Moc pochwały.

Czasem zastanawiam się, jak daleko można posunąć się w wychwalaniu swoich przodków? Jak mówić i pisać o swoich pradziadach, by nie stać się zwykłym klepaczem i co najgorsze – nie wkurzyć swoich potomków, którzy zechcą kiedyś te pochwalne wyrazy czytać i weryfikować? Przyznam się szczerze – Nie wiem. Wydawałoby się, że najlepiej pisać prawdę. Podpierać się wiedzą i znalezionymi dokumentami, a w przypadku konfabulacji, użyć bezpiecznego przypuszczenia – „prawdopodobnie”. Przy tym wszystkim uważać, by nie przegiąć i wpuścić się w kanał. A to nie zawsze wychodzi. Wiem coś o tym.

Już samo poszukiwanie śladów swoich korzeni i tworzenie drzewa genealogicznego, jest upamiętnieniem i swojego rodzaju gloryfikacją przodków. Czy trzeba czegoś więcej? Myślę, że tak. Diabeł tkwi w szczegółach, które mogą umknąć naszym następcą. Naszym dziedzicom, którzy wcześniej nie zajmowali się poszukiwaniem swych korzeni  i którzy nie znają historycznych i społecznych realiów życia swoich przodków. A więc chwalić! Jak? Pozostawiam to czytającym.

Przypominam sobie jak przed laty prowadzący „Sekrety rodzinne”, zwracając się do osoby będącej beneficjentem odcinka, powiedział o jej babci, że zważając na miejsce zamieszkiwania i czas pokrywający się z pobytem w Kaliszu Marii Dąbrowskiej, jej babcia mogła znać osobiście pisarkę. Wiedząc jakie preferencje seksualne miała M. Dąbrowska, czekałem na jakieś sensacje. Ciągu dalszego nie było. Zresztą, użyty był tryb przypuszczający. Poszło w świat i wszyscy oglądający dowiedzieli się o znajomości babki i pisarki. Ja też pójdę już przetartą drogą. Zważywszy na czas i miejsce zamieszkiwania moich krewnych tj.  ojczystego dziadka Bronisława, jego rodzeństwa, oraz znanego polskiego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, dochodzę do analogicznych wniosków jak Tomasz Kammel w „Sekretach rodzinnych”. Mogli się znać. Do postawienia wykrzyknika w ostatnim zdaniu, że mogli się znać, niestety nie mam potwierdzających dokumentów, ani rodzinnych przekazów. Dzisiaj głęboko odczuwam brak rozmów z ojczystą babką, z moim ojcem i jego siostrą. Byli niemą skarbnicą wiedzy. Do Powstania Warszawskiego mieszkali w Warszawie. Wojenna trauma zrobiła swoje. Znając ich wojenne perypetie, nikt ich nie pytał o przejścia. Sami też nie chcieli rozmawiać o przeszłości. Dlatego dzisiaj pozostała mi improwizacja.

Mój ojczysty dziadek z rodziną, mieszkał w Warszawie na Towarowej.  Bardzo blisko bloku w którym mieszkał Konstanty Ildefons Gałczyński. O przysłowiowy rzut beretem. Gałczyński mieszkał na rogu Towarowej i Grzybowskiej w bloku nr 54. Moi pradziadkowie z dziećmi na Towarowej 42, za ul. Łucką. Najstarsza siostra mojego dziadka – Józefa po ślubie Swenson, mieszkała jeszcze bliżej. Na Towarowej 50. Blok w którym mieszkał Gałczyński i blok w którym mieszkała rodzina Swensonów, dzieliła tylko ulica Grzybowska. Na załączonej fotografii widać w głębi blok w którym w latach od 1905 do 1931 mieszkał Gałczyński. Czy mój dziadek znał poetę? Być może. Był starszy od Gałczyńskiego o szesnaście lat, jego siostra Józefa była starsza od poety o dwadzieścia lat. Więc raczej nie ten przedział wiekowy. Sadząc po różnicy wieku niekoniecznie na siebie wpadali. Wnoszę to po sobie. Gdy byłem dzieckiem a później starszym chłopakiem, miałem swoje towarzystwo. Nie przejmowałem się i nie kolegowałem ze smarkaczami. Ale lećmy dalej. Najmłodszy brat mojego dziadka Eugeniusz urodzony w 1905 roku, wiekowo pasuje do Gałczyńskiego. Podobnie najstarszy syn Józefy – Zenon Swenson urodzony w 1906 roku, mógł bawić się i kolegować z małym Konstantym Ildefonsem. Ganiać z nim po bruku Towarowej i Grzybowskiej z fajerkami na wygiętym w hak drucie, bawić sie w chowanego, w berka, łobuzować, wrzeszczeć i dawać popalić swym sąsiadom.  Znajomość ich mogła trwać 26 lat, do wyprowadzenia się poety z ulicy Towarowej.

Tu, w bloku na Towarowej 54 w 1929 roku powstał wiersz K.I. Gałczyńskiego zatytułowany „Ulica Towarowa”.

Tutaj wieczorem faceci grają na mandolinach
i ręką wiatru porusza ufarbowane wstążeczki.
W ogóle tu jest inaczej i gwiazdy są jak porzeczki,
i jest naprawdę wesoło, gdy księżyc wschodzi nad kinem.

Anioły proletariackie, dziewczyny, wychodzą z fabryk,
blondynki smukłe i smaczne, w oczach z ukrytym szafirem;
jedzą pestki i piją wodę sodową niezgrabnie;
pierś pokazując słońcu, piękną jak lirę. 

A kiedy wieczór znowu wyłoni się z mandolin,
a księżyc, co był nad kinem, za elektrownią schowa,
mgłami i alkoholem ulica Towarowa
rośnie i boli.

Nie lubię pisać i mówić o tym, co autor miał na myśli. Rozbiór moich wierszy na czynniki pierwsze traktuję jak profanację utworu. Z racji moich genealogicznych związków z tą ulicą, zrobię jednak wyjątek i powiem o czym według mnie pisał autor. Zacznę polskim zwyczajem od – A więc… Pierwsza zwrotka liryczna. Jak na wielkiego poetę przystało, Gałczyński pokazał  poetycki obraz warszawskiej ulicy. Moim zdaniem jest to kolorowy sen poety. Gdy już wszystko wydawałoby się piękne i pokolorowane, księżyc poetycko wschodzący nad kinem i gwiazdy wyglądające jak porzeczki, przychodzi czas na popołudniowe przebudzenie poety. Poeci tak mają. Wstają późno. Wydaje mi się, że inspiracją do napisania drugiej zwrotki prawdopodobnie był mały wypad autora z domu po gazetę lub papierosy. Na ulicy dostrzega ruch i fascynuje się obrazem proletariackich aniołów. Dopada go wena gdy widzi fajrant w warszawskiej fabryce i opisuje go podobnie jak bracia Lumiere – „Wyjście robotników z fabryki”. Wieczorem czar pryska i następuje szarość życia. Nocny kac. Ulica staje się mroczna i groźna. Świecący księżyc chowa się za elektrownią, by nie widzieć jak ulica rośnie i boli. O tej porze ulica Towarowa rządzi się swoimi prawami.

Jak widać w wierszu pojawia się alkohol  i ostry cień mgły który „rośnie i boli”. Czy w opisie ulicy pojawiają się moi męscy krewni. Mój dziadek, jego bracia i szwagrowie? Mam nadzieję że nie. Czytałem gdzieś, że w bloku w którym mieszkał K.I. Gałczyński, była pijacka melina. Chyba o to chodziło autorowi. Z dwojga złego z moimi krewnymi bardziej identyfikowałbym opis aniołów proletariackich. Poeta w ten sposób mógł opisywać moje ciociobabki. „Smukłe i smaczne blondynki z ukrytym szafirem w oczach i piersiach pięknych jak lira”. To wypisz wymaluj moje krewne – panny i panie Urzyczak, Wichrowskie, Swenson, Suska.

Moim zdaniem nie trzeba, jak to czynią niektórzy „genealodzy”,  na siłę doszukiwać się szlachectwa tam gdzie go nie było. Wyciągać pasujące do swojej układanki wnioski z etymologii nazwisk. Zakłamywać historię i fakty. Tracić czas i pieniądze. Do wychwalania przodków, a co za tym idzie nobilitacji samego siebie, wystarczy połączenie zdarzeń i zasugerowanie ich wysokiego prawdopodobieństwa, lub jak mawiał Anioł z „Alternatywy 4” – podwiesić się pod kogoś znacznego.

Na koniec o mojej innej próbie podniesienia swojego ego. Po rozwodzie moja szwagierka założyła we Włoszech koło Turynu swoją włoską rodzinę. Próbując po swojemu nazwać tą nową gałąź mojego genealogicznego drzewa, wymyślałem jej nowe nazwy. Dopasowywałem nazwy do przedrostka GENE: – GeneRoma – odpadło, to nie to miasto, GeneWłochy nie bardzo mi pasowały. Kojarzyłem je z gene zarostem. GenItalia – chociaż to w całej układance fonetycznie niczego sobie brzmiało, to przed rodziną mógłbym wyjść na wielkiego świntucha. Poprzestałem na gałęzi bez nazwy.

Jerzy Wnukbauma

Nie gryząc się w język.

Niepisaną zasadą ludzi zajmujących się badaniem więzi między bliźnimi swymi – jest niewcinanie się  (w ramach genealogii) w sprawy religii i polityki. Różnie z tym bywa. Drugą naszą (genealogów) niepisaną, świętą zasadą jest – niemówienie źle o przodkach. Z racji mojego stażu i wieloletniej obserwacji, uściśliłbym tą życiową mądrość doprecyzowaniem – „O swoich przodkach”. O innych jak najbardziej można. Pierwszym, lepszym przykładem jest dziadek Tuska.

Owszem można, a nawet trzeba mieć własne zdanie. Naszym (genealogów) bezspornym założeniem nie jest przecież milczenie. Czasem można, a nawet trzeba powiedzieć głośno, to co myśli się o szarganiu pamięci naszych przodków.  Zwłaszcza wtedy, gdy inni łamią powyższe zasady.

Codziennie, jak tylko pogoda i zdrowie na to pozwolą, wychodzę z moim teściem na przydomową ławeczkę. Teść korzysta z „ostatnich” promieni słońca. Ma 96 lat. Ja odrywam się od przyziemnych spraw. Siedzimy sobie i czasem gadamy. Najczęściej jednak milczymy przyglądając się otaczającemu nas światu. Czasem przysiądzie się do nas ktoś z sąsiadów, lub jakiś zmęczony, nieznajomy przechodzień. Z racji bliskiego sąsiedztwa specjalistycznej przychodni zdrowia, w godzinach porannych i południowych na ulicy zawsze jest ruch. Nie tak dawno, w oczekiwaniu na miejski autobus, na ławkę przysiadła się do nas moja sąsiadka. Spytała nas co myślimy o pokazywanej w TV, wystawie w Gdańsku. Dodała, że wśród eksponowanych fotografii  żołnierzy Wermachtu, jest zdjęcie dziadka Tuska. Znając jej poglądy na świat, unikam z nią rozmów o  polityce. Jej światopogląd poznałem na terenie kościoła w niedzielę wyborczą. Wtedy zaraz po wyjściu ze świątyni otwarcie wyznała, że nienawidzi Tuska. Nie podejmowałem tematu i zasugerowałem tylko, żeby wróciła i poszła do spowiedzi wyznając księdzu nienawiść do bliźniego swego. Tym razem jednak coś we mnie pękło. Nie milczałem i nie skierowałem rozmowy na inne tory. Spytałem ją tylko w jakim wojsku służył jej dziadek. Widząc jej zaskoczenie i zdziwienie moją reakcją, nie czekałem na odpowiedź. Dodałem szybko, że mój dziadek był potomkiem Niemca i z racji zamieszkiwania w Galicji w zaborze austriackim, służył w CK armii. Rozbawiła mnie jej reakcja -” Ty to co innego!” Niestety, nadjechał oczekiwany przez nią autobus i nie zdążyła mi powiedzieć na czym polegała moja, lub mojego dziadka wyjątkowość.

Nie zdążyłem z nią podyskutować, napiszę więc kilka słów o „naszych chłopcach'” na podstawie indeksowanych przeze mnie aktów ze świętokrzyskich parafii. Celowo używam słów będących tytułem gdańskiej wystawy – „Nasi chłopcy”, bo ci nasi rodzili się i zamieszkiwali na naszej świętokrzyskiej ziemi. Tu byli wcielani do wojska i służyli w carskiej armii. Tylko nieliczni z nich wracali do swoich wiosek. O większości z nich słuch zaginął. Ich kości bielą się na polach Europy i Azji. Aż po wschodnioazjatycki Port Artur. Niejeden z nich przeklinał dzień w którym został wcielony do wojska. Świadectwem, że służyli w „ruskim wojsku”, są liczne zapisy w aktach urodzeń zachowane w naszych archiwach. Wynika z nich jasno, że „ojciec dziecka służy w wojsku”. Czy muszę mówić w jakim wojsku skoro akty pisane były cyrylicą? Nieliczne akty w księgach zgonów poparte są numerami dokumentów wydanych przez dowódców jednostek lub garnizonów na okoliczność zgonu. Tu przyczyny są różne – zmarł w szpitalu, na polu walki, na wojennej służbie… W księgach małżeństw znajdują się natomiast tylko nieliczne adnotacje świadczące o tym, że zawierający związek małżeński Pan Młody był w carskim wojsku i ma uregulowany stosunek do służby wojskowej. (odpusknyj, lub zapastnyj sałdat). Oprócz tego zachowały się czysto wojskowe dokumenty produkowane przez kancelarie przy sztabach i garnizonach wojsk. – imienne wykazy poborowych, wykazów żołnierzy leczonych w lazaretach i listy osób zabitych i zaginionych. Tyle o naszych chłopcach przed i w czasie I Wojny Światowej. O II Wojnie Światowej i służbie „naszych chłopców” w wojsku niemieckim znacznie krócej. Nie będę ich różnicował pod względem zamieszkania. 370 tys. Polaków zostało siłą wcielonych do Wermachtu. Ponad 225 tys. zginęło na froncie.  Ponad 89 tys. zdezerterowało i walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych. Z kilkusetosobowego poboru do Goralische Wafen SS wcielono tylko kilku ochotników. Reszta zdezerterowała. Tylko 3 tys. dezerterów wybrało drogę Gustlika Jelenia – od Lenino do Berlina. Warto też wspomnieć o cywilnych  osobach mieszkających na terenach III Rzeszy działających w konspiracji lub walczących w AK.

Nasi chłopcy? Moim zdaniem, tytuł gdańskiej wystawy jest trafny. Wskazuje, na region z którego pochodzą tamci „chłopcy”. Sama wystawa pokazuje, że byli Polakami siłą wcielanymi do niemieckiej armii. Pewnie dlatego przeciwnicy tej wystawy (podobnie jak ja kiedyś), różnicują zaborców i okupantów na dobrych i złych. Znacznie przyjemniej, z zapartym tchem czytałem o przygodach dzielnego wojaka Szwejka i gefrajtra Kani niż jakiegoś pruskiego frajtra, feltfebla, lejtnanta z Wermachtu. A w naszym zaborze? Dorobienie się ogromnego majątku na handlu z ruskim wojskiem czyniło w moich oczach  Stanisława Wokulskiego zaradnym handlarzem i biznesmenem. Kolonistów niemieckich z „Placówki” tego samego autora, odbierałem znacznie krytyczniej. Później przygody Janka Kosa, Hansa Klosa i Franka Dolasa też zrobiły swoje. Dziś na dodatek wysłuchuję głupot; o lepszym i gorszym sorcie, o śmieciach, o chamskiej hołocie, o niemieckiej opcji. Przestępuję przy tym z nogi na nogę, bo boję się postawić ją tam gdzie stało ZOMO. I to wszystko pod hasłem -Tu jest Polska! Rozumiem emerytowanego zbawcę narodu. W końcu można mieć gorszy dzień i nie gryźć się w język. Śpiewać hymn „…z ziemi polskiej do Polski…”, mówić że „nikt mu nie wmówi, że białe to białe a czarne to czarne”, zachęcać swoich do głosowania cztery razy tak i tłumaczyć się że człowiek już stary i zmęczony. Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy to słuchają i z zachwytu klaszczą mu brawo.

Ura! Ura! Ura! My kulturnyj narod! My giermańca nie boimsja, my wsiegda idiom w pieriod! Jesteśmy przecież Słowianami. Mamy podobną fantazję i taką samą kulturę picia. Tyle w tym temacie. Sorry za pisanie o naszych przodkach bez ogródek. Z dwojga złego wolę mieć niewyparzoną gębę i nieprzygryziony język, bo muszę dbać o język. W końcu nie znam dnia, ani godziny. Tylko tyle pozostało mi z przyjemności.

Jerzy Wnukbauma

Mój milioner.

Chyba mam w swoim rodzie rekordzistę? Piszę „chyba”, bo nie sprawdzałem i nie porównywałem rekordu mojego przodka z innymi kandydatami ubiegającymi się o tytuł mistrza. W Księdze Rekordów Guinnessa nie ma męskiego odpowiednika w jego konkurencji. Historycznie i potencjalne przodownictwo przypisuje się jednak Czyngis Chanowi. Daleko mu do niego ale – było nie było – czempionem płodności w moim rodzie był mój prapradziadek Józef Franciszek Jan Burdziński urodzony we wsi Dalechowy parafia Imielno, syn Antoniego i Barbary z domu Żelichowska. Jego córka Antonina była matką mojej matecznej babki Heleny. Powie ktoś, odległe czasy. XIX wiek. I będzie miał rację. Od czasu jego narodzin minęło bez mała dwieście lat. Od jego śmierci sto dwadzieścia lat.  Ale ja patrzę na to z mojej perspektywy. Przy sprzyjających warunkach mógłbym widzieć swojego prapradziadka Józefa. Mój sześcioletni prawnuk ma jeszcze żyjącego prapradziadka. Odwiedza go ze swoimi rodzicami. Zagląda do jego pokoju. Witają się. Przybijają sobie piątki. Rozmawiają ze sobą. Czy go będzie pamiętał? To już inna sprawa.

Według rodzinnych przekazów mojej matecznej babki, jej dziadek Józef brał udział w Powstaniu Styczniowym. Pomny kilku nieścisłości w jej i mojej matki relacjach, postanowiłem to sprawdzić. W chwili wybuchu powstania miałby 35 lat. Mógłby więc brać udział, ale – w 1862r zmarła jego pierwsza żona Katarzyna z domu Patyńska. Pozostawiła go z gromadką małych dzieci. Z marszu ożenił się po raz drugi z moją prababką Marianną z domu Grontkowska. Druga żona wydaje mu na świat trzynaścioro dzieci. W tym moją prababkę Antoninę. Pierwsze dziecko (z drugą żoną) rodzi się w grudniu 1863 roku. Następne co rok prorok. Czy miałby czas iść do powstania? Być może. Pradziadek zmarł w 1904 roku, a więc jeszcze pod carskim zaborem. Gdy Polska odzyskała niepodległość, już nie żył i nie mógł udowodnić swego udziału w powstańczym zrywie. Z całą pewnością przekazał jednak swój patriotyzm w genach swoim dzieciom i wnukom. Kilkakrotnie pisałem o moich Burdzińskich w poprzednich artykułach. Według zamieszczonego na MyHeritage drzewa genealogicznego prowadzonego przez moją kuzynkę Paulę Skowron nasz wspólny przodek Józef Franciszek Jan Burdziński miał z dwoma żonami dwadzieścioro siedmioro dzieci. Bez mała o stówkę mniej niż ojciec Wirgiliusz. Pobierane na nie 800+ przysporzyłyby mu dziś niezły, miesięczny dochód wynoszący 21tys 600 zł. Rocznie 259tys 200 zł. Przez osiemnaście lat do uzyskania pełnoletności – To zresztą, obliczcie sobie sami.

Jerzy Wnukbauma

Złote gody.

Są w genealogii naszych rodzin zdarzenia, którymi w ogóle się nie zajmujemy, lub odfajkowujemy je i gnamy dalej. W moim przypadku tak było z okrągłymi, pięćdziesiątymi rocznicami ślubów. Pewnie dlatego, że byłem młodszy i perspektywa mojego pięćdziesiątego jubileuszu powiedzenia sobie TAK przed ołtarzem, była bardzo odległa. Co prawda już na początku moich genealogicznych poszukiwań, natknąłem się w Internecie na wykaz z 1947 roku, osób odznaczonych za długotrwale pożycie małżeńskie. Był to Dziennik Urzędowy z 19 lipca tegoż roku. Znalazłem w nim interesujące mnie nazwiska. Odfajkowałem to zdarzenie i pognałem dalej. Później, w notatkach prasowych kilku lokalnych gazet znajdowałem nazwiska innych moich krewnych, świętujących także pięćdziesięciolecie rocznicy ślubu. Też je tylko odfajkowałem, bo dla mnie wtedy ważniejsze były nazwiska i umiejscowienie ich w wywodzie przodków. Te później znajdowane odznaczenia, były już nadawane po nowych zasadach.  Za długoletnie pożycie nie przyznawano już Krzyży Zasług, lecz od 1960 roku za małżeństwa na medal nadawano Medale „za długoletnie pożycie małżeńskie”. Od 2007 roku pisownia tego odznaczenia została zmieniona na – Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie. Z krótkim wyjątkiem do 1989 roku medal był nadawany obywatelom Polski przez Radę Narodową. Po tym okresie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

W powyższym wykazie osób odznaczonych Złotym Krzyżem Zasługi, wkradł się błąd. Do tego stwierdzenia doszedłem spoglądając na ostatni numer na tej liście. Numer sto pięćdziesiąt jeden był zastanawiający. Na sto procent, ostatni numer powinien być parzysty. Nie podejrzewam i wykluczam nagradzanie przez  Warszawską Wojewódzką Radę Narodową trójkąta małżeńskiego. Szkoda tylko, że potomkowie Michała Miszalskiego (przy którym widnieje nr 59), przynajmniej z tej listy, nie dowiedzą się jak miała na imię ich krewna – żona Michała.

Z myślą udekorowania mojej piersi jubileuszowym medalem, noszę się bez mała od dwóch lat. Wraz z żoną już się kwalifikujemy. W naszym przypadku, przeszkodą udekorowania nas, była osoba przyznająca to odznaczenie. Okresu oczekiwania, nie zmarnowałem(?) Co się odwlecze, to nie uciecze. Zająłem się cudzym jubileuszem. Chwyciłem za pióro i fantazjowałem na temat złotych godów państwa Rydlów. Takie moje „co by było gdyby”. Napisałem „dramat” o małżonkach Lucjanie i Jadwidze Rydel, którzy w Bronowicach świętowali swoje złote gody.

Wyspiański opisał Rydla wesele, mnie do talentu Mistrza brakuje zbyt wiele, dlatego zapisane przeze mnie papierowe świstki, dałem do sprawdzenia do mojej polonistki. I co mi powiedziała Pani od polskiego? Nielzja! – miast – Pisz, pisz kolego! A poprzestała tylko na przeczytaniu poniższego prologu. Całe wesele poszło się… bawić.

Kiedyś naszło moją Starą
„Tyle lat jesteśmy parą,
że najwyższa pora luby,
poodnawiać nasze śluby!
Przed ołtarzem w tą niedzielę
zamówiłam mszę w kościele!”
Na początku mnie zatkało,
jakby tego było mało,
dopełniła czarę złości –
„Zaprosiłam na mszę gości!”

Podziałało to jak cyjanek.
Z głowy miałem cały ranek
a i dalsze dnia godziny
czarno widzę nie z mej winy.
Gdybym dłużej został w domu
pewnie wziąć musiałbym bromu.
W domu nerwy mnie zżarłyby
więc udałem się na ryby.
Opuszczając me mieszkanko
w drzwiach rzuciłem – „Pa Bogdanko!

Będę robił to co lubię!
Zobaczymy się na ślubie!”
Mówiąc krótko między nami –
Pierdyknąłem mocno drzwiami.
Mocząc kija nad dorzeczem
swoje nerwy teraz leczę.
Wstyd mi tylko, że mój teść
do ołtarza będzie wieść
swą córeczkę – Młodą Pannę,
przy niej ja – Jak zwierzę ranne.

W tą niedzielę przed kościołem
grupka gapiów stała kołem,
a pośrodku zbiegowiska,
żona niczym odaliska
która ruszyć ma do tańca,
w towarzystwie mnie skazańca.
Organista zagrał marsza,
równym krokiem para starsza
sunie wolno przed ołtarze
gdzie już krzesła młodej parze
poustawiał nasz kościelny.
Show must go on! I bądź dzielny!

Na mszę chodzę co niedzielę.
Zwykle staję w mym kościele
na uboczu gdzieś pod chórem,
a tu stać musiałem murem
w samym środku, przed ołtarzem
i się własnym potem smażę.
Po kazaniu poruszenie.
Przeszukuję swe kieszenie
bo wikary szedł z zakrystii
zgodnie z duchem eucharystii
zbierać datek na ofiarę.
Więc spytałem moją stare;

Jakieś drobne masz na tacę?
I powoli rezon tracę
bo drobniaków ni złotówki,
za to pięć banknotów po dwie stówki.
Nieopatrznie je wyjąłem
chcąc je ukryć forsę miąłem,
lecz mnie żona uprzedziła
kasę z dłoni wyłudziła.
Dała księdzu na ofiarę.
On ją wtedy za errare
nazwał głośno „Anielicą”
Pożegnałem się z krwawicą.

I zastygłem w takim geście
jakbym szepnąć chciał o reszcie,
lub dziękować przed mównicą,
że nie nazwał „Czarownicą”.
Popsuła mi humor zbyt hojna ofiara
w kościele do końca usiedzieć się starał.
Gdy usłyszałem Marsz Mendelsona
wstałem pierwszy a za mną żona.
Złapałem telefon i ze złości
pospraszałem swoich gości.
Chochoła, Widmo, Hetmana, Upiorę,
Stańczyka, Radczynię i Wernyhorę,
Czepca, Poetę, Żyda, Rachelę…
na rocznicowe Złote Wesele.

Jerzy Wnukbauma

Co było w Wieńcu…

Po kilku miesiącach częstego sprawdzania się w internetowej przeglądarce skierowań na leczenie uzdrowiskowe, wreszcie coś drgnęło. Po dziewięciu miesiącach, w końcu doczekałem się swojego przydziału do sanatorium. Skierowanie do niego, przyszło nieco później – Pocztą Polską.

Gdy dowiedziałem się o terminie i miejscu pobytu w sanatorium, postanowiłem odpocząć od genealogii. W kąt poszły drzewa, wywody, poszukiwania i spotkania. Zawiesiłem też indeksację Bodzentyna. Zająłem się wyłącznie przyszłym leczeniem. Moje częste odwiedzanie internetowej strony NFZ , sprawiło, że uaktywniłem jakieś algorytmy. Coraz częściej i coraz natarczywiej otwierały mi się niechciane wzmianki o sanatoriach i firmach przewozowych świadczących usługi  dowozu z adresu na adres. Pojawiały się także dowcipy o leczeniu sanatoryjnym i o kuracjuszach . Zapamiętałem jeden. Spotyka się dwóch facetów. Jeden do drugiego mówi – Moja żona dostała sanatorium. Teraz robi sobie prawo jazdy. Głupia myśli, że dam jej samochód. Drugi odpowiada – A moja żona też jedzie do sanatorium. Kupiła dwadzieścia prezerwatyw i głupia myśli, że będę do niej codziennie dojeżdżał. Zauważyłem też, że kilka artykułów o „turystyce sanatoryjnej” zwiększającej zachorowalność seniorów na choroby weneryczne, popsuło humor mojej żonie. Przed wyjazdem napisałem kilka wersów o sanatoryjnej rozwiązłości. Żona oceniła je krótko – Jeszcze nie pojechałeś, a już sobie nagrabiłeś!” Wiersz zamieszczam na końcu tego artykułu.

Zawiesiłem swoją działalność? Okazało się, że nie do końca. Pod wpływem zewnętrznych bodźców, zbierane przeze mnie stare informacje, dawały teraz o sobie znać. Tu przykłady. Jadąc do sanatorium po drodze mijałem miejscowość w której dyrektorem szkoły był brat mojej babki. Przejeżdżałem przez Łódź – tu po wojnie zamieszkał i założył rodzinę urodzony w Warszawie spokrewniony ze mną mój imiennik. Dojeżdżałem do celu i znów uaktywniła się pamięć. Przede mną miejscowość w której urodził się sąsiad. Dzielący ze mną pokój kuracjusz przyjechał z Radzymina. Pracował w Kobyłce. Przed laty w Radzyminie i pobliskiej Kobyłce znalazłem groby moich krewnych. Rozpoczynam rozmowę z przygodną kuracjuszką z Gdańska. Gdańsk to także miasto w którym po Powstaniu Warszawskim osiedliła się spokrewniona ze mną gałąź. Coraz częściej zastanawiałem się, czy da się całkowicie nie myśleć o korzeniach? Odstawić i zamknąć w szufladzie swoją kilkuletnią pracę? Chyba nie! Po przyjeździe przypomniałem sobie też o sanatoryjnej przygodzie siostry mojej matki.

Pod koniec lat 60 XX wieku siostra mojej matki poznała na leczeniu w sanatorium nieznajomego mężczyznę i rozpoczęła z nim rozmowę. Po kilku krótkich, nic nie obiecujących zdaniach musiało paść jakieś „magiczne” słowo, bo ich rozmowa nagle ożyła. Tym ożywczym słowem  zapewne był – „Radom”. Nie wiem kto pierwszy, ciotka czy nieznajomy wypowiedział to słowo, bo w trakcie dalszej ich rozmowy coś zaiskrzyło. Okazało się, że podczas okupacji w tym samym czasie gdy moja matka i ciotka mieszkały u wujka w Radomiu, na kwaterze w Radomiu mieszkał też ów pan. Jakież musiało być zdziwienie ciotki, gdy z jego ust usłyszała jego wojenną przygodę. Otóż w tamtym czasie w Radomiu poznał on dziewczynę, piękną osiemnastoletnią kobietę, córkę profesora z Buczaczu, Danusię Semkowicz z którą umawiał się na randki i na których wspólnie snuli plany na przyszłość. Tu przerwała mu ciotka  mówiąc, że Danusia była jej serdeczną koleżanką i z rozgoryczeniem wypomniała mu jej potraktowanie.  Powiedziała mu, że Danusia czyniła przygotowania do swoich urodzin na których miała przedstawić narzeczonego swoim rodzicom. Dwoiła się i troiła, by ze skromnych wojennych zapasów, zrobić coś godnego na tą okazję. W jej oknie długo w nocy paliło się  światło. Nie doczekała się swego ukochanego ani tej nocy, ani w następnych dniach. Początkowo wstydziła się pokazywać czerwonych od płaczu oczu, a gdy łzy obeschły, po wojnie wyszła za mąż i wyjechała z Radomia. Zerwała kontakt z okupacyjnymi koleżankami.

Słuchając słów ciotki, jej przygodny rozmówca zaczerwienił się i zgaszonym głosem zaczął opowiadać co go wtedy zatrzymało. W przeddzień urodzin Danusi został ranny w akcji i został przerzucony na punkt sanitarny, gdzie leczył rany. Po wojnie swoją przynależność do AK odsiedział w więzieniach UB. Wyszedł na mocy amnestii w 1956r. W więzieniu stracił zdrowie. Powoli odzyskuje je w polskich sanatoriach. Bezskutecznie szukał Danusi. Po skończonym pobycie w tym sanatorium, zamierza odwiedzić Radom i Fidor gdzie na partyzanckim punkcie medycznym leczył odniesione w walce rany. Tu niespodziewanie przerwała mu podekscytowana ciotka. – W Fidorze mieszkali teściowie mojego brata Tadeusza. Ojciec jego żony, Paweł Mrozek był dyrektorem tamtejszej fabryki farb i lakierów. Tu ciotka przerwała nagle na widok pobladłego swego rozmówcy.  „To u niego wtedy leżałem ranny. To u niego w czasie okupacji był punkt sanitarny. Paweł Mrozek zaopatrywał też nasz oddział w leki i środki opatrunkowe.” – dodał cichym głosem. Świat jest mały.

Turystyka sanatoryjna.

Przyjechałem leczyć się do Wieńca Zdroju.
Pierwsze kroki postawiłem w lekarskim pokoju.
Lekarz z sanatorium po wstępnym badaniu,
stan mojego zdrowia zawarł w jednym zdaniu.
A co mi powiedział lekarz z Wieńca?
„-Niestety! Nie zrobimy już z pana młodzieńca!”
Opuściłem zmartwiony gabinetu próg.
Lecz wieczorem poczułem się jak młody bóg,
bo mnie po kolacji fajna kuracjuszka
zaprosiła na noc do swojego łóżka.
Obrobiłem jej dziurę jak igła w maszynie.
A co będzie po masażach i po borowinie?
Co to będzie, gdy wybiorę już wszystkie zabiegi?
Poobszywam dziurska w artystyczne ściegi!

Szczęśliwie minęły mi w Wieńcu trzy tygodnie,
wciągnąłem na dupsko swe wyjściowe spodnie.
Szybko pożegnałem przygodną kuracjuszkę.
Nie miałem już czasu z nią na pogaduszkę,
bo spieszyłem się do lekarza na końcową wizytę.
Lekarz mi powiedział -„Zdrowie zna-ko-mi-te.
Młodziej pan wygląda i sporo pan schudł.
Wcześniej byłem w błędzie! Albo? Stał się cud!”
Na odchodne zapytał wbijając we mnie wzrok
„- Dlaczego pana nazywają – Mister Owerlok?”
Ruszyłem do domu gdzie czeka żoneczka,
a tu zamki wymienione i na drzwiach karteczka;
– Okazyjnie, za darmo mam pilnie do zbycia
do dziergania szmat – MASZYNĘ DO SZYCIA!

Dzięki Bogu jestem już w domu. Nie piszę o moim pobycie w kurorcie. Co było w Wieńcu, pozostało w Wieńcu. Tak się bawi, tak się bawi NFZ! Tak się bawi, tak się bawi NFZ!

Jerzy Wnukbauma

Do siódmego pokolenia.

Jak ten czas leci. Sześć lat temu odeszła do Pana moja teściowa. Kobieta, co do której, nijak miały się wszystkie dowcipy o teściowych. Kiedy przed laty jej córce powiedziałem przed ołtarzem sakramentalne TAK!,  straciłem wolność, lecz zyskałem w osobie teściowej sprzymierzeńca i przyjaciela. Od samego początku, relacje nasze były więcej niż poprawne. Była kobietą skromną, życzliwą, sprawiedliwą, niekonfliktową i szanującą moją małżeńską przestrzeń. Ale dosyć jej wychwalania, bo sam stawiam się w roli idealnego zięcia.

Swoich teściów poznałem w latach wczesnego Gierka. Po ponad rocznym okresie chodzenia ze sobą, moja wybranka podjęła za mnie męską decyzję. Stwierdziła, że najwyższa pora bym poznał swoich przyszłych teściów. Pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Doszorowałem się, wypachniłem, wbiłem w garnitur, kupiłem kwiaty i wraz ze swoją oblubienicą ruszyłem do jej rodziców. Na miejscu okazało się, że „przypadkowo” trafiliśmy na imieniny mamusi. Wokół zastawionego w sadzie stołu siedziała cała rodzina mojej wybranki. Byłem zaskoczony i zmieszany, lecz zadowolony, że przed tak wielkim zgromadzeniem, upiecze mi się klękanie i proszenie o rękę ich córki. W drodze powrotnej moja wybranka, przemilczała całą drogę. Była wkurzona, że o jej rękę nie prosiłem ni ojca ni matki. Jak kochanie nie prosiłem? Przecież dałem kwiatki. Mojej wybrance zadośćuczyniłem za którymś z rzędu podejściem na wieś do przyszłych teściów. Po ślubie stałem się ich najukochańszym i jedynym zięciem. Jak mówi moja żona – Dlatego jedynym, bo mają tylko jedną córkę.

Kiedy zająłem się poszukiwaniem swoich przodków zauważyłem, że teściowa stała się wielką fanką moich genealogicznych poczynań. Kibicowała mi z boku. Wypytywała o postępy. Przewidując, że moje poszukiwania nie skończą się na badaniu wyłącznie mojej linii, z czasem sama od siebie podsuwała istotne informacje o swojej rodzinie. Z wielkim zaciekawieniem słuchałem jej gdy snuła swoje wspomnienia. Pamięcią wracała do okresu swojego dzieciństwa i do lat okupacji. W jej wspomnieniach z lat II wojny, zaskoczył mnie jej stosunek do niemieckiego okupanta. Wspominała ich nieco inaczej niż wszyscy. Bardziej pozytywnie. Nic dziwnego. Jako najmłodsze dziecko, chowana była pod kloszem. Niemców widziała i zapamiętała jako mała dziewczynka. Widziała wyłącznie „dobrych Niemców”. Między innymi tych, którzy podczas okupacji przez pewien czas stacjonowali w domu jej rodziców. Tych złych Niemców niosących śmierć, za sprawą niewyściubiania nosa za próg, nie widziała przez całą okupację. Pamiętała jak stacjonujący u nich żołnierze niemieccy dzielili się czasem z domownikami wojskowymi konserwami, częstowali ją i jej rodzeństwo czekoladą i sucharami. Uratowali też jej rodziców od śmierci lub obozu koncentracyjnego. A było to tak.

Zbliżały się święta. W chlewiku dorastał do odpowiedniej wagi wieprzek. Jej ojciec spytał stacjonujących u niego Niemców, czy nie można by było zdzielić go między uszy. Rozmowa była krótka. Za zdecydowanym przyzwoleniem żołdaków, w nocy zaszlachtował świniaka. Przy świniobiciu i oprawieniu wieprzka, pomagali mu Niemcy. Następnego dnia po południu gdy szykowali się do wędzenia pod osłoną nocy, w ich gospodarstwie pojawiła się niemiecka żandarmeria. Przyjechali po gospodarza. W jego obronie stanęli stacjonujący u niego na kwaterze żołnierze niemieccy. Jak opowiadała teściowa, wszyscy wyszli z bronią i stanęli murem za gospodarzem. Po burzliwych przepychankach i ostrych słownych pyskówkach, skończyło się tym, że żandarmi zabrali zaszlachtowanego wieprzka i odjechali. Za uratowanie z opresji, gospodarz postawił wódkę. Wypili i pojadali naprędce przygotowaną zagryzką. Jeden z Niemców wyjawił co na odjezdnym powiedzieli im żandarmi. Zjawili się za sprawą donosu sąsiada. Jak dodała teściowa – po tym fakcie do końca wojny mieli z żandarmami spokój. Nikt już na jej ojca nie donosił. Donosiciel zemścił się wkrótce na jego najmłodszym synu.

Podczas rodzinnych rozmów zauważyłem, że teściowa pochlebniej niż teść postrzegała Niemców. Oceniała ich okiem małej dziewczynki. Spytałem ją kiedyś czy jest przekonana o uczciwości tych, którzy u nich kwaterowali. Dodałem, że stacjonujący nieopodal w więzieniu na Św. Krzyżu strażnicy niemieccy, też byli rozlokowani na kwaterach w okolicznych wioskach. Także żandarmi 62 plutonu żandarmerii zmotoryzowanej, dowodzonej przez oberlejtnanta Alberta Schustera mieszkali w okolicznych wsiach koło Świętej Katarzyny, Bodzentyna i Nowej Słupi. Jedni i drudzy siali postrach wśród miejscowej ludności. Ofiary tych pierwszych (strażników więziennych), leżą na Bielniku pod Świętym Krzyżem, tych drugich spoczywają u podnóża góry na Skałce w Nowej Słupi oraz w okolicznych lasach. Po chwili zastanowienia teściowa zaprzeczyła mówiąc, że Niemcy mieszkający u nich służyli w formacji łączności. Przypomniałem sobie, że zbrodnie niemieckich żandarmów na terenie świętokrzyskim, trudno było połączyć z 62 plutonem dowodzonym przez Alberta Schustera, ponieważ odnalezione niemieckie dokumenty sugerowały, że był to pododdział niemieckiej żandarmerii pełniący funkcję drogówki kierującej na drogach ruchem niemieckich wojsk. Żołdacy tej żandarmerii wojskowej pozostawili po sobie trwałe ślady wokół Łysogór. W Nowej Słupi pod Skałką zabili ponad 200 osób. Na Hucisku spalili żywcem dwoje dzieci. Po drugiej stronie Łysogór w Świętej Katarzynie zbiorowe mogiły ok. 40 ofiar, w Bodzentynie ok.39 ofiar egzekucji, ale były też; Paprocice, Płucki, Wola Zamkowa, Bartoszowiny, Huta Szklana, Jeziorko, Celiny, Wojciechów, Psary, Kluczniki, Szafranki, Wola Szczygiełkowa, Dębno, Klonów, Kakonin, Krajno.

Z wielu opowieści snutych przez moją teściową, przytoczę jeszcze jedną rozmowę, która mocno przykuła  moją uwagę. Jest to ciekawa, a zarazem tajemnicza historia. Jak wszystkie wspomnienia mojej teściowej z okresu jej dzieciństwa i to przeżycie dotyczyło okresu II wojny. Tej nie dość, że słuchałem z zapartym tchem, to na dodatek postanowiłem ją rozwikłać. Ta sprawa wiązała się z aresztowaniem i śmiercią jej brata. Ale od początku. Jak na wstępie nadmieniła teściowa, będąc wtedy dzieckiem, niewiele rozumiała co się wydarzyło. Pamięta jak po jej brata przyszedł stróż z aresztu w Nowej Słupi. Zabrał go prosto od domowych zajęć. Od szatkowania kapusty. Chłopak nie opierał się. Miał okazję uciec. Sugerował mu ją nawet eskortujący go wartownik. Nie zrobił tego. Twierdził, że nic złego nie zrobił. Złapał pod rękę tylko sweter i obaj poszli do Nowej Słupi. Jak wspominała teściowa, jej brata zamknęli w miejscowym areszcie. Rano do Nowej Słupi poszedł jej ojciec. Chciał zobaczyć się z synem i wyjaśnić powód jego zatrzymania. Zabrał mu śniadanie i cieplejszą odzież. Gdy dochodził do rynku, usłyszał odgłos wystrzału. Kierowany przeczuciem przyśpieszył kroku. Na miejscu ujrzał leżące na ulicy jeszcze ciepłe zwłoki syna. Na poboczu drogi stał nieruchomo granatowy policjant. Ojciec mojej teściowej zamknął synowi oczy i rozpłakał się. Nie pozwolono mu zabrać i godnie pochować syna. Jak opowiadał później w domu, w oczach syna ujrzał zastygłe pytanie – Za co?

Nie czekając na ewentualne pytania teściowa wyjaśniła, że jej ojciec na miejscu próbował dowiedzieć się przyczyny śmierci syna. Chciał także odebrać jego zwłoki i wyprawić synowi katolicki pogrzeb. Na nic zdały się jego prośby i groźby. Nie dowiedział się nic. Pod groźbą wsadzenia go do aresztu, kazali mu iść do domu i milczeć o zaistniałym fakcie. Po wojnie, po kilku latach od tragedii, do ojca teściowej, podszedł na rynku w Nowej Słupi mieszkający nieopodal aresztu gospodarz. Odciągnął go za rękę na bok i opowiedział mu przebieg zdarzenia. Widział wszystko. Zaciekawiony obecnością wyczekującego przed aresztem granatowego policjanta ukrył się i obserwował areszt. Nie mylił się co do swego przeczucia. Po krótkiej chwili drzwi od aresztu otworzyły się i wyszedł z niego jego syn. Minął granatowego policjanta i gdy przechodził na drugą stronę ulicy padł oddany śmiertelny strzał. Dostał w okolicę serca. Jak mówił rozmówca wyglądało to na egzekucję. Granatowego policjanta nigdy wcześniej ni później nie widział. Nie pochodził z miejscowego posterunku. Dodał, że chłopca pochowali pod płotem aresztu. Po wojnie brat teściowej został ekshumowany i uroczyście pochowany na cmentarzu parafialnym w Nowej Słupi. Jak podkreślała teściowa – Miał partyzancki pogrzeb. Rodzina próbowała dowiedzieć się czegoś więcej o przyczynie śmierci. Wszyscy rozkładali ręce. Jedyny ślad jaki pozostał po tamtym wydarzeniu to nazwisko na tablicy pamiątkowej poświęconej pomordowanym z nowosłupskiej parafii. Głupio to zabrzmi, ale tajemnicę swą zabrał do grobu.

Pod wpływem wspomnień mojej teściowej zacząłem interesować się historią okolic Świętego Krzyża i Nowej Słupi. Zapisywałem jej wszystkie wspomnienia skrzętnie i dokładnie. Po powrocie do domu odkładałem wszystkie notatki do szuflady. Ciągle wydawało mi się, że na spisanie ich mam jeszcze czas. Jej odejście uzmysłowiło mi, że popełniłem wielki grzech zaniechania. Po jej śmierci na początek postanowiłem wyjaśnić rodzinną tajemnicę śmierci brata mojej teściowej. Jak dotąd błądzę po omacku. Po cichu liczę na jej wstawiennictwo. Podczas jej pogrzebu, wydawało mi się że dała nam nawet znak. Idąc za jej trumną żałobnicy ujrzeli na niebie błękitny prześwit w białym obłoku w kształcie serca, oraz wiodące do nieba schody. Utrwaliłem to na zdjęciu.

Dzisiaj, po latach, mam poczucie niespełnienia. Coś w rodzaju moralnego kaca. Zdaję sobie sprawę, że teściowa opowiadając mi historię swego brata, zrobiła ze mnie swojego powiernika. Z pewnością liczyła na mnie i oczekiwała, że coś z tą wiedzą zrobię. Że być może znajdę jakieś dokumenty, ślady, wskazówki pozwalające na wyjaśnienie tajemnicy jego morderstwa. Ja tymczasem odkładałem wszystko na później. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że takie nicnierobienie zdarza się nawet naszym profesjonalnym służbą specjalnym. A według starego powiedzenia, „powinny prześwietlać wszystkich kandydatów na państwowe urzędy aż do siódmego pokolenia włącznie”. Może wtedy nie byłoby prezydenta rozmawiającego ponad 17minut z rosyjskimi hakerami, marszałka latającego do domów publicznych prowadzonych przez ukraińskich mafiosów, nie byłoby prezesów wynajmujących mieszkania na godziny, prezesów rugujących z mieszkania pana Jerzego uwikłanych znajomością z półświatkiem. Nie słyszelibyśmy o europosłach witających się zawsze „Szczęść Boże”, a którzy przykazania boże mają za nic. Na sali nie byłoby posłów przyznających się tuż po ślubowaniu do wieloletniego alkoholizmu, posłów żerujących na chorobie dzieci, wiceministrów uciekających przed odpowiedzialnością na Węgry, czy zbiegłych sędziów na Białoruś. Dlatego na poszukiwania genealogiczne do siódmego pokolenia jestem skazany na siebie.

Jerzy Wnukbauma

Bezpotomność

Bezpotomność
Jan Brzechwa

Jestem sam założycielem mego rodu
I na mnie ten ród wygaśnie;
Nie dbałem o męskiego potomka za młodu,
A może syn mi przydałby się właśnie?

Kto bowiem przejmie glorię mojego nazwiska?
Kto puści honoraria za pisma zebrane?
Gdy tak o tym pomyślę, serce mi się ściska,
Że bez potomka zostanę.

A zaraz myśl inna starość mi umila,
Że mieć syna nie zawsze jednak się opłaci,
Bo a nóż bym przypadkiem spłodził imbecyla,
Grafomana lub syjamskich braci?

I zresztą skąd mam pewność, na co syn by wyrósł?
Nie modliłby się przecież i nie śpiewał kolęd,
Lecz mógłby zeń być pijak, podrywacz i szmirus
Albo zwykły chuligan typu „Made in Poland”.

Mówię tak, bo znam życie. Jabłko od jabłoni
Pada dzisiaj daleko, więc już się nie łudzę.
Sam potrafię roztrwonić to, co syn by strwonił.
Wolę mieć raczej wnuczki. Oczywiście – cudze.

Dycha do dychy…

Za sprawą ukazujących się coraz częściej i bijących na alarm artykułów o wyludnianiu się polskich miast i wsi,  i ja zacząłem martwić się o skutki małego przyrostu demograficznego w moim rodzie. Niestety, straconego czasu nie nadrobię. Jestem już w wieku poprodukcyjnym i nie naprawię swoich i czyichś zaniedbań w tym zakresie. Martwię się  zupełnie czymś innym. Niepokoję się tym, że nazwisko które noszę i które jest przekazywane w pokoleniowej sztafecie z ojca na syna, kiedyś całkowicie zaniknie i co za tym idzie ród wymrze. Dziękuję Bogu, że nie stanie się to za mojego życia. Dlatego skrupulatnie wykorzystuję dany mi czas i robię wszystko by stało się to jak najpóźniej. Co robię? Kontynuuję rodzinne zwyczaje i uczę moich wnuków, gdy już obrosną w pióra, by wiedzieli do czego mają siura. W moim rodzie to pokoleniowa tradycja. Taki mały prolog przed wybudowaniem domu i posadzeniem drzewa.

Zadaniem każdego rodzica,
gdy syn obrośnie mu w pióra,
jest uświadomić swego dziedzica,
by wiedział po co ma siura.

Przykładem jest moja rodzina –
Odwiecznym u nas zwyczajem,
jest uświadomić przez ojca syna,
dlaczego wzwodu dostaje.

Tradycję zaczął prapradziadek
ucząc mojego pradziadka,
jak ma uniknąć syn wpadek,
kradnąc kobiecie „kwiatka”.

Z kolei mój dziadek
miał kilka minut frajdy
gdy w fotoplastykonie pradziadek
zapłacił za sprośne slajdy.

Mojego ojca tatusiek
mówiąc synowi o ptaszku,
do czego posłuży mu siusiek
pokazał na porno obrazku.

Gdy ja dorosłem do nauki
by nie stać jak tyka chmielu
mój ojciec niełatwej sztuki
uczył mnie w „polskim burdelu”.

Tych co mnie o grzech winią
przepraszam za dualizm,
nigdy nie byłem świnią
– Tak nazywano socjalizm.

Gdy syn wyrósł z młokosa,
usiadłem z nim na wersalce
dostał kasetę pornosa,
z niej poznał prawdę o szparce.

A gdy dorosną jego chłopacy,
syn się już nie namęczy.
Dziewczyny mają wszystko na tacy,
a resztę internet wyręczy.

Jak widać – cel był zawsze jeden – edukacja. Na przestrzeni lat zmieniały się tylko pomoce naukowe; rysunki, zdjęcia, slajdy, filmy najpierw na kasetach, później na płytach, na dyskach przenośnych i w komputerach. Dzisiaj z masowych przekazów wnioskuję, że demografią zajmują się specjaliści od koziej dupy. Czy jakoś tak. Nie dość, że o dzietności najgłośniej krzyczą starzy kawalerowie i stare baby, to na dodatek swoją nieudolność w tym temacie tłumaczą tym, że po godzinie 18 można do nich mówić już Zosia, a nieskuteczność programu 500+ a później 800+ zwalają na kobiety dające sobie w szyję. W każdym razie nie jest dobrze. Sosnowiec nam się wyludnia! Ja sam zauważam, że  podczas wieczerzy wigilijnej, zadaję wnukom krępujące obie strony pytania – Kiedy znajdziesz sobie dziewczynę? Kiedy się ożenisz? Kiedy doczekam się prawnuków? A mam komu zadawać te pytania. Mam sześciu wnuków i kiedy z nimi zasiadam do stołu, jest to wieczerza pół apostołów.

Tyle o mojej rodzinnej tradycji. Byłem przekonany, że faceci z mego rodu mieli wyłączność na edukację seksualną swych pociech. Byłem w błędzie. Niedawno moja sąsiadka, pani Nowak, chwaliła się długoletnią tradycją edukacji dziewcząt w jej rodzinie. Opowiadała, że w jej rodzinie od pokoleń, gdy dziewczyny kończyły osiemnaście lat, ich matki edukowały je w bardziej praktyczny sposób. Zupełnie nie przejmując się stroną teoretyczną ich edukacji. Nakazywały swoim córką położyć się wygodnie na łóżku, po czym kładły im na biodro dziesięciogroszówkę, a na wzgórek łonowy dziesięciozłotówkę. Kazały przy tym symulować przerzucanie dziesięciogroszówki z bioderka na biodro, a dziesięciozłotówki ze wzgórka na brzuszek w rytmie – DZIESIĘĆ GROSZY – DZIESIĘĆ GROSZY – DYCHA! I tak kila razy do znudzenia. DZIESIĘĆ GROSZY – DZIESIĘĆ GROSZY – DYCHA! Gdy przychodziło co do czego, matki w noc poślubną nie musiały podsłuchiwać młodych, a rano oglądać prześcieradeł. Wiedziały, że ich córki same dojdą do tego, że pieprzyć te drobne i przejdą do konkretów – DYCHA! DYCHA! DYCHA!. Pewnie dlatego nazwisko Nowak jest najpopularniejszym nazwiskiem w Polsce. Za to wnuków Bauma na palcach można policzyć.

Jerzy Wnukbauma.