiej fabryce i opisuje go podobnie jak bracia Lumiere – „Wyjście robotników z fabryki”. Wieczorem czar pryska i następuje szarość życia. Nocny kac. Ulica staje się mroczna i groźna. Świecący księżyc chowa się za elektrownią, by nie widzieć jak ulica rośnie i boli. O tej porze ulica Towarowa rządzi się swoimi prawami.

Jak widać w wierszu pojawia się alkohol  i ostry cień mgły który „rośnie i boli”. Czy w opisie ulicy pojawiają się moi męscy krewni. Mój dziadek, jego bracia i szwagrowie? Mam nadzieję że nie. Czytałem gdzieś, że w bloku w którym mieszkał K.I. Gałczyński, była pijacka melina. Chyba o to chodziło autorowi. Z dwojga złego z moimi krewnymi bardziej identyfikowałbym opis aniołów proletariackich. Poeta w ten sposób mógł opisywać moje ciociobabki. „Smukłe i smaczne blondynki z ukrytym szafirem w oczach i piersiach pięknych jak lira”. To wypisz wymaluj moje krewne – panny i panie Urzyczak, Wichrowskie, Swenson, Suska.

Moim zdaniem nie trzeba, jak to czynią niektórzy „genealodzy”,  na siłę doszukiwać się szlachectwa tam gdzie go nie było. Wyciągać pasujące do swojej układanki wnioski z etymologii nazwisk. Zakłamywać historię i fakty. Tracić czas i pieniądze. Do wychwalania przodków, a co za tym idzie nobilitacji samego siebie, wystarczy połączenie zdarzeń i zasugerowanie ich wysokiego prawdopodobieństwa, lub jak mawiał Anioł z „Alternatywy 4” – podwiesić się pod kogoś znacznego.

Na koniec o mojej innej próbie podniesienia swojego ego. Po rozwodzie moja szwagierka założyła we Włoszech koło Turynu swoją włoską rodzinę. Próbując po swojemu nazwać tą nową gałąź mojego genealogicznego drzewa, wymyślałem jej nowe nazwy. Dopasowywałem nazwy do przedrostka GENE: – GeneRoma – odpadło, to nie to miasto, GeneWłochy nie bardzo mi pasowały. Kojarzyłem je z gene zarostem. GenItalia – chociaż to w całej układance fonetycznie niczego sobie brzmiało, to przed rodziną mógłbym wyjść na wielkiego świntucha. Poprzestałem na gałęzi bez nazwy.

Jerzy Wnukbauma

Zaduszki genealogiczne 30 października

Zaduszki Genealogiczne wydarzenie online

Spotkamy się, aby porozmawiać o cmentarzach online i ich ogromnym znaczeniu dla badań genealogicznych. Pokażemy, jak korzystać z dostępnych baz, aby:
✨ odnaleźć miejsca pochówku przodków,
✨ dowiedzieć się więcej o ich życiu i rodzinnych historiach,
✨ zobaczyć, jak cyfrowe archiwa pomagają ocalić pamięć o ludziach i ich losach.
Spotkanie organizują: Stowarzyszenie Twoje Korzenie w Polsce oraz Instytut Piłsudskiego w Ameryce.
Dołączcie do nas i spędźcie z nami ten wyjątkowy, październikowy wieczór ️

 

Diabelskie mosty w Polsce i na świecie. 3 listopad 2025 godz. 17.00

Diabelski Most to często spotykana, zwłaszcza w Europie, nazwa „starożytnych” mostów. Większość z nich to powstałe w starożytności lub średniowieczu kamienne lub murarskie mosty łukowe. Jako pierwsi opanowali ich konstrukcję Egipcjanie już w VI w. pne. Nie wszystkie były spektakularnymi osiągnięciami architektonicznymi ale niektóre stały się przedmiotem fascynacji i szczególnego zainteresowania. Dotyczy to tych obiektów, które wydawały się niemożliwe do zbudowania przez człowieka i tylko bezpośrednia pomoc diabła pozwoliła je wznieść. Każdy z mostów ma swoją unikalną opowieść ludową.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszam w imieniu Leszka Dziedzica który wygłosi referat o zaskakującym tytule
Diabelskie mosty w Polsce i na świecie

Spotkanie odbędzie się w Muzeum Historii Kielce przy ulicy Leonarda 4 , 3 listopada 2025 o godzinie 17.

Serdecznie zapraszamy
Świętogen

Nie gryząc się w język.

Niepisaną zasadą ludzi zajmujących się badaniem więzi między bliźnimi swymi – jest niewcinanie się  (w ramach genealogii) w sprawy religii i polityki. Różnie z tym bywa. Drugą naszą (genealogów) niepisaną, świętą zasadą jest – niemówienie źle o przodkach. Z racji mojego stażu i wieloletniej obserwacji, uściśliłbym tą życiową mądrość doprecyzowaniem – „O swoich przodkach”. O innych jak najbardziej można. Pierwszym, lepszym przykładem jest dziadek Tuska.

Owszem można, a nawet trzeba mieć własne zdanie. Naszym (genealogów) bezspornym założeniem nie jest przecież milczenie. Czasem można, a nawet trzeba powiedzieć głośno, to co myśli się o szarganiu pamięci naszych przodków.  Zwłaszcza wtedy, gdy inni łamią powyższe zasady.

Codziennie, jak tylko pogoda i zdrowie na to pozwolą, wychodzę z moim teściem na przydomową ławeczkę. Teść korzysta z „ostatnich” promieni słońca. Ma 96 lat. Ja odrywam się od przyziemnych spraw. Siedzimy sobie i czasem gadamy. Najczęściej jednak milczymy przyglądając się otaczającemu nas światu. Czasem przysiądzie się do nas ktoś z sąsiadów, lub jakiś zmęczony, nieznajomy przechodzień. Z racji bliskiego sąsiedztwa specjalistycznej przychodni zdrowia, w godzinach porannych i południowych na ulicy zawsze jest ruch. Nie tak dawno, w oczekiwaniu na miejski autobus, na ławkę przysiadła się do nas moja sąsiadka. Spytała nas co myślimy o pokazywanej w TV, wystawie w Gdańsku. Dodała, że wśród eksponowanych fotografii  żołnierzy Wermachtu, jest zdjęcie dziadka Tuska. Znając jej poglądy na świat, unikam z nią rozmów o  polityce. Jej światopogląd poznałem na terenie kościoła w niedzielę wyborczą. Wtedy zaraz po wyjściu ze świątyni otwarcie wyznała, że nienawidzi Tuska. Nie podejmowałem tematu i zasugerowałem tylko, żeby wróciła i poszła do spowiedzi wyznając księdzu nienawiść do bliźniego swego. Tym razem jednak coś we mnie pękło. Nie milczałem i nie skierowałem rozmowy na inne tory. Spytałem ją tylko w jakim wojsku służył jej dziadek. Widząc jej zaskoczenie i zdziwienie moją reakcją, nie czekałem na odpowiedź. Dodałem szybko, że mój dziadek był potomkiem Niemca i z racji zamieszkiwania w Galicji w zaborze austriackim, służył w CK armii. Rozbawiła mnie jej reakcja -” Ty to co innego!” Niestety, nadjechał oczekiwany przez nią autobus i nie zdążyła mi powiedzieć na czym polegała moja, lub mojego dziadka wyjątkowość.

Nie zdążyłem z nią podyskutować, napiszę więc kilka słów o „naszych chłopcach'” na podstawie indeksowanych przeze mnie aktów ze świętokrzyskich parafii. Celowo używam słów będących tytułem gdańskiej wystawy – „Nasi chłopcy”, bo ci nasi rodzili się i zamieszkiwali na naszej świętokrzyskiej ziemi. Tu byli wcielani do wojska i służyli w carskiej armii. Tylko nieliczni z nich wracali do swoich wiosek. O większości z nich słuch zaginął. Ich kości bielą się na polach Europy i Azji. Aż po wschodnioazjatycki Port Artur. Niejeden z nich przeklinał dzień w którym został wcielony do wojska. Świadectwem, że służyli w „ruskim wojsku”, są liczne zapisy w aktach urodzeń zachowane w naszych archiwach. Wynika z nich jasno, że „ojciec dziecka służy w wojsku”. Czy muszę mówić w jakim wojsku skoro akty pisane były cyrylicą? Nieliczne akty w księgach zgonów poparte są numerami dokumentów wydanych przez dowódców jednostek lub garnizonów na okoliczność zgonu. Tu przyczyny są różne – zmarł w szpitalu, na polu walki, na wojennej służbie… W księgach małżeństw znajdują się natomiast tylko nieliczne adnotacje świadczące o tym, że zawierający związek małżeński Pan Młody był w carskim wojsku i ma uregulowany stosunek do służby wojskowej. (odpusknyj, lub zapastnyj sałdat). Oprócz tego zachowały się czysto wojskowe dokumenty produkowane przez kancelarie przy sztabach i garnizonach wojsk. – imienne wykazy poborowych, wykazów żołnierzy leczonych w lazaretach i listy osób zabitych i zaginionych. Tyle o naszych chłopcach przed i w czasie I Wojny Światowej. O II Wojnie Światowej i służbie „naszych chłopców” w wojsku niemieckim znacznie krócej. Nie będę ich różnicował pod względem zamieszkania. 370 tys. Polaków zostało siłą wcielonych do Wermachtu. Ponad 225 tys. zginęło na froncie.  Ponad 89 tys. zdezerterowało i walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych. Z kilkusetosobowego poboru do Goralische Wafen SS wcielono tylko kilku ochotników. Reszta zdezerterowała. Tylko 3 tys. dezerterów wybrało drogę Gustlika Jelenia – od Lenino do Berlina. Warto też wspomnieć o cywilnych  osobach mieszkających na terenach III Rzeszy działających w konspiracji lub walczących w AK.

Nasi chłopcy? Moim zdaniem, tytuł gdańskiej wystawy jest trafny. Wskazuje, na region z którego pochodzą tamci „chłopcy”. Sama wystawa pokazuje, że byli Polakami siłą wcielanymi do niemieckiej armii. Pewnie dlatego przeciwnicy tej wystawy (podobnie jak ja kiedyś), różnicują zaborców i okupantów na dobrych i złych. Znacznie przyjemniej, z zapartym tchem czytałem o przygodach dzielnego wojaka Szwejka i gefrajtra Kani niż jakiegoś pruskiego frajtra, feltfebla, lejtnanta z Wermachtu. A w naszym zaborze? Dorobienie się ogromnego majątku na handlu z ruskim wojskiem czyniło w moich oczach  Stanisława Wokulskiego zaradnym handlarzem i biznesmenem. Kolonistów niemieckich z „Placówki” tego samego autora, odbierałem znacznie krytyczniej. Później przygody Janka Kosa, Hansa Klosa i Franka Dolasa też zrobiły swoje. Dziś na dodatek wysłuchuję głupot; o lepszym i gorszym sorcie, o śmieciach, o chamskiej hołocie, o niemieckiej opcji. Przestępuję przy tym z nogi na nogę, bo boję się postawić ją tam gdzie stało ZOMO. I to wszystko pod hasłem -Tu jest Polska! Rozumiem emerytowanego zbawcę narodu. W końcu można mieć gorszy dzień i nie gryźć się w język. Śpiewać hymn „…z ziemi polskiej do Polski…”, mówić że „nikt mu nie wmówi, że białe to białe a czarne to czarne”, zachęcać swoich do głosowania cztery razy tak i tłumaczyć się że człowiek już stary i zmęczony. Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy to słuchają i z zachwytu klaszczą mu brawo.

Ura! Ura! Ura! My kulturnyj narod! My giermańca nie boimsja, my wsiegda idiom w pieriod! Jesteśmy przecież Słowianami. Mamy podobną fantazję i taką samą kulturę picia. Tyle w tym temacie. Sorry za pisanie o naszych przodkach bez ogródek. Z dwojga złego wolę mieć niewyparzoną gębę i nieprzygryziony język, bo muszę dbać o język. W końcu nie znam dnia, ani godziny. Tylko tyle pozostało mi z przyjemności.

Jerzy Wnukbauma

Mój milioner.

Chyba mam w swoim rodzie rekordzistę? Piszę „chyba”, bo nie sprawdzałem i nie porównywałem rekordu mojego przodka z innymi kandydatami ubiegającymi się o tytuł mistrza. W Księdze Rekordów Guinnessa nie ma męskiego odpowiednika w jego konkurencji. Historycznie i potencjalne przodownictwo przypisuje się jednak Czyngis Chanowi. Daleko mu do niego ale – było nie było – czempionem płodności w moim rodzie był mój prapradziadek Józef Franciszek Jan Burdziński urodzony we wsi Dalechowy parafia Imielno, syn Antoniego i Barbary z domu Żelichowska. Jego córka Antonina była matką mojej matecznej babki Heleny. Powie ktoś, odległe czasy. XIX wiek. I będzie miał rację. Od czasu jego narodzin minęło bez mała dwieście lat. Od jego śmierci sto dwadzieścia lat.  Ale ja patrzę na to z mojej perspektywy. Przy sprzyjających warunkach mógłbym widzieć swojego prapradziadka Józefa. Mój sześcioletni prawnuk ma jeszcze żyjącego prapradziadka. Odwiedza go ze swoimi rodzicami. Zagląda do jego pokoju. Witają się. Przybijają sobie piątki. Rozmawiają ze sobą. Czy go będzie pamiętał? To już inna sprawa.

Według rodzinnych przekazów mojej matecznej babki, jej dziadek Józef brał udział w Powstaniu Styczniowym. Pomny kilku nieścisłości w jej i mojej matki relacjach, postanowiłem to sprawdzić. W chwili wybuchu powstania miałby 35 lat. Mógłby więc brać udział, ale – w 1862r zmarła jego pierwsza żona Katarzyna z domu Patyńska. Pozostawiła go z gromadką małych dzieci. Z marszu ożenił się po raz drugi z moją prababką Marianną z domu Grontkowska. Druga żona wydaje mu na świat trzynaścioro dzieci. W tym moją prababkę Antoninę. Pierwsze dziecko (z drugą żoną) rodzi się w grudniu 1863 roku. Następne co rok prorok. Czy miałby czas iść do powstania? Być może. Pradziadek zmarł w 1904 roku, a więc jeszcze pod carskim zaborem. Gdy Polska odzyskała niepodległość, już nie żył i nie mógł udowodnić swego udziału w powstańczym zrywie. Z całą pewnością przekazał jednak swój patriotyzm w genach swoim dzieciom i wnukom. Kilkakrotnie pisałem o moich Burdzińskich w poprzednich artykułach. Według zamieszczonego na MyHeritage drzewa genealogicznego prowadzonego przez moją kuzynkę Paulę Skowron nasz wspólny przodek Józef Franciszek Jan Burdziński miał z dwoma żonami dwadzieścioro siedmioro dzieci. Bez mała o stówkę mniej niż ojciec Wirgiliusz. Pobierane na nie 800+ przysporzyłyby mu dziś niezły, miesięczny dochód wynoszący 21tys 600 zł. Rocznie 259tys 200 zł. Przez osiemnaście lat do uzyskania pełnoletności – To zresztą, obliczcie sobie sami.

Jerzy Wnukbauma

Dowody pamięci 1 września 2025 godzina 17.00


Zapraszam na najbliższe spotkanie Świętogenu które odbędzie się 1 września o godzinie 17.00 jak zwykle w budynku Muzeum Historii Kielc przy ulicy Leonarda 4. Opowiemy o inicjatywie środowiska genealogicznego, inicjatywie związanej z dostępem do tzw. kopert dowodowych.  Opowiemy o kopertach dowodowych, gdzie ich szukać jak uzyskać do nich dostęp, opowiemy na jakie dokumenty możemy liczyć w kopertach dowodowych naszych pradziadków, dziadków, rodziców.