Zobacz człowieka.

Jak przez mgłę pamiętam pierwsze lekcje religii. Małe katechetyczne salki wydzielone z gospodarczej części kościoła. Księży nauczających mnie podstaw wiary. O ile dobrze pamiętam, wtedy jedynymi pomocami katechezy były kolorowanki tj. małe kartki papieru z nadrukowanymi rycinami do malowania kolorowymi kredkami. Innych pomocy „naukowych” nie pamiętam. Sporo tych kolorowanek przeszło przez moje ręce. Z racji mojej małej przypadłości – wyciągniętego języka podczas rysowania i malowania, musiałem mięć wtedy głupią minę. Z zakamarków pamięci wyciągam niektóre scenki i symbole chrześcijańskie. Nie wiem dlaczego, ale z tamtych lat utkwiły mi czarnobiałe obrazki z Jezusem Chrystusem otoczonym gromadką dzieci. Pamiętam też, że karą za przeszkadzanie na lekcjach religii lub nieodrobienie „zadania domowego” było ostre słowne skarcenie, klęczenie w kącie lub wytargane przez księdza uszy. W hierarchii kar najboleśniejszą karą było bicie linijką w wyciągniętą pokornie dłoń. Wszystkie kary bolały na swój sposób.

Powyższe reminiscencje wywołało u mnie niedawne spotkanie prof. Wojciecha Roszkowskiego promujące jego nowy podręcznik HiT. O samym podręczniku nie będę się wypowiadał. Nie czytałem. Nie mam więc prawa zabierać głosu. Nie będę też komentował jego pochlebnych lub niepochlebnych opinii. Zostałem wywołany do tablicy przez prof. W Roszkowskiego jego słowami o genealogii. Odniosę się więc w kilku słowach do tego co usłyszałem w nagraniu udostępnionym na Twitterze  przez samego profesora W. Roszkowskiego. Powiedział on (tu cytuję) – „Proszę zauważyć – społeczeństwo, gdzie nie ma genealogii w ogóle. Nie ma! Czy prawem człowieka nie jest znajomość ojca i matki? Dzisiaj uważa się, że nie – dopóki „to” małe jest, ale jak będzie miało 18 lat i prawa obywatelskie, to co? Nie upomni się? To jest dość naturalna potrzeba – może nie 100%, może 98%, ale dla człowieka to jest potrzeba psychiczna.”

Nie wiem dlaczego, ale po usłyszeniu tych słów przyszedł mi do głowy fragment Credo. Fragment deklaracji wiary wypowiadanej przez każdego katolika – I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Jezus Chrystus za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem! Nie produktem. Nie mesjaszem, nie bogiem. Stał się jednym z nas. Człowiekiem. Na miano mesjasza i Syna Bożego musiał sobie zapracować całym swoim życiem. Narzucając swój pogląd profesor Roszkowski celowo obraża narodzonych przez in vitro ludzi obraźliwie nazywając ich – „to”. … dopóki „to” małe jest, ale jak będzie miało 18 lat i prawa obywatelskie, to co? No właśnie? To co się wtedy takiego wydarzy? Bóg stworzył człowieka na swój obraz i swoje podobieństwo. Nadal to czyni. Każde poczęcie to dar życia. Trzeba większego cudu? Dalej autor z góry zakłada, że „…może nie 100%, może 98%, ale dla człowieka to jest potrzeba psychiczna.” Te „100%, może 98%” stwarza przytłaczające wrażenie jakby po świecie chodziła zdecydowanie większa liczba zapłodnionych w ten sposób kobiet. Potrzeba psychiczna dotarcia do prawdy występuje tylko wtedy gdy się kogoś okłamuje. Wyciąga fałszywe wnioski, posługuje się półprawdami i fałszem, gdy narzuca się komuś jedynie słuszny punkt widzenia. Potrzeba psychiczna poznania prawdy nie występuje gdy mówi się prawdę prosto z mostu. Moim zdaniem autor grzeszy też występując przeciwko drugiemu (podobnemu pierwszemu) przykazaniu – Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Nie dostrzega człowieka w człowieku. We wspomnianym podręczniku dla uczniów jego autor pyta – Kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci?  Te dzieci mają przecież swoje imiona, nazwiska i  nr pesel. Mają swoich rodziców. Trzeba tylko ujrzeć człowieka w darze od Boga – w człowieku. Z całą pewnością kochają ich rodzice, rodzeństwo, dziadkowie, bliscy i dalsi krewni. Ja też ich darzę miłością bliźniego. Gdy dorosną będą mieli swoje dzieci, wnuki, prawnuki. Potrzeba jeszcze większej genealogii?

Czasem warto przenieść się do dawnych beztroskich lat. Do dzieciństwa. Przypomnieć sobie słowa księdza – Bóg kocha wszystkie dzieci! Wszystkie dzieci są darem Bożym! Poukładany w ten sposób świat pęka jak mydlana bańka z chwilą zaprzężenia wiary w politykę. Nie dostrzega się wtedy człowieka w człowieku. Dzieli się ludzi na naszych – mądrze myślących i na gorszy sort. Przyjmuje się Ciało Chrystusa z rąk kapłana i po chwili wyzywa ludzi od zdradzieckich mord i kanalii. Warto wyluzować. Przyjrzeć się starej dziecięcej kolorowance. Przenieść się na proponowany przez Chrystusa wyższy poziom, zrozumieć jego naukę i wygonić z swojego kościoła różnej maści polityków przekupujących judaszowymi srebrnikami, zakłamujących fakty i kupczących głosami wyborców.

Przenieś mnie Panie do beztroskich laty
gdy dostawałem lanie od taty.
Gdzie białe było białe, a szare to szare,
gdy za małe grzeszki klęczałem za karę.
Szkoda tylko, że gdy dokonasz przeniesienia sztuki
w nieutulonym żalu zapłaczą; żona, dzieci i wnuki.
Jerzy Wnukbauma.

Jechałem z żoną do Poznania

Przerwa, przerwa i po przerwie. Wreszcie się z lenistwem zerwie. Będę robił to co lubię, swoim hobby się pochlubię. Poodwiedzam znów archiwa, nowych krewnych poprzybywa, wpłacę tam i tu co łaska, nowych aktów zdjęć natrzaskam. Będę się uczył i się nie nudził i poznam kilku wspaniałych ludzi. Jednak najbardziej sobie cenię, nasze zebrania w Świętogenie. Jest także minus z goryczy dozą – Zajmę się kurcze życia prozą?

Jechałem z żoną do Poznania.
Mam tam „rodzinkę” do zbadania.
Od Kielc pojazdem kieruje żona.
a ja robiłem za jej patrona.
Przed nami Kalisz. Duże miasto.
Zamiast betonu wolę drzewiasto.
Mówię więc żonie – Paliwo spalisz!
Jest objazd. O tam! Mijaj Kalisz!
Jak rozprawiła się moją opinią?
Warknęła na mnie – Jurek ty świnio!
Prawdę mówiąc mogła mieć rację.
Zależy gdzie wstawiła spacje.
Jerzy Wnukbauma

Z pamiętnika malkontenta.

Październik 1978. Rzym.
przed telewizorem śledzę z komina dym.
W sercu nadzieja. Może ON pomoże.
Otworzą granice. Ruszyć w świat daj Boże.
Przez moment odważna myśl mną przenika.
– Przyjdzie kiedyś czas na polskiego hydraulika.
Grudzień 1981. Warszawa.
Na ulicach WRON z narodem rozprawa.
Oczy skierowane na granice wschodu.
Czy wojska zza Bugu zrobią krok do przodu?
U nas wolność ponownie więziona w karcerze.
Stoję przy koksiaku i cholera mnie bierze.
Styczeń 1985. Wiedeń.
Przy oknach sklepowych stoi facet jeden.
Wokół dostrzega kolorowy świat.
W Nas przepaść gospodarcza ładnych kilka lat.
Długa stałem przed sklepami w roli gap(i)a.
Tu towar na wystawie to nie był atrapa.
Listopad 1989. Berlin Zachodni.
Obserwuję przygodnych przechodni.
Liczna rzesza ludzi zebrana pod murem.
Atmosfera napięta. Młoty tłuką chórem.
Za żelazną kurtyną hossa gospodarcza.
U nas do pierwszego ledwie mi wystarcza.
Grudzień 1990. Warszawa.
Nowy prezydent w Sejmie dostaje brawa.
Mami rodaków milionem i drugą Japonią,
przyczynia się, że z Polski ruskie wojska wygonią
Powstało sporo obcych firm i agend…
A i tak był z niego nie najgorszy agent.
Marzec 2002. Chicago.
Stoję na lotnisku za sklepową wystawą.
Jadąc do córki z lotniska ƠHare
zadzieram głowę licząc ilość pięter.
Jak drapacze chmur przepaść między nami.
W kraju zacofanie kilka lat za murzynami.
Maj 2004. Bruksela.
Polska do Unii na dobre się wciela.
Odśpiewałem z innymi „Odę do młodości”.
Wiara i nadzieja. Radość w sercu gości.
Pośpiewałem sobie. Nowa myśl mi świeci –
Pewnie lepszą przyszłość będą miały dzieci.
Kwiecień 2005. Watykan. Rzym.
Na placu świat się żegna z Nim.
Świat przez moment mówił jednym głosem.
Wszystko nasycone bólem i patosem.
Serce po stracie JPII nieustannie rani.
Na chwilę zapomniałem o dzielącej otchłani.
Kwiecień 2010. Brzoza pod Smoleńskiem
Poprzedniego dnia wieczorem popijałem reńskie.
Rano w całym kraju wyczuć można grozę,
bo samolot z prezydentem zahaczył o brzozę.
A PiS w telewizji i na prasowych łamach
przekonywał wszystkich, że w Smoleńsku zamach.
Marzec 2019. Kielce.
Stoję w oknie i nie myślę już o poniewierce.
Dobrze mi tak. Mam to co chciałem.
Po jaką cholerę PiS wybierałem!
Od dziecka mi przecież bliżej do Zachodu.
Miałem parę groszy. Nie zdychałem z głodu.
Luty 2022. Lwów.
Bomby spadają na Charków i Kijów.
U nas siódmy rok Polak z kolan wstaje.
a rząd na prawo i lewo pieniądze rozdaje.
Szuka nowych wrogów. Inflacja, drożyzna.
Na powrót do kraju wkrada się szarzyzna.
cdn.
Jerzy Wnukbauma – malkontent. Bo z czego kurde mam być kontent.

A jak poszedł dziad na wojnę.

Planowałem w te wakacje odpocząć. Poleniuchować. Przez dwa, trzy miesiące mieć z głowy dalsze „Jerzego pisanie”. Do zmiany decyzji skłoniły mnie słowa obecnego premiera – „Idźcie  rozmawiajcie. Przekonujcie innych”. Dla mnie te słowa zabrzmiały niemal jak Chrystusowe – „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody!” Czy w tym szaleństwie jest metoda? Wątpię. Każdemu próbującemu przekonać mnie do programu PiS apostołowi premiera, zadam tylko jedno pytanie – Dlaczego? Dlaczego skoro uważa że jest tak dobrze, Polska nie rośnie w siłę a ludziom nie żyje się dostatniej? Swoją drogą po co dzisiaj PiS wysyła „armię wiernych żołnierzy”? Czyżby wojna?

Wojna to najgorsza rzecz jaka może się przydarzyć ludzkości. Moje najwcześniejsze, udokumentowane ślady uczestnictwa mojego kuzyna w wojnie datują się na rok 1831. Pisałem o tym w zamieszczonym tu artykule „Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę”.  Dzięki mojej kuzynce (w czwartym pokoleniu) fakt jego śmierci w bitwie pod Grochowem został udokumentowany i można go znaleźć w archiwalnych dokumentach. To było powstanie listopadowe. W kolejnej zawierusze wojennej, w powstaniu styczniowym brał udział inny kuzyn z mojego drzewa Maciej Wojtal. Przeżył. Wzmiankowałem o nim w artykule ” Niespodziewany zgon”. Poruszając jednak wodze fantazji na zasadzie przyporządkowania czasu, miejsca oraz pory, pofantazjuję troszkę i przypiszę mojemu w prostej linii po mieczu 4xpradziadkowi Jędrzejowi pośrednie uczestnictwo w bitwie stoczonej pod Raszynem w 1809 roku. Pośrednie, bo na zasadzie gapiostwa. Mogę do woli konfabulować z całą odpowiedzialnością. Miejsce się zgadza. Prapraprapradziad mieszkał w Falentach Małych. Zmarł tamże w 1825 roku. Żył jeszcze w 1809 roku. Miał wtedy 64 lata. Był sołtysem Falent Małych i z całą pewnością był świadkiem historii. Z opisów historycznych wiem, że bitwie wojsk polskich dowodzonych przez księcia Józefa Poniatowskiego z dwukrotnie liczebniejszym wojskiem austriackim przyglądała się miejscowa ludność. Wraz z wprowadzeniem nowocześniejszej i skuteczniejszej broni, skończyły się czasy, gdy okoliczna gawiedź mogła bezpiecznie przyglądać się z daleka ścierającym się wojskom. Gdy zaczęła się era wojen światowych, ludność cywilna na obszarach objętych wojną stała się łatwym celem. W większych skupiskach miejskich zaczęto montować syreny alarmowe ostrzegające ludność przed nalotami bombowymi. Nie wiem, czy we wrześniu 1939 roku wycie syren słyszał mój dziadek Bronisław? Nawet jeśli tak to nie uchroniły go przed ranami. Był jedną z wielu cywilnych ofiar wrześniowej kampanii. Zmarł w kwietniu 1940 roku w wyniku odniesionych ran. Mój drugi dziadek zmarł w wyniku ran odniesionych podczas ofensywy wyzwoleńczej w styczniu 1945 roku.

Jaka jest nadzieja na szybkie zakończenie obecnej toczącej się za naszą granicą „operacji wojskowej” na Ukrainie. Kapitulacja? Wycofanie wojsk? Nie wchodzą w grę. To niepopularne decyzje dla każdego dowódcy. Stać na nie tylko mądrych taktyków. Putin do nich nie należy. Rozejm? Odwrót? W podjęciu decyzji o odwrocie pomaga czasem przypadek. W podjęciu decyzji o odwrocie spod Moskwy Napoleonowi i Hitlerowi spod Stalingradu pomógł mróz. W wycofani u się na z góry zaplanowane pozycje Tuchaczewskiemu spod Warszawy pomógł „Dziadek”. Potop szwedzki według Hofmana skończył się dzięki jednej kurze, a w wycofaniu naszych wojsk z Iraku pomógł szer. Jan Kowalski. Daj Panie Boże by w Rosji było więcej takich szeregowych Kowalskich. Żołnierzy, którzy w swoim przeciwniku dostrzegą człowieka. Może wtedy Putin, podobnie jak kiedyś król Szwecji Karol X Gustaw przeciągając się przed porannym sikiem dojrzy, że z morale jego wojska jest coś nie tak.

Jan Kowalski

Przywieźli z Iraku rannego żołnierza.
Oficer informacji przesłuchać go zamierza.
Ranny był wystraszony, bez śladu postrzału,
majorowi WSW zeznawał pomału.
„Skończyła się flaszka, kumple po drugą skoczyli
i minie samego na posterunku zostawili.
Poszedłbym i ja gdybym tylko mógł,
lecz w moim kierunku podszedł jeden wróg.
Chciałem w jego stronę krótką serię oddać,
ale miał butelkę. Pewnie chciał się poddać.
Wołam do araba – E! Drug! Idi siuda!
Może zna ten język i może mi się uda!
Kiedy wszedł na drogę, myślę – Jesteś mój!
i krzyknąłem w jego stronę – Saddam to zbój!
a on wcale się nie boi, zęby szczerzy szuja
jak nie wrzaśnie w moją stronę – z Busza kawał zbója!
Przypadł mi do serca, widać bratnia dusza.
Uściskałem go na drodze. Wart za tego Busza.
Wtem potężny huk błogą ciszę zmącił.
Jak my flaszkę otwierali samochód nas potrącił.
Jerzy Wnukbauma.

 

Pora na bajki.

Prezes ogłosiła wakacyjną przerwę. Ja na przerwę nie reaguję nerwem. Ja genealogię traktuję po-wa-żnie. Księgi w archiwach badam rozważnie. Lecz gdy za długo robi się wzniośle, wtedy strajkuję i myślę o wiośnie Wymieniam szybko Klio na Talię – ptaszki śpiewają, pachną konwalie, żaby kumkają, bocian kleknie. Przodek mi przecież nie ucieknie. Za sprawą Tali mi się zdarza, że się zabawiam w bajkopisarza i z mego hobby robię jaja. To mnie wycisza i uspakaja. Piszę, rymuję, wymyślam bajki? Gdy mam już dosyć, zawieszam strajki i znowu wracam do mych korzeni. I tego cyklu nic już nie zmieni.

 

Był sobie król, był sobie paź i była też królewna.

Znalazłem perłę w Liber Copulatorum,
którą się pochwalę na tutejszym forum.
Akt jest unikatem, bo w bajkach się zdarza,
by piękna królewna poślubiła pazia.
Lecz zanim ksiądz nad nimi skreślił krzyża znak,
upłynęło wiele czasu. Zaczęło się tak.

Dawno, dawno temu na królewskim dworze,
paź zapragnął dzielić z królewną jej łoże.
Nie mógł jeść i spać. Umysł miał zmącony.
Pragnął tylko pieścić pierś jej jak balony.
Gdy się do niej zbliżał, spojrzeń jej unikał,
jąkał się, pąsowiał… Poszedł do medyka
i z miejsca wyznaje co leży na rzeczy;
-” Dam ci to co zechcesz, byleś mnie uleczył!”

Królewski medyk, człek wielce uczony,
zastanowił się jak pomóc, gdy paź napalony,
by wilk się nasycił i owca została,
a jemu niemała nagroda dostała.
Wymyślił i mówi – „Nie martw ty się wcale!
Pomogę ci i zaradzę, lecz jest jedno ale!
Gdy tylko z królewną zaspokoisz żądze,
przestań o niej myśleć, a mnie dasz pieniądze.

Gdy tylko z medykiem paź transakcji dobił,
eskulap jak powiedział tak niebawem zrobił.
W maglu, w gorset królewny, wsypał medykament.
Nazajutrz na dworze powstał zgiełk i zamęt,
bo królewna przy wszystkich za piersi się łapie,
tarmosi je, miętoli i do krwi pierś drapie.
Obnaża się przy dworkach, negliżu nie skrywa.
Będzie z tego skandal. Król medyka wzywa.

Medyk zbadał królewnę i mówi do króla;
„Będzie uleczona Mości Królu córa
i przykre swędzenie bezpowrotnie minie.
Wezwij Panie pazia. Ma specyfik w ślinie.
Antidotum na to… – kłamie jak najęty,
starczyła by woda, mydło i kropelka mięty.
Król przyzywa pazia, medyk dał gaziki.
Jak paź leczył królewnę? Zamilkły kroniki.

Tu w zasadzie mógłbym skończyć już kanconę.
Paź dostał pół królestwa i królewnę za żonę.
lecz medyk żądał dopłaty, bo nagroda spora.
Nic ci nie dam – mówi paź – W nosie mam doktora!
Nie dasz? – syknął medyk – Sam przylecisz bracie!
Poszedł więc do pralni, znalazł króla gacie.
Rano król się w kroku drapie – Zaraza? Świerzb? Kiła?
Z nagłym błyskiem w oku po pazia posyła.

Morał tej bajeczki –
Lecząc się prywatnie możesz popaść w długi.
Jak się dobrze zastanowić jest też wniosek drugi.
Czy tak dużo się zmieniło od monarchy pory?
Dla korzyści majątkowych na NFZ „doktory”
przepisują za sto procent „koncernowe” leki
i zostajesz goły wychodząc z  apteki.

Jerzy Wnukbauma.

Powróćmy jak za dawnych lat?

Ciepły, majowy dzień. Pora kwitnących kasztanów. Zazwyczaj o tej porze roku w mediach dominują wiadomości o maturalnych zmaganiach naszych zstępnych. Celują w nich tematy maturalne. Ja niestety, nie przypominam sobie moich tematów na maturze. Było to dawno, dawno temu. Nic dziwnego, że nie pamiętają ich nawet najstarsi, świętokrzyscy górale. Niedawno przeczytałem gdzieś, że mój rocznik miał na maturze z języka polskiego pod górkę. Z prostej przyczyny. By ją zaliczyć, oprócz wiedzy, trzeba było mieć jeszcze esprit. Trudny obcy wyraz. Cokolwiek on znaczy – nie mieliśmy chyba łatwo. Za sprawą; maja, wiosny, słońca i matur, trochę się rozmarzyłem. Czy ja wtedy miałem esprit? A jeśli go nie posiadałem? Zastanawiam się, co by było gdyby ówczesny minister ogłosił reasumpcje mojej matury? Mam nadzieję, że nie musiałbym „popisywać się” narzuconym tematem. Z racji wieku miałbym chyba prawo wyboru dowolnego tematu. Gdybym dzisiaj miał pisać pracę maturalną z języka polskiego chciałbym napisać coś o cnotach niewieścich naszych prababek w świetle literatury oraz starych, archiwalnych dokumentów. Dlaczego taka tematyka? Bo jest na czasie. Zapunktowałbym też ówczesnemu ministrowi MEiN – wielkiemu propagatorowi cnót niewieścich i starych, polskich tradycji. Zgodnie z panującym w Ministerstwie Edukacji i Nauki trendem, cofnę się więc o kilka wieków i przyjrzę się naszym prababkom.

Wertując stare, dziewiętnastowieczne księgi metrykalne produkowane w parafiach, nietrudno zauważyć w nich małą  dysproporcję płci. Owszem! Kobiety występowały w aktach, lecz odgrywały w nich marginalną rolę. Przyjrzałem się więc, co na ten temat mówi ówczesna litera prawa. Celowo pominę okres staropolski. Z racji panującego wówczas prawa kanonicznego oraz prawa rzymskiego kobiety stały na z góry straconej pozycji. Wiadomo dlaczego, bo to słaba płeć. Według pojęć prawa rzymskiego kobieta była niezdolna do samodzielnego działania. Dlatego też pomimo posiadania nabytych praw majątkowych, najczęściej w postaci spadków, przyrównywana była (pod względem cywilno-prawnym) do osób wymagających stałej męskiej opieki. Najpierw ojca, później męża a w razie owdowienia przez męską familijną radę krewnych. W przypadku staropanieństwa, przez radę familijną składającą się ze stryjów i jej braci. Niewielkie zmiany w prawie kobiet wymusił upadek stanu rycerskiego. Wraz z dużym przyrostem niewielkich miast w Rzeczpospolitej zaczęło obowiązywać prawo magdeburskie. Było ono oparte na prawie rzymskim. Co ono wniosło dla kobiet?  Już w wieku 13 lat kobiety stawały się zdolne do zamążpójścia, pełnoletniość jednak osiągały w wieku 21 lat. Miały prawo do posagu. W razie osierocenia mogły odebrać swój majątek. Mogły? Uprawnienia kobiet wynikające z ówczesnego prawa w rzeczywistości były mocno ograniczone. Praktycznie nadal pozostawały pod opieką facetów i nie mogły samodzielnie podejmować decyzji. Nawet wybór męża nadal był im narzucany. W nieco lepszej sytuacji były wdowy. Zwłaszcza te mieszkające w miastach oraz te niezależne finansowo. Mogły one w większym stopniu decydować o sobie. Wybierać partnerów, zajmować się handlem lub rzemiosłem. Prowadziły karczmy, stragany, własne gospodarstwa…

Na początku XIX wieku kobiety doczekały się zmiany prawa. Stare prawo zastąpił nowy Kodeks Napoleona. Choć w założeniach miał opierać się na równości, nieograniczonej własności i swobodzie prawnej, zachował wiele zapożyczeń z dawnej epoki. Kobieta nadal była „wieczyście małoletnia”, niezdolna do samodzielnego decydowania o sobie bez zgody facetów z jej otoczenia. Ojca, męża, krewnych. Kobieta nadal nie posiadała dokumentów tożsamości, nie mogła przemieszczać się bez zgody „opiekuna”, nie mogła dysponować swoim dochodem. Kodeks Napoleona przewidywał wystąpienie kobiety o rozwód tylko w jednym przypadku – gdy mąż sprowadził swoją kochankę do domu. Poza domem – „hulaj dusza, piekła nie ma!”. Rozwodu zresztą też. Taki stan prawny utrzymywał się do końca I Wojny Światowej. Po 1918 roku kobiety pod względem prawnym zrównane zostały z płcią męską. Na całkowite równouprawnienie (za sprawą facetów), przyszło naszym babką jeszcze długo czekać.

Czytając i analizując materiały o prawach kobiet na przestrzeni wieków, zastanawiałem się czy wszystko czytałem ze zrozumieniem. Stary zapis – „Daj, ać ja pobruszę a ty poczywaj” przestałem odbierać jako akt dobrej woli i współczucia ze strony wypowiadającego te słowa. Zacząłem postrzegać je w sensie – Idź odpocząć, a ja zaraz cię dojadę. Rozważałem przy tym, skąd takie parcie ministra do powrotu do starych pięknych, staropolskich tradycji? Do cnót niewieścich. Dla mnie taki powrót sprawia wrażenie ubezwłasnowolnienia kobiet. Po głębszej analizie dochodzę do wniosku, że może to być jednak motywowane zachowaniem partyjnych koleżanek Pana Ministra. Otóż, bogobojne, pokorne niewiasty, dobre matki i żony, bezwolne podległe woli rodzica (czytaj prezesa) i władzy męża posłanki partii rządzącej, na sali sejmowej zachowują się w sposób odbiegający od cnót niewieścich. Łapczywie pożerają obiadek w ławie poselskiej, pokazują wyciągniętego środkowego palca w wulgarnym geście, udają głuche stojąc pół metra od mówcy, dokonują reasumpcji przegranych głosowań… Wszystkich ich grzechów nie pamiętam. Widocznie minister wie lepiej. Tylko na miłość boską. Po co karać wszystkie kobiety?

Jerzy Wnukbauma.

 

Mały cesarz

Mój syn oberwał nieraz klapa.
Paskiem po pupie, rózgą po łapach.
Gdy zmężniał, przyrzekłem sobie,
że moim wnukom tego nie zrobię.
Mój wnuk będzie dla mnie cesarzem.
Uczynię wszystko co mi rozkaże.
Niech rośnie duży i żyje zdrowo!
Co najważniejsze – bez-stres-owo.

Leżę jak król. Ktoś głośno puka.
To syn z synową przywieźli wnuka.
W progu ujrzałem moją rodzinkę
– „Przypilnuj dziecka przez godzinkę!”
Co miałem robić? Powiedzieć nie?
Tak miało być i wnuk tak chce.
Gdy drzwi zamykał, mówię synowi –
„Tutaj mu będzie jak cesarzowi”.

Rodzice wyszli, a mały smarkul,
mój telewizor bierze na ful.
Od razu mi skoczyła gula,
lecz cesarz wyżej stoi od króla.
W uszach dudniła głośna muzyka
a wnuczek biegał i kozły fikał.
Ze zgiełkiem wrodził się do matki.
W uszy wsadziłem tłumiące wkładki.

Z głośników głośna muzyka leci
a wnuk mnie pyta – Skąd są dzieci?
Co powiem? Kapusta nie wchodzi w grę,
bo jak zobaczy, że bigos żrę,
inaczej mówiąc – bigos podjadam
to wyjdę jeszcze na ludojada.
Boćkiem osiągnę odwrotny skutek.
Gotów pomyśleć, że jest podrzutek.

Nie! Nie pokarzę złączonych much,
ani też tarcia brzuchem o brzuch.
Tu wnuk przerywa – Krzyś jest lepszy!
On wszystko wie! Mówił że pieprzył!
Kochany wnusiu! Mogłeś od razu
na wstępie użyć tego wyrazu.
Od MTV znam stację lepszą –
W TVP Info w kółko pieprzą.

Jerzy Wnukbauma

 

Moje przemyślenia po Dniu Babci.

Niektórzy ludzie różnicują swoje babcie. Dla tych ludzi, jedna babka jest babką, o drugiej zaś mówią czule – babcia, a nawet znacznie cieplej – babunia. Skąd takie poróżnienie i wartościowanie babć? Winię tu trochę naszych rodziców, bo dla nich jedna z naszych babć była mamusią, a druga teściową. Dla mnie babcia to babcia. Nie robiłem i nie robię żadnych wyjątków. Moje babcie segregowałem tylko pod względem nazwisk. Jedna była babcią Baumową, a druga babcią Urzyczakową. Tą drugą ponieważ nosiła takie samo jak ja nazwisko,  dla odróżnienia nazywałem też warszawską babcią. O obu moich babciach zacząłem mówić w mniej pozytywnej, twardszej językowo formie, gdy zacząłem zajmować się genealogią. Wtedy to obie moje babcie stały się babkami. Z czysto prozaicznej przyczyny. Bo w genealogicznym nazewnictwie nie ma babuń, babć, babuniek. Wszystkie zostały wsadzone do jednego wora i o wszystkich bez wyjątku matkach naszych rodziców w genealogii mówi się – babki. Ponieważ zawsze są dwie, dla odróżnienia jedna nazwana jest babką ojczystą, a drugą cała genealogiczna brać nazywa babką mateczną. I wszystko jasne. Ja miałem szczęście, bo miałem w życiu fajne babki! Tu szybko wyjaśniam, że nie chodzi o moje przygodne romanse, a o moje kochane babunie.

Warszawska babcia.

Któregoś dnia w domu sprzątanie.
Przyjeżdża babcia i już zostanie!
– krótko, rzeczowo rzekła mamusia –
Przyjeżdża matka twego tatusia!
– dodała szybko nie kryjąc złości,
ja nie posiadłem się z radości.
Mogłem pochwalić się na dzielnicy;
– „Babcia przyjeżdża ze Stolicy!”

Nazajutrz matka mnie rano budzi
Ubierz się ładnie, idziesz do ludzi!
Pójdziesz po babcię z ojcem na dworzec!
Wystartowałem jak odrzutowiec.
Matka się jeszcze po kuchni krząta,
piecze, gotuje i kończy sprzątać.
Ustawia ojca nerwowym głosem.
Ojciec zaciągał się papierosem.

I nadszedł czas babci wizyty.
Pociąg przyjechał, hamulców zgrzyty,
głos w megafonie – „Tu stacja Kielce….”
Oj! Biło mi szybciej wtedy serce.
Bałem się w tłumie babcię przeoczyć,
chciałem na barki ojcu wskoczyć.
Wtem ojciec krzyknął głośno – Jest!
Wykonał w jej kierunku gest.

Kiedy z pulmana babcia wysiadła,
szczęka mi zaraz na dół opadła.
Nie wyglądała jak warszawianka,
lecz jakby zawsze mieszkała w Jankach
i pracowała ciężko na roli –
A ojciec mówił – „Babcia jest z Woli.
No dobra z Woli, ale jakiej?
Znałem Wól kilka, będąc dzieciakiem.

Czułych powitań nie było końca.
Łza błysła tęczą w promieniach słońca.
Jak podróż babciu? – spytałem babkę;
Na głowie miałam z Raszyna gromadkie…
Tutaj splunęła. Wypluta ślina
świadczyła co myśli o tych z Raszyna.
Tu pokraśniały moje lica.
Tak reaguje tylko Stolica.

Złapał dorożkę przed dworcem tata.
Babka krzyknęła –”Jadziem! Sałata!”
Cicho załkała ma dusza wrażliwa –
fiakra przyrównać do warzywa?
Za nic godności do człowieka!
To jest początek, a co mnie czeka?
Co kumplom powiem? Głowa mnie boli.
Będą się śmiali  –„ z Jachowej Woli”.

Nasza dorożka w Zagnańską wjeżdża
Babka spytała – „Co tak zajeżdża?”
Kulę się przy tym, bo jeszcze troszkę,
to coś uderzy z hukiem w dorożkę.
Lecz uspokoił mnie głos taty –
– „Mamo, w pobliżu są „Fosfaty
to od nich takim smrodem zionie.”
Parsknięciem rację przyznały konie.

Dojechaliśmy dzięki Bogu.
Matka nas wita w samym progu,
babka wskazując na białą chmurkę
spytała matkę – „Gdzie masz podgórkie?
To gdzie ty wieszasz pajeńczyne?”
Matka zrobiła zdziwioną minę.
Dziś wiem – podgórka to jest poddasze
A pajeńczyna to sznurki nasze.

Po obiedzie wyszedłem z babką
pochwalić się przed kumpli gromadką.
Babka kupiła mi wtedy pączka.
Wyrwała mi go łobuza rączka.
Wkroczyła babka –„ Jak zdzielę z trypa
to z winerami będziesz pomykał”.
Łobuz dla babki był pełen uznania
odtąd z daleka się do niej kłaniał.

Na drugi dzień, gdy wstałem rano
rzeczy już miały nowe miano.
Ancug, arbuz, bety, sztany,
gica, glaca, mojka, glany,
jarać kiepy, kapustosy,
ferfeniksy, lakierosy,
limo, lipko, owoc kurzy…
Spis dialektów miałem duży.

Śmieszyły mnie, gdy byłem dzieckiem,
mej babki „mowy staroświeckie”,
a nade wszystko jej mazurzenie;
„Po ile?” zamiast – w jakiej cenie?,
podała „renkie”, skręciła „nogie”,
zachwyt babuni – „O! Ja nie mogie!”
Dzisiaj mą babkę wspomnę z uśmiechem
i wiem, że babka gamzała Wiechem.
Jerzy Wnukbauma