Dawno, dawno temu.

Niedawno, przed moim wyjściem na zebranie „Świętogenu”, żona nakręciła naszą trzyletnią wnuczkę by ta zapytała mnie co robią genealodzy. Nie czekałem na pytanie. Dałem znać obu paniom, że spieszy mi się bardzo i gotów jestem na udzielenie wyczerpujących odpowiedzi, ale dopiero po powrocie z zebrania. Nie dałem się wkręcić. Każda moja odpowiedź mogłaby rodzić galopadę pytań – Dziadziusiu! A dlacego?  Nie znalazłbym czasu na objaśnienie dziecku. Było już późno, przede mną długa droga. Myślami byłem już na spotkaniu. Obiecałem wnuczce i babci, że po powrocie do domu udzielę im krótkiego instruktażu. Dałem obu całusa i wyszedłem.

W drodze powrotnej przypomniałem sobie o danej wnuczce obietnicy. Zastanawiałem się nad stosowną do jej wieku odpowiedzią. Ułożyłem nawet krótki konspekt. Trafny, prosty, odpowiedni do późnej pory dnia i wieku małego przedszkolaczka. Zaczynał się utartym zwrotem – „Dawno, dawno temu.” To stare jak świat zdanie jest inicjałem większości bajek. Zagajeniem bez mała każdej opowieści na dobranoc. Używane jest często, bo buduje tajemniczy, bajkowy klimat. Dlatego też wydaje mi się być najlepszym wstępem i do mojej rozmowy z dzieckiem. A co się tyczy żony. Będę musiał nieco wysilić się i odkoloryzować opowieść o tym czym zajmuje się dziadek na zebraniach. Z nią nie pójdzie mi tak łatwo, bo intuicyjnie wyczuwa,  kiedy jestem niepoprawnym bajkopisarzem.

Na szczęście Państwu nie muszę wyjaśniać czym zajmują się genealodzy. Doskonale wiemy co robimy. Mam natomiast przekonanie graniczące z pewnością, że zapominamy o bajkowości naszego hobby. To określenie może wydawać się komuś nietrafne lub zbyt na wyrost. Ja uważam jednak, że w naszą pasję też wpisany jest bajkowy klimat. Tylko trzeba dać sobie szansę go poczuć. Jak dziecko, poddać się chwili i dać się ponieść wyobraźni. Podobnie jak to robią „genealodzy” doszukujący się swojego szlacheckiego pochodzenia. „Koleżanki” i „koledzy” wertujący wszystkie możliwe herbarze w poszukiwaniu swojego nazwiska, którzy z chwilą znalezienia go w herbarzu, pielęgnują marzenia o znamienitych przodkach, herbie i błękicie swojej krwi. Nie mam nic przeciwko genealogii szlacheckiej. Jest wspaniała i  prawdziwa. Pod warunkiem udokumentowania szlachectwa przodków w archiwalnych dokumentach. Grupę pseudo genealogów podaję tu tylko jako przykład doznań. Uważam, że mając pochodzenie chłopskie, też można podobnie jak oni nakręcać się. Jak oni postrzegać wyższość swych bliskich i doświadczać podobnej dumy. Mierzyć czas miarą – Dawno, dawno temu. W genealogii jednak ten wstęp bajek, jest zwieńczeniem naszych poszukiwań. Dochodzimy do granic możliwości, walimy głową w mur i jak w bajce żyjemy nadzieją – A nuż gdzieś, ktoś, jeszcze, kiedyś. Jak dzieci łakniemy dowiedzieć się co było jeszcze wcześniej – dawniej, dawniej temu.

O feerycznym, mieniącym się barwami, pulsującym światłem i przesyconym dźwiękami świecie w którym żyli moi przodkowie, opowiem szerzej na naszym powakacyjnym zebraniu. Oczywiście wtedy, gdy Kornelia pozwoli. Postaram się uwolnić swoje wspomnienia zamknięte w szufladzie. Zabawię się w narratora i dołożę wszelkich starań by ożywić uwięziony w starych aktach; obraz i dźwięk. Wskazane będzie zamknięcie oczu i wczucie się w klimat. Będę mówił cicho i powoli. Czasem włączę nastrojową muzykę. Sprawi ona nastrój tego spotkania. Być może uda mi się też sprawić przewietrzenie Waszych szuflad.

Jerzy Wnukbauma.

Jak liść (autokrytyka).

Po wojnie, w dobie socjalistycznej budowy kraju, „modne” było składanie samokrytyki. Była ona publicznym przyznaniem się skruszonych osób do popełnienia odstępstw od jedynie słusznej drogi. Celowo wziąłem w cudzysłów ich popularność, gdyż były to zazwyczaj wymuszane przez kolektyw rachunki sumienia. Czasem nie była to jedyna kara za prawdziwe lub domniemane, niepopełnione czyny. Często gęsto samobiczujący się słowem, po wyznaniu samokrytyki odbywał pokutę. Zostawał przesuwany na niższe stanowisko, lub był usuwany z szeregów partii i szedł do więzienia. Była podstawa prawna – przyznał się przecież do błędu. Dzisiaj przepraszanie jest oznaką słabości. Jest to pojęcie mylne i krzywdzące dla osoby tak „spowiadającej się”. Trzeba mieć odwagę by pokajać się publicznie. Dlatego też z wrodzoną sobie skromnością wyznaję szczerze moje zaprzaństwo. Mea culpa.

Kiedy zaczynałem genealogiczną przygodę, łapałem się każdego sposobu. Byle tylko mieć, byle szybko i byle jak. Postrzegałem drzewo jako zwieńczenie poszukiwań. Dzisiaj wiem, że myliłem się. Cała para szła w gwizdek, a ja wciąż o moim drzewie wiedziałem tyle, co pojedynczy liść o swoim drzewie. Nic a nic. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Zacząłem czerpać składniki nieodzowne do jego życia z innych, bogatszych źródeł. Nadal żyłem drzewem, lecz coraz częściej sięgałem do innych materiałów; do przekazów historycznych, do etnologii, do informacji  regionalnych, do wspomnień starych mieszkańców, do genetyki. Spróbowałem nawet zrobić rodzinny genogram. Zacząłem postrzegać genealogię znacznie szerzej i znacznie bogaciej. Poczułem się jego (drzewa) nierozłącznym elementem.

Gdy napotykam w aktach nieznane, inne niż dotychczasowe miejsce urodzenia lub zamieszkania moich przodków, włącza mi się funkcja „szukaj i sprawdź”. Większość miejscowości, które wiem gdzie leżą, z racji braku czasu, zaliczam pobieżnie. Wsie w których znajdowały się rodowe posiadłości, oraz miejscowości, które zostały zasiedlone przez moich krewnych, bardziej leżą mi na sercu i zgłębiam je dokładniej. Tu pomocne okazują się książki historyczne i opracowania etnograficzne. Z nich poznaję; historię, zarys społeczny, geopolityczny, gospodarczy interesującego mnie regionu. Poznaję miejscowy folklor; muzykę, stroje ludowe, zwyczaje i obyczaje, miejscowe wyroby. Czasami dowiaduję się o znanych ludziach urodzonych bądź zamieszkałych na tych terenach. Po ostatnich słownych przepychankach naszych starszych braci w wierze, śledzę też relacje między kościołem a synagogą.

Kiedy przypominam sobie moje początki, czuję się trochę zażenowany. Jak można było być aż tak niemądrym i naiwnym. Jak można było pokładać wielkie nadzieje w etymologii? Liczyć, że pomoże mi ona dojść do sedna sprawy? Do genezy, do rodowego gniazda, do źródła od którego moje nazwisko wzięło swoją nazwę. Kiedy przestałem pokładać nadzieję a zacząłem przyswajać wiedzę, stało się to co musiało się stać. Cud. Dzięki etnografii natrafiłem na etymologię swojego nazwiska. Dowiedziałem się od czego wywodzi się jego nazwa i skąd pochodzili moi przodkowie po mieczu. Wcześniejsze badania genealogiczne, choć kierunkowały mnie właściwie, nie dawały mi tak szerokiego spektrum. Dzięki etnografii nie umrę nieświadomy, bo wiem, że „Lepiej na Łurzycu na wierzbie, niż na Polesiu w izbie” oraz  że „Na Łurzycu woda topi”. Posiadłem też wiedzę – „Za co piją łurzycoki. – Za pszenice i buroki”. Robiąc głębszą archeologię dusz – genogram, poczułem się lekko oszukany. Miał zaspokoić potrzebę poznania i zrozumienia przeszłości mojej rodziny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle – „wiem, że nadal nic nie wiem”. By mieć efekty, muszę jeszcze podkształcić się w dziedzinie psychologii, socjologii, politologii, prawa, norm społecznych i prawnych. O psychiatrii nie wspomnę.

Sorry. Byłbym zapomniał. Przez cały czas zajmowania się poszukiwaniem swych korzeni, byłem pasożytem czerpiącym treściwe soki z pracy innych. Dzień bez przeszukiwania genealogicznych stron, ściągania zeskanowanych i zindeksowanych przez kogoś aktów, bez wertowania wyszukiwarek nazwisk, tabel, herbarzy, uważałem za dzień stracony. Za wszystkie grzechy żałuję. Widząc znaczące pukanie i słysząc głos żony – Nie grzesz więcej – odchodzę w pokorze odbyć pokutę.

Jerzy Wnukbauma.

Scyzoryk.

Mam już tego dość! Mam już dosyć genealogii! Za każdym razem, gdy natrafiam w aktach na poprzednie (stare) miejsce urodzenia i zamieszkiwania moich przodków, staram się dowiedzieć jak najwięcej o terenach z których się wywodzą. Sięgam po lekturę i poznaję historię tych miejscowości. Niestety, często gęsto odchorowuję przyswojoną wiedzę i wtedy chce mi się wyć. Owszem, nikt mi nie obiecywał, że będzie łatwo, Ale nikt mnie w porę nie ostrzegł, że czasem może też być toksycznie.

W mojej dziesięcioletniej, genealogicznej karierze, kilka razy zdarzyło się, że pogłębiając wiedzę o mych przodkach, poczułem nagłe bicie serca i przypływ krwi do mózgu. Tak było w przypadku czytania o Rzezi Galicyjskiej, Rzezi Ochoty, Rzezi Wołyńskiej, Rzezi Woli. Ginęli w nich bez wieści moi kuzyni i krewni po mieczu i po kądzieli. Ginęli krewni, żony i moich kuzynów. Przy pojedynczych, tragicznych zejściach moich krewnych, zazwyczaj stawiałem tylko krótkie adnotacje: – „zginął w obozie”, „zginął w powstaniu”, „zginął na wojnie”, „zginął w potyczce”, „zakatowany w więzieniu”, „zamordowany w Katyniu”. Rzadziej dopisywałem – „ zamordowana przez Austriaków”, „zamordowana przez żołnierzy rosyjskich”, „zastrzelona przez ukraińskiego snajpera”… Taką wiedzą o nich mogę się „pochwalić”, bo odnajdywałem ją w alegatach do aktów powtórnych małżeństw pozostałych przy życiu wdowców i wdów po zamordowanych przodkach. W przypadku siostry mojego dziadka o fakcie zastrzelenia jej i jej syna przez ukraińskiego snajpera, dowiedziałem się od kuzynki. Jest ona w posiadaniu pozostałej po nich niecodziennej pamiątki – przestrzelonej blaszanej miski, w której niosła zupę dla powstańców warszawskich. Czas leczy jednak rany. Powoli przyzwyczajam się. Siedzę już znacznie spokojniej w domu, zbieram i porządkuję informacje o moich bliskich. Ciśnienie skoczyło mi znowu, gdy dowiedziałem się, że moje rodzinne miasto może być postrzegane jak narkotyczna wizja Witkacego w wierszu „Do przyjaciół gówniarzy”.  By to sprawdzić, zabrałem się do lektury niedawno ukazanej się książki o pogromie kieleckim.

Po przeczytaniu dwóch tomów książki, muszę stwierdzić, że kreśląc społeczny portret mieszkańców Kielc z czasów kieleckiego pogromu, autorka przez dodanie tych a nie innych dokumentów dotyczących opisów miasta, trochę przejaskrawia ten obraz. Ale… Podobne przekazy „Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy” ukazywali też inni autorzy. Przeczytałem, przełknąłem gorzką pigułkę i mam na ten temat swoje zdanie. Nie noszę się z zamiarem komentować czegokolwiek, a tym bardziej tego publikować. Autorka nie wywoła mnie do tablicy (jak Wałęsa Turowicza) nawet tym, że w kilku miejscach posługuje się genealogicznym słownictwem; genealogia kieleckiego establishmentu, genealogia żydokomuny, genealogia tłumu… Przytacza także staropolskie zwroty. Tu cytat; „Kielce oplata sieć rodzinnych powiązań i układów. Aby je pojąć, należałoby odkurzyć nazwy staropolskich relacji krewniaczych; szurza (brat żony), zełwa (siostra męża), dziewiarz (brat męża), jątrew (żona brata), czy świeść (siostra żony). Innymi słowy, rozważyć zapomnianą genealogię kumoterstwa”.

O tej „zapomnianej genealogii kumoterstwa” ja przed laty napisałem wiersz „Geburtsztak”. Zakończyłem go stwierdzeniem dziecka które –

„ …Mówiąc śle do mnie uśmiech słodki,

To są dziadkowie, wujkowie i ciotki”.

Z podobnym zażenowaniem co redaktor Jerzy Turowicz zabiorę głos w innej sprawie. Będę adwokatem diabła w sprawie mojej teorii – co by było gdyby.

Moi rodzice do Kielc przybyli w 1949 roku. Urodziłem się po pogromie. Mieszkam tu od urodzenia i inaczej postrzegam Kielce. Co do pogromu. Starałem się być bezstronny. W niektórych sprawach nie mogę być i nie jestem obiektywny. Jest mi przykro, że do dzisiejszego dnia sączy się jad po obu stronach barykady. Pomimo to, a właściwie dlatego trzeba mówić i pisać prawdę. Prawdę i tylko prawdę. Nawet gdyby to miało zaboleć.

Na każdej stronie książki aż roi się od Żydów. Zgoda! Inaczej nie można by było opisać zdarzeń i napisać dwóch opasłych tomów książki. Jednak moim skromnym zdaniem sprawy trzeba nazywać po imieniu – CZŁOWIEK! Zgodnie z prawdą, mówić i pisać o człowieku. Nie o mordowaniu; Żydów, Polaków, Cyganów, Indian, a o zabijaniu ludzi. Społeczny portret wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej byłby jasny i przejrzysty. Utopia?

Książka którą skończyłem czytać jest niczym wielofunkcyjny, szwajcarski nóż oficerski. Każdy jej rozdział jest jak w szwajcarskim nożu – kolejnym, nowo otwartym narzędziem i jak w szwajcarskim nożu, służy do konkretnego celu. Cała książka jest dla mnie nowym doświadczeniem. Nauką poznawczą. Gdy była zamknięta, nieprzeczytana, (jak szwajcarski nóż) wrażenie robi ilość (grubość). Po jej otwarciu daje do myślenia i szokuje. Ubolewam jednak, że po przeczytaniu książki większość czytających (za autorką) dostrzeże w mieszkańcach (i ich potomkach) Kielc tylko kieleckie scyzoryki. Proste jak konstrukcja cepa, z wysłużoną, brudną drewnianą rękojeścią koziki. Często przekazywane z ojca na syna scyzoryki z jednym jedynym ostrzem, które służyło zarówno do; robienia znaku krzyża na spodzie okrągłego bochenka chleba, do krojenia i smarowania jego kromek, jak i do zabijania Ży… Przepraszam! Do mordowania ludzi.

Przerzucę się chyba na muzykę. Przynajmniej w niej nie ma; faszystów, syjonistów, nacjonalistów, Niemców, Polaków, Ruskich, Żydów. Muzyka różnych kultur i narodów potrafi harmonijnie łączyć się w jedno uniwersalne, kosmopolityczne dzieło. Tu nawet zapis nutowy jest jeden dla wszystkich ludzi. Nawet gdy czasem ktoś miło i tęsknie zaśpiewa o swoim miejscu na Ziemi o; Anatewce, New Yorku, Warszawie lub podmoskiewskich wieczorach, jego wykon jest miłym dla ucha przeżyciem i pozostaje w jednej rodzinie – w sferze muzyki. Na razie odreaguję. Przemyślę rozwód z genealogią. Założę słuchawki i posłucham muzyki, a część koleżanek i kolegów? Być może na nowo zacznie pisać historię swoich rodzin.

Jerzy Wnukbauma.

Nabijanie w butelkę, czyli moje stanowisko w sprawie.

Jestem z pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Pokolenia, które na życiowym starcie nie znało mamiących oko i oszukujących zdrowy rozsądek reklam. Pokolenia nieznającego kolorowych nadruków i błyszczących od lakierów  folii, torebek, kartoników, pudełeczek. Po wojnie liczyło się tylko to co było w środku. W okresie o którym piszę, do sklepów spożywczych zdecydowana większość towaru była dostarczana w dużych i ciężkich pojemnikach. W 200 litrowych dębowych beczkach, w 50 kg płóciennych i papierowych workach, w dużych plecionych, wiklinowych koszach. Dostarczane w ten sposób artykuły spożywcze, były układane przez personel na półkach. Rozwijający się powojenny przemysł, po za płóciennymi siatkami na zakupy, metalowymi bańkami i szklanymi słoikami, nie produkował żadnych opakowań na potrzeby gospodarstw domowych. Dlatego, po większość artykułów spożywczych, matka wysyłała mnie tylko z siatką, bańką, lub słoikiem. Wyboru nie było. Mleko, śmietanę, maślankę, jogurt, sprzedawczyni wlewała mi bezpośrednio do przyniesionej ze sobą emaliowanej bańki. W późniejszym okresie w wersji exclusive, na wymianę przynosiłem butelki lub płaciłem za nie kaucję. Na kiszoną kapustę i kiszone ogórki przynosiłem słoik. To ja, kupujący decydowałem, czy po zważeniu słoika i ogórków, ekspedientka do słoika doleje mi gratis kwas z beczki. Materiały sypkie takie jak mąka, kasza, czy cukier ekspedientka odważała w papierowych torebkach. Do ważenia tych artykułów, na ladzie stała waga sklepowa z obustronnie umieszczonym wskaźnikiem, tak by kupujący widział czy nie jest oszukiwany na wadze.

W tamtym czasie w sklepach królowała szarość. Wszechobecne były opakowania w postaci  arkuszy papieru i różnego rozmiaru papierowych toreb. Gdy tych zabrakło, w razie potrzeby z arkusza papieru błyskawicznie zwijany był rożek – torebka w kształcie stożka. W warzywniakach czyli tzw. „zielonych budkach” sprzedawczyni odważone na szalkowej wadze buraki lub ziemniaki wsypywała kupującym bezpośrednio do przyniesionych ze sobą siatek. Oczywiście niczym nie różniących się od innych siatek, ale noszących nazwę „siatek na ziemniaki” .

Przyszło nowe i z czasem tradycyjne opakowania zaczęły ustępować miejsca opakowaniom z tworzyw sztucznych. Te były i są zdecydowanie lepsze, lepiej przystosowane do transportu, nie tłuką się i są odporne na wilgoć. Czy sprawdziły się w handlu? Moim zdaniem tak. Są wszechobecne nie tylko w handlu. Mają tylko jeden minus. Przez to, że nie rozkładają się, szkodzą przyrodzie. Na ich biodegradację w ziemi, trzeba czekać kilka lub kilkanaście pokoleń. Coraz częściej słyszy się też głosy, że przedostając się do mórz i oceanów oraz wód gruntowych, unicestwią całe życie na Ziemi.

Do powyższych refleksji skłoniły mnie pojawiające się od czasu do czasu zmiany wprowadzane w SZwA, oraz w PTG z którego nader często korzystam. Zmiany te miały poprawiać, służyć, spełniać, być… Nie nazwę tego rzucaniem kłód pod nogi genealogicznej braci. Mają swój cel. Odnoszę jednak wrażenie, że tak jak w supermarkecie – jestem nabijany w butelkę. W moim odczuciu niektóre zmiany mają się  tak do rzeczywistości jak w supermarketach przekładanie towarów na półkach. Niby wszystko jasne, bo roszadę artykułów robi się w trosce o klienta. Moim zdaniem działanie to jest zwykłym wybiegiem. Ukrytym celem (moim zdaniem) jest pokazanie kto tu rządzi. W końcu podwładnym trzeba dać coś do roboty, a swoim przełożonym pokazać operatywność i że jest się potrzebnym, niezastąpionym. W trosce o swoje stołki. Czy w takim razie byłbym w stanie wrócić do starych zasad? Zdecydowanie nie! Choć nie ma już starych sklepowych wag ze wskaźnikiem,  nauczyłem się patrzeć handlowcom na ręce. Opakowania służą mi do sprawdzania składu i terminu przydatności do spożycia. Na nadmuchanych do granic możliwości powietrzem torebkach, sprawdzam wagę netto. Tego co jest w środku. Kłopot mam z mrożonkami. Z nich nie da się usunąć nadmiaru wody. Nauczyłem się też segregować śmieci. Nie sortuję ich już na te co się palą i na te co nie nadają się do pieca.

Jerzy Wnukbauma.

Na obraz i podobieństwo – więcej światła.

Niedawno spotkałem się z ciotką. Ucieszyłem się na jej widok i uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Nie widziałem jej ładnych kilka lat. Suszenie przeze mnie ząbków ciotka skomplementowała słowami;

– Masz jeszcze piękne zęby.

– To po matce! – odparłem z niegasnącym uśmiechem.

– Niemożliwe! Pasowały? – zauważyła ciotka.

 

Powoli wchodzę już w wiek, po przekroczeniu którego można bezkarne przechodzić przez tory kolejowe, oraz pokonywać skrzyżowania na czerwonym świetle. Pomimo to faktycznie wciąż mam jeszcze swoje „po matce zęby”.  Po powrocie do domu zastanowiłem się co jeszcze mogłem odziedziczyć w genach po moich rodzicach i przodkach. Na swoje potrzeby stworzyłem własne archiwum x. Zacząłem od Adama i Ewy.

Dawniej sądzono powszechnie, że kobieta w ciąży przez zapatrzenie w sposób świadomy (lub podświadomy), ma wpływ na płeć i wygląd swojego dziecka. Siłę wyobraźni ojca wykluczano ponieważ uważano, że odnosiła się tylko do krótkiego czasu kopulacji. Murzyn zrobił swoje i nie miał dalszego wpływu na swoje dzieło. Za uformowanie płodu odpowiadała matka. To jej wyobraźnia działała od chwili poznania partnera, poprzez moment poczęcia, aż do chwili rozwiązania. Dlatego w niektórych miastach włoskich, żony od przezornych mężów dostawały tabliczki porodowe (desco da porto) będące obrazkami ślicznych małych dzieci. Częste spoglądanie na owe obrazki miały wykluczyć zapatrzenie się, a w wyobraźni kobiet miało ukształtować się dziecko na obraz i podobieństwo jego ojca. Cechy dzieci poczętych z małżeńskiej zdrady także tłumaczono mimowolnym zapatrzeniem się na kochanka. Uczeni lekarze włoscy udowodnili zdradzonemu mężowi, że jego ślubna małżonka tak bardzo zafascynowana była czarną skórą jego służącego (murzyna), że powiła mu czarne dziecię. Ówcześni lekarze uważali także, że silne przeżycia matki mają wpływ na wygląd noszonego w jej łonie dziecka. Opisywali w uczonych rozprawach o historiach kobiet w ciąży przerażonych widokiem zwierząt i później rodzących dzieci z ich głowami. Pisano o kobietach widzących języki ognia sięgające aż nieba i rodzące dzieci o skórze czerwonej jak płomień, o niewiastach przestraszonych przez myszy lub płazy i rodzące dzieci z ich znamionami na skórze. Terapię tych przypadłości opracował znany szwajcarski medyk Paracelcus. W jednej ze swych rozpraw pisał on;

„Załóżmy, że masz przed sobą dziecię, które nosi na swoim ciele widoczne i barwne znamię w kształcie robaka, przy czym znamię jest niemal identyczne co żywe stworzenie. Po pierwsze, odpytaj matkę o typ, wielkość, kolor i formę robaka, a także o wszystkie okoliczności, jakie towarzyszyły powstaniu jego wizerunku tj. o pogodę, dzień, godzinę i minutę w którym zobaczyła to okropne stworzenie. Jeśli skaza jest rezultatem strachu czy przerażenia kobiety, to zrób wszystko, co możliwe, aby powtórzyć to samo doświadczenie u jej dziecka w chwili, gdy pokażesz mu robaka podobnego do tego, którego wizerunek ma na swym ciele. W ten oto sposób, używając żywego odpowiednika stworzenia, którego przeraziła się matka i o którym nieustannie myślała, możesz wymazać te wstrętne znamiona ze skóry jej dziecięcia.”

Taki wtedy tlił się kaganek „oświaty”. Teorię zapatrzenia i matczynej imaginacji odrzucono dopiero pod koniec XIX wieku, jednakże ma ona swoich zwolenników także i dzisiaj. Czasy się zmieniły. Gdy ulice miast zaczęto oświetlać gazowymi latarniami, w proces powstania człowieka zaprzęgnięto krew. Naukowcy zaczęli pisać i mówić o kopulacji jako o mieszaniu krwi, a rodzące się dzieci były krwią z krwi ich rodziców. Można było być obciążonym; dobrą lub złą krwią, szlachetną, błękitną lub pospolitą krwią. Krew psuła się i burzyła. W medycynie królowało upuszczanie krwi i stawianie pijawek. Zaprzestano bronić wiarołomne żony. Zdradzony mąż nie dał się już nabrać, bo skoro nie jego krew to czyja? Powiedzenie – o swym dziecku „moja krew”, w języku polskim jest wciąż zakorzenione głęboko. Powiedzenie to z pewnością wyprze inne, nowe, bo w dobie żarówki naukowcy doszli do wniosku, że o płci dziecka decyduje wyścig plemników. Tu zwycięzca bierze wszystko. O cechach i wyglądzie dziecka od chwili poczęcia w łonie matki, decydują jednakże już geny. Po przodkach dziedziczymy nie tylko domek z ogródkiem i zgromadzony przez nich majątek, ale także; osobowość, temperament i wygląd. Pewne ich cechy (zapisane w genach) przemierzają przez pokolenia i przekazywane są dopiero wnukom i prawnukom. Sam jestem tego doskonałym przykładem. Przypominam sobie jak matka wspominała, że za każdym razem, gdy babka sadzała mnie na swoje kolana mówiła, że jestem „całym dziadkiem”. Czy jestem jego kopią? Dziś nie ma już nikogo kto jednoznacznie mógłby to stwierdzić. Na dzień dzisiejszy skłaniam się do hipotezy, że jego obraz został mi dany w akcie stworzenia, a podobieństwo musiałem wypracować sobie sam. Z genetyki czyli nauki o genach dowiedziałem się niewiele. Zapamiętałem tylko co mówi jeden gen, gdy spotka drugi gen. – Halogen! Zatem, wszystko powinno być jasne. Jednakże nie jest. Mój czas też zatrzymał się w miejscu. Jestem zwolennikiem starych żarówek, lecz w moim przypadku mogą one być co najwyżej powodem do wyjścia ze ŚTG – genexitu.

Jerzy Wnukbauma

Kto śpiewa, dwa razy się modli.

W wielu rodzinach żyje tradycja przekazywania wykonywanego zawodu z ojca na syna. Ojciec uczył zawodu swoje dzieci, z kolei jego przyuczał do zawodu jego ojciec, jego ojca przysposabiał do rodzinnej profesji jego ojciec, … itd. Taki swojski łańcuszek – łun łunego, łun łunego. Rodzinna sztafeta pokoleń. Zabezpieczanie siebie na starość poprzez przekazanie w schedzie swym dzieciom źródła utrzymania dla całej rodziny. W mojej rodzinie tego nie było. Przynajmniej tak do tej pory myślałem. Do chwili gdy w pojawiających się w internecie aktach, czarno na białym, przez kilka pokoleń,  powtarzała się profesja moich przodków. Profesja ściśle związaną z kościołem katolickim i z jego obrzędami. Z posługą do mszy. Tu szybko wyjaśniam – nie chodzi o kapłana. Nie po tym ojcu (duchownym) rodzili się moi przodkowie przejmujący rodzinną specjalizację. Moi męscy przodkowie z dziada, pradziada byli organistami. Zwyczaj przygrywania księdzu do mszy trwał w mojej linii po mieczu kilkadziesiąt lat. Tą regułę przerwała moja ojczysta prababka, Waleria.

Organiści. Muzycy grający na organach. Do najbardziej znanych należeli Johann Sebastian Bach, Georg Friedrich Händel, Stanisław Moniuszko, Feliks Nowowiejski. Najbardziej znanym utworem skomponowanym przez kościelnego organistę Franza Xawera Grubera, jest kolęda „Cicha noc”.  Zawód który wykonują kościelni organiści nie jest łatwy. Zmusza ich do wielu wyrzeczeń. Kościelny organista musi współgrać z kapłanem, orientować się w jakiej tonacji i rytmie zagrać i zaśpiewać. Kilka razy dziennie. Rano i wieczorem. W świątek i piątek. W weekendy i kościelne święta. Zawsze dyspozycyjny, na posterunku. Organy są instrumentem o który też trzeba regularnie dbać. Te stare, często wymagały napraw. Lepiej miał tylko ksiądz.

Gdy na Mszy św. zabraknie organisty milknie śpiew. Z czasem nie podejmuje go także kapłan celebrujący Mszę św. Wierni nierówno, mimochodem i pod nosem odpowiadają na wezwania kapłana. Pewnie dlatego posługa organisty była i jest ceniona przez zawiadujących parafiami proboszczów. Dawniej z urzędem kościelnego organisty wiązały się liczne przywileje. Większe, bogatsze parafie oferowały przyjmowanemu muzykowi mieszkanie, powszechnie zwane organistówkami. Były to wolnostojące budynki ufundowane przez parafię. Zazwyczaj ulokowane były one w pobliżu kościoła. Do skromnych pensji, organiści dorabiali grając na ślubach, chrzcinach i pogrzebach. Mogli uczyć w kościołach gry na organach przyszłych organistów, pobierając od nich opłatę za naukę. W adwencie roznosili opłatki. W świątecznym, bożonarodzeniowym okresie chodzili po kolędzie. Wśród okolicznej ludności cieszyli się wielkim mirem. Byli zawsze pod ręką, gdy ojcowie przynosili do chrztu swoje dzieci. Stąd w tak wielu aktach urodzonych, jest tylu organistów zapisanych jako świadków chrztu. Bo organista to był ktoś. Grał dla Boga i dla ludzi.

Przypuszczam, że „moich mazowieckich organistów”; do nauki gry na organach, od dziecka gonił do klawiszy ich ojciec a mój praprapradziadek Joachim Kuźmiński. Być może pedagogusem był jego teść organista kuflewski, Paweł Michniewski (mój 4xdziadek). Wcześniej tych nauczycieli też uczyli ich ojcowie. Przyszli adepci od małego dziecka przebywali z rodzicami w kościele. Przysłuchiwali się grze ojca (lub dziadka). Z ciekawością przyglądali się jak gra przyciskając wielkie klawisze, licznie uszeregowane na organowym manuale. Potykali się o klawiaturę nożną, szelkami zahaczali o wystające registry. Zapewne początkowo dziwili się skąd wydobywają się rozchodzące się po całym kościele piękne dźwięki. Później być może poznawali mniej przyjemną stronę gry na organach, wymagającą znacznej siły fizycznej tj. kalikowanie czyli pompowanie powietrza w miechy, które dostarczały powietrze do organowych piszczałek. Gdy połknęli muzycznego bakcyla, zostawali kontynuatorami rodzinnego zawodu. Często stawali przed wyborem – gra na organach czy nauka w seminarium. Do takich wniosków doszedłem, analizując nazwiskach niektórych katolickich księży. Nie sprawdzałem których powołań było więcej. Skupiałem się na protegowanych św. Cecylii.

Osobę kościelnego organisty i jego posługę wierni zazwyczaj dostrzegają tylko raz w tygodniu na niedzielnej Mszy św. Bywa nieraz, że przez przyjezdnych gości, do jego oceny wystarczy tylko jeden jedyny dzień z życia kościelnego organisty. Nieważne ślub czy chrzest. Liczne tego przykłady można oglądać na youtube. Kto śpiewa – dwa razy się modli. Nie grzeszy ten co fałszuje. Ten co śpiewa i musi słuchać kakofonii – modli się cztery razy. W myśl starych zasad rekrutacji – śpiewać każdy może – niektórzy księża przyjmowali organistów jak leci. Dziś zgodnie z artykułami Instrukcji synodalnej „Posługę organisty może podjąć każdy katolik, zarówno mężczyzna jak i kobieta, posiadający należyte kwalifikacje fachowe i moralne”, ale… Stawiane są także wyższe poprzeczki – „Od kandydata do posługi organisty należy wymagać ukończenia Studium Organistowskiego” a w większych parafiach, dyplomu szkoły muzycznej. Przy naborze wymagane są także: minimum trzyletnia praktyka, umiejętność nauczania śpiewu, dyrygowania i prowadzenia chóru. Na organistę nakłada się także obowiązek doskonalenia wyuczonych umiejętności gry i śpiewu. Dla Boga i dla ludzi. I wszystko gra.

Jerzy Wnukbauma.

Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę.

Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę

Przysięga klęcząc; naszym świadkiem Bóg

Z bagnetem w ręku pójdziem w świętą sprawę

śmierć naszym hasłem niechaj zadrży wróg.

I dobosz zagrzmiał już sojusz zawarty

z panewką próżną idzie w bój pułk czwarty.

Julius Mosen

Przeglądając porozrzucane po licznych księgach parafialnych akty moich krewnych, natrafiłem na akt małżeństwa mojej pierwszej kuzynki w czwartym pokoleniu, wnuczki mojego 4x pradziadka. Było to jej drugie małżeństwo. Od niespełna roku, dokładniej …”od 25 lutego roku ubiegłego wdowa po żołnierzu wojsk polskich pułku dwudziestego piechoty liniowej, poległym w batalii pod Grochowem.” Jak chłonny wiedzy studenciak sprawdziłem co na temat bitwy mówią wszechwiedzące Google. Przypomniałem sobie wiedzę o powstaniu listopadowym i o bitwie pod Olszynką Grochowską. Gdy zaspokoiłem swoją wiedzę, pozostała ciekawość – skąd w 1832 roku, kilka miesięcy po bitwie o Olszynkę Grochowską moja pra…kuzynka wiedziała, gdzie walczył i poległ jej mąż.

 

Strategia i taktyka dawnych walk, polegała na zaangażowaniu jak największej ilości wojska i dążeniu do rozstrzygnięcia konfliktów w decydującej bitwie. Drogą do zwycięstwa było wykrwawienie się przeciwnika. Ludzkie życie nie miało wartości. Pojedynczy żołnierz był bezimiennym graczem i nie znaczył nic. Liczyły się rzucane do boju masy „armatniego mięsa”. Po bitwie, świadectwem rozegranych dramatów, były liczne masowe groby rozsiane na szlakach ofensyw. Kryły one anonimowych uczestników walk. Po wsiach i miasteczkach do których nie powróciło kilkudziesięciu lub kilkuset ich mieszkańców stawiano symboliczne mogiły. Zbyt wielu poległych nie miało swojego grobu. Ich ciał nie odnaleziono lub nie zidentyfikowano. Symbolem ich losów są groby nieznanego żołnierza. Te jednak bardziej upamiętniają miejsca stoczonych bitew, niż przywołują ich bohaterskich uczestników. Z czasem zmieniła się strategia i taktyka walk. Po rewolucji technicznej, do dyspozycji armii stanęła rzesza naukowców; konstruktorów, inżynierów, mechaników, chemików, fizyków… Do ich pomocy oddawano nowoczesne laboratoria i instytuty naukowe. Wszechobecne w armii konie, zastąpiono nowoczesnymi środkami transportu. Zapotrzebowanie w paliwo i na surowce strategiczne stało się jednym z głównych działań do ich pozyskiwania. To z kolei spowodowało wytyczanie nowych obszarów w konfliktach zbrojnych. Żołnierzy zaczęto wyposażać w znaki tożsamości – nieśmiertelniki.

 

Nieśmiertelniki, identyfikatory żołnierzy w razie ich śmierci, lub zranienia, zostały wprowadzone dość niedawno. W Polsce zostały wprowadzone po Bitwie Warszawskiej rozkazem z dnia 22.12.1920 roku. Rozkaz ten nakazywał zaopatrzenie w nieśmiertelniki każdego żołnierza i zobowiązywał ich do jego noszenia w czasie wojny (po mobilizacji). Od tego czasu zmieniały się zarówno ich wzory jak i materiały z których je wyrabiano. Niezmiennym jest fakt, że noszący je człowiek-żołnierz jest bezimiennym numerem w machinie wojennej, opętanych manią wielkości szaleńców. Nieśmiertelniki nie stanowią też żadnej gwarancji, że wygrywający wojnę będzie przestrzegał międzynarodowych umów i będzie zainteresowany ustaleniem tożsamości  poległych żołnierzy. Dowodem są liczne przykłady niemieckich i sowieckich władz okupacyjnych, a także rodzimych, powojennych władz komunistycznych, które skupiały się na wyłapywaniu i mordowaniu pozostałych przy życiu żołnierzy. Niechęć okupantów a później komunistów przyczyniły się do tego, że do dziś niewiadomo ilu żołnierzy poległo, oraz kto i gdzie zginął. Dziś wątpliwa jest także szansa jaka pojawiła się ostatnimi czasy. Badania DNA. Jest zbyt kosztowna, a czas nieubłagalnie płynie i robi swoje.

 

W świetle powyższego uzasadniona była moja dociekliwość – skąd w 1832 roku moja pra wiedziała, że  poległ jej niedawno poślubiony mąż i na dodatek skąd umiała dokładnie wskazać gdzie i kiedy zmarł?  Nie była w tym odosobniona. Takich jak ona wdów było tysiące kobiet. Część z nich o śmierci mężów dowiadywała się od ich towarzyszy broni którzy mieli szczęście przeżyć i powrócić do domu. W jej przypadku sprawa też była prosta. By powtórnie wyjść za mąż poruszyła niebo i ziemię by udokumentować fakt śmierci swojego męża. Odszukała dwóch świadków jego śmierci. Złożyła w Sądzie Królestwa Polskiego prośbę o uznanie go za zmarłego. Po uznaniu go za poległego w bitwie, dostała pozwolenie na ponowne małżeństwo. W akcie jej drugiego małżeństwa, ksiądz przy jej nazwisku zapisał – …”od 25 lutego roku ubiegłego wdowa po żołnierzu wojsk polskich pułku dwudziestego piechoty liniowej, poległym w batalii pod Grochowem.” Jak widać zarówno przynależność wojskowa jak i miejsce stoczonej bratali nie były tajemnicą wojskową. Od 31 stycznia 1832 roku powtórnie została mężatką, a wkrótce matką ośmiorga dzieci, w tym trójki przyszłych żołnierzy. O jej pierwszym mężu pisali niemieccy (Polenlieder) i francuscy poeci i pisarze wychwalając męstwo żołnierza polskiego. Z tego czasu w Polsce najbardziej znany jest wiersz Juliusa Mosena, którego przetłumaczone na język polski słowa posłużyły  do skomponowania pieśni o powstańcach listopadowych – „Walecznych tysiąc”. Waleczność jej synów i wnuków opiewali inni, m.in. szwedzka hardrockowa grupa Sabaton. Rodzimi w tym czasie poprzestali na słowach krytyki pod adresem dowódców, popełnionych przez nich błędów taktycznych, rozbudzonych nadziejach, bezsensowności walki. Bo my potrafimy komplikować swoje życie doszukując się Bóg wie czego w powodzie naszych klęsk. Stąd powiedzenie – Mądry Polak po szkodzie. Warto pomyśleć przed szkodą.

Jerzy Wnukbauma.

 

Rolnik szuka żony.

Daleki jestem od postrzegania wsi jako pięknej, błogiej i cichej mieściny. Wyidealizowanej, pełnej szczęścia, miodem i mlekiem płynącej krainy, którą zewsząd otacza wszechobecna przyroda. Miejsca dającego wrażenie beztroski, pojednania z naturą i poczucie wewnętrznej, duchowej równowagi. Z punktu widzenia „odwiecznego” mieszczucha nawet współczesna mi rozwijająca się, powojenna wieś jawiła mi się raczej jako skupisko wszechobecnej nędzy i ubóstwa. Wylęgarnia przesądów i zabobonów nierozerwalnie związanych z porami roku i towarzyszącym im cyklem ludowych obrzędów. Hamulcowym przemian. Zapieckiem w którym ubiegający czas regulowało gdakanie kur i pianie koguta. To swoje mieszczańskie spojrzenie na polską (i nie tylko) wieś zmieniłem wraz z poznawaniem moich korzeni. Korzeni wywodzących się de facto ze wsi. Artykuł dedykuję wszystkim moim i mojej żony przodkiniom.

Jest jednak coś co podoba mi się na wsi. To uprzywilejowana pozycja chłopa. Patriarchat.  Układ społeczny dający mężczyźnie pozycję i władzę. Chłop potęgą jest tu i basta. Od żony wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Za najdrobniejszą niesubordynację miał ją prawo bić ilekroć uznał to za stosowne. Uprzywilejowana pozycja mężczyzny jako głowy rodziny była widoczna także podczas prac polowych. Chłop bronił się od zginania karku oraz robót związanych z bezpośrednim kontaktem z matką ziemią. Te prace wykonywały kobiety. Żęcie sierpem, zbieranie pokosów zboża, wykopki, plewienie chwastów, to należało do zakresu obowiązków kobiet. Do mężczyzn należała orka, siew i kośba. Podziałowi na męskie i babskie zajęcia podlegał także podział prac w chłopskiej chałupie  i zagrodzie. Do chłopa należała opieka nad zwierzętami pociągowymi (konie, woły). Kobiety doglądały; krów, świń, owiec i ptactwa. Pieliły i uprawiały przydomowe ogródki. Utrzymywały czystość w chacie, piekły, gotowały, myły naczynia, prały, opiekowały się dziećmi, przędły, szyły, czyściły buty i odzież… Nachodziły się od stołu do kuchni, od studni do garnków, od koryta do koryta, nazginały się karków, nadźwigały, a wieczorem gdy dzieci i gospodarz znużony pracą poszedł spać; przędły, szyły, cerowały, prasowały, odmawiały pacierz i ostatnie kładły się spać.  Choć czas pracy wieśniaczek był znacznie dłuższy od czasu pracy ich mężczyzn i tak ich domowe zajęcia uznawane były za mniej wartościowe i znacznie lżejsze od męskich prac gospodarskich.

Praca w wiejskim gospodarstwie zaczynała się wcześnie rano. Według Kolberga o „godzinie 3ciej lub wpół do 4tej wstają ludzie po wsi”. Tak wczesna pora pobudki wymuszona była przez wygłodniałe zwierzęta w stajniach i oborach.  Powszedni dzień gospodarze zaczynali od odmawiania pacierza. Po porannej modlitwie chłop rąbał drzewo, rżnął sieczkę dla bydła i szedł w pole, lub na robotę do pana. W tym czasie jego żona doiła krowy, ścieliła bydłu, wyrzucała spod niego gnój, podrzucała mu siana. Z ciężkim skopem mleka wracała do chałupy, rozpalała ogień, szła po wodę, gotowała strawę i zanosiła ją mężowi w pole. Po powrocie do domu miała wolny czas dla siebie. W tym czasie przynosiła wodę ze studni, zmywała naczynia, sprzątała, przędła, sporządzała odzienie, naprawiała go lub szyła nowe. Raz lub dwa razy w tygodniu szła do rzeki i okładała kijankami pranie. Później przebierała kaszę, łuskała groch, szatkowała kapustę, gotowała obiad, szła go zanieść mężowi na pole. W powrotnej drodze do domu rwała trawę dla bydła i pokrzywy dla świń, ładowała to wszystko do chusty i obładowana wracała do domu. Szła po wodę, myła naczynia i garnki, podsypywała ziarna ptactwu, darła pierze, gotowała kolację. Gdy wrócił chłop i zjadł kolację, myła naczynia. Choć była zmęczona zasiadała do żaren i mełła w nich ziarna. To wtedy od swojego chłopa słyszała – „Daj ja pobruszę, a ty poczywaj”. Szła odpocząć bo czekała ją jeszcze inna praca. Z chłopem. Nie zaprzątali sobie głowy próżną gadaniną. Przez szereg lat przekazywała jego geny wydając na świat liczne potomstwo – męskie na obraz i podobieństwo chłopa, żeńskie na wzór i kontynuację jej losu.

Dzisiejsza kobieta wiejska łączy tradycję z nowoczesnością, bo dzisiejsza wieś jest całkowicie inna. Trochę taka jak ta przedwieczna: piękna, cicha, sielska. To w końcu przecież jest wieś. Z drugiej strony dostrzegam jej pauperyzację, hektary nieużytków, odchodzenie od tradycyjnych metod hodowli i produkcji. Kobiety już nie siadają pobruszać. Bo chleb produkuje się przecież w piekarni.

Jerzy Wnukbauma