Kochać? Nie kochać?

Kochać? Nie kochać?

 

Wkrótce dekada w Świętogenie. Okrągły jubileusz jest zawsze okazją do świętowania i zadumy. To czas robienia podsumowań, czas rozpamiętywania i retrospekcji. Cofnę się więc w czasie i wrócę do moich początków; do wykopalisk liczących sobie tyle lat co nasz jubilat. Bo moja przygoda z genealogią zaczęła się też dziesięć lat temu. Wtedy to w Internecie znalazłem całą linię swoich przodków po kądzieli. Nie przeszkadzało mi, że to nie była moja praca i że ściągam od kogoś gotowca. Liczyło się tylko to, że na tacy dostaję bonus w postaci niemieckich przodków po matce. Całą gałąź, aż do 6xpradziadka. Uczucie jakiego wtedy doznałem jest trudne do opisania. Wstąpiło wtedy coś we mnie, dostałem powera i poczułem potrzebę zgłębienia wiedzy o swoich korzeniach. Konsekwencją było wstąpienie do „Świętogenu”.

 

Co się od tamtego czasu zmieniło? Czy jestem mądrzejszy? Minęło dziesięć lat i w dalszym ciągu wiem, że zbyt mało wiem. Nadal istnieje szereg białych plam, a odnalezienie nowych dokumentów budzi szereg nowych pytań. Faktem jest, że dzisiaj znacznie lepiej poruszam się po meandrach genealogii i z całą pewnością dziś mogę powiedzieć; -Duchem, czuję się o dziesięć lat młodszy.

 

Pytanie postawione w tytule, nie jest [broń Boże] moim rozrachunkiem z przeszłością, ani też metafizycznym rozważaniem w sensie być albo nie być? Kocham wszystkich moich przodków bez najmniejszego wyjątku. Nie różnicuję nikogo. W tytule nie posługuję się też żadnym kluczem i nikogo nie namawiam do pokochania Niemców. Pytanie to zadaję wyłącznie sobie i to w kontekście kochać to co robię, czy szkoda na to czasu i rzucić to w cholerę. Zadanie dla wróżki? Zabawię się więc we wróża. Zerwę kwiat i zacznę obrywać z niego płatek, po płatku.

Niemieckie osadnictwo w Galicji. Ostsiedlung.

Zacznę od początku. Od historii niemieckiej kolonizacji na ziemiach polskich. W zasadzie mógłbym pominąć ten wstęp. Po sobie jednak wiem, że należy się parę słów wprowadzenia. Sam, trzydzieści, czterdzieści lat temu o kolonistach niemieckich, sądziłem, że „wpieprzyły się do nas pieprzone szkopy”. Jak słychać i widać – język mówi sam za siebie. Przekazuje mój dawny stan emocji. Dzisiaj, gdy na ten temat wiem nieco więcej, zmieniłem zdanie i już tak nie uważam. Dziś z tamtego młodzieńczego rozumowania zgadzają się tylko szkopy (w rozumieniu Niemcy). Dziś w stosunku do kolonistów niemieckich nie używam epitetu pieprzeni. Zmieniłem też zdanie co do ich wtargnięcia. Byli tu zapraszani, a ówczesna Polska była dla nich saksami.

Co mówią na ten temat źródła?

Ostsiedlung, to nic innego jak stopniowe przemieszczanie się ludności niemieckiej na obszary wschodnie zamieszkałe przez Słowian. Proces ten był znacznie rozłożony w czasie i z różnym nasileniem przebiegał na różnych terenach. W państwach, które przyjęły chrześcijaństwo i które zostały uznane przez Rzym, osiedlenie przebiegało pokojowo. Natomiast kolonizacja na terenach zamieszkałych przez pogańskich Słowian, miała charakter podboju ziem. Proces ten nabrał nieznacznie tempa pod wpływem zakonu krzyżackiego. Zwolnił nieco pod wpływem klęski pod Grunwaldem i czarnej śmierci.

 

Na terenach Galicji, pierwsze osiedlenia niemieckich grup datuje się na VIII wiek, a pierwsza nieco większa fala osadników niemieckich na te tereny, nastąpiła w późnym średniowieczu – po przyłączeniu do Polski przez Kazimierza Wielkiego Rusi Czerwonej. Wcześniej terenami tymi władali książęta Rusi. Ziemie doliny Wisłoka, dzisiaj okolice Rzeszowa, Łańcuta, Krosna były słabo zamieszkałe, porośnięte gęstymi lasami. Na tych terenach królowała; Puszcza Karpacka i Puszcza Sandomierska. Po przyłączeniu Rusi Czerwonej do Polski, Kazimierz Wielki rozpoczął na tych terenach akcję osadniczą. Z tego okresu pochodzą dwa silne skupiska ludności pochodzenia niemieckiego w okolicach Łańcuta i Sanoka. Wtedy to założono min. Rzeszów i  Łańcut. Stara nazwa Łańcuta w tamtym okresie, brzmiała Landschut identycznie jak nazwa miasta skąd przybyli osadnicy. O cechach kolonii nie decydowała liczba niemieckich osadników, lecz monarcha i miejscowi władcy.

Także w późniejszym okresie, ludność niemiecka zachęcana przez miejscowych władców, napływała do miast Galicji. Mieli oni własne kościoły i swych kapłanów. Dla ciekawości powiem, że niektóre Polskie miasta, w tym Kraków, sprawiały wrażenie miast niemieckich. Przypomnę tu, że Kościół Mariacki w Krakowie początkowo należał do gminy niemieckiej. Na początku XVI wieku polscy rajcowie zaczęli domagać się spolszczenia kościoła. W 1537 roku Zygmunt I wydał edykt ograniczający niemieckie nabożeństwa do poobiednich. Także niektóre drewniane zabytki budownictwa sakralnego zaliczane są do pomników kultury niemieckiej z tamtego okresu. Należą do nich między innymi drewniane kościoły w Haczowie i Dębnie.

Z czasem niemieccy koloniści zasymilowali się z miejscową ludnością do tego stopnia, że zatracili swoją mowę i pismo, przejmując mowę i zwyczaje od rdzennej ludności. Określano ich mianem głuchoniemcy (taubdeutsche). Pozostawili po sobie spuściznę w języku polskim – liczne zapożyczenia. Dziś, mówiąc czy pisząc, nie zdajemy sobie sprawy, że posługujemy się zapożyczeniami z języka niemieckiego. Wyrazy te często traktujemy jak stare, polskie nazwy. Dla przykładu niektóre z nich. Średniowieczny rozkwit miast na prawie magdeburskim, a wiec niemieckim, zaowocował  takimi urzędniczymi stanowiskami jak; burmistrz, radny, kanclerz, wójt, sołtys,… Architektura miast wzbogaciła się o; krużganek, jarmark, rynek, szyld, grunt, rynsztok, handel, kiermasz, knajpa, szpital, plac, lamus. W domach mieszkalnych jest strych, rynny, furtki, ganek, wanna, wazon… Kuchnia zyskała szynkę, kartofle, brytfanny, chleb, cukier, sól, olej, knedle, Aby nie było za pięknie. Do naszej mowy weszły także nowe słowa pochodzące z języka niemieckiego; fałsz, gwałt, ofiara, plądrować, pręgierz, rabunek, szajs, szmalcownik, szpicel, szwindel, zaszlachtować, żołdak… Na koniec trochę niemieckich zapożyczeń z naszego, genealogicznego podwórka. W genealogii oprócz imion i nazwisk typowo niemieckich, często posługujemy się niemieckimi zapożyczeniami jak – szlachcic, herb, szwagier… Według naszego rodzimego językoznawcy dr Janusza Wróblewskiego, pierwsze nazwiska noszące przymiotnikową strukturę zakończoną na -ski pojawiły się na zachodzie, gdzie funkcjonowała administracja niemiecka. Niemieccy koloniści którzy przybywali do nas i asymilowali się z Polakami dokonywali dosłownego tłumaczenia zawodów i dodawali do nich końcówkę -ski, która tworzyła strukturę nazwiska. Dzisiaj nie sposób dowiedzieć się czy Młynarski to nie dawny Muller czyli młynarz, a Kowalski to nie potomek Szmieda czyli kowala.

Gorącą zwolenniczką kolonizowania biednych, zacofanych terenów Galicji była cesarzowa Maria Teresa – matka Józefa II. Akcje przeprowadzane przez nią, od jej imienia zwane były kolonizacją teresińską. Od wcześniejszych średniowiecznych akcji kolonizacyjnych, były znacznie lepiej zorganizowane, zalegalizowane prawnie i obejmowały w głównej mierze katolickich kupców i rzemieślników, którzy byli zachęcani do osiedlania się w galicyjskich miastach bez żadnych ograniczeń. Dla kupców i rzemieślników protestanckich, patent kolonizacyjny opiewał na cztery wyznaczone miasta; Lwów,  Jarosław, Zamość i Zaleszczyki. Koloniści niemieccy mieli duży wpływ na rozwój rzemiosła. Dzisiaj jeszcze w języku polskim funkcjonują niemieckie nazwy niektórych powszechnie używanych narzędzi. Z biegiem lat i ci niemieccy osadnicy ulegli asymilacji z miejscową polską ludnością.

Pierwsza w pełni udana, zaplanowana i przeprowadzona na znacznie większą skalę akcja mająca na celu zasiedlenie ludnością niemiecką terenów dawnej Galicji przeprowadzona była przez syna Marii Teresy, Cesarza Austro-Węgier, Józefa II. Stąd jej nazwa – kolonizacja józefińska. Nosiła ona już cechy obco narodowościowej ekspansji. Podpisany przez cesarza patent cesarski z 17 września 1781 roku, rozpoczął kolonizację Galicji na szeroką skalę włączając w nią oprócz dotychczasowego osadnictwa miejskiego także kolonizację rolniczą. Nieco późniejszy patent z listopada tegoż roku dopuszczał na terenach byłych ziem Polskich także osadnictwo protestantów. Kolonizując te tereny, Cesarz  zamierzał doprowadzić te biedne, słabo zaludnione tereny do stopniowego rozwoju. Chciał dobrze a wyszło jak zawsze. W kolejnych latach w śród rdzennej ludności nasilała się bieda, głód, pogorszenie sytuacji społecznej, zwłaszcza na wsiach i w konsekwencji Rzeź Galicyjska zwana także Rabacją lub Powstaniem Szeli.

Odrębnym okresem mającym największy, negatywny wpływ na postrzeganie całego procesu niemieckiej kolonizacji był okres zaborów oraz I i II Wojny Światowej. Głównie pod wpływem obu wojen w naszej świadomości zachowały się negatywne oceny osadnictwa niemieckiego. Nic dziwnego, bo niektórzy koloniści przyczynili się do wielu krzywd wobec swych sąsiadów. Przez nich niektórzy Polacy byli więzieni w obozach a dla wielu po burzy nie wzeszło już słońce. Koloniści brali też udział w łapankach i eksterminacji Polaków i Żydów. W woj. świętokrzyskim w okolicach  Łopuszna w Skałce Polskiej , 11 maja 1943 doszło do pacyfikacji wsi. Oddziały niemieckie wspierane przez uzbrojonych volksdeutschów spacyfikowały wieś. Mienie ofiar zagarnęli miejscowi  folksdojcze z sąsiedniego Antonielowa. Wieś spalono. Zamordowano wtedy 91 osób. Czas  goi rany? W końcu, nie takie rzeczy działy się nawet w najlepszych rodzinach.

Jerzy Wnukbauma

 

 

 

 

Bajki, bajanie i bajdurzenie.

Co robi dziadek gdy przypadnie mu opieka nad wnukiem? Nie wiem jak inni dziadkowie, ja wtedy oglądam z wnukiem bajki. Mam wtedy chwilę świętego spokoju. Zanim jednak osiągnę ten błogi stan ducha, muszę pogłówkować co włączyć, jaki kanał wybrać i jaką bajkę obejrzeć. Dzisiaj jest ogromny wybór, zarówno sprzętów na których można je oglądać jak i samych tytułów bajek. Gdyby mój dziadek dożył lat pięćdziesiątych i chciał oglądać ze mną w domu bajki, miałby do wyboru tylko rzutnik i klisze z bajkami. Taką namiastkę kina domowego zapamiętałem z dzieciństwa. Zgaszone światło, ekran na ścianie, siedzenie po turecku na podłodze, zadarta do góry głowa. Cisza jak makiem zasiał i głos ojca czytającego napisy. Dziwne. Zapamiętałem szczegóły a także kolor i kształt starego rzutnika, pamiętam zapach nagrzanego ebonitu z którego był on wykonany, lecz za cholerę nie pamiętam jakie wtedy oglądałem bajki. Tym bardziej dziwne, że wtedy wybór bajek był mizerny. Kilka czy kilkanaście zwiniętych w rulonik klisz w małych plastykowych pojemniczkach. Savoir vivre dla dzieci czyli „Opowiadania Pana Kamyczka” kojarzę z lat późniejszych –z lat siedemdziesiątych. Kinooperator i lektor pozostał niezmiennie ten sam. Zmienił tylko sprzęt na nowszy, dodał nowe tytuły bajek a widownię odmłodził o swych wnuków. W latach siedemdziesiątych nastąpił zmierzch diaskopów i przeźroczy. Wypierało je radio i telewizja zwiększając bloki programowe dla dzieci. W księgarniach pojawiły się też słuchowiska dla dzieci nagrane na długogrających, winylowych płytach.

 

Dzisiaj wnukowi włączam telewizor lub komputer i szukam kreskówek. Lubi „Pingwiny z Madagaskaru”. Wstyd się przyznać, ale gdy je pierwszy raz oglądałem, nie mogłem doliczyć się jednego z tytułowych bohaterów. Coś mi się w tej kreskówce nie zgadzało. Widziałem cztery animowane postacie w elegancko skrojonych frakach. W uszach słyszałem cztery różne głosy aktorów dubingujących kreskówkowych bohaterów, a z dialogu wynikało, że jest ich tylko trzy: Skipper, Rico i szer. Kowalski. Ja poniał, gdy obejrzałem kolejny odcinek. Przeczytałem napisy lecące na początku filmu i odtąd już wiem kto jest kim. Jak się czyta to się wie. Gdybym miał powiedzieć którą z filmowych postaci lubi mój wnuk,  bez wahania powiedziałbym – Król Julian! Tak! Ogoniasty jest niepowtarzalny i wyjątkowy. W oglądanym dziś odcinku lemurreksa zaciekawiła literacka twórczość Marlenki. Wyrwał jej zeszyt z poezją, przeczytał i zaopiniował  – Podoba mi się to. Rozkazuję, że my też tak będziemy. Maurice weź kartkę. Czuję, że rozsadzają mnie koncepcje. Aż mnie telepie z tej ekscytacji”.

 

Kiedyś i mną zatelepało z ekscytacji i postanowiłem przelać swą wiedzę o rodzinie na papier. Marzyło mi się napisanie sagi. Dlaczego napisanie rodzinnej opowieści a nie czegoś skromniejszego, zgodnego z genealogicznym zainteresowaniem? Byłoby prościej i dzieło żyło by już swoim życiem, a tak męczę się i końca jego nie widać. Dlaczego? Dlatego iż uważam, że najokazalsze wywody przodków i drzewa genealogiczne bez komentarza, są milczącą kroniką rodu. Rozrysowane na papierze diagramy drzew z czytaniem nie mają nic wspólnego. Czegoś im brak. To, że i moje dzieło jest nieme zauważyłem po moich „widzach”, którym podsuwałem wykonaną przeze mnie genealogiczną spuściznę. Za każdym razem miałem odczucie mniejszego nimi zainteresowania niż były moje oczekiwania. Nie rzucały na kolana. Były jak wyświetlane na ścianie ilustracje bajek z dzieciństwa lub stare nieme filmy. Te pierwsze ożywiał cichy głos lektora, emocji tym drugim dostarczała gra kinowego grajka. Wyjaśnianie za każdym razem kto jest kim w drzewie genealogicznym było kłopotliwe. Zabawiam się więc w stukającego w klawisze tapera.

 

Tworzyłem w wolnych chwilach. Pisałem i odkładałem swoje notatki. Rwałem zapiski i dokładałem nowych uwag. Dużo czytałem, uczyłem się, analizowałem, wyciągałem wnioski i zapisywałem uwagi. Czasem wpędzałem się w maliny. Łatwiej było mi pisać o współczesnych członkach rodziny. Szło jak po maśle. To zrozumiałe. Znałem ich, żyłem wśród nich i wiem co mam o nich pisać. Ponadto mam do nich silne i jednoznaczne uczucie – za życia kochałem ich, kocham ich nadal gdy już odeszli. Swoim życiem zasłużyli na moją miłość i na garść ciepłych słów skierowanych do potomnych. No dobrze, ale co pisać w przypadku zagłębiania się w czasie? Co pisać o pradziadkach po których pozostały tylko zapisy w archiwalnych księgach? Z krótkich akt urodzeń, małżeństw i zgonów wielu rzeczy się nie dowiem. Wielu rzeczy trzeba się domyślać i umiejscawiać w historycznych realiach. Ksiądz nie wpisywał bądź rzadko wpisywał szczegóły. W archiwalnych księgach nie ma gotowej odpowiedzi jak żyli, jakimi byli ludźmi. Ode mnie zależało co napiszę. Czy popuszczę wodzę fantazji czy będę trzymał się szczegółów i prawdy historycznej? Coraz częściej po napisaniu kilku słów o prapradziadach, zapiski zaopatrzone w znaki zapytania odkładałem do szuflady. Całość była niejednolita tematycznie i literacko. Ich scenariusz mógłby co najwyżej  posłużyć na nakręcenie Polskiej Kroniki Filmowej. Powoli zacząłem wątpić w siebie a dalszą realizację rodzinnej sagi odkładać na bliżej nieokreślony termin. Pisałem rzadziej i wyłącznie dla własnego użytku, do akt i do szuflady.

 

Podczas porządkowania dokumentów wyciągnąłem z szuflad kilka ryz zapisków. Rzadko do nich sięgam bo nie mam w zwyczaju katować się swą „tfurczością”. Nazbierało się tego. Czego tam nie było. Sporo miejsca wśród makulaturowego miszmaszu zajmuje genealogia. Już ożywiona moim komentarzem. Są też rymowanki na różne okoliczności; wiersze z okazji narodzin wnuków, epitalamia na cześć młodych par, poezja żałobna. Sporą część zajmują; kalendarium wydarzeń z życia osobistego i politycznego, rodzinne zdjęcia opatrzone uwagami, komentarze, bajki dla dzieci i dorosłych, opowiadania, anegdoty… Wyciągnąłem papierzyska z zamiarem ich segregacji. Położyłem je na regale i wyszedłem do pracy. W czasie mojej nieobecności stosem papierów zainteresowała się moja Muza u której mam wikt i opierunek. Przejrzała i przeczytała. Po powrocie spytała mnie co zamierzam z tym zrobić bo wyszła mi niczego sobie sylwa. Sprawdziłem w encyklopedii czy mnie nie obraża. Przeczytałem co to jest sylwa. Postanowiłem mój ogród wspomnień pozostawić w spokoju w szufladzie. „Dzieło” zostało docenione i muszę go teraz chronić. Oglądam więc z wnukiem bajki. Nie uczę go malowania i wycinania. Nie wprawiam w sztuce orgiami. Nie pokazuję mu jak robi się papierowe samolociki i okręty. W ten sposób zmniejszam ryzyko, że moje dzieło spłynie do kanału lub ulegnie defenestracji.

Jerzy Wnukbauma

 

Autor: Jerzy Użyczak

I żyli długo i szczęśliwie.

Było około 23 w nocy. Czas jest pojęciem względnym. Dla mnie był to dopiero początek nocy, dla nocnego marka,  środek niekończącego się dnia. Wracałem do domu po drugiej zmianie autobusem komunikacji miejskiej. O tej porze dnia w autobusach nie ma tłoku. Tak było i wczoraj. Jechało ze mną zaledwie kilka osób; za mną obejmująca się parka siedząca z tyłu, nieco bliżej starsza kobieta i zapłakana młoda, około osiemnastoletnia dziewczyna, oraz jeszcze dwie, trzy osoby siedzące przede mną. Gdyby nie pochlipywanie dziewczyny atmosfera byłaby senna. Cichy płacz młodej kobiety, rodził w mojej głowie pytania; dlaczego płacze? O przyczynę bałem się zapytać. Nie chciałem być postrzeganym jak stary, obleśny lowelas szukający okazji na noc. W domu czekała na mnie żona. Wierna, czterdziestokilkuletnia towarzyszka mojego życia.

 

Rano przeglądając dla własnych potrzeb parafię Raszyn, natrafiłem na mogłoby się wydawać zwykły akt zaślubionych. Akt nr 1 z 1812 roku. Pozornie wszystko było w nim na swoim miejscu i nie odbiegało od utartego szablonu. Data i miejsce. Dalej też nienaganny porządek w papierach. Przed proboszczem stawili się młodzi i ich świadkowie. Ze strony prawnej też wszystko było dograne; rodzice młodych dali swe pozwolenie na ślub, w kancelarii przed księdzem złożone zostały wszystkie wymagane dokumenty tj. akty znania, akty uszanowania. W kolejne trzy niedziele odbyły się zapowiedzi. Tamowanie małżeństwa nie zaszło. Na pytanie o chęć pobrania się ze sobą, młodzi każde z osobna odpowiedziało sakramentalne – Tak! Bo taka była ich wola. Po czym pod aktem podpisują się świadkowie ślubu. Wydawało by się, że to już koniec. Można iść weselić się. Dla celebranta schody zaczęły się po ceremonii. Jak sam proboszcz to określił, był to wypadek.

 

Czym różniła się Panna Młoda uciekająca spod ołtarza, od jej rówieśnicy jadącej wczoraj ze mną autobusem?  Mądrością. Sam fakt, że w 1812 roku umiała czytać i pisać dobrze o niej świadczy. Przyczyna zerwania jest i pozostanie tajemnicą. Odwagą? Była odważna, lub wyrachowana. Brzydka chyba nie była, bo wkrótce znalazła innego. Kolejny w tej księdze akt nr 2 z 1812 roku dotyczył tej samej kobiety i jednego z jej świadków.  Pochlipująca w autobusie dziewczyna, jej rówieśnica, też była ładna i też okazała się waleczną młodą kobietą. Przekonał się o tym cały autobus po tym jak siedzącą obok starsza kobieta, zlitowała się nad bidulką i spytała o przyczynę jej płaczu. W odpowiedzi usłyszała, że jej chłopak, kolejny raz przyszedł na spotkanie pijany. Kobieta mogąca być jej babcią pocieszyła ją;

– To dobrze. Sama widzisz jak cię traktuje. Lepiej teraz niż…

Dalszego ciągu pocieszajacych słów nie było.  Nie wiem czy dziewczyna umiała czytać i pisać. Kląć jak szewc z całą pewnością umiała. Przekonali się o tym wszyscy, gdy naubliżała bogu ducha winnej  kobiecie.

Jerzy Wnukbauma

alt

alt

Autor: Jerzy Użyczak

Suplement do Rymuta

Na początku mojej genealogicznej przygody zawierzyłem etymologii. Łudziłem się, że pozwoli mi ona znaleźć najbardziej odległego praszczura, a przy odrobinie szczęścia pomoże umiejscowić kolebkę rodu. Myślałem, że przy dobrym układzie uda mi się przeskoczyć kilku wieków wstecz. Dotrzeć do źródła. Do okresu powstawania nazwisk. Kiedyś ją (etymologię) przeceniałem. Jak części początkujących genealogów, mnie też marzyły się pieczone gołąbki. Fajnie mieć efekt pracy bez ruszania się z domu, bez nakładów finansowych, bez poświęcenia cennego czasu. Swojego i najbliższej rodziny. To na początek, bo później (tak myślałem) ukierunkowany na właściwe tory, mogę tylko odcinać kupony. Później będzie już tylko spacerek. Wyszukiwanie, zbieranie i usystematyzowanie porozrzucanych w księgach perełek. Po nitce do kłębka i będzie cały wywód przodków. To wszystko za sprawą wyrazu lub tylko jego małego członu? Marzenia ściętej głowy. Sama etymologia nic nie wnosi. Zrodzi natomiast szereg dodatkowych pytań, a te z kolei zadawane zbyt często i natarczywie, powodują nerwową reakcję i co najwyżej czyjąś niegrzeczną i odczepną odpowiedź. Dlaczego? A dla psiego!  

Błądziłem. Mea culpa! Pomieszały mi się priorytety. Zacząłem od etymologii bo było najprościej. Napisałem na forum Genpolu do osoby zajmującej się etymologią nazwisk prośbę;

 

Droga Pani Ewo.

Buduję swe pierwsze drzewo,

Nim hojnie owoc obrodzi

podaj od czego nazwisko pochodzi,

bo mnie wcale nie zachwyca

że etymonem nazwiska może być „urzyca”.

Mówiąc najprościej, bez zawiłości  i skrótów

to w gwarze góralskiej – materiał do butów.

Uciekam się do Pani i prosić będę póty

aż znajdziesz coś innego. Odrzucisz te buty

bo jak spojrzeć w oczy własnej żony?

Ratuj Droga Pani. Sługa uniżony.

 

Nie minęła minuta. Ewa odpisała – „Nie ma Ciebie u Rymuta”.  Byłem rozczarowany. Szkoda. Nie znając etymonu nazwiska, muszę dalej błądzić. Po Europie; Niemczech, Czechach, byłej Jugosławii, Ukrainie, bo tam spotykałem bliskoznaczne człony wyrazów, które w przeszłości mogły stanowić o pochodzeniu nazwiska. Po przełknięciu gorzkiej pigułki z czasem dotarło do mnie, że jedyną drogą na wyjaśnienie niekończących się pytań są dokumenty. Praca u podstaw. Reszta to dodatek do kożucha. Zabrałem się do roboty i dziś bez zająknięcia powiem jednym tchem- Wiem! Za cierpliwość i wytrwałość życie zgotowało mi nagrodę. Pomógł mi Oskar Kolberg oraz dr Łukasz Maurycy Stanaszek, Łużycok z krwi i kości.

 

Urzyce lub Urzecze to zapomniany, podwarszawski mikroregion etnograficzny rozciągający się po obu stronach Wisły. Tożsamościowo odrębny, geograficznie zamknięty w podwarszawskiej, wiślanej pradolinie. Zamieszkiwany był przez Łurzycoków, manifestujących swą odrębność modrymi strojami ze złotymi guzikami i czerwonymi mankietami i wyłogami klap. Wspólnoty nierozerwalnie związanej z Wisłą, handlem wiślanym, osadnictwem olęderskim. Społeczności, którą cechowała specyficzna nadrzeczna gospodarka związana z transportem rzecznym i handlem. Od społeczności żyjącej poza obwałowaniem wyróżniało ich także charakterystyczne budownictwo na sztucznych pagórkach, łąki i pola wokół grobli, jazów, polderów, stawów, wyniesionych na nasypach dróg (trytw), przystani rzecznych (bindug) i przepraw promowych. Oprócz robót związanych z ujarzmianiem Wisły, Urzycoki zajmowali się uprawą żyznych nadwiślanych mad i szerokim wykorzystaniem wikliny. Byli wolni od; panów, wójtów i plebanów.

Najstarszą przechowaną wzmianką o Urzeczu jest dokument z 1737 roku dotyczący dochodów Dóbr Wilanowskich. Powstanie mikroregionu w wyrazistej jego formie datuje się znacznie wcześniej. Kolonizacja olęderska wzbogaciła cywilizacyjnie rodzimych autochtonów, przenosząc europejskie doświadczenia w ujarzmieniu żywiołu. W XIX wieku dostrzegła ich większość polskich etnografów. Zauważali ich także redaktorzy ówczesnych gazet pisząc;

„…Mało kto wie o tym kawałku powiśla, które tak odróżnia się przymiotami ziemi i zwyczajami mieszkańców od reszty kraju. Pas ten ciągnie się ponad Wisłą długością 25 wiorst, mniej więcej zaczyna się przy ujściu Swidny a kończy przy ujściu Wilgi.(…) W tym powielanym kraiku lud odróżnia się od innych okolic mową, ubraniem, zwyczajami a nawet sposobem uprawy ziemi. (…) Z jednej strony Wisła, z drugiej wielkie lasy, które niegdyś nazywały się puszczą, odcinają tę oazę od dalszej okolicy.” (fragment korespondencji anonimowego autora z Gazety Warszawskiej z 1868 roku).

 

Wiedzę o na nowo odkrytym mikroregionie i jego mieszkańcach, wchłaniałem jednym tchem.  Wszystko wskazywało na to, że mogę być potomkiem jednego z jego mieszkańców. Moim zdaniem, mój prapraUrzycok z jakiś przyczyn opuścił nadwiślańską ojcowiznę i przeniósł się na bezpieczniejsze, suche podwarszawskie tereny. Nie musiał szukać daleko. Osiadł w parafii Raszyn. Pierwsze ślady o moim w prostej linii prapradziadku pochodzą z tej parafii. W jednym z aktów dotyczącym mojego antenata jest dopisek o jego stanie społecznym – kolonista. We wszystkich innych jest gospodarzem w Jaworowej. Czyżby wyjątek potwierdzający regułę? Może błąd. Pomyłka księdza. Sam już nie wiem kurczę. Może takim wyjątkiem jest też inny odnaleziony przeze mnie akt z tej parafii świadczący o tym, że flisacy wiślani przemieszczali się w poprzek Wisły. Akt zgonu nr 53 z 1832 roku z parafii Raszyn.

http://metryki.genealodzy.pl/metryka.php?ar=8&zs=7044d&sy=4000&kt=7&plik=046-055.jpg

Może to jednak samo życie a nie wyjątek?

 

Myślę, że odnalazłem swoje korzenie. Nie spocząłem na laurach. Na powrót uwierzyłem w etymologię. Podziwiam Ewę. Jest oddana temu co robi i wytrwała w pomaganiu na forum. Cierpliwa dla takich jak ja wizjonerów i  malkontentów. Wie co robi. Może doczekam się suplementu spod jej ręki „Słownika nazwisk współcześnie w Polsce używanych”. W powiązaniu z innymi dziedzinami nauki „pomocnymi historii”, etymologia może zdziałać cuda. Czy jestem przekonany o pochodzeniu od społeczności Urzyczan? Nie, nie jestem! Nie dotarłem do dokumentów świadczących o tym fakcie. Wierzę, że tak było. Ba! Bóg mi świadkiem, chciałbym tego. Znajdując swoje miejsce na Ziemi, szukanie korzeni miałbym już za sobą. Powinienem cieszyć się i być szczęśliwy, ale nie jestem. Rodzą się nowe wątpliwości, niejasności, pytania i hipotezy. Bo dajmy na to – skoro mój przodek porzucił życie na Wiśle, przewędrował za okalające ją wały, przyjął narzucone mu przez nową społeczność przezwisko, to jak wcześniej musiał się nazywać?

 

Co odziedziczyłem po Urzycokach znad Wisły? Pływanie w obłokach? O tym, że Urzycoki  przewyższali swych sąsiadów; Powiślaków i Polesiaków wiedzą i kulturą, niech świadczy poniższy fakt. Dawno, dawno temu mężczyźni na Mazowszu nie przebierali w formie, jeśli chodzi o stosunki damsko-męskie.  Na swoje wybranki polowali jak na zwierzynę. Upolowaną zdobycz ciągnęli w krzaki. Mój przodek Urzycok, Gondol Jerzy znad Wisły, widząc Polesiaka ciągnącego kobietę za nogi w pobliskie zarośla zatrzymał go, znaczącym gestem popukał się w czoło i zwrócił mu uwagę, że ciągnąc za nogi nasypie się mu piasku. Nie wiem czy Polesiaki wzięli sobie do serca naukę pradziada. Prawdą jest, że Warszawianki wyciągnęły wnioski i zaczęły chodzić w majtkach. Od tego mniej więcej czasu, datują się moje warszawskie korzenie.

Jerzy Wnukbauma

 

Autor: Jerzy Użyczak

… po latach wielu. Łzę ronię jeszcze.

Akty zgonów. Przeszło ich trochę przez moje ręce. Jak wynika z rankingu autorów Geneteki, w moim przypadku stanowią one przewagę nad pozostałymi aktami. W Genetece blisko 60% wszystkich zindeksowanych przeze mnie aktów, to właśnie akty z ksiąg zgonów. Doliczyć do tego księgi zgonów z warszawskich i podwarszawskich parafii indeksowane na własny użytek to wyjdzie z tego pokaźny zasób. Zapisy zgonów na ogół nie robią na mnie wrażenia. Podchodzę do nich zwyczajnie, bez emocji, profesjonalnie. To ostatnie określenie w stosunku do amatora jakim jestem, może zabrzmieć śmiesznie ale staram się je tak odczytywać. W znacznej mierze, ułatwia mi to ich szablonowy zapis;  „Działo się w parafii dnia…” lub kolumnowy układ stron. W niezmiennym od lat szablonie wyłapuję w kolumnach lub pomiędzy wierszami to co istotne; imię, nazwisko,  imiona rodziców, wiek. Zwracam szczególną uwagę czy data zgonu pokrywa się z datą zgłoszenia,  po czym przechodzę do kolejnego aktu. Nie tracę czasu na myślenie. Jednak nie zawsze udaje mi się wyłączyć wyobraźnię.

Czasami zdarza się przy przeglądaniu aktów zgonu, że me serce wpadnie w arytmię. Zabije innym, nienaturalnym rytmem. Coś go mocniej ściśnie. Zazwyczaj dzieje się tak przy aktach zgonów małych dzieci. Zgony bliźniąt i noworodków wraz z matkami potęgują to przykre uczucie. Nic na to nie poradzę. Tak już mam. Otworzy się we mnie jakiś wentyl bezpieczeństwa, popuści nadmiar pary i wszystko wraca do normy. Otrząsam się szybko tłumacząc sobie – „Bóg tak chciał”. Prędko przechodzę do kolejnych aktów. Bywa jednak, że uchodzi ze mnie cała para. Jestem wtedy przybity i zdołowany. Czułem się tak podle podczas przeglądania aktów zgonów z warszawskich parafii dotyczących faktu zgłoszenia śmierci lub ekshumacji zwłok ofiar Września 39 roku oraz ofiar Powstania Warszawskiego. Księgi które przeglądałem; akt po akcie, strona po stronie, powodowały moje przygnębienie i roztrzęsienie. A znam przecież historię, wiem co działo się w tym kraju. Nie tylko w Warszawie. Pomimo to reaguję na takie akty jak na film którego tragiczne zakończenie znam, wiem jak skończył główny bohater, bo oglądałem te sceny już setki razy, a za każdym razem robi na mnie to samo mocne wrażenie. Tu dodatkowo chce mi się wyć i pytać – „Boże. Czy tego chciałeś?”. Większość ofiar jest NN, w większości aktów wiek jest podawany w przybliżeniu, niektóre ofiary nie miały określonej płci, część miała tylko nazwisko lub imię. Niektórych tragicznie zmarłych ludzi jedynym znakiem rozpoznawczym jest opis odzieży. Przy niektórych wpisany był jej brak, co mogło świadczyć o jej zdarciu ze zwłok. Gdyby wszystkie akty zgonów miałyby tak wyglądać, rzuciłbym genealogię w cholerę.

Dwa spisane po sobie akty zgonów; nr 335 oraz 336 z parafii Wszystkich Świętych w Warszawie.

http://metryki.genealodzy.pl/metryka.php?ar=8&zs=9264d&sy=570&kt=1&plik=0334-339.jpg

Gdyby nie to, że wszystkie występujące w nich osoby są moimi bliskimi krewnymi, których wcześniej umieściłem w swoim wywodzie, akty zostałby odfajkowane i przeszedłbym nad nimi do porządku dziennego. Zgłaszający oba zgony Jan Wichrowski, szlifierz, był mężem zmarłej i ojcem zmarłego. Zgłaszająca Janina Wichrowska była rodzoną siostrą zmarłej Stanisławy Wichrowskiej. Obie kobiety noszą to samo nazwisko, bo obie wyszły za mąż za dwóch rodzonych braci. Obie miały to samo panieńskie nazwisko. Obie były rodzonymi siostrami mojego dziadka Bronisława zmarłego w Warszawie w 1940 roku. Poza krótką uwagą poczynioną przez księdza „…dziś ekshumowaną” oraz „…dziś ekshumowanym”, akty nie robią na mnie takiego wrażenia jakie opisałem wcześniej. Cieszę się, że je odnalazłem. Szczęśliwy jestem, bo wraz ze szwagrem mojego ojca Zygmuntem Szlagą, są jak dotąd jedynymi znalezionymi, ekshumowanymi i spisanymi z imienia i nazwiska moimi bliskimi którzy zginęli w tym czasie w Warszawie. W obu aktach istotna jest też data śmierci –  matki i syna. To ona rodzi szereg pytań na które nie znam odpowiedzi. Są one być może drugorzędne i dla niektórych niezrozumiałe gdyż nie wnoszą nic do moich badań. Np. to jak i gdzie zginęli? Podane miejsce jest miejscem ich zamieszkania i nie musi odpowiadać prawdzie. Co robił osiemnastoletni chłopak w czasie powstania w domu przy matce? Utrzymała go przy sobie, czy wrócił do domu ranny? Pytania, pytania, pytania na które nie będzie odpowiedzi.

Starsza siostra ojca nie utrzymała swojego męża. Był giserem, członkiem PPRu w hucie na Żoliborzu. Przy nadarzającej się okazji uciekł żonie do Powstania. Następnego dnia ktoś z brygad sprzątających zwłoki doniósł ciotce, że widział jej męża (Zygmunta Szlagę) wśród przygotowanych do spalenia zwłok. Pozostała po nim odkopana po wojnie kartka z listą rozpoznanych ofiar wrzucona do słoika i zakopana do ziemi wraz z zamordowanymi w sierpniu 1944 roku. Na jej podstawie i tego co po nich zostało, po wojnie sporządzony był akt zgonu. Osobami zgłaszającymi byli urzędnicy wyznaczeni do ekshumacji zwłok. Czyj Bóg wymagał tych ofiar? Gott Reinefarha i Dirlewangera? Бог Kamińskiego i Bondarenki. Może Allach?, Budda? Pan życia i śmierci spod znaku sierpa i młota? Ot! Losy ludzkie. Wiedza z czytanych lektur o Powstaniu Warszawskim, w tym wspomnienia Warszawiaków, którzy przeszli przez to piekło, nie daje na wszystko odpowiedzi.

 

Akty zgonów. Potrafią zgotować niespodziankę, rozbawić, ucieszyć, zdołować i sprawić mieszane uczucia. Są kopalnią wiedzy o parafii i jej mieszkańcach. Trafiają się wśród nich ciekawostki. Natknąłem się na nie podczas wertowania ksiąg. Np. natrafiłem na akt zgonu Chińczyka w parafii Św. Stanisława na Woli z 1942 roku, akt zgonu z parafii Raszyn w którym przyczyną zejścia był kieliszek wódki, w tej samej parafii ksiądz zamieścił krótki opis XIX wiecznych czynności dochodzeniowych po znalezieniu zwłok NN kobiety, zgłoszenie zgonu po szesnastu latach w parafii Piotrkowice czy egzekucja odnotowana w księdze zgonów w tejże parafii. Nie cieszą mnie one, bo nie powinny. Są w końcu aktami zgonów. Ucieszyły mnie i jednocześnie zasmuciły, znalezione w warszawskiej parafii Św. Stanisława BM., akty zgonów sióstr mojego ojca. Jedna zmarła mając kilka dni, druga kilka godzin. Oba akty zgonów były dla mnie dużym zaskoczeniem. Babka nikomu ani jednym słowem nie wspominała o zmarłych córkach. Pewnie dlatego podświadomie zrodził się też żal do babki, że do końca swoich dni ukrywała przed wszystkimi ten fakt. Zdołował mnie natomiast akt zgonu z raszyńskiej parafii mojej 3xprababki w którym czarno na białym ksiądz zapisał, że była żebraczką. Jakże to tak? Wcześniej umiera jej mąż, mój 3xpradziadek Wojciech i ksiądz zapisuje w akcie zgonu „gospodarz”. W przeciągu kilku lat babka doprowadza gospodarstwo do dziadostwa? Myślę, że zadziałał tu inny mechanizm. Szkoda, bo z racji sąsiedztwa z Okęciem, dzisiaj przy dobrej pogodzie z tarasu widokowego Portu Lotniczego im. Chopina, miałbym ładny widok na moją… dziadowiznę.  Nie przeraża mnie fakt, że kiedyś i ja będę wpisany do księgi zmarłych. Sen z powiek spędza mi fakt, że odnajdując nowe skoligacenia, będę musiał wrócić do przejrzanych ksiąg i nie daj Bóg wszystko zacząć od początku. Na to mi życia nie starczy.

Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak

„Janko” Muzykant

Nasza miejscowa, regionalna rozgłośnia – Radio Kielce, nadała swego czasu reportaż. Nie pamiętam jego tytułu. Początkowo też nie zwracałem na niego uwagi. Zajęty byłem pracą. Jednak po wsłuchaniu się w płynący z głośnika głos, reportaż zaciekawił mnie do tego stopnia, że szybko podgłośniłem radioodbiornik i od tej chwili bacznie łowiłem uchem każde słowo. Reportaż dotyczył majątku Grzegorzowice. W zasadzie odnosił się tylko do jednego wydarzenia rozgrywającego się w dworku w Grzegorzewicach. Obejmował jeden, tragiczny dzień 1944 roku. Pamiętam, że oprócz nazwiska i imion właścicieli majątku, oraz ich krewnej, nie padło w nim ani jedno inne nazwisko. Opisująca prawdziwą historię narratorka zastrzegła, że nie ujawnia nazwisk ponieważ żyją potomkowie oraz rodziny „bohaterów” tego reportażu. Po zakończeniu audycji poczułem niedosyt. Nie było wtedy jeszcze Internetu. Informacje uzupełniające postanowiłem zdobyć u mojego sprawdzonego źródła. Audycja dotyczyła Grzegorzowic – wsi w dawnym województwie kieleckim, miejsca urodzenia mojego teścia. Byłem przekonany, że od niego dowiem się nieco więcej szczegółów.

Okazja nadarzyła się wkrótce. Przed nadchodzącym weekendem moja żona zadecydowała – „Jedziemy do rodziców!”(przyp. autora – „do teściów” Mieszkaliśmy u rodziców). Pakowanie do mamusi zajęło żonie kilka godzin. Ja zabrałem flaszkę i wraz z dziećmi byłem gotowy do podróży. Trafiliśmy na kolację. Na miejscu, podczas kolacji własnymi słowami opowiedziałem to, co usłyszałem w reportażu. Spytałem teściów, czy znają tą historię. Niestety nie znali. Od nich nie dowiedziałem się niczego. W czasie II Wojny Światowej teść nie mieszkał już w Grzegorzowicach. Nic nie słyszał o tym wydarzeniu. Owszem, w 1944 roku w okolicy głośno było o śmierci dziedziczki, ale on nie znał szczegółów. Był wtedy dzieckiem. Po wojnie nie mówiło się o tym fakcie nic. Bym nieco bliżej poznał historię owego tragicznego dnia, pozostało mi poczekać kilka lat – do założenia internetu.

Tamta rozmowa u teściów nie do końca była bezowocna. Moi teściowie zrewanżowali się swoimi wojennymi opowiadaniami. Przygodami krańcowo różniącymi się od siebie. W okupację byli jeszcze dziećmi i inaczej postrzegali wojnę, jej uciążliwości oraz okupanta. Swoją „walkę z Niemcami” teść rozpoczął podobnie jak „Janko Muzykant”. Obaj byli chyba w tym samym wieku i obaj mieli zamiłowanie do muzyki i skrzypiec. Obaj bawili się w małych lutników i konstruowali skrzypki. Obu łączył jeszcze jeden fakt. Ukradli. Różnica między Jankiem Muzykantem a moim teściem była jedna, zasadnicza. Janko uznał, że zrobione przez niego skrzypce nie nadają się do grania i buchnął dziedzicowi skrzypce. Mały Zygmuś ocenił wykonanie swojego instrumentu na zadawalające. Brakowało im tylko dobrych strun. Zdaniem małego dziecka, stalowy drut telefoniczny podwieszony na jodłach w Puszczy Świętokrzyskiej nadawał się na nie jak żaden inny. Ukradł więc kilka metrów linii telefonicznej. Po niecałej godzinie rozszalało się piekło. Nazjeżdżało się Niemców. Szukali sabotażysty. Linia którą przeciął teść była linią strategiczną łączącą więzienie na Świętym Krzyżu z posterunkiem żandarmerii w Nowej Słupi i w Bodzentynie. Niemcy nareperowali linię. Z braku winnego, sprawę zwalili na zwierzynę leśną i odjechali. Potem nastąpił finał jak u Sienkiewicza. Matka teścia znalazła schowany w oborze stalowy drut i skończyło się wielkim laniem. Baty przeżył. Pasji nie zarzucił. Był kapelmistrzem w orkiestrze górniczej w Rudkach. Kierował też kapelą ludową. Grał w niej na skrzypcach i trąbce. Kapela wzięła nazwę od jego imienia i nazwiska.

Tego wieczoru , zanim poszliśmy spać, teść opowiedział jeszcze kilka miejscowych zdarzeń z okresu okupacji niemieckiej; aresztowanie i zamordowanie dziedziców Baszowic, spalenie żywcem dwóje dzieci na Hucisku, branka na roboty w III Rzeszy z której wybroniła go matka, jak za sprawą mleczarza Monkiewicza został partyzantem, „pacyfikację” Mirocic, panoszenie się na tych terenach „Witka”, wyzwolenie Nowej Słupi … Wszystko skrzętnie notowałem i być może zapiski te posłużą mi na fabułę kolejnych opowiadań lub felietonów. Tego wieczoru dowiedziałem się także, że w tym samym czasie, w tym samym kraju. Ba! W tej samej wsi, były różne wojny, byli źli i dobrzy Niemcy. Po wyzwoleniu przyszedł czas na rozliczenie się z przeszłością. Polecam artykuł
http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262,15327768,Wstrzasajaca_historia__Sedzia_dopadl_zbrodniarza_wojennego_.html
Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak

Rodzinna tradycja.

Tradycją nazwać niczego nie możesz i nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza. To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której nikt nie zmieni a to co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność w której my żyjemy. (słowa z końcowej sceny filmu „Miś” ST. Barei)

 

 

Rodzinna tradycja. Osiemnastka.

Zadaniem każdego rodzica,
gdy syn obrośnie mu w pióra
jest uświadomić dziedzica
by wiedział po co ma siura.
Przykładem jest moja rodzina.
Odwiecznym u nas zwyczajem,
jest troska ojca o syna.
Dojrzeje – rady mu daje .
Tradycję zaczął prapradziadek,
ucząc mojego pradziadka,
jak ma unikać syn wpadek,
kradnąc kobiecie kwiatka.
Z kolei mój pradziadek,
miał półgodziny frajdy,
w fotoplastykonie z dziadkiem
oglądał sprośne slajdy.
Mojego ojca tatusiek,
mówiąc synowi o ptaszku,
do czego posłuży mu siusiek,
pokazał na porno obrazku.
Gdy byłem zdolnym do nauki,
młodzieńcem jednym z wielu,
ojcowskiej kochania sztuki
uczyłem się w „Burdelu”.
Tych co mnie o to winią
przepraszam za dualizm,
nigdy nie byłem świnią,
tak nazywano socjalizm.
Synowi dałem papierosa,
siedliśmy na wersalce,
włączyłem płytę, pornosa,
z niej poznał prawdę o szparce.
A gdy dorosną syna chłopacy,
chłopak się nie namęczy,
dziewczyny mają wszystko na tacy
a resztę internet wyręczy.
Jerzy Wnukbauma

Autor: Jerzy Użyczak