Moje przemyślenia po Dniu Babci.

Niektórzy ludzie różnicują swoje babcie. Dla tych ludzi, jedna babka jest babką, o drugiej zaś mówią czule – babcia, a nawet znacznie cieplej – babunia. Skąd takie poróżnienie i wartościowanie babć? Winię tu trochę naszych rodziców, bo dla nich jedna z naszych babć była mamusią, a druga teściową. Dla mnie babcia to babcia. Nie robiłem i nie robię żadnych wyjątków. Moje babcie segregowałem tylko pod względem nazwisk. Jedna była babcią Baumową, a druga babcią Urzyczakową. Tą drugą ponieważ nosiła takie samo jak ja nazwisko,  dla odróżnienia nazywałem też warszawską babcią. O obu moich babciach zacząłem mówić w mniej pozytywnej, twardszej językowo formie, gdy zacząłem zajmować się genealogią. Wtedy to obie moje babcie stały się babkami. Z czysto prozaicznej przyczyny. Bo w genealogicznym nazewnictwie nie ma babuń, babć, babuniek. Wszystkie zostały wsadzone do jednego wora i o wszystkich bez wyjątku matkach naszych rodziców w genealogii mówi się – babki. Ponieważ zawsze są dwie, dla odróżnienia jedna nazwana jest babką ojczystą, a drugą cała genealogiczna brać nazywa babką mateczną. I wszystko jasne. Ja miałem szczęście, bo miałem w życiu fajne babki! Tu szybko wyjaśniam, że nie chodzi o moje przygodne romanse, a o moje kochane babunie.

Warszawska babcia.

Któregoś dnia w domu sprzątanie.
Przyjeżdża babcia i już zostanie!
– krótko, rzeczowo rzekła mamusia –
Przyjeżdża matka twego tatusia!
– dodała szybko nie kryjąc złości,
ja nie posiadłem się z radości.
Mogłem pochwalić się na dzielnicy;
– „Babcia przyjeżdża ze Stolicy!”

Nazajutrz matka mnie rano budzi
Ubierz się ładnie, idziesz do ludzi!
Pójdziesz po babcię z ojcem na dworzec!
Wystartowałem jak odrzutowiec.
Matka się jeszcze po kuchni krząta,
piecze, gotuje i kończy sprzątać.
Ustawia ojca nerwowym głosem.
Ojciec zaciągał się papierosem.

I nadszedł czas babci wizyty.
Pociąg przyjechał, hamulców zgrzyty,
głos w megafonie – „Tu stacja Kielce….”
Oj! Biło mi szybciej wtedy serce.
Bałem się w tłumie babcię przeoczyć,
chciałem na barki ojcu wskoczyć.
Wtem ojciec krzyknął głośno – Jest!
Wykonał w jej kierunku gest.

Kiedy z pulmana babcia wysiadła,
szczęka mi zaraz na dół opadła.
Nie wyglądała jak warszawianka,
lecz jakby zawsze mieszkała w Jankach
i pracowała ciężko na roli –
A ojciec mówił – „Babcia jest z Woli.
No dobra z Woli, ale jakiej?
Znałem Wól kilka, będąc dzieciakiem.

Czułych powitań nie było końca.
Łza błysła tęczą w promieniach słońca.
Jak podróż babciu? – spytałem babkę;
Na głowie miałam z Raszyna gromadkie…
Tutaj splunęła. Wypluta ślina
świadczyła co myśli o tych z Raszyna.
Tu pokraśniały moje lica.
Tak reaguje tylko Stolica.

Złapał dorożkę przed dworcem tata.
Babka krzyknęła –”Jadziem! Sałata!”
Cicho załkała ma dusza wrażliwa –
fiakra przyrównać do warzywa?
Za nic godności do człowieka!
To jest początek, a co mnie czeka?
Co kumplom powiem? Głowa mnie boli.
Będą się śmiali  –„ z Jachowej Woli”.

Nasza dorożka w Zagnańską wjeżdża
Babka spytała – „Co tak zajeżdża?”
Kulę się przy tym, bo jeszcze troszkę,
to coś uderzy z hukiem w dorożkę.
Lecz uspokoił mnie głos taty –
– „Mamo, w pobliżu są „Fosfaty
to od nich takim smrodem zionie.”
Parsknięciem rację przyznały konie.

Dojechaliśmy dzięki Bogu.
Matka nas wita w samym progu,
babka wskazując na białą chmurkę
spytała matkę – „Gdzie masz podgórkie?
To gdzie ty wieszasz pajeńczyne?”
Matka zrobiła zdziwioną minę.
Dziś wiem – podgórka to jest poddasze
A pajeńczyna to sznurki nasze.

Po obiedzie wyszedłem z babką
pochwalić się przed kumpli gromadką.
Babka kupiła mi wtedy pączka.
Wyrwała mi go łobuza rączka.
Wkroczyła babka –„ Jak zdzielę z trypa
to z winerami będziesz pomykał”.
Łobuz dla babki był pełen uznania
odtąd z daleka się do niej kłaniał.

Na drugi dzień, gdy wstałem rano
rzeczy już miały nowe miano.
Ancug, arbuz, bety, sztany,
gica, glaca, mojka, glany,
jarać kiepy, kapustosy,
ferfeniksy, lakierosy,
limo, lipko, owoc kurzy…
Spis dialektów miałem duży.

Śmieszyły mnie, gdy byłem dzieckiem,
mej babki „mowy staroświeckie”,
a nade wszystko jej mazurzenie;
„Po ile?” zamiast – w jakiej cenie?,
podała „renkie”, skręciła „nogie”,
zachwyt babuni – „O! Ja nie mogie!”
Dzisiaj mą babkę wspomnę z uśmiechem
i wiem, że babka gamzała Wiechem.
Jerzy Wnukbauma

Co w pieśni ożywa, w życiu musi odejść.

Was im Liede soll erstrehen,
mus im Leben untergrehen.
„Co w pieśni ożywa, w życiu zginąć musi”
Często to słyszałem od mojej mamusi,
gdy mówiła kim byli, jej po mieczu przodkowie.
Dzisiaj w kilku słowach Wam o nich opowiem.

Dawno, dawno temu, przodek ze strony matki,
spakował pośpiesznie wszystkie manatki
i opuścił w Nadrenii swoje fatherlandy
udając się do kraju Kraka i jego córki Wandy.
Tej co nie chciała za męża mieć Niemca,
lecz zmuszono ją przyjąć z Niemiec osiedleńca.

Gdy w Bechtheim za nimi zamknięto wierzeje,
mając młodość, dwie ręce i w Bogu nadzieję,
ruszyli przed siebie na Wschód koloniści,
wierząc, że marzenie o Raju tutaj im się ziści.
Zasiedlali w Galicji; Lwów, Czermin i Pniewy…
budowali domostwa i rozpoczęli siewy.

Kiedy w Hohenbach wzeszły ich pierwsze kłosy,
Moi Baumowie pisali dalsze „polskie” losy;
Orali i siali. Żenili się z Niemkami,
pozostając sobą czyli – kolonistami.
Z czasem Johan Baum z niemieckiego ziomka
stał się Janem Baumem i płodził Polce potomka.

Po wojnie Baumowie w dalszej poniewierce,
zasiedlali; Katowice, Białystok i Kielce…
Niektórzy za oceanem odnaleźli Raj.
Opuścili ojcowiznę i przyjazny kraj,
bo widać jest coś w genach, co na nas przełazi
i Baum za chlebem po Świecie wciąż łazi.

Być Baumem to zaszczyt, honor i duma,
panienki nogi ściskają na widok Bauma.
Mężczyzna z krwi i kości, nie z soli i gliny,
po grób kochający dzieci i dziewczyny.
Mądry, zdolny, pracowity. Roboty się nie boi,
żyje w ciągłym ruchu. Umiera tak jak stoi.

Wielki zapał do pracy mają nasze Baumki.
Taki, że gdyby zamiast konia zaprząc je do gumki,
krzyknąć – Wio! i świsnąć batem koło dupska,
toby uciągnęły, gdyby nie choróbska,
które dręczą nieustannie Baumów kobitę,
lecz nie jęczą i nie leżą, bo są pracowite.

Czas nie stanął w miejscu i jak wariat leci.
My się starzejemy, za to nasze dzieci
niechaj wniosą w ten ród, swój odwieczny wkład
i młode pokolenia Baumów przyjdą na ten świat.
Niech i tą latorośl Bóg płodnością darzy
i szczęśliwie pary Baumów kojarzy.

Drzewo obumiera już po moim dziadku.
Nie dostał nazwiska żaden wnuczek w spadku,
lecz póki w mych żyłach krew Baumów płynie,
póty po mym dziadku pamięć nie przeminie.
Nie zagłuszy jej requiem, ni śmierci kosy świst.
Jerzy wnuk Bauma – Last but not least.

Grajcie na chwałę Pana.

Wspomnę  dzisiaj o tym, czego już niema;
o drewnianym krzyżu z rzeźbami trzema,
kiedyś stał przy drodze, dziś już wśród albumów,
dzieło mego przodka zwane Krzyż Baumów.
                                                 Jerzy Wnukbauma

O postawionym przez mojego pradziadka Jana Henryka Bauma krzyżu, po raz pierwszy usłyszałem podczas wakacyjnego pobytu w rodzinnych stronach mojego matecznego dziadka Władysława. Dokładnej daty nie pamiętam. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Było to chyba na początku lat 60 ubiegłego wieku. To wtedy w czasie rozmowy mojej matecznej babki z siostrą mego dziadka, padła wzmianka o krzyżu Baumów. Tak go wtedy nazwała – Krzyż Baumów. Musiałem być wtedy dzieckiem z wielką wyobraźnią, bo pod wpływem tej rozmowy, krzyż ten w moich oczach urósł do rangi niecodziennego, wielkiego, wspaniałego monumentu. Ogarnęła mnie chęć zobaczenia tego swoistego cudu. Sposobność nadarzyła się niespodziewanie szybko, bo w najbliższą niedzielę pojechaliśmy całą rodziną do kościoła w Zgórsku. Była to niecodzienna dla mieszczucha podróż. Wyprawa ogumioną furmanką zaprzężoną w dwa konie. W drodze do kościoła ciotka wskazując na przydrożny krzyż, powiedziała; – To jest ten krzyż. Venimus! Vidimus! Nichil factum est! (przybyliśmy, zobaczyliśmy, nic się nie stało). Rzeczywistość okazała się banalna. Krzyż był starym, drewnianym, przydrożnym krzyżem jakich wiele było rozsianych po całej Polsce. Stare, poczerniałe drewno noszące znamiona czasu. Bez najmniejszego znaku wskazującej na fundatora. Bez tabliczki przybliżającej intencję jego postawienia. Jedyną ozdobą pociemniałych od słońca i deszczu belek były trzy rzeźby. Centralnie umiejscowiony ukrzyżowany Jezus, oraz dwie inne rzeźby przymocowane poniżej nóg ukrzyżowanego Zbawiciela. Figurki Najświętszej Marii Panny i Św. Józefa. O ile sobie przypominam, wszystkie rzeźby były kolorowe. Pomalowane jakąś farbą. Wspominam o tym, bo dzisiaj z powodu piaskowania rzeźb, trudno jednoznacznie to stwierdzić.

Jan Baum i Zbigniew Baum przy Krzyżu Baumów.

Kiedy dokładnie stanął ten krzyż i co było intencją jego postawienia? Dlaczego na krzyżu nie ma najmniejszego śladu wskazującego na jego fundatora. Dlaczego stoi tak daleko od miejsca zamieszkania darczyńcy (około 3 km) Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Same niewiadome a brak wyjaśnień. Żadne sensowne rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy. Sięgnąłem do mojego archiwum w którym zachował się list stryjecznego brata mojej matki. W liście o tym krzyżu wujek pisze tak;  – „Jest przy drodze ze Zgórska do Partyni drewniany krzyż znajdujący się około 300 m od kościoła. Obecnie stoi tam nowy krzyż, ale ma stare figury, które jak sądzę na podstawie opowiadań mojego ojca, były wyrzeźbione przez naszego dziadka Jana z Pnia. Na tym krzyżu były wykonane także „Narzędzia Męki Pańskiej”, których część istniała na tym krzyżu także po wojnie. Dziś ich już nie ma. Z opowiadań rodziny wiem, że było jakieś ważne wydarzenie w życiu dziadka, które on uwiecznił na tym krzyżu. Jest ten krzyż święty cichym miejscem kultu religijnego. Nie powinno to być zapomniane. Myślę, że wymaga to upowszechnienia wśród wnuków i prawnuków dziadka Jana i babci Marianny.  Białystok 19.11.1990 r.”

 Jak wynika z listu, wcześniej w tym samym miejscu stał inny krzyż. Przypuszczalnie też drewniany i  prawdopodobnie też uległ zniszczeniu pod wpływem czasu. Później w tym miejscu został wzniesiony nowy drewniany krzyż. Istnieje też przypuszczenie, że po przegniciu znajdującej się w ziemi belki, z racji oszczędności, stary krzyż został skrócony o zbutwiałą część i ponownie, już krótszy, został w tym samym miejscu wkopany. Na tą hipotezę, nie ma jednak dowodów. Dalej wujek pisze, że na tym nowym krzyżu przytwierdzono stare figurki wyrzeźbione przez jego dziadka Jana. Figurki te przetrwały na krzyżu do jesieni 2017 roku, a więc do jego końca. Dalej wujek pisze, że z krzyża powypadały metalowe narzędzia męki pańskiej. Jak one wyglądały? Kolejna niewyjaśniona zagadka. Zakładam, że były to typowe, najczęściej spotykane na krzyżach symbole męki Jezusa; młotek, obcęgi, włócznia, gwoździe… List nie wyjaśnia kto wykonał owe narzędzia i kto ufundował krzyż, za to jednoznacznie wskazuje na wyrzeźbienie figurek przez mojego pradziadka. W liście wujek Jan przemilcza także ustne polecenie jego dziadka nadzoru krzyża po jego śmierci. Opiekę nad nim miał sprawować ten potomek Jana, który pozostanie na ojcowiźnie, a kolejno po nim jego sukcesor. O tym dowiedziałem się od matki która znała ten fakt z ustnych rodzinnych przekazów.

Pod koniec 2017 roku Krzyż Baumów dokonał żywota. Wcześniej przez kilka lat pochylał się ze starości i dla bezpieczeństwa podwiązano go kilkoma odciągami, gdyż obawiano się przewrócenia go w czasie silnych wiatrów. Pośród miejscowej ludności zawiązał się komitet budowy nowego krzyża. Po wykonaniu i wkopaniu nowego krzyża odbyła się uroczystość jego poświęcenia.  Stary krzyż spalono, a pozostałe po nim figurki oddano w posiadanie spadkobiercom jego fundatora i wykonawcy.

Nowy krzyż. Zdjęcie z 2017 roku. Za krzyżem na łące czarny bocian.

O fakcie zwrotu figurek z Krzyża Baumów dowiedziałem się z rozmowy telefonicznej z kuzynką, która weszła w ich posiadanie. Naprędce wykonałem kilka telefonów i zebrałem chętnych do zaopiekowania się rodzinnymi pamiątkami. Po odbiór figurek wybraliśmy się w czteroosobowym składzie zapaleńców rodzinnej genealogii. Dwóch wujecznych braci z Białegostoku – Janusz i Zbyszek oraz nas dwóch braci z Kielc. Pojechaliśmy do kuzynki. Droga upływała nam w atmosferze wspomnień. Ja jednak czekałem na relację Zbyszka z jego podróży do „fatherlandu”. Na jego pełną wersję, bo skrócony wariant opowiadał mi wcześniej przez telefon. Jego przygody opisałem kiedyś w swoim felietonie, kładąc nacisk na jego metafizyczne, trudne do wyjaśnienia przygody. Opowiem je jeszcze raz, bo ich zakończenie jest ściśle związane z naszą podróżą, ze mną i z Krzyżem Baumów. Ale, żeby wszystko miało ręce i nogi relację Zbyszka zacznę od początku. Od jego sentymentalnej podróży do Nadrenii. Do miejsca skąd wywodzą się nasi przodkowie – Baumowie.

Podróż do Niemiec upływała Zbyszkowi bez większych przygód. Dopiero po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej zauważył, że po drodze sporadycznie pojawiają mu się zwierzęta i ptaki parami. W sensie po dwie sztuki. Dwie sarny, dwa psy, dwie kaczki, dwie jaskółki… Niby nic w tym dziwnego i niezwykłego ale zastanawiał się dlaczego tak się dzieje? Podzielił się tym spostrzeżeniem z towarzyszącym mu kolegą Andreasem. Ten nie znajdując w tym żadnego sensu, wzruszył tylko ramionami. Gdy przyjechali na miejsce Andreas zażartował ze Zbyszka mówiąc do niego; – Ciebie tu nawet dzwony witają. W tym momencie do Zbyszka dotarł odgłos dzwonów z oddalonego miasteczka. Wysiadając z samochodu, Zbyszek przeciągnął się i zamarł w bezruchu.  Po chwili wskazał palcem na dach domu w którym mieszkał Andreas i spytał – Andreas! Co to jest? Na kalenicy dachu domu Andreasa siedziały dwa rzadko spotykane ptaki – para kruków, która za nic miała rozlegające się po okolicy bicie dzwonów.

Zbigniew Baum przy tablicy z nazwą miejscowości.

Następnego dnia Andreas i Zbyszek pojechali w rodzinne strony naszych przodków. Zatrzymali się przed tablicą z napisem Bechtheim. Miejscowości z której pochodził nasz 6xpradziadek Johan Nicolaus Baum. W chwili gdy Andreas robił Zbyszkowi zdjęcie z miejscowego kościoła doleciało bicie dzwonów. Po krótkim spacerze po Bechtheim na jednej z uliczek znaleźli dom zamieszkały przez Baumów. Wskazał go napotkany mieszkaniec wsi. Niestety nikogo w nim nie zastali. Po krótkim pobycie w Bechtheim pojechali do położonego nieopodal Uelversheim – miejsca urodzenia kolejnego pokolenia Baumów. Przed wjazdem do tej wioski nie obyło się od zrobienia pamiątkowej fotografii przy tablicy miejscowości. Tym razem obyło się bez bicia dzwonów. Pierwsze kroki po przyjeździe do Uelversheim Zbyszek skierował do miejscowego kościoła protestanckiego. Niestety ten był zamknięty. Nieopodal tego kościoła był drugi, sądząc po urzędowej tabliczce, zabytkowy kościół. W odróżnieniu od tego pierwszego, wolnostojącego kościoła, ten drugi charakteryzowała ściśle przylegająca do jego murów zabudowa. Tak ścisła, że mury niektórych sąsiednich domostw stanowiły część składową kościelnego muru. Na szczęście ten kościół był otwarty. Obaj nasi globtroterzy weszli do jego środka. Z chwilą przestąpienia progu kościoła rozległo się bicie dzwonów. Po ich ustaniu, w kościele pojawiły się dwie kobiety; młoda, starsza i mały, kilkuletni chłopiec. Pojawił się promyk nadziei, bo skoro pojawili się ludzie, nadarzyła się okazja spytać o kontakt z pastorem. Po próbie nawiązania rozmowy Zbyszek spotkał się z piorunującym spojrzeniem i napomnieniem ze strony starszej kobiety. Krótkim – Ciii! rozkazała mu by zachował ciszę. Jak sam opowiadał, poczuł się wtedy niekomfortowo. Urażona duma podpowiadała mu by odwrócić się na pięcie i wyjść z kościoła. Jednak jakaś nieopisana siła kazała mu usiąść i ochłonąć. Usiadł i po chwili zobaczył jak starsza kobieta zwracając się do chłopca powiedziała; – Jutro będzie twój chrzest. Tu będą stali twoi rodzice, tu dziadkowie… Zaznaczę cię znakiem krzyża świętego ….

Zbigniew Baum w kancelarii parafii protestanckiej w Uelversheim

Gdy kobieta kończyła wyjaśniać przebieg ceremonii, do Zbyszka dotarło, że to co przed chwilą wydarzyło się było dla niego niecodziennym darem Nieba. Fuksem a może nawet cudem. Jakby ktoś specjalnie na jego przyjazd zorganizował coś na wzór jasełek. Dzięki niecodziennemu zbiegowi okoliczności mógł naocznie zobaczyć jak mogła przebiegać ceremonia chrztu naszego przodka, bo w tym kościele ochrzczony był nasz 4xpradziadkek Johan Baum urodzony w Uelversheim w 1773 roku. Wnuk wspomnianego przy okazji mowy o Bechtheim Johana Nicolausa Bauma. To on był jednym z pionierów zakładających niemiecką kolonię w Galicji. Zmarł w 1844 roku w Hohenbach, dzisiaj Czermin. Negatywne emocje związane z oschłym potraktowaniem ustąpiły. Do końca z zaciekawieniem śledził przebieg przygotowań do ceremonii chłopca. Po skończonej przymiarce chrztu, rozemocjonowany podszedł do pani pastor. Przedstawił się i powiedział z czym przybywa. Poprosiła go do swojej kancelarii. Po chwili poszukiwań położyła przed nim otwartą na interesującej go stronie starą księgę urodzeń i wyszła. Jak opisywał Zbyszek, odniósł wrażenie, że to co się dzieje jest siłą sprawczą jakiejś niewidzialnej  mocy. Zrobił kilka zdjęć i ruszyli w drogę powrotną.

Strona księgi urodzeń z 1773 roku z wpisem aktu urodzenia Johana Bauma.

Opowiadanie Zbyszka traktowałem z dużym dystansem. Nie podejrzewałem go o konfabulację. Raczej o zbyt emocjonalne podejście i doszukiwanie się w prostych ziemskich zdarzeniach jakiś nieziemskich, metafizycznych, nadprzyrodzonych sił. Sam niejednokrotnie widziałem przed maską samochodu przebiegające zwierzęta. Bicie dzwonów też nie powodowało u mnie gęsiej skórki. Ot! Zwykły zbieg zdarzeń. Nie doszukiwałem się w tym niczego nadzwyczajnego. Mieszkam blisko kościoła i bicie dzwonów słyszę codziennie. Nawet kilka razy dziennie. Na mszę, na Anioł Pański, na Apel Jasnogórski i okazjonalnie przy udzielaniu ślubu bądź wyprowadzeniu zwłok. Prawdopodobnie i w jego przypadku musiał zaistnieć zwykły zbieg okoliczności. Przejąłem się jednak, gdy ja stałem się mimowolnym świadkiem kontynuacji niesamowitych znaków opatrzności. Wróćmy jednak do naszej podróży do Zgórska.

Po dotarciu do celu i po krótkim odpoczynku, nazajutrz pojechaliśmy na cmentarz w Zgórsku. Po drodze mijaliśmy nowo postawiony krzyż. Kątem oka zauważyłem przechadzającego się po łące za krzyżem czarnego bociana. Zastanawiałem się skąd się tu wziął. Koniec września. Już dawno powinien odlecieć do Afryki, poza tym czarny bocian jest ptakiem leśnym, stroni od ludzi, jest bardzo płochliwy i trzeba mieć niesamowite szczęście by go zobaczyć. Zatrzymaliśmy się. Pogoda była fatalna. Było chłodno i lało. Na odwagę wyjścia z samochodu zdobył się tylko Janusz – brat Zbyszka. Zrobił kilka zdjęć nowo postawionego krzyża. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę. W czarnym bocianie nie dostrzegałem żadnego związku z wcześniejszym opowiadaniem Zbyszka. Aż do chwili, gdy dotarliśmy do kościoła w Zgórsku. Zajęci rozmową zbliżyliśmy się do furtki prowadzącej na dziedziniec kościoła. Zbyszek nacisnął klamkę i wtedy wszyscy usłyszeliśmy głośne bicie przykościelnych dzwonów. Wtedy zagrały na chwałę Pana. Dzisiaj 21.12.2021 roku, kościelne dzwony zagrały mojemu wujecznemu bratu ostatni raz. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.            Jerzy Wnukbauma

Ani jedna więcej!

W niedzielny poranek udałem się jak zwykle w niedzielę, na godzinę dziesiątą, na mszę świętą do kościoła. Poszedłem, bo nie idąc i nie uczestnicząc w niedzielnej Mszy Św. zgrzeszyłbym ciężko wobec siebie i wobec Boga. Msza jak msza. Bez żadnych niespodzianek. Przełknąłem gorzko kazanie księdza, który czynił wtręty o zabijaniu nienarodzonych dzieci. Odniosłem wrażenie, że oczekiwał od wiernych zero jedynkowej postawy – jesteś za zabijaniem nienarodzonych dzieci TAK czy NIE. To tak nie działa. Wiem, bo kieruję się nauką Jezusa i nie szukam innej drogi. Ksiądz proboszcz skończył celebrować mszę. Pożegnał wiernych – Idźcie do domu, ofiara spełniona. Wstałem i ruszyłem w kierunku wyjścia. Po wyjściu z kościoła moje ciśnienie podniosły dwie idące przede mną parafianki rozmawiające o obecnej sytuacji na granicy z Białorusią. Gorzko przełknąłem porównanie przez jedną z nich, tłumu „nielegalnych” uchodźców na granicy, do bydła. Nie! Nie zareagowałem. Spokojnie przeszedłem obok nich. Postanowiłem, że dopiero po przyjściu do domu, odreaguję i POGRZESZĘ. Napiszę co ja o tym wszystkim myślę.

Jak wspomniałem, w moim życiu staram kierować się nauką Jezusa Chrystusa. Dla Jezusa wartością nadrzędną, niepodlegającą żadnym stworzonym przez ludzi przepisom jest CZŁOWIEK. Bez żadnego wyjątku ze względu: na płeć, wiek, kolor skóry, stan posiadania, zdrowia, narodowość, poziom wykształcenia, przynależność. Jeśli chodzi o miłość do bliźniego swego, Syn Boży na każdym kroku był przykładem do naśladowania. W imię tej miłości kochał każdego człowieka takim, jakim stworzył go Bóg. Miłości do ludzi nie wyparł się nawet gdy był przez nich zdradzony, wzgardzony, opuszczony i ukrzyżowany. Dał temu wyraz tuż przed swoją męczeńską śmiercią słowami – „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.” Te Jego krótkie, a jakże wymowne słowa – trochę zmienione, ale o tym samym wydźwięku, mówił do mnie i mojego brata na łożu śmierci nasz ojciec. – Szanujcie się i kochajcie! Często słyszałem te słowa od mojej matki – Jest was tylko dwóch. Kochajcie się i szanujcie. Słyszę te słowa dziś od mojego teścia przy okazji rodzinnych spotkań. – Cieszę się, że się szanujecie! Cieszę się wraz z nim. Serce mi rośnie gdy i ja widzę szanujące się i pomagające sobie moje dzieci. Przesłanie rodziców niosą szerszy wydźwięk, bo nie tylko my bracia mamy się wzajemnie kochać. Ma się kochać i szanować wszelka brać. Skąd więc w moim kościele takie różnice w pojmowaniu miłowania bliźniego swego. Skąd w ludziach deklarujących się katolikami tyle, zła, nienawiści, pogardy i dzielenia ludzi na naszych – dobrych i na gorszy sort – tych złych, niepopierających tych uważających się za dobrych?

Porównywanie spędzonych i wykorzystywanych na granicy ludzi do stłoczonego bydła, uważam za grzecznie mówiąc NIE-STO-SOW-NE! Wszystkich myślących inaczej odsyłam do genealogii. Do poszukiwania swych korzeni, bo według mnie, badania genealogiczne uczą pokory. Chronią przed popełnieniem grzechu różnicowania i personifikowania bliźnich. Genealogia nie obraża przodków. Moim zdaniem, nie popełni takiego grzechu ten, kto bada swoje korzenie. Ten kto wie, że jego przodkowie gnani byli po bezkresach Syberii przez carskich żołdaków, a po zwycięstwie komuny przez uzbrojone oddziały NKWD. Ubliżające i niestosowne było by dla genealogii obrażanie naszych jeńców wojennych stłoczonych za kolczastymi drutami w licznych łagrach czy stalagach. Oficerów gnanych i ustawianych przy samej granicy głębokich wykopów, które po strzałach w potylicę, zasypane naprędce, staną się mogiłami. Przez gardło by nie przeszło takie porównanie komuś, kogo bliscy w panice uciekali przed Niemcami w 1939 roku. Przez myśl by nie przeszło nazwać ludzi przewożonych do obozów zagłady w bydlęcych wagonach – bydłem. Stanowczo zareagowałby  ktoś, kto wie, że jego babka wraz z małym jego ojcem czy matką popędzana była z liczną grupą innych Warszawiaków jako żywa tarcza przed nacierającymi na barykady czołgami. Nie! Genealogowi nie przeszłoby to przez myśl, a co dopiero przez gardło. A jeśli już wpadnie, to powinien zająć się czymś innym. Dobry człowiek nie obraża bliźniego swego. Jeśli uważa się za dobrego chrześcijanina, a nie bierze przykładu z Jezusa, to nie jest dobrym człowiekiem.

Niektóre akty zgonów, które indeksowałem dla potrzeb geneteki powodują u mnie stan ducha i umysłu, którego nie potrafię opisać. Za każdym razem, gdy natrafię na akty martwo urodzonych dzieci, czuję coś w rodzaju przybicia. Nawet po kilkunastu, kilkudziesięciu czy setkach lat jakie upłynęły od zdarzenia czuję gęsią skórkę. Celowo tragedię dziecka, jego ojca,  matki i całej rodziny nazwałem zdarzeniem, bo została tak w akcie nazwana – Zdarzyło się w parafii takiej a takiej w dniu tym i tym… Dalej reszta suchego wpisu. Martwo urodzony człowiek nie posiadał swojego imienia. Nie był żywym, zdrowym dzieckiem. Czy nie był istotą Boga? W przypadkach poronień ówcześni księża umywali ręce metodą na Piłata – Nie było ochrzczone! Bóg tak chciał. Idąc takim rozumowaniem można dojść do wniosków, że to kobieta wina. Mogła nie przeć i zaciskać mocniej pośladki. Urodzić i okazać zdrowe dziecko księdzu. Dla matek nie jest to zero jedynkowa sytuacja – Rodzić czy zabić?

Dobry człowiek nie nadużywa z uporem maniaka, zwrotu – NIE ZABIJAJ! To jest święte przykazanie i nie powinno być metodą zastraszania. Owszem, w Starym Testamencie roi się od przemocy i zbrodni. Starotestamentową bratobójczą zbrodnię zaczyna Kain od zabicia Abla. Później mordy powielane są już hurtowo. W Nowym Testamencie panuje większa pobłażliwość. Chciałbym zrobić tu jakieś odwołanie do nauki Jezusa o zabijaniu, ale poza jednym, lakonicznym przykładem nic nie znajduję. Jezus dawał zawsze człowiekowi wybór. Przecież Jego Ojciec obdarzył ludzi wolną wolą. Szanował to. W Ewangelii piąte przykazanie nie jest już dekalogowym – Nie zabijaj! Jezus proponuje przejść nam na wyższy level. Na poziom serca, rozumu i miłości. Złość, nienawiść, złe myśli, złe słowa i zła wola podawane w małych dawkach po przepełnieniu czary goryczy potrafią zabić najsilniejszego człowieka. Zapominają o tym współcześni faryzeusze (kapłani) triumfująco pląsający u toruńskiego Rumburaka. Niektórzy z nich za daleko odeszli od nauk Jezusa. Broniąc i ukrywając faryzeuszy w sutannach krzywdzących dzieci, stawiają się ponad Jezusem.

Nigdzie nie jest powiedziane za jakie przestępstwa ukrzyżowano dwóch złoczyńców konających na Czaszce wraz z Jezusem. Istnieje prawdopodobieństwo, że obaj mogli być skazani za złamanie V przykazania. Pomimo to w jednym z nich Jezus dojrzał dobrego człowieka. Dostrzeżenie w Jezusie Syna Bożego pozwoliło złoczyńcy dostąpić łaski. Poparcia i daru życia dostąpiła też od Jezusa cudzołożnica. Kapłanom (faryzeuszom) którzy przyprowadzili ją do niego nie powiedział – Chłopaki przestańcie bo grzeszycie. Spadajcie, bo tu nie wolno zabijać. Powiedział za to słowa, które mogły zachęcić do morderstwa. Do rzucenia kamieniem i w konsekwencji zabicia kobiety. Ukazał ułomność oskarżycieli a jawnogrzesznicy przekazał coś znacznie więcej. Powiedział do niej – „Ja ciebie też nie potępiam.” Zastanawiam się co by powiedział dziś Pan Jezus gdyby „uczeni w piśmie” wraz z Kają Godek przyprowadzili do niego kobietę, która ratując swoje życie usunęła zagrożoną ciążę. Myślę, że odpowiedziałby jej tj. Kai Godek – Nie baw się w Boga! Idź i nie grzesz więcej. Prywatnie myślę, że to co robi ta pani jest odciąganiem opinii społecznej od właściwego celu. Babsko robi szum wokół siebie. O niej jest głośno. O zboczeniu faryzeuszy ze ścieżki którą podążał Jezus jest cichutko. O to w tym wszystkim chodzi.

Jerzy Wnukbauma

„Gdzie Krym” – postscriptum

Cztery lata temu zamieściłem na stronie genealodzy.pl artykuł pt.”Gdzie Krym”, opisujący moje zmagania w poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania, lub tymczasowego pobytu moich przodków. Chciałem w nim (w artykule) pokazać, że nazwy niektórych miejscowości mogą dać nieźle popalić poszukiwaczom korzeni. Czy mi się udało? Myślę, że artykułem tym mogłem zniechęcić, a nawet zdołować, część początkujących genealogów. Porozrzucane po całej Polsce liczne; Górki, Wólki, Zalesia, Sosnówki, Brzeziny, Podzamcza nie zachęcają do wyruszenia w Polskę, by na miejscu sprawdzić, czy chodzi o tą właściwą. Postanowiłem naprawić swój błąd i pokazać, że z bliźniaczych nazw miejscowości można też się pośmiać. Chociaż wiersz piszę w pierwszej osobie liczby pojedynczej, moja wierszowana podróż jest wyłącznie wynikiem mojej wyobraźni. Mgły mózgowej. Jest także reakcją na słowa pewnej katechetki o plemnikach i prezerwatywie. Pandemia nadal szaleje. Siedzę murem w domu. Rusza mnie za to głupota ludzka.

Na Urzeczu jest cudownie!

Poznałem ją na Twiterze.
Pisała o wszystkim szczerze.
Nawet i o tym, gdy byłem ciekawy
jak zapatruje się na „TE” sprawy.
Odpisała mi jednym zdaniem –
„Sex jest Ok – lubię bzykanie!
Po czym dodała kilku słownie;
„P.S. Przyjedź do Czerska. Tu jest cudownie.
Czekam na Ciebie na dworcu w Czersku.
Come ower” – dodała po angielsku –
„Poznasz mnie, bo noszę okulary
i trzymać będę nenufary”

 

Na mapie znalazłem drogę do Czerska –
Z Kielc do Czerska to podróż pionierska.
Wieczorem w Czersku w letnią sobotę
na dworcu spotkałem jedną istotę;
Miała okulary, lecz coś nie tak,
bo w rękach jej, nenufarów brak.
Szybko mi jednak przeszła zagwozdka.
Brak lilii wodnych to błahostka,
bo panna ładna i sama jedna.
Więc przystąpiłem z miejsca do sedna.
– Bądź mi rusałko moją przewodniczką?
Poszliśmy razem wąską uliczką.

Z zapoznaną wcześniej młódką
doszedłem do przystani z łódką.
Staw był spokojny, niebo pogodne,
w dali bieliły się lilie wodne.
Podpłynąłem do kwiecia w stawie…
W oddali ostrów. Tu się zabawię,
lecz najpierw zerwę jej nenufary.
Warta dziewczyna jest tej ofiary.
Jak tu głęboko? Licho go wie!
Kur…! Pardon  – Sacrebleu!
Zakląłem bo zeskoczyłem z ławki
i woda sięgała mi za pośladki.

Dość długo brnąłem po pas w mazi,
w me slipy coś śliskiego włazi.
Wyszedłem z wody, dosiadłem ławki
I odrywałem z nóg mych pijawki,
Na kilku z nich zrobiłem wet –
tych co z męskości zrobiły flet.
To co przed chwilą stało jak drut
skarlało z zimna i było kaput.
Panna stanęła przy mnie w rozkroku,
(foczka jej była tuż przy mym oku)
Gdy wycierała mi plecy ręcznikiem.
Ja posłużyłem się językiem.

Nazajutrz śledziłem ją lornetką.
I wiecie co. Była katechetką.
Nazajutrz dla niej inny chłopiec,
rwał w stawie nenufarów kopiec.
Później w języku też miał ratunek
bo nosił w slipach opatrunek.
Dziś gdy się człowiek nad tym głowi,
dobrze wiedziała wtedy co robi,
bo wysyłając nas po grążel,
miała przyjemność i nie zaszła w ciążę.
Wróciłem do domu i jasna cholera
Przez miesiąc nie tknąłem komputera.

Gdzieś po miesiącu, no może dwóch,
wstąpił we mnie odważny duch,
wszedłem na portal społecznościowy…,
z myślą, że stworzę tu status nowy
i własną śliną żem się zadławił.
e-mail wysłała – „Gdzieś ty bawił?”
Więc odpisałem jej tonem szorstkim;
„Byłem u Ciebie w Czersku. W Pomorskim!”
Odpisała, że jestem dzieckiem,
bo mieszka w Czersku – w Mazowieckiem -,
że nenufary kwitną cudownie…
Znalazłem jej Czersk. Jadę ponownie.

Jerzy Wnukbauma

Gdyby do wywodu przodków…

Ciepło, gorąco, spiekota. Te dokuczliwe upały pomagają mi tylko w jednym. Są zbawienne na bóle stawów i kręgosłupa. Gdy żar leje się z nieba, czuję się lepiej. Kolana i kręgosłup przestają boleć. Jak ręką odjął. Po za tym, nie robię nic. Przez większość dnia okupowałem kanapę. Piszę w czasie przeszłym, bo moja żona po obejrzeniu w internecie zachowania byłej Pierwszej Damy, zareagowała w podobny sposób. Jak Danuta wpadła do pokoju i przerwała mi moje dolce vita słowami „Weź się do roboty”. Poczułem się jak Lech. Z tą tylko różnicą, że on posłuchał żony i wyłączył komputer, a ja odpaliłem laptopa. Wziąłem się do roboty, bo długo nie pisałem nic i na stronie Świetogenu zapanowała zbyt długa bezczynność. Na żądanie mojej Danuty wreszcie coś napiszę. Może jakiś konspekt. Marzy mi się, by tak jak Lech zacząć podróżować ze swoimi wykładami po całym świecie. Chociaż nie. Ostatnio on nie jeździ, nic nie zarabia i ogłosił (lub ma ogłosić) upadłość konsumencką. Bieda u niego do tego stopnia, że telewizja rządowa podejrzewa go o podbieranie sikorkom słoniny. U mnie dzięki Bogu nie jest źle. Dostałem trzynastą emeryturę. Czekam na czternastą i obiecaną przez prezydenta „piętnastą a może nawet i szesnastą”. W kwestii sikorek u mnie też jest zdecydowanie lepiej. Dzielę się okruszkami z ptaszkami. Jest już nawet tego efekt. Na osiedlu przybywa gołębi.

Wracając do wymarzonego podróżowania po świecie z wykładami. To jest oczywiście żart. Trzeba mieć o czym mówić i umieć to przekazać. Chyba, że ma się pod ręką swojego rzecznika, który w razie czego wyjaśni, że pan prelegent nie miał tego na myśli. Po drugie – Gdzie bym się ruszył z domu? Na potrzeby tego felietonu napisałem konspekt domniemanej konferencji, studiów lub krótkiego wykładu na temat „Genealogia pisana inaczej”. Inaczej bo… Gdyby do wywodu przodków użyć literackich środków, w treść wzbogacić, dodać rym, wiódłby jakiś genealog prym, a jego drzewo byłoby pierwsze, zrobione inaczej, bo pisane wierszem. Czy to taka wielka sztuka, opisać wierszem przodków wnuka? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że tak można.

Do wnuka.

Gdy swoich przodków będziesz ciekawski,
Dziadek pomoże ich powyliczać;
Twym ojcem jest Jacek Popławski
Matką Agata z domu Muzyczak.

Nadeszła pora dalszych zagadek.
O Twoich dziadków wiedzę poszerzyć.
Ojczysty dziadek – Popławski Radek
Mateczny dziadek – Muzyczak Jerzy.

Co się zaś tyczy dziadków połowic
Tj. ich żon, a Twoich babek
Jerzy poślubił Jadzię z Bronowic,
Z Migalską Marią pobrał się Radek.

Dość rozbijania głową murów
Na tym skończymy dalszą naukę
A resztą moich licznych praszczurów
Później podzielę się z moim wnukiem.

Można? Można! Dla potrzeb ćwiczeń, uświadamianie wnuka skończyłem na jego dziadkach. Dalej to już tylko z górki; łun z łuną, łuna z łunym, łun łunego, łuni łunych. W przypadku singli – łun lub łuna łunej. Bliźniaków – łuni łunej. Gdy matka jest nieznana –  łun lub łuna łunego. Gdy oboje są NN pozostaje tylko łun. I tak do Adama i Ewy. Ale genealogia to nie tylko relacja dziadek – wnuk. Moim zdaniem początki jej zaczynają się na ślubnym kobiercu i później od prokreacji. I w tym temacie miałbym o czym mówić. Rozpływając się nad cnotami niewieścimi, być może byłbym zauważony przez samego ministra edukacji – Czarnka. Słowo się rzekło! Napiszę pieśń weselną. Koniecznie wierszem, bo… kiedy stanie na ślubnym kobiercu, osoba bliska waszemu sercu, to staropolskim pięknym zwyczajem, za zaproszenie na ślub się odwzajem. Złóż Młodej Parze życzenia najszczersze – Pisz pieśń weselną. Koniecznie wierszem. Czy to taka wielka sztuka, kilka zdań Młodym wydukać? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że jednak można.

Epitalamium.

Precz frasunki, precz mozoły,
dzisiaj zajaśniał nam dzień wesoły.
Dziś cnoty rodzin chwalą swatki,
Młodych żegnają ojcowie i matki
Serca gorące złączył kanonik
Marsz Mendelssona grał filharmonik
epitalamia spisali rodzinni poeci
starosta z flaszką stoły obleci.
Rolą gości; jeść, pić i dobrze się bawić
Moją powinnością jest seksu sekrety wyjawić.
Taka jest moja rola. Tak obyczaj każe
gdy rodzic nie uświadomił tego Młodej Parze
Lub gdy Młodzi mają tysiące obiekcji.
Posłuchajcie Młodzi w tym temacie lekcji.

Tu kilka stron „w tym temacie lekcji”, których tanio nie sprzedam. Jest to czterdzieści wersów erotycznego podtekstu, którego z racji wczesnej pory nie zamieszczę. Pieśń kończę tak;

Wyspiański opisał Rydla wesele,
mnie do mistrza pióra brakuje zbyt wiele,
Lecz i wasze wesele warte poematu
toteż ja dam piórem trochę do wiwatu;
Szczęśliwa Paro! Miej uciechy trwałe,
Niech wam się noce zawsze zdają małe,
Dni upływają na szczerym kochaniu,
Wieczory długie na rąk splątywaniu.
Dwójcie się i trójcie. Niechaj was przybędzie,
a dzieci liczne słychać będzie wszędzie.
Wszystko co jest piękne i wymarzone,
Niech przez Niebiosa będzie spełnione.
Dzisiaj wraz z żoną piję wasze zdrowie
życząc wam Sto lat! – J.J. Wnukbaumowie.

Prawda, że od razu cofnęliśmy się w czasie. Zgodnie z ówczesnym trendem, zapachniało średniowieczem. Tytuł wiersza jest nazwą gatunku tej liryki. Jego stylu i tematyki nie da się zamknąć w jakimś konkretnym okresie. Jest ponadczasowa. W utworze tym, garściami brałem ze Stanisława Trembeckiego. Dla osób młodych małe przypomnienie lekcji z języka polskiego. Jest to poeta oświecenia. Urodził się i tworzył w tym samym okresie co Ignacy Krasicki. XVIII wiek. Z twórczości biskupa znam na pamięć tylko wiersz pt „Sen”

Śniło mi się, żem wóz, a to mara broi,
Budzę się, wozu nie ma, tylko dyszel stoi.

Ten krótki wiersz przypomniał mi dzisiejsze ” kamieniowanie duchownych”, w obronie których stanął Rydzyk. Rozgrzeszał ich słowami – „To, że ksiądz zgrzeszył… no zgrzeszył. Ale kto nie ma pokus”. Sam wstrzymuję się od komentarzy, gdyż i ja muszę się wystrzegać pokus. Też zauważyłem u siebie brojenie mar. Rano. Przed pierwszym sikiem. Wracając jednak do epitalamium. Według mnie obecny minister edukacji powinien włączyć go do spisu lektur szkolnych, lub nakazać zamieszczenie w podręcznikach języka polskiego. Dlaczego? Po pierwsze. Czytające tą pieśń weselną, dzieci zapoznają się wreszcie z cnotami niewieścimi. Wszystko będzie jasne. Po drugie. Uważam, że podczas czytania go, we wszystkich klasach będzie panowała cisza i katechetka odpocznie. Po trzecie. Może do facetów w spódnicach oskarżonych o wykorzystywanie nieletnich dotrze wreszcie, że takie rzeczy to tylko z żoną i to dopiero po ślubie.

Był ślub. Była pieśń weselna. Pora na powitanie na świecie owocu  pożycia małżeńskiego. I w tym temacie genealog, który podejmie się wyzwania i zrobi ładną oprawę liryczną faktu narodzin, może zaistnieć, bo… Gdy dzień narodzin stanie się faktem, obdaruje dziecię oryginalnym aktem. Napisze kilka wersów. Pobawi się polszczyzną. Nie zanudzi czytelnika rozwlekłą dłużyzną. Nie napisze jak urzędnik. Skończy też z szablonem. Popisze się w tym akcie lirycznym wykonem. Czy to taka wielka sztuka, na pamiątkę dziecku akt palcem wystukać? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że tak można.

Działo się w parafii Św. Ducha w Kielcach Na Stoku
o godzinie 13  dnia tego i tego , tego i tego roku.
Artur Muzyczak ojciec dziecka się stawił
dwoje pełnoletnich chrzestnych przedstawił,
zamieszkałego w Ostrowcu Pawła Ostrowskiego
i Karolinę Maj z Kielc stanu wolnego.
Okazał Nam dziecię płci męskiej zrodzone
z Moniki z Ostrowskich, którą pojął za żonę.
Po czym odbył się dziecka chrzest
i od tej pory katolik on jest.
Na Chrzcie Świętym dano dziecku imię Jerzy.
Oby w szczęściu, zdrowiu, ponad sto lat przeżył.

Można? Można! Pamiętałem też o RODO i zmieniłem imiona i nazwiska stawających. Zajmijmy się teraz przypadkami nazwanymi przeze mnie – archiwalne fuksy. Nazwałem tak (na potrzeby tego artykułu) nieznane dotąd zdarzenia i fakty, które wynikają bezpośrednio z dokumentów, lub pośrednio tj. w porównaniu z innymi aktami czy dokumentami. Tu małe naprowadzenie – Kiedy w sieci znajdziecie przypadkiem, coś związanego z waszym dziadkiem, to na pamiątkę tego trafu, piszcie coś na wzór epigrafu. Krótko, zwięźle w tym temacie, aż wszystkie akty wyszukacie. Czy to taka wielka sztuka, ślad przodków swoich w sieci szukać? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że tak można.

Dzisiaj odnalazłem, co mnie bardzo cieszy,
Po kądzieli przodków pochodzących z Rzeszy,
lecz smuci mnie, że ten co mówił w nadreńskim narzeczu,
Wymordował w Warszawie mych przodków po mieczu.
≈~≈

Wszyscy przodkowie mej babki ojczystej
są sukcesorami szlacheckiej krwi czystej.
Mieszkali między Ciechanowem a Mławą
zajmowali się rolą i wojenną wyprawą.

≈~≈

Po mieczu przodek mój,
Nosił z Urzecza strój.
Jak go widzieli, tak go nazwali
Odtąd Urzyczak w aktach pisali.

Można tak tworzyć bez końca. Tu jednak należy się mała uwaga. Są liczne minusy takich krótkich, skrótowych publikacji swoich korzeni. Nie wszystko można zmieścić w dwóch czy czterech wersach. Chwalenie się swymi przodkami, nie wszystkim przypada do gustu. Sam jestem tego przykładem. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wyskoczy z dziadkiem służącym w wermachcie. Ale to wina Tuska. Od wrogości do niego rozpowszechniło się to powiedzenie. Ciekawe czy do tej rewelacji przyczynił się ktoś z koleżanek lub kolegów genealogów? Poszukiwaczy takich sensacji odsyłam do badania swoich korzeni. Niech się przekonają, gdzie i w jakim wojsku mógł służyć ich przodek, podczas kiedy, przez 123 lata nie istniało państwo polskie. Mój dziadek będąc potomkiem Niemca, służył w wojsku austriackim. Mam się tym smucić, czy cieszyć? Stopniując zaborców na Niemiec – zły, Austriak – taki sobie, Rosjanin – ten dobry zaborca, mój dziadek wypada pośrodku? A więc płakać, skakać z radości, czy siedzieć cicho? Chwalenie się pochodzeniem szlacheckim mam z głowy. Nawet, gdyby jeszcze do dziś obowiązywały tytuły szlacheckie i związane z tym przywileje, miałbym na nie szlaban. Ostatnie wersy poświęciłem etymologii mojego nazwiska pochodzącego od nazwy nadwiślańskiego regionu leżącego pod Warszawą. Fakt ten dodał mi skrzydeł, a w szufladzie mojej przybyło sporo wierszy poświęconych Urzeczu.

Są czasem takie chwile gdy, genealogię pisze się przez łzy. Świat się wali, serce krwawi. Ręka drży a głos się dławi. Choroba, cierpienie, zgon. The Show Must Go On. Bo to jednak wielka sztuka. Serca się nie da oszukać? Wysiłek wielki, chwila trwożna. I pytasz siebie – Czy tak można?.

W nocy po Trzech Króli
w objęcia Najświętszej Matuli
zabrał moją matkę Śmierci kosy świst.
Ostatnią z Baumów. Last but not least.

≈~≈

To był szok, gdy dowiedziałem się o raku,
To był nokaut zapierający w piersi dech.
Czekałem cudu, Niebios najmniejszego znaku
I w jednej chwili power we mnie zdechł.

Wiersze dotyczą moich rodziców. Jeszcze dziś, po wielu latach, podobnie te wersy przeżywam. O rozwodach przemilczę. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Te słowa słyszą wszyscy katolicy przy okazji ślubów. Na pamięć powinien je znać kapłan udzielający ślubu. Zastanawiam się jednak, jak to jest możliwe w przypadku rozwodu kościelnego konsumowanego przez 24 lata małżeństwa. Zwłaszcza, gdy jego owoce chodzą po świecie? Czy to znaczy, że sędzia kościelny dając rozwód nie jest człowiekiem i stawia się na równi z Bogiem? Co Bóg złączył – CZŁOWIEK NIECH NIE ROZDZIELA! Nie wiadomo o co w tym wszystkim chodzi, a jak nie wiadomo o co chodzi… jednego z warunków rozwodu, choroby psychicznej nie wykluczam.

Ostatnim punktem konspektu powinno być zakończenie. Zazwyczaj jest to podsumowanie całego omówionego tematu. Daruję to sobie, oraz wszystkim czytającym te słowa. Zachowam się jak przedstawiciele obecnej klasy rządzącej, którzy po wygłoszeniu tego co mieli powiedzieć, opuszczają pospiesznie zaskoczonych dziennikarzy. Oni robią tak pewnie dlatego, by naród przespał się z tym tematem. Ja siedzę w domu, bo jest pandemia. I Serce mnie boli, bo znam przyjemne metody zarażania.

Jerzy Wnukbauma

Jabłoneczka

Jak obyczaj stary każe;
Gdy się syn urodzi ojciec siedzi w barze,
Później potrząśnie sakiewką;
Buduje dom i sadzi drzewko.
Matka mówiła, że mój stary
Z baru poszedł na bazary –
Przyniósł drzewko, miał być dąb
Gdy zasadził drzewo w klomb,
Obsypało wiosną kwieciem
I wydało owoc w lecie.
Odtąd koło okieneczka
Rosła rajska jabłoneczka.
I choć cierpkie ma owoce
Słodkie przy niej dnie i noce.

Ojciec co rok miał zajęcie,
Dbał o drzewko, robił cięcie
A na wiosnę, na wypryski
Robił co rok mu opryski.
Dużo słońca, trochę chemii,
Czas i mnie w mężczyznę zmienił.
Wtenczas koło mego okieneczka
Przechadzała się dzieweczka.
Cherubinek puścił strzałę
Było moje dziewczę całe.
Było ciepło, parne noce
Obdarzyłem ją owocem.
Jak obyczaj stary karze
Przesiedziałem później w barze.

Bóg dał syna, dom już miałem
A gdy tylko wytrzeźwiałem
Po bazarze połaziłem
Jabłoneczkę dosadziłem.
Odtąd z okna, zwłaszcza w maju
Piękny widok jest jak w raju,
Dziś, gdy pannę ujrzę w sadzie,
Co ma w głowie jabłek kradzież,
To zadumam się – Staruszku!
Co takiego w twym jabłuszku?
Ledwo co opadną kwiatki
Od zarania, od pramatki
Młoda panna czy staruszka
Ma ochotę na jabłuszka.

Jerzy Wnukbauma

Uciec gdzie pieprz rośnie.

3 fala pandemii. Tak jak wszyscy, jestem zaskoczony jej rozmiarem. Poprzednia, jesienna, dała się mnie i mojej żonie we znaki. Nie chciałbym już nigdy…. Tu złapałem się, bo wpadłem w pułapkę językową i ugryzłem się w język. Zgodnie ze starym polskim powiedzeniem, w takich przypadkach, chciałem napisać – Nie chciałbym tego PRZEŻYĆ JESZCZE RAZ. Zwodny kruczek językowy, bo jak nie daj Boże miałbym zachorować ponownie, to oczywiście chcę PRZEŻYĆ. Dlatego urwaną myśl skończę prościej – Nie chciałbym już nigdy tego przechorować! Mam pietra, bo jak do tej pory nie ma na tego łobuza lekarstwa. Jak zatem się przed nim bronić?  Zapaść się pod ziemię? Zniknąć jak kamfora? Przepaść jak kamień w wodę? Rozwiać się jak dym? Taka forma ucieczki nie wchodzi w grę. To nie gra w chowanego. Nie wystarczy jak dziecko zasłonić oczy i udawać że koronawirus mnie nie dostrzeże. Uciec gdzieś na odludzie? Schować się do mysiej nory? Przeczekać najgorszy okres tam gdzie pieprz rośnie? Taka opcja ucieczki nie daje gwarancji niezachorowania. Tam gdzie pieprz rośnie, z koronawirusem radzą sobie podobnie jak u nas. Istnieje też ryzyko, że gdy zachoruje się w krajach orientalnych, w razie choroby jest się skazanym na kiepską opiekę lekarską i samotność. Jedynym rozsądnym wyjściem jest zaszczepienie się i chuchanie na zimne – higiena, maseczka i samoizolacja. Co jednak robić z wolnym czasem? Jak bronić się przed nudą i mgłą mózgową? Po krótkim zastanowieniu postanowiłem zadbać o siebie i napisać kilka zdań o ucieczkach (tam gdzie pieprz rośnie) zaobserwowanych podczas indeksacji parafii Sędziszów. Zgodnie z przyjętym zwyczajem pogrupowania roczników ksiąg kościelnych (UMZ), zacznę od ksiąg urodzonych.

W czasie indeksowania księgi urodzonych w parafii Sędziszów z roku 1915 natknąłem się na niespotykane nigdzie wcześniej w tej parafii, częstsze niż zwykle zjawisko zgłaszania i podawania do chrztu urodzone dzieci przez akuszerki. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Odkąd istnieje obowiązek zapisu narodzin dzieci w kościelnych księgach, zawsze (nigdy nie mów zawsze) – w większości przypadków nieślubnych narodzin, obowiązek zgłaszania dzieci spoczywał na akuszerkach. Babkach, które odbierały poród. Już samo to, że zamiast ojca dziecka przed księdzem stawia się akuszerka, powoduje domysł, że jest tu coś nie tak. Dlatego z większą uwagą przyglądam się dalszemu zapisowi takich aktów. Jednak, jak wcześniej zaznaczyłem, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Dzieci nieślubne rodziły się, rodzą się i będą przychodzić na świat. W ich przychodzeniu na świat bywają zarówno lata tłuste jak i lata chude. Wraz ze wzrostem populacji zwiększa się prawdopodobieństwo wzrostu liczby takich narodzin. Rzecz jest w czymś innym. Jak napisałem powyżej, akty pochodzą z 1915 roku – z początku I Wojny Światowej.

Czym różnią się te z drugiego roku trwającej wojny? Tym, że w większości wspomnianych aktów przed nazwiskiem matki jest zapis księdza, iż dziecko pochodzi z ojca takiego a takiego, który wyjechał w poszukiwaniu pracy, lub przebywa gdzieś w sprawach handlowych. W kilku aktach, (tych z ojcem bez ojca), rodzic przebywał w Rosji. Zgodnie z zasadą dziecku wpisywałem nazwisko ojca. Za każdym razem dodatkowo sprawdzałem nazwisko dziecka w indeksach i wszystko było OK. Wszystkie dzieci były uznane. Nosiły nazwisko ojca. Z ciekawości wróciłem do poprzedniego roku. W aktach urodzenia z 1914 roku (i wcześniejszych latach), nie odnalazłem takiej potrzeby migracji za chlebem świeżo upieczonych tatusiów. Rok 1914, rok rozpoczęcia I Wojny zwiększył tylko nabór mężczyzn do wojska. Tu należy doszukiwać się usprawiedliwionych absencji ojców przy chrzcie własnych dzieci w 1915 r. Carowi potrzebne było mięso armatnie. Rok później tatusiowie byli o rok mądrzejsi. Tu moje małe przypomnienie. W artykule tym wspominam tylko o udokumentowanych w aktach urodzeń takich faktach. Takich przypadków musiało być znacznie więcej. Świeżo upieczeni ojcowie stanowili tylko mały procent wszystkich młodych mężczyzn zamieszkałych w parafii. Podejrzewam, że pozostali też szukali pracy za siódmą górą. I mieli rację. Sam zwiewałbym gdzie pieprz rośnie.

Napiszę teraz o innych ucieczkach jakie nasuwały mi się podczas wertowania ksiąg kościelnych. Nie są to sensu stricto ucieczki. Nikt nigdzie nie uciekał. Wręcz przeciwnie – dzielnie, choć prawdopodobnie ze spuszczoną głową, stawał przed księdzem. „Ucieczki” te są wytworem mojej bujnej wyobraźni i są ucieczką w sensie – uciec ze wstydu, schować się do mysiej dziury, zapaść się pod ziemię… Oto kilka przykładów.

W XIX wieku aż roi się od nadawania na Chrzcie Świętym „wyszukanych” imion dla dzieci urodzonych przez niezamężne matki. Dla dziewczynek przodowały imiona Kordula, Bibiana, Placyda a dla chłopców Narcyz, Sylwin, Rufin, Kilian, Dydak. To tylko nieliczne z nich. Jak zauważyłem, to ostatnie zarezerwowane było dla synów wdów. Jeśli matka była wdową i przytrafiło jej się po kilku latach od śmierci męża urodzić syna, to w stu procentach miał on na imię Dydak. Przy analizowaniu takich aktów zastanawiałem się, jak musiała czuć się kobieta podczas chrztu. Jak czuła się gdy jej dziecko przez szereg lat poniżano i wytykano palcami. Księdza to nie obchodziło. Miał swój kanon imion zarezerwowanych dla nieślubnych dzieci i z niego korzystał. Ojciec (duchowny) zrobił swoje i odchodził w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku walki z szatanem. Lećmy dalej. Jak czuła się młoda, dopiero co wkraczająca w życie dziewczyna, gdy ksiądz przed ołtarzem zrywał jej welon z głowy a później w akcie małżeństwa wpisał półdziewica. Jak czuli się rodzice dziecka, gdy jedynym śladem owocu ich miłości jest księga zgonu w której ksiądz zapisywał dziecko bezimiennie. Jedynym grzechem takich dzieci było to, że Bóg powołał je do siebie zbyt wcześnie. Przed udzieleniem Chrztu Świętego. Gdyby odeszły godzinę później, miały by własne imię i dopisek – katolik a nie martwo-urodzone.  Dobrze, że nie trwało to długo. XX wiek był już spoko.

Jestem trochę rozgoryczony postawą niektórych księży w czasie pandemii. To co nieliczni z nich mówią o niemożliwości zarażania się koronawirusem w kościele, to stek nieprzemyślanych bzdur. Oburącz podpisuję się pod oceną takich kapłanów przez ks. Lemańskiego, który skwitował ich krótko – „Głupich księży nie brakuje”. Ja jedyne co mam do dorzucenia to, że w całej historii Kościoła nie spotkałem się z uzdrowicielską siłą kapłana. A jeśli już taki trafił się – to był on uznany przez Kościół za świętego. Jak widać, niektórym kapłanom i ich przełożonym, daleko do świętości.

Jerzy Wnukbauma