Serce wie swoje.

Ilekroć przejeżdżam w pobliżu starej, od lat nieczynnej społemowskiej piekarni na Głęboczce, zastanawiam się w którym miejscu stał duży, drewniany dom, w którym mieszkała moja ojczysta babka. Dzisiaj w mojej pamięci zachowały się tylko nieliczne obrazy z rodzinnych wypadów na Głęboczkę; brukowana ulica Zagnańska, Superfosfaty, tartak, górujący nad całą okolicą stary szpital psychiatryczny… Wspomnieniom mym towarzyszy także smak pochłanianych po drodze pączków lub kajmaków. Zwieńczeniem podróży była krótka, gruntowa uliczka kończąca się tuż przy kolejowych torach. Na jej końcu stał dom w którym mieszkali moi krewni.

Kurcze! Co takiego jest w tym miejscu, że gdy jestem w jego pobliżu, za każdym razem mimowolnie mój wzrok kieruje się w jego stronę. Co takiego jest w tym zakątku, że nawet gdy jestem na drugim końcu świata, wracają dawne wspomnienia i ożywają w nich nieżyjący moi najbliżsi?  Co to za magia, że moim wspomnieniom towarzyszy odgłos przejeżdżających nieopodal pociągów oraz fabrycznych buczków ogłaszających fajrant w fabryce SHL? Co takiego sprawia, że dziś bezbłędnie rozpoznałbym zapachy tego miejsca; Superfosfatów, tartaku, piekarni i pobliskiej magistrali kolejowej. Co kryje w sobie ten niewielki skrawek ziemi przejęty przez rozbudowujący się KZWM, że moja cioteczna siostra, sześćdziesięcioletnia kobieta nie zważając na straż przemysłową, chce przeskoczyć zakładowy parkan? Co to za siła? Ta moc to nic innego jak duch miejsca – genius loci.

Co to jest genius loci? Dosłowne tłumaczenie to duch opiekuńczy miejsca. Jego łacińska nazwa sugeruje, że zjawisko jest stare jak świat. Ten martwy język doskonale oddziela istotę przyjaznego ducha od duchów które opuszczają ciało ludzkie i których należy się bać. Te w języku łacińskim nazwane są spiryt. Spirytus sanctus (powiew, tchnienie) to Duch Święty. Łacina jednak nie pokazuje istoty sprawy, bo w dosłownym tłumaczeniu genius to duch opiekuńczy. Wracamy więc z powrotem do punktu wyjścia – do ducha. Różnicę ducha w znaczeniu spiryt a genius doskonale wyjaśnia polszczyzna, gdyż w języku polskim słowo duch jest także określeniem cech natury ludzkiej; zapału, entuzjazmu, temperamentu, usposobienia, charakteru. I tak duch może być; bojowy, sprawczy, zwycięstwa, wolności. Ktoś może być wielkiego lub małego ducha. Ktoś może być nieobecny duchem. Można być Bogu ducha winnym, marzyć o czymś w skrytości ducha. Można spotkać się w duchu przyjaźni. Można stracić ducha, iść z duchem czasu, upaść na duchu, wyzionąć, lub oddać ducha. Może być duch czasu, duch świąt, duch opiekuńczy, duch miejsca. Gdy ostatni zgasi światło i zapanuje cisza, powiedzieć, że nie ma już żywego ducha i pożegnać się harcerskim okrzykiem – Czuj duch! Wyraz duch jest także członem słowotwórczym wyrazów takich jak; lekkoduch, łapiduch, pięknoduch, znajduch, zaduch, duchota. Powstałe w ten sposób nowe wyrazy  są określeniami pejoratywnymi tj. mającymi ujemny negatywny odcień. Nasz duch miejsca – to coś, co podobnie jak duch (spiryt) jest nieuchwytne, lecz przez nas odczuwalne. Zawarty jest w murach, przestrzeniach, rzeczach i ludziach, którzy je wypełniają (lub wypełniali) swoim życiem. Towarzyszy wszystkim ludziom, jednak różnie go odczuwamy i opisujemy.

Według słowników duch opiekuńczy miejsca nie posiada jednej, uniwersalnej definicji. Nie będę się silił na naukowe wyjaśnienia. Samo  pojecie „MIEJSCE” nie jest sprecyzowane. Dla każdego człowieka jest to inny obiekt zainteresowania. Dla ludzi zajmujących się poszukiwaniem swoich korzeni miejscem takim zazwyczaj są; dom rodzinny, ojcowizna, strony rodzinne, region, parafia, archiwum w którym znajdują się ślady pobytu naszych przodków. W naszym odczuciu, takie miejsca obdarzone są wyjątkowymi cechami  i w istotny sposób wpływają na naszą wyobraźnię. Nie wyklucza to faktu, że takich miejsc możemy mieć setki, oddalonych od siebie nawet o wiele kilometrów. Miejsc mających i nie mających nic wspólnego z naszymi korzeniami. Co się zaś tyczy ducha. Ducha opiekuna miejsca. To relacja zachodząca w nas samych. Relacja człowiek-miejsce. Są to te silne odczucia, które rodzą się gdy patrzymy lub tylko wspominamy takie miejsca.

Nie znaczy to jednak, że miejsca w których mieszka duch genius loci są wyjątkowe. Nie znajdują się w nich bliżej niepojęte miejsca mocy, promieniowanie kosmiczne, czakramy, lub jakieś inne anomalia fizyczne. Są to zazwyczaj zwykłe miejsca, mające swoją rangę tylko w określonych przypadkach, a mianowicie gdy zachodzi w nas wspomniana relacja – relacja człowiek-miejsce tj. silny lub nawet słaby, sentymentalny związek emocjonalny z tym miejscem.

Nie wszyscy zjadacze chleba czują ducha miejsca i nie wszyscy gotowi są na spotkanie z nim. Część ludzi obojętnie przechodzi obok miejsc obdarzonych genius loci i nie robi on na nich żadnego wrażenia. Nie czują tego ducha. By doświadczyć jego władczą moc, musimy dać sobie szansę na poczucie jego obecności. A możemy go poczuć, dostrzec i doświadczyć pod jednym warunkiem – gdy potrafimy; zwolnić, wyluzować, wsłuchać się w głos swego serca. Człowiek zaganiany „nie ma czasu na takie pierdoły”. Ludzie odwiedzający miejsce z zegarkiem w ręku, ludzie którym pali się grunt pod nogami, nie są w stanie poczuć tego ducha. Co najwyżej mogą zrobić sobie na tle takiego miejsca sweet focie, by później móc chwalić się nim znajomym na facebooku. Jak pisał Ryszard Kapuściński – „Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz.” I to jest prawda.

Nie zdając sobie z tego sprawy, sami  wpływamy na ducha miejsca w którym mieszkamy, pracujemy, przebywamy, opiekujemy się nim. Wystarczy wspomnieć, że idąc do; teatru, filharmonii, opery ubieramy się stosownie. Wpływając na jakość swojego życia i społeczności wokół nas przyczyniamy się do poczucia tożsamości z tym miejscem. Duch tak postrzeganego miejsca wzbogaca sferę duchową człowieka, nobilituje go, wpływa na jakość życia, obliguje go do bycia innym, lepszym. Miejsca takie potęgują naszą wrażliwość. Posiadają moc wywoływania wspomnień. Znajdując się w nich dostrzegamy odległe zjawiska związane z przeszłością. Oprócz miejsc ściśle związanych z naszymi przodkami, niezaprzeczalnie wszystkie świątynie, muzea i atrakcje turystyczne mają takiego ducha. Posiadają wyjątkowy, specyficzny niepowtarzalny klimat, mają swoją tradycję i wyjątkowa atmosferę.

Dzisiaj obserwuje się tendencje przeciwne tzn. niedoceniania roli ducha miejsca. Zmniejszanie jego roli oddziaływania na otoczenie, a nawet celowe niszczenie go. Powodów jest kilka. Brak wrażliwości, kultury, wiedzy, bądź też chęć celowego zniszczenia. Duch miejsca jest zarówno zjawiskiem cennym jak i nietrwałym. Podlega zmianom a czasem przestaje w ogóle istnieć. By go zachować i ocalić trzeba go rozpoznać i zrozumieć.

Na koniec zagadka. Czy duchem miejsca jest; BIAŁA DAMA z zamku w Kórniku, tatrzański ŚPIĄCY RYCERZ, lub przybierający ludzką postać SKARBEK? Odpowiedź jest prosta. Mózg analizuje i kalkuluje, duch podpowiada i wzywa, a serce wie swoje. To genius loci tych miejsc – zamku w Kurniku, Doliny Kościeliskiej i Tatr, a także licznych kopalń – sprawił, że powstawały o nich legendy i miejscowe podania.

Jerzy Wnukbauma.

Jasna cholera.

Indeksując dziewiętnastowieczne księgi z parafii Sędziszów, natknąłem się na kilka kolejno zapisanych po sobie aktów zgonów, osób zamieszkałych w tej samej miejscowości i noszących to samo nazwisko. Zbieg okoliczności? Nie trzeba marnować czasu na analizowanie faktów. Wystarczy jeden rzut oka, by stwierdzić, że do piachu poszła cała rodzina. Rodzice i ich dzieci. Co było powodem ich śmierci? Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy przyczyną ich zgonu była choroba. Znajdujące się w państwowych archiwach duplikaty ksiąg, nie zawierają informacji o przyczynach zgonów. Pomimo to, takie akty robią na mnie przytłaczające wrażenie. W takich chwilach chciałbym, żeby indeksację aktów zgonów robili za mnie przeciwnicy obowiązkowych szczepień.

Od czasu do czasu świat obiega informacja o ogniskach chorób zakaźnych. Wszystkich ogarnia wtedy panika, a internetowe fora pękają w szwach od nadmiaru chętnych do pogaduch. Z czasem wszystko wraca do normy. Świat uspakaja się. Okazuje się, że zagrożenie nie było wcale tak wielkie jak starano się nam wmówić. Ptasie czy świńskie grypy, okazują się nie tak groźne dla ludzi jak je nam starano się przedstawić. Pacjenci mają pretensje do lekarzy. Lekarze do polityków. Politycy do WHO. Wszyscy zarzucają Światowej Organizacji Zdrowia niekompetencję i wymuszanie na krajach członkowskich kupowanie od koncernów farmakologicznych drogich szczepionek, które na domiar złego nie zostały przebadane i wyrządzają więcej szkód niż pożytku. Z czasem wszystko przycicha. Wszyscy wiedzą o co chodzi, bo jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Winni nie są ukarani. Ten łańcuch kryminogennych powiązań działa tylko w jedną stronę. Skończę na tym, bo nie jestem od wskazywania, karania lub rozgrzeszania winnych. Zajmę się inną sprawą. Napiszę o zarazach które kiedyś dziesiątkowały naszych przodków.

O wielkich epidemiach dziesiątkujących starożytnych ateńczyków i rzymian wiemy niewiele. Historycy sprzeczają się co do rodzajów chorób powodujących rozprzestrzenianie się starożytnych zaraz. Na czele tych chorób były; dżuma, tyfus, cholera i ospa. Inne, choć też śmiertelne, nie wywoływały tak szybko rozprzestrzeniających się po świecie epidemii. Najgroźniejszą zarazą jaka nawiedziła Ziemię była dżuma – czarna śmierć. Kilkakrotnie atakowała ludność Ziemi. Na wielką skalę w Europie szalała kilkakrotnie. Największe żniwo zebrała w VI i w XIV wieku. Ta pierwsza nazwana została od imienia bizantyjskiego władcy dżumą Justyniana. Początkiem pierwszej pandemii była Etiopia. Druga znacznie większa miała swój początek w Chinach. Po uśmierceniu ok 25 mln Azjatów jedwabnym szlakiem niesiona przez kupców i mongolskie wojska inwazyjne parła na Zachód. W ciągu kilku lat cała Azja Mniejsza oraz tereny okupowane przez Złotą Ordę nad Wołgą i na Krymie zostały zainfekowane tą śmiertelną chorobą. Do Europy dotarła za sprawą kupców z Genui i Wenecji. Po najeździe mongolskiego chana na Kaffę (port handlowy na Krymie), wystraszeni kupcy spakowali swój dobytek na 12 statków i popłynęli w strony ojczyste. Zatrzymywali się po drodze w Konstantynopolu i w innych licznych portach Morza Śródziemnego. Dotarli do Genui, Wenecji i Pizzy niosąc za sobą zarazę dżumy. Z zadżumionych portów, drogą morską i lądową dżuma szybko rozprzestrzeniła się po całej Europie. Dotarła aż do Moskwy. Nie ominęła także Polski.

W XIX wieku naszych przodków nękała także cholera. Ta ostra, zakaźna choroba przewodu pokarmowego do Polski dotarła za sprawą wojsk rosyjskich podczas powstania listopadowego. Ten początkowy nasz sprzymierzeniec w walce z zaborcą, przyczynił się do śmierci wielu istnień ludzkich. Choroba nie przebierała w ofiarach. Na całym świecie atakowała zarówno; białych, azjatów, czarno i czerwonoskórych. Bogatych i biednych. Zmarł na nią min. wielki książę Konstanty, carski marszałek Dybicz i nasz wieszcz Adam Mickiewicz. Tereny polski obfitują w liczne XIX wieczne krzyże choleryczne – karawaki. W Polsce cholera po raz ostatni zebrała żniwo w latach 1892- 1894.

Tyfus inaczej dur plamisty to kolejna choroba zakaźna dziesiątkująca naszych przodków. Roznoszona jest przez wszy i pchły ludzkie. Między innymi jego epidemia odpowiedzialna jest za odwrót  wojsk Napoleona z Rosji. W jej wyniku zmarło ponad 400 tys. żołnierzy. Powrót zarazy nastąpił podczas I Wojny Światowej. Zabijała także w więzieniach. Do czasu pojawienia się penicyliny i antybiotyków jedynym lekarstwem na cholerę były szczepionki wynalezione w latach dwudziestych XX wieku przez polskiego biologa Rudolfa Weigla.

Grypa. Odmiana tej sezonowej choroby zakaźnej, zwanej hiszpanką, w 1918 roku zaatakowała ludzi na wszystkich kontynentach. Zabiła ponad 100 mln ludzi. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Liczne żniwo zbierała w przedziale wiekowym 20 do 40 lat.

Miałem nadzieję, że w XXI wieku wirusy już nigdy nie wydostaną się na światło dzienne. Myliłem się. Według arcybiskupa Marka Jędraszewskiego czeka nas inna, jeszcze większa zaraza. Tęczowa. I jak tu żyć i ewentualnie zapobiegać jej pandemii? Na NFZ nie mamy co liczyć, bo jaka jest służba zdrowia każdy widzi. Na jej reformowanie, ze Skarbu Państwa poszło już tyle pieniędzy, że już dawno sama powinna się wyleczyć. Pozostają tylko tradycyjne metody; wiara, zielarstwo, szczepionki, pijawki i bańki? Sorry. Znowu  gafa. Te ostatnie puszczane przeze mnie w dzieciństwie mieniły się przecież kolorami tęczy. Niesione przez wiatr tęczowe bańki szybko rozprzestrzeniałyby się po całym świecie przyczyniając się do dalszego roznoszenia zarazy. Pozostaje niekonwencjonalna ochrona. Tylko nie mów tego nikomu. Ja zapobiegawczo zaciskam pośladki i odnoszę wrażenie, że to Ekscelencja zamyka się przed ludźmi w doskonale pilnowanych, szczelnie zamkniętych „laboratoriach”.                                                                                     Jerzy Wnukbauma.

Szukali nowych, nieodkrytych dróg.

Mój mateczny dziadek Władysław tułał się z rodziną po świecie jak przysłowiowy Cygan. Pracował; w Mielcu, we Fryszerce, w Kielcach, w Książu Wielkim, w Koluszkach, w Bliżynie, w Chęcinach, w Kowlu, w Ciepielowie. Za każdym razem gdy zmieniał miejsce swojej pracy, obiecywał mojej babci, że to już ich ostatnia przeprowadzka. Mówił jej -„Helu! To ostatni raz i osiądziemy już na swoim.” Były nawet widoki na jego ustatkowanie się. Miał koło Mielca własną działkę budowlaną. Zgromadził na niej materiał na budowę ich własnego domu. Plany przerwała jego śmierć. Moja babka zgodnie z przyrzeczeniem małżeńskim – Gdzie ty Gajuszu tam i  ja Gaja – przemierzała wraz z mężem świat i wszędzie tam gdzie dziadkowi wpadła w ręce praca, prowadziła mu rodzinny dom. Niezaprzeczalnym dowodem na migrację po całej Polsce moich dziadków, są rozsiane po kraju akty urodzenia ich dzieci. Czworo dzieci i cztery odległe od siebie miejsca ich urodzeń. Nie zastanawiałem się nad przyczyną częstych przeprowadzek dziadków. Znałem ją z rodzinnych przekazów. Powodem tułaczki był zawód dziadka. Był mechanikiem tartacznym. Budował nowe, lub rozbudowywał istniejące tartaki. Zastanawiałem się jednak nad tym, skąd dziadek wiedział gdzie ma się udać w poszukiwaniu nowej pracy? Nie w każdej miejscowości były tartaki i nie we wszystkich tartakach była możliwość pracy.

Wbrew pozorom poszukiwanie pracy nie musiało być takie trudne. Po odzyskaniu niepodległości Polska powołała państwową służbę zajmującą się pomocą osobą poszukującym pracę. Niedługo po zakończeniu I Wojny Światowej, w dniu 27 stycznia 1919 roku, Naczelnik Państwa na wniosek Premiera RP  podpisał dekret o powołaniu Państwowych Urzędów Pośrednictwa Pracy i opieki nad wychodźcami. Na tamte czasy urzędy te znakomicie spełniały swoją rolę. Te międzywojenne biura pośrednictwa pracy, działały do wybuchu II Wojny Światowej. Dodając do tego stare jak świat, wypróbowane metody poszukiwania pracy ; koniec języka za przewodnika, rozsyłanie wici po rodzinie i znajomych, szukanie informacji w przydrożnych karczmach, wypytywanie podróżnych, kupców, przewoźników, wędrownych czeladników. Źródłem informacji były również liczne cechy i izby rzemieślnicze.

No dobrze, ale jak znajdowano pracę na długo przed powołaniem państwowych czy prywatnych urzędów? Dajmy na to w XVIII lub w XIX wieku? W wieku pary i elektryczności? Jakim cudem o czekającej za oceanem pracy mógł wiedzieć w XVIII wieku niepiśmienny góral? Co sprawiło, że o możliwości pracy w jeziorańskiej papierni dowiedział się mój krewny Olaf Swenson urodzony w Danii w Kopenhadze syn Swena i Elżbiety? Z jego aktu małżeńskiego wynika, że był czeladnikiem kunsztu papierniczego. Pracował w papierni w Jeziornie. Skąd u licha wiedzieli w Kopenhadze, że w odległej, podwarszawskiej miejscowości jest zakład papierniczy i że oczekują tu na Duńczyków z otwartymi rękami. Tego niestety się nie dowiem. Mogę tylko użyć swojej fantazji.

Sięgając jeszcze w odleglejsze lata, kilka wieków wstecz, do okresu kamienia łupanego czy późniejszych dymarek, wiedza moja jest znacznie uboższa. Nawet wyobraźnia mówi pas. Według Tacyta rzymskiego historyka, w tamtym okresie ziemie te zamieszkiwały związki plemienne. Tworzyły one konfederacje. Wśród najsilniejszych wymienia Tacyt plemiona; Lugiów, Hariów, Helwekonów, Manimów, Helizjów, Nahanarwalów. Wymówić trudno a co dopiero zapamiętać. Nie będę silił się na naukowe wywody. Przynależność etniczna „naszych przodków” nawet dla naukowców jest wciąż dyskusyjna. Uczeni różnią się nawet kierunkiem, z którego przyszli na te tereny pierwsi osadnicy. Ja skłaniam się do głosów laickiej większości czyli do przywędrowania koczowniczych plemion z Piątnicy. Bo jak nie z Piątnicy to skąd? Większość naukowców wskazuje jednak na ich migrację z Wyżyny Sandomierskiej.

Jak wspomniałem wcześniej nurtuje mnie inne zagadnienie, a mianowicie skąd starożytni ludzie wiedzieli, że tu czekała na nich praca? Jak orientowali się, że na tych a nie innych terenach były interesujące ich pokłady krzemienia pasiastego, rudy żelaza, rudy ołowiu i miedzi? Skąd rolniczy lub koczowniczy ludek czerpał wiedzę o sposobie wydobywania i pozyskiwania metali w niełatwym,  skomplikowanym procesie wytopu? Tego nie mogli wiedzieć miejscowi mieszkańcy parający się zbieractwem, myślistwem, czy rolnictwem. Owszem mogli znajdować pojedyncze bryłki rud metali robiąc orkę lub kopiąc studnie. Mogli znajdować bryłki kruszców wymywane przez miejscowe potoki. Moim zdaniem to wszystko na co było ich stać. Nie znając zasad geologii, nie mając wiedzy o górniczych sposobach wydobywania podziemnych skarbów narażali by tylko swoje życie. Zresztą. Załóżmy, że udało im się wykraść Skarbkowi skarby, nie mając pojęcia o wytopie metali, cały ich trud poszedłby na marne. W ogniskach domowych co najwyżej wypalali by tylko cegły i garnki gliniane. Na wytop żelaza metodą prób i błędów nie starczyłoby życia. Zapewne na te tereny przyszli z sąsiednich krajów Europy lub z Azji specjalizujący się w wydobyciu podziemnych skarbów gwarkowie. Za nimi przywedrowali hutnicy i kowale. Kim oni byli? Daleki jestem od hipotez Ericha von Dänikena o wpływie istot pozaziemskich na życie naszych przodków wywodzących się od Adama i Ewy. Nie docierają do mnie i pozostawiam je większym ode mnie fantastom.   Jerzy Wnukbauma.

Dawno, dawno temu.

Niedawno, przed moim wyjściem na zebranie „Świętogenu”, żona nakręciła naszą trzyletnią wnuczkę by ta zapytała mnie co robią genealodzy. Nie czekałem na pytanie. Dałem znać obu paniom, że spieszy mi się bardzo i gotów jestem na udzielenie wyczerpujących odpowiedzi, ale dopiero po powrocie z zebrania. Nie dałem się wkręcić. Każda moja odpowiedź mogłaby rodzić galopadę pytań – Dziadziusiu! A dlacego?  Nie znalazłbym czasu na objaśnienie dziecku. Było już późno, przede mną długa droga. Myślami byłem już na spotkaniu. Obiecałem wnuczce i babci, że po powrocie do domu udzielę im krótkiego instruktażu. Dałem obu całusa i wyszedłem.

W drodze powrotnej przypomniałem sobie o danej wnuczce obietnicy. Zastanawiałem się nad stosowną do jej wieku odpowiedzią. Ułożyłem nawet krótki konspekt. Trafny, prosty, odpowiedni do późnej pory dnia i wieku małego przedszkolaczka. Zaczynał się utartym zwrotem – „Dawno, dawno temu.” To stare jak świat zdanie jest inicjałem większości bajek. Zagajeniem bez mała każdej opowieści na dobranoc. Używane jest często, bo buduje tajemniczy, bajkowy klimat. Dlatego też wydaje mi się być najlepszym wstępem i do mojej rozmowy z dzieckiem. A co się tyczy żony. Będę musiał nieco wysilić się i odkoloryzować opowieść o tym czym zajmuje się dziadek na zebraniach. Z nią nie pójdzie mi tak łatwo, bo intuicyjnie wyczuwa,  kiedy jestem niepoprawnym bajkopisarzem.

Na szczęście Państwu nie muszę wyjaśniać czym zajmują się genealodzy. Doskonale wiemy co robimy. Mam natomiast przekonanie graniczące z pewnością, że zapominamy o bajkowości naszego hobby. To określenie może wydawać się komuś nietrafne lub zbyt na wyrost. Ja uważam jednak, że w naszą pasję też wpisany jest bajkowy klimat. Tylko trzeba dać sobie szansę go poczuć. Jak dziecko, poddać się chwili i dać się ponieść wyobraźni. Podobnie jak to robią „genealodzy” doszukujący się swojego szlacheckiego pochodzenia. „Koleżanki” i „koledzy” wertujący wszystkie możliwe herbarze w poszukiwaniu swojego nazwiska, którzy z chwilą znalezienia go w herbarzu, pielęgnują marzenia o znamienitych przodkach, herbie i błękicie swojej krwi. Nie mam nic przeciwko genealogii szlacheckiej. Jest wspaniała i  prawdziwa. Pod warunkiem udokumentowania szlachectwa przodków w archiwalnych dokumentach. Grupę pseudo genealogów podaję tu tylko jako przykład doznań. Uważam, że mając pochodzenie chłopskie, też można podobnie jak oni nakręcać się. Jak oni postrzegać wyższość swych bliskich i doświadczać podobnej dumy. Mierzyć czas miarą – Dawno, dawno temu. W genealogii jednak ten wstęp bajek, jest zwieńczeniem naszych poszukiwań. Dochodzimy do granic możliwości, walimy głową w mur i jak w bajce żyjemy nadzieją – A nuż gdzieś, ktoś, jeszcze, kiedyś. Jak dzieci łakniemy dowiedzieć się co było jeszcze wcześniej – dawniej, dawniej temu.

O feerycznym, mieniącym się barwami, pulsującym światłem i przesyconym dźwiękami świecie w którym żyli moi przodkowie, opowiem szerzej na naszym powakacyjnym zebraniu. Oczywiście wtedy, gdy Kornelia pozwoli. Postaram się uwolnić swoje wspomnienia zamknięte w szufladzie. Zabawię się w narratora i dołożę wszelkich starań by ożywić uwięziony w starych aktach; obraz i dźwięk. Wskazane będzie zamknięcie oczu i wczucie się w klimat. Będę mówił cicho i powoli. Czasem włączę nastrojową muzykę. Sprawi ona nastrój tego spotkania. Być może uda mi się też sprawić przewietrzenie Waszych szuflad.

Jerzy Wnukbauma.

Jak liść (autokrytyka).

Po wojnie, w dobie socjalistycznej budowy kraju, „modne” było składanie samokrytyki. Była ona publicznym przyznaniem się skruszonych osób do popełnienia odstępstw od jedynie słusznej drogi. Celowo wziąłem w cudzysłów ich popularność, gdyż były to zazwyczaj wymuszane przez kolektyw rachunki sumienia. Czasem nie była to jedyna kara za prawdziwe lub domniemane, niepopełnione czyny. Często gęsto samobiczujący się słowem, po wyznaniu samokrytyki odbywał pokutę. Zostawał przesuwany na niższe stanowisko, lub był usuwany z szeregów partii i szedł do więzienia. Była podstawa prawna – przyznał się przecież do błędu. Dzisiaj przepraszanie jest oznaką słabości. Jest to pojęcie mylne i krzywdzące dla osoby tak „spowiadającej się”. Trzeba mieć odwagę by pokajać się publicznie. Dlatego też z wrodzoną sobie skromnością wyznaję szczerze moje zaprzaństwo. Mea culpa.

Kiedy zaczynałem genealogiczną przygodę, łapałem się każdego sposobu. Byle tylko mieć, byle szybko i byle jak. Postrzegałem drzewo jako zwieńczenie poszukiwań. Dzisiaj wiem, że myliłem się. Cała para szła w gwizdek, a ja wciąż o moim drzewie wiedziałem tyle, co pojedynczy liść o swoim drzewie. Nic a nic. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Zacząłem czerpać składniki nieodzowne do jego życia z innych, bogatszych źródeł. Nadal żyłem drzewem, lecz coraz częściej sięgałem do innych materiałów; do przekazów historycznych, do etnologii, do informacji  regionalnych, do wspomnień starych mieszkańców, do genetyki. Spróbowałem nawet zrobić rodzinny genogram. Zacząłem postrzegać genealogię znacznie szerzej i znacznie bogaciej. Poczułem się jego (drzewa) nierozłącznym elementem.

Gdy napotykam w aktach nieznane, inne niż dotychczasowe miejsce urodzenia lub zamieszkania moich przodków, włącza mi się funkcja „szukaj i sprawdź”. Większość miejscowości, które wiem gdzie leżą, z racji braku czasu, zaliczam pobieżnie. Wsie w których znajdowały się rodowe posiadłości, oraz miejscowości, które zostały zasiedlone przez moich krewnych, bardziej leżą mi na sercu i zgłębiam je dokładniej. Tu pomocne okazują się książki historyczne i opracowania etnograficzne. Z nich poznaję; historię, zarys społeczny, geopolityczny, gospodarczy interesującego mnie regionu. Poznaję miejscowy folklor; muzykę, stroje ludowe, zwyczaje i obyczaje, miejscowe wyroby. Czasami dowiaduję się o znanych ludziach urodzonych bądź zamieszkałych na tych terenach. Po ostatnich słownych przepychankach naszych starszych braci w wierze, śledzę też relacje między kościołem a synagogą.

Kiedy przypominam sobie moje początki, czuję się trochę zażenowany. Jak można było być aż tak niemądrym i naiwnym. Jak można było pokładać wielkie nadzieje w etymologii? Liczyć, że pomoże mi ona dojść do sedna sprawy? Do genezy, do rodowego gniazda, do źródła od którego moje nazwisko wzięło swoją nazwę. Kiedy przestałem pokładać nadzieję a zacząłem przyswajać wiedzę, stało się to co musiało się stać. Cud. Dzięki etnografii natrafiłem na etymologię swojego nazwiska. Dowiedziałem się od czego wywodzi się jego nazwa i skąd pochodzili moi przodkowie po mieczu. Wcześniejsze badania genealogiczne, choć kierunkowały mnie właściwie, nie dawały mi tak szerokiego spektrum. Dzięki etnografii nie umrę nieświadomy, bo wiem, że „Lepiej na Łurzycu na wierzbie, niż na Polesiu w izbie” oraz  że „Na Łurzycu woda topi”. Posiadłem też wiedzę – „Za co piją łurzycoki. – Za pszenice i buroki”. Robiąc głębszą archeologię dusz – genogram, poczułem się lekko oszukany. Miał zaspokoić potrzebę poznania i zrozumienia przeszłości mojej rodziny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle – „wiem, że nadal nic nie wiem”. By mieć efekty, muszę jeszcze podkształcić się w dziedzinie psychologii, socjologii, politologii, prawa, norm społecznych i prawnych. O psychiatrii nie wspomnę.

Sorry. Byłbym zapomniał. Przez cały czas zajmowania się poszukiwaniem swych korzeni, byłem pasożytem czerpiącym treściwe soki z pracy innych. Dzień bez przeszukiwania genealogicznych stron, ściągania zeskanowanych i zindeksowanych przez kogoś aktów, bez wertowania wyszukiwarek nazwisk, tabel, herbarzy, uważałem za dzień stracony. Za wszystkie grzechy żałuję. Widząc znaczące pukanie i słysząc głos żony – Nie grzesz więcej – odchodzę w pokorze odbyć pokutę.

Jerzy Wnukbauma.

Scyzoryk.

Mam już tego dość! Mam już dosyć genealogii! Za każdym razem, gdy natrafiam w aktach na poprzednie (stare) miejsce urodzenia i zamieszkiwania moich przodków, staram się dowiedzieć jak najwięcej o terenach z których się wywodzą. Sięgam po lekturę i poznaję historię tych miejscowości. Niestety, często gęsto odchorowuję przyswojoną wiedzę i wtedy chce mi się wyć. Owszem, nikt mi nie obiecywał, że będzie łatwo, Ale nikt mnie w porę nie ostrzegł, że czasem może też być toksycznie.

W mojej dziesięcioletniej, genealogicznej karierze, kilka razy zdarzyło się, że pogłębiając wiedzę o mych przodkach, poczułem nagłe bicie serca i przypływ krwi do mózgu. Tak było w przypadku czytania o Rzezi Galicyjskiej, Rzezi Ochoty, Rzezi Wołyńskiej, Rzezi Woli. Ginęli w nich bez wieści moi kuzyni i krewni po mieczu i po kądzieli. Ginęli krewni, żony i moich kuzynów. Przy pojedynczych, tragicznych zejściach moich krewnych, zazwyczaj stawiałem tylko krótkie adnotacje: – „zginął w obozie”, „zginął w powstaniu”, „zginął na wojnie”, „zginął w potyczce”, „zakatowany w więzieniu”, „zamordowany w Katyniu”. Rzadziej dopisywałem – „ zamordowana przez Austriaków”, „zamordowana przez żołnierzy rosyjskich”, „zastrzelona przez ukraińskiego snajpera”… Taką wiedzą o nich mogę się „pochwalić”, bo odnajdywałem ją w alegatach do aktów powtórnych małżeństw pozostałych przy życiu wdowców i wdów po zamordowanych przodkach. W przypadku siostry mojego dziadka o fakcie zastrzelenia jej i jej syna przez ukraińskiego snajpera, dowiedziałem się od kuzynki. Jest ona w posiadaniu pozostałej po nich niecodziennej pamiątki – przestrzelonej blaszanej miski, w której niosła zupę dla powstańców warszawskich. Czas leczy jednak rany. Powoli przyzwyczajam się. Siedzę już znacznie spokojniej w domu, zbieram i porządkuję informacje o moich bliskich. Ciśnienie skoczyło mi znowu, gdy dowiedziałem się, że moje rodzinne miasto może być postrzegane jak narkotyczna wizja Witkacego w wierszu „Do przyjaciół gówniarzy”.  By to sprawdzić, zabrałem się do lektury niedawno ukazanej się książki o pogromie kieleckim.

Po przeczytaniu dwóch tomów książki, muszę stwierdzić, że kreśląc społeczny portret mieszkańców Kielc z czasów kieleckiego pogromu, autorka przez dodanie tych a nie innych dokumentów dotyczących opisów miasta, trochę przejaskrawia ten obraz. Ale… Podobne przekazy „Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy” ukazywali też inni autorzy. Przeczytałem, przełknąłem gorzką pigułkę i mam na ten temat swoje zdanie. Nie noszę się z zamiarem komentować czegokolwiek, a tym bardziej tego publikować. Autorka nie wywoła mnie do tablicy (jak Wałęsa Turowicza) nawet tym, że w kilku miejscach posługuje się genealogicznym słownictwem; genealogia kieleckiego establishmentu, genealogia żydokomuny, genealogia tłumu… Przytacza także staropolskie zwroty. Tu cytat; „Kielce oplata sieć rodzinnych powiązań i układów. Aby je pojąć, należałoby odkurzyć nazwy staropolskich relacji krewniaczych; szurza (brat żony), zełwa (siostra męża), dziewiarz (brat męża), jątrew (żona brata), czy świeść (siostra żony). Innymi słowy, rozważyć zapomnianą genealogię kumoterstwa”.

O tej „zapomnianej genealogii kumoterstwa” ja przed laty napisałem wiersz „Geburtsztak”. Zakończyłem go stwierdzeniem dziecka które –

„ …Mówiąc śle do mnie uśmiech słodki,

To są dziadkowie, wujkowie i ciotki”.

Z podobnym zażenowaniem co redaktor Jerzy Turowicz zabiorę głos w innej sprawie. Będę adwokatem diabła w sprawie mojej teorii – co by było gdyby.

Moi rodzice do Kielc przybyli w 1949 roku. Urodziłem się po pogromie. Mieszkam tu od urodzenia i inaczej postrzegam Kielce. Co do pogromu. Starałem się być bezstronny. W niektórych sprawach nie mogę być i nie jestem obiektywny. Jest mi przykro, że do dzisiejszego dnia sączy się jad po obu stronach barykady. Pomimo to, a właściwie dlatego trzeba mówić i pisać prawdę. Prawdę i tylko prawdę. Nawet gdyby to miało zaboleć.

Na każdej stronie książki aż roi się od Żydów. Zgoda! Inaczej nie można by było opisać zdarzeń i napisać dwóch opasłych tomów książki. Jednak moim skromnym zdaniem sprawy trzeba nazywać po imieniu – CZŁOWIEK! Zgodnie z prawdą, mówić i pisać o człowieku. Nie o mordowaniu; Żydów, Polaków, Cyganów, Indian, a o zabijaniu ludzi. Społeczny portret wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej byłby jasny i przejrzysty. Utopia?

Książka którą skończyłem czytać jest niczym wielofunkcyjny, szwajcarski nóż oficerski. Każdy jej rozdział jest jak w szwajcarskim nożu – kolejnym, nowo otwartym narzędziem i jak w szwajcarskim nożu, służy do konkretnego celu. Cała książka jest dla mnie nowym doświadczeniem. Nauką poznawczą. Gdy była zamknięta, nieprzeczytana, (jak szwajcarski nóż) wrażenie robi ilość (grubość). Po jej otwarciu daje do myślenia i szokuje. Ubolewam jednak, że po przeczytaniu książki większość czytających (za autorką) dostrzeże w mieszkańcach (i ich potomkach) Kielc tylko kieleckie scyzoryki. Proste jak konstrukcja cepa, z wysłużoną, brudną drewnianą rękojeścią koziki. Często przekazywane z ojca na syna scyzoryki z jednym jedynym ostrzem, które służyło zarówno do; robienia znaku krzyża na spodzie okrągłego bochenka chleba, do krojenia i smarowania jego kromek, jak i do zabijania Ży… Przepraszam! Do mordowania ludzi.

Przerzucę się chyba na muzykę. Przynajmniej w niej nie ma; faszystów, syjonistów, nacjonalistów, Niemców, Polaków, Ruskich, Żydów. Muzyka różnych kultur i narodów potrafi harmonijnie łączyć się w jedno uniwersalne, kosmopolityczne dzieło. Tu nawet zapis nutowy jest jeden dla wszystkich ludzi. Nawet gdy czasem ktoś miło i tęsknie zaśpiewa o swoim miejscu na Ziemi o; Anatewce, New Yorku, Warszawie lub podmoskiewskich wieczorach, jego wykon jest miłym dla ucha przeżyciem i pozostaje w jednej rodzinie – w sferze muzyki. Na razie odreaguję. Przemyślę rozwód z genealogią. Założę słuchawki i posłucham muzyki, a część koleżanek i kolegów? Być może na nowo zacznie pisać historię swoich rodzin.

Jerzy Wnukbauma.

Nabijanie w butelkę, czyli moje stanowisko w sprawie.

Jestem z pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Pokolenia, które na życiowym starcie nie znało mamiących oko i oszukujących zdrowy rozsądek reklam. Pokolenia nieznającego kolorowych nadruków i błyszczących od lakierów  folii, torebek, kartoników, pudełeczek. Po wojnie liczyło się tylko to co było w środku. W okresie o którym piszę, do sklepów spożywczych zdecydowana większość towaru była dostarczana w dużych i ciężkich pojemnikach. W 200 litrowych dębowych beczkach, w 50 kg płóciennych i papierowych workach, w dużych plecionych, wiklinowych koszach. Dostarczane w ten sposób artykuły spożywcze, były układane przez personel na półkach. Rozwijający się powojenny przemysł, po za płóciennymi siatkami na zakupy, metalowymi bańkami i szklanymi słoikami, nie produkował żadnych opakowań na potrzeby gospodarstw domowych. Dlatego, po większość artykułów spożywczych, matka wysyłała mnie tylko z siatką, bańką, lub słoikiem. Wyboru nie było. Mleko, śmietanę, maślankę, jogurt, sprzedawczyni wlewała mi bezpośrednio do przyniesionej ze sobą emaliowanej bańki. W późniejszym okresie w wersji exclusive, na wymianę przynosiłem butelki lub płaciłem za nie kaucję. Na kiszoną kapustę i kiszone ogórki przynosiłem słoik. To ja, kupujący decydowałem, czy po zważeniu słoika i ogórków, ekspedientka do słoika doleje mi gratis kwas z beczki. Materiały sypkie takie jak mąka, kasza, czy cukier ekspedientka odważała w papierowych torebkach. Do ważenia tych artykułów, na ladzie stała waga sklepowa z obustronnie umieszczonym wskaźnikiem, tak by kupujący widział czy nie jest oszukiwany na wadze.

W tamtym czasie w sklepach królowała szarość. Wszechobecne były opakowania w postaci  arkuszy papieru i różnego rozmiaru papierowych toreb. Gdy tych zabrakło, w razie potrzeby z arkusza papieru błyskawicznie zwijany był rożek – torebka w kształcie stożka. W warzywniakach czyli tzw. „zielonych budkach” sprzedawczyni odważone na szalkowej wadze buraki lub ziemniaki wsypywała kupującym bezpośrednio do przyniesionych ze sobą siatek. Oczywiście niczym nie różniących się od innych siatek, ale noszących nazwę „siatek na ziemniaki” .

Przyszło nowe i z czasem tradycyjne opakowania zaczęły ustępować miejsca opakowaniom z tworzyw sztucznych. Te były i są zdecydowanie lepsze, lepiej przystosowane do transportu, nie tłuką się i są odporne na wilgoć. Czy sprawdziły się w handlu? Moim zdaniem tak. Są wszechobecne nie tylko w handlu. Mają tylko jeden minus. Przez to, że nie rozkładają się, szkodzą przyrodzie. Na ich biodegradację w ziemi, trzeba czekać kilka lub kilkanaście pokoleń. Coraz częściej słyszy się też głosy, że przedostając się do mórz i oceanów oraz wód gruntowych, unicestwią całe życie na Ziemi.

Do powyższych refleksji skłoniły mnie pojawiające się od czasu do czasu zmiany wprowadzane w SZwA, oraz w PTG z którego nader często korzystam. Zmiany te miały poprawiać, służyć, spełniać, być… Nie nazwę tego rzucaniem kłód pod nogi genealogicznej braci. Mają swój cel. Odnoszę jednak wrażenie, że tak jak w supermarkecie – jestem nabijany w butelkę. W moim odczuciu niektóre zmiany mają się  tak do rzeczywistości jak w supermarketach przekładanie towarów na półkach. Niby wszystko jasne, bo roszadę artykułów robi się w trosce o klienta. Moim zdaniem działanie to jest zwykłym wybiegiem. Ukrytym celem (moim zdaniem) jest pokazanie kto tu rządzi. W końcu podwładnym trzeba dać coś do roboty, a swoim przełożonym pokazać operatywność i że jest się potrzebnym, niezastąpionym. W trosce o swoje stołki. Czy w takim razie byłbym w stanie wrócić do starych zasad? Zdecydowanie nie! Choć nie ma już starych sklepowych wag ze wskaźnikiem,  nauczyłem się patrzeć handlowcom na ręce. Opakowania służą mi do sprawdzania składu i terminu przydatności do spożycia. Na nadmuchanych do granic możliwości powietrzem torebkach, sprawdzam wagę netto. Tego co jest w środku. Kłopot mam z mrożonkami. Z nich nie da się usunąć nadmiaru wody. Nauczyłem się też segregować śmieci. Nie sortuję ich już na te co się palą i na te co nie nadają się do pieca.

Jerzy Wnukbauma.

Na obraz i podobieństwo – więcej światła.

Niedawno spotkałem się z ciotką. Ucieszyłem się na jej widok i uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Nie widziałem jej ładnych kilka lat. Suszenie przeze mnie ząbków ciotka skomplementowała słowami;

– Masz jeszcze piękne zęby.

– To po matce! – odparłem z niegasnącym uśmiechem.

– Niemożliwe! Pasowały? – zauważyła ciotka.

 

Powoli wchodzę już w wiek, po przekroczeniu którego można bezkarne przechodzić przez tory kolejowe, oraz pokonywać skrzyżowania na czerwonym świetle. Pomimo to faktycznie wciąż mam jeszcze swoje „po matce zęby”.  Po powrocie do domu zastanowiłem się co jeszcze mogłem odziedziczyć w genach po moich rodzicach i przodkach. Na swoje potrzeby stworzyłem własne archiwum x. Zacząłem od Adama i Ewy.

Dawniej sądzono powszechnie, że kobieta w ciąży przez zapatrzenie w sposób świadomy (lub podświadomy), ma wpływ na płeć i wygląd swojego dziecka. Siłę wyobraźni ojca wykluczano ponieważ uważano, że odnosiła się tylko do krótkiego czasu kopulacji. Murzyn zrobił swoje i nie miał dalszego wpływu na swoje dzieło. Za uformowanie płodu odpowiadała matka. To jej wyobraźnia działała od chwili poznania partnera, poprzez moment poczęcia, aż do chwili rozwiązania. Dlatego w niektórych miastach włoskich, żony od przezornych mężów dostawały tabliczki porodowe (desco da porto) będące obrazkami ślicznych małych dzieci. Częste spoglądanie na owe obrazki miały wykluczyć zapatrzenie się, a w wyobraźni kobiet miało ukształtować się dziecko na obraz i podobieństwo jego ojca. Cechy dzieci poczętych z małżeńskiej zdrady także tłumaczono mimowolnym zapatrzeniem się na kochanka. Uczeni lekarze włoscy udowodnili zdradzonemu mężowi, że jego ślubna małżonka tak bardzo zafascynowana była czarną skórą jego służącego (murzyna), że powiła mu czarne dziecię. Ówcześni lekarze uważali także, że silne przeżycia matki mają wpływ na wygląd noszonego w jej łonie dziecka. Opisywali w uczonych rozprawach o historiach kobiet w ciąży przerażonych widokiem zwierząt i później rodzących dzieci z ich głowami. Pisano o kobietach widzących języki ognia sięgające aż nieba i rodzące dzieci o skórze czerwonej jak płomień, o niewiastach przestraszonych przez myszy lub płazy i rodzące dzieci z ich znamionami na skórze. Terapię tych przypadłości opracował znany szwajcarski medyk Paracelcus. W jednej ze swych rozpraw pisał on;

„Załóżmy, że masz przed sobą dziecię, które nosi na swoim ciele widoczne i barwne znamię w kształcie robaka, przy czym znamię jest niemal identyczne co żywe stworzenie. Po pierwsze, odpytaj matkę o typ, wielkość, kolor i formę robaka, a także o wszystkie okoliczności, jakie towarzyszyły powstaniu jego wizerunku tj. o pogodę, dzień, godzinę i minutę w którym zobaczyła to okropne stworzenie. Jeśli skaza jest rezultatem strachu czy przerażenia kobiety, to zrób wszystko, co możliwe, aby powtórzyć to samo doświadczenie u jej dziecka w chwili, gdy pokażesz mu robaka podobnego do tego, którego wizerunek ma na swym ciele. W ten oto sposób, używając żywego odpowiednika stworzenia, którego przeraziła się matka i o którym nieustannie myślała, możesz wymazać te wstrętne znamiona ze skóry jej dziecięcia.”

Taki wtedy tlił się kaganek „oświaty”. Teorię zapatrzenia i matczynej imaginacji odrzucono dopiero pod koniec XIX wieku, jednakże ma ona swoich zwolenników także i dzisiaj. Czasy się zmieniły. Gdy ulice miast zaczęto oświetlać gazowymi latarniami, w proces powstania człowieka zaprzęgnięto krew. Naukowcy zaczęli pisać i mówić o kopulacji jako o mieszaniu krwi, a rodzące się dzieci były krwią z krwi ich rodziców. Można było być obciążonym; dobrą lub złą krwią, szlachetną, błękitną lub pospolitą krwią. Krew psuła się i burzyła. W medycynie królowało upuszczanie krwi i stawianie pijawek. Zaprzestano bronić wiarołomne żony. Zdradzony mąż nie dał się już nabrać, bo skoro nie jego krew to czyja? Powiedzenie – o swym dziecku „moja krew”, w języku polskim jest wciąż zakorzenione głęboko. Powiedzenie to z pewnością wyprze inne, nowe, bo w dobie żarówki naukowcy doszli do wniosku, że o płci dziecka decyduje wyścig plemników. Tu zwycięzca bierze wszystko. O cechach i wyglądzie dziecka od chwili poczęcia w łonie matki, decydują jednakże już geny. Po przodkach dziedziczymy nie tylko domek z ogródkiem i zgromadzony przez nich majątek, ale także; osobowość, temperament i wygląd. Pewne ich cechy (zapisane w genach) przemierzają przez pokolenia i przekazywane są dopiero wnukom i prawnukom. Sam jestem tego doskonałym przykładem. Przypominam sobie jak matka wspominała, że za każdym razem, gdy babka sadzała mnie na swoje kolana mówiła, że jestem „całym dziadkiem”. Czy jestem jego kopią? Dziś nie ma już nikogo kto jednoznacznie mógłby to stwierdzić. Na dzień dzisiejszy skłaniam się do hipotezy, że jego obraz został mi dany w akcie stworzenia, a podobieństwo musiałem wypracować sobie sam. Z genetyki czyli nauki o genach dowiedziałem się niewiele. Zapamiętałem tylko co mówi jeden gen, gdy spotka drugi gen. – Halogen! Zatem, wszystko powinno być jasne. Jednakże nie jest. Mój czas też zatrzymał się w miejscu. Jestem zwolennikiem starych żarówek, lecz w moim przypadku mogą one być co najwyżej powodem do wyjścia ze ŚTG – genexitu.

Jerzy Wnukbauma