Gdyby do wywodu przodków…

Ciepło, gorąco, spiekota. Te dokuczliwe upały pomagają mi tylko w jednym. Są zbawienne na bóle stawów i kręgosłupa. Gdy żar leje się z nieba, czuję się lepiej. Kolana i kręgosłup przestają boleć. Jak ręką odjął. Po za tym, nie robię nic. Przez większość dnia okupowałem kanapę. Piszę w czasie przeszłym, bo moja żona po obejrzeniu w internecie zachowania byłej Pierwszej Damy, zareagowała w podobny sposób. Jak Danuta wpadła do pokoju i przerwała mi moje dolce vita słowami „Weź się do roboty”. Poczułem się jak Lech. Z tą tylko różnicą, że on posłuchał żony i wyłączył komputer, a ja odpaliłem laptopa. Wziąłem się do roboty, bo długo nie pisałem nic i na stronie Świetogenu zapanowała zbyt długa bezczynność. Na żądanie mojej Danuty wreszcie coś napiszę. Może jakiś konspekt. Marzy mi się, by tak jak Lech zacząć podróżować ze swoimi wykładami po całym świecie. Chociaż nie. Ostatnio on nie jeździ, nic nie zarabia i ogłosił (lub ma ogłosić) upadłość konsumencką. Bieda u niego do tego stopnia, że telewizja rządowa podejrzewa go o podbieranie sikorkom słoniny. U mnie dzięki Bogu nie jest źle. Dostałem trzynastą emeryturę. Czekam na czternastą i obiecaną przez prezydenta „piętnastą a może nawet i szesnastą”. W kwestii sikorek u mnie też jest zdecydowanie lepiej. Dzielę się okruszkami z ptaszkami. Jest już nawet tego efekt. Na osiedlu przybywa gołębi.

Wracając do wymarzonego podróżowania po świecie z wykładami. To jest oczywiście żart. Trzeba mieć o czym mówić i umieć to przekazać. Chyba, że ma się pod ręką swojego rzecznika, który w razie czego wyjaśni, że pan prelegent nie miał tego na myśli. Po drugie – Gdzie bym się ruszył z domu? Na potrzeby tego felietonu napisałem konspekt domniemanej konferencji, studiów lub krótkiego wykładu na temat „Genealogia pisana inaczej”. Inaczej bo… Gdyby do wywodu przodków użyć literackich środków, w treść wzbogacić, dodać rym, wiódłby jakiś genealog prym, a jego drzewo byłoby pierwsze, zrobione inaczej, bo pisane wierszem. Czy to taka wielka sztuka, opisać wierszem przodków wnuka? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że tak można.

Do wnuka.

Gdy swoich przodków będziesz ciekawski,
Dziadek pomoże ich powyliczać;
Twym ojcem jest Jacek Popławski
Matką Agata z domu Muzyczak.

Nadeszła pora dalszych zagadek.
O Twoich dziadków wiedzę poszerzyć.
Ojczysty dziadek – Popławski Radek
Mateczny dziadek – Muzyczak Jerzy.

Co się zaś tyczy dziadków połowic
Tj. ich żon, a Twoich babek
Jerzy poślubił Jadzię z Bronowic,
Z Migalską Marią pobrał się Radek.

Dość rozbijania głową murów
Na tym skończymy dalszą naukę
A resztą moich licznych praszczurów
Później podzielę się z moim wnukiem.

Można? Można! Dla potrzeb ćwiczeń, uświadamianie wnuka skończyłem na jego dziadkach. Dalej to już tylko z górki; łun z łuną, łuna z łunym, łun łunego, łuni łunych. W przypadku singli – łun lub łuna łunej. Bliźniaków – łuni łunej. Gdy matka jest nieznana –  łun lub łuna łunego. Gdy oboje są NN pozostaje tylko łun. I tak do Adama i Ewy. Ale genealogia to nie tylko relacja dziadek – wnuk. Moim zdaniem początki jej zaczynają się na ślubnym kobiercu i później od prokreacji. I w tym temacie miałbym o czym mówić. Rozpływając się nad cnotami niewieścimi, być może byłbym zauważony przez samego ministra edukacji – Czarnka. Słowo się rzekło! Napiszę pieśń weselną. Koniecznie wierszem, bo… kiedy stanie na ślubnym kobiercu, osoba bliska waszemu sercu, to staropolskim pięknym zwyczajem, za zaproszenie na ślub się odwzajem. Złóż Młodej Parze życzenia najszczersze – Pisz pieśń weselną. Koniecznie wierszem. Czy to taka wielka sztuka, kilka zdań Młodym wydukać? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że jednak można.

Epitalamium.

Precz frasunki, precz mozoły,
dzisiaj zajaśniał nam dzień wesoły.
Dziś cnoty rodzin chwalą swatki,
Młodych żegnają ojcowie i matki
Serca gorące złączył kanonik
Marsz Mendelssona grał filharmonik
epitalamia spisali rodzinni poeci
starosta z flaszką stoły obleci.
Rolą gości; jeść, pić i dobrze się bawić
Moją powinnością jest seksu sekrety wyjawić.
Taka jest moja rola. Tak obyczaj każe
gdy rodzic nie uświadomił tego Młodej Parze
Lub gdy Młodzi mają tysiące obiekcji.
Posłuchajcie Młodzi w tym temacie lekcji.

Tu kilka stron „w tym temacie lekcji”, których tanio nie sprzedam. Jest to czterdzieści wersów erotycznego podtekstu, którego z racji wczesnej pory nie zamieszczę. Pieśń kończę tak;

Wyspiański opisał Rydla wesele,
mnie do mistrza pióra brakuje zbyt wiele,
Lecz i wasze wesele warte poematu
toteż ja dam piórem trochę do wiwatu;
Szczęśliwa Paro! Miej uciechy trwałe,
Niech wam się noce zawsze zdają małe,
Dni upływają na szczerym kochaniu,
Wieczory długie na rąk splątywaniu.
Dwójcie się i trójcie. Niechaj was przybędzie,
a dzieci liczne słychać będzie wszędzie.
Wszystko co jest piękne i wymarzone,
Niech przez Niebiosa będzie spełnione.
Dzisiaj wraz z żoną piję wasze zdrowie
życząc wam Sto lat! – J.J. Wnukbaumowie.

Prawda, że od razu cofnęliśmy się w czasie. Zgodnie z ówczesnym trendem, zapachniało średniowieczem. Tytuł wiersza jest nazwą gatunku tej liryki. Jego stylu i tematyki nie da się zamknąć w jakimś konkretnym okresie. Jest ponadczasowa. W utworze tym, garściami brałem ze Stanisława Trembeckiego. Dla osób młodych małe przypomnienie lekcji z języka polskiego. Jest to poeta oświecenia. Urodził się i tworzył w tym samym okresie co Ignacy Krasicki. XVIII wiek. Z twórczości biskupa znam na pamięć tylko wiersz pt „Sen”

Śniło mi się, żem wóz, a to mara broi,
Budzę się, wozu nie ma, tylko dyszel stoi.

Ten krótki wiersz przypomniał mi dzisiejsze ” kamieniowanie duchownych”, w obronie których stanął Rydzyk. Rozgrzeszał ich słowami – „To, że ksiądz zgrzeszył… no zgrzeszył. Ale kto nie ma pokus”. Sam wstrzymuję się od komentarzy, gdyż i ja muszę się wystrzegać pokus. Też zauważyłem u siebie brojenie mar. Rano. Przed pierwszym sikiem. Wracając jednak do epitalamium. Według mnie obecny minister edukacji powinien włączyć go do spisu lektur szkolnych, lub nakazać zamieszczenie w podręcznikach języka polskiego. Dlaczego? Po pierwsze. Czytające tą pieśń weselną, dzieci zapoznają się wreszcie z cnotami niewieścimi. Wszystko będzie jasne. Po drugie. Uważam, że podczas czytania go, we wszystkich klasach będzie panowała cisza i katechetka odpocznie. Po trzecie. Może do facetów w spódnicach oskarżonych o wykorzystywanie nieletnich dotrze wreszcie, że takie rzeczy to tylko z żoną i to dopiero po ślubie.

Był ślub. Była pieśń weselna. Pora na powitanie na świecie owocu  pożycia małżeńskiego. I w tym temacie genealog, który podejmie się wyzwania i zrobi ładną oprawę liryczną faktu narodzin, może zaistnieć, bo… Gdy dzień narodzin stanie się faktem, obdaruje dziecię oryginalnym aktem. Napisze kilka wersów. Pobawi się polszczyzną. Nie zanudzi czytelnika rozwlekłą dłużyzną. Nie napisze jak urzędnik. Skończy też z szablonem. Popisze się w tym akcie lirycznym wykonem. Czy to taka wielka sztuka, na pamiątkę dziecku akt palcem wystukać? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że tak można.

Działo się w parafii Św. Ducha w Kielcach Na Stoku
o godzinie 13  dnia tego i tego , tego i tego roku.
Artur Muzyczak ojciec dziecka się stawił
dwoje pełnoletnich chrzestnych przedstawił,
zamieszkałego w Ostrowcu Pawła Ostrowskiego
i Karolinę Maj z Kielc stanu wolnego.
Okazał Nam dziecię płci męskiej zrodzone
z Moniki z Ostrowskich, którą pojął za żonę.
Po czym odbył się dziecka chrzest
i od tej pory katolik on jest.
Na Chrzcie Świętym dano dziecku imię Jerzy.
Oby w szczęściu, zdrowiu, ponad sto lat przeżył.

Można? Można! Pamiętałem też o RODO i zmieniłem imiona i nazwiska stawających. Zajmijmy się teraz przypadkami nazwanymi przeze mnie – archiwalne fuksy. Nazwałem tak (na potrzeby tego artykułu) nieznane dotąd zdarzenia i fakty, które wynikają bezpośrednio z dokumentów, lub pośrednio tj. w porównaniu z innymi aktami czy dokumentami. Tu małe naprowadzenie – Kiedy w sieci znajdziecie przypadkiem, coś związanego z waszym dziadkiem, to na pamiątkę tego trafu, piszcie coś na wzór epigrafu. Krótko, zwięźle w tym temacie, aż wszystkie akty wyszukacie. Czy to taka wielka sztuka, ślad przodków swoich w sieci szukać? Wysiłek niewielki, praca zbożna. Sami zobaczcie, że tak można.

Dzisiaj odnalazłem, co mnie bardzo cieszy,
Po kądzieli przodków pochodzących z Rzeszy,
lecz smuci mnie, że ten co mówił w nadreńskim narzeczu,
Wymordował w Warszawie mych przodków po mieczu.
≈~≈

Wszyscy przodkowie mej babki ojczystej
są sukcesorami szlacheckiej krwi czystej.
Mieszkali między Ciechanowem a Mławą
zajmowali się rolą i wojenną wyprawą.

≈~≈

Po mieczu przodek mój,
Nosił z Urzecza strój.
Jak go widzieli, tak go nazwali
Odtąd Urzyczak w aktach pisali.

Można tak tworzyć bez końca. Tu jednak należy się mała uwaga. Są liczne minusy takich krótkich, skrótowych publikacji swoich korzeni. Nie wszystko można zmieścić w dwóch czy czterech wersach. Chwalenie się swymi przodkami, nie wszystkim przypada do gustu. Sam jestem tego przykładem. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wyskoczy z dziadkiem służącym w wermachcie. Ale to wina Tuska. Od wrogości do niego rozpowszechniło się to powiedzenie. Ciekawe czy do tej rewelacji przyczynił się ktoś z koleżanek lub kolegów genealogów? Poszukiwaczy takich sensacji odsyłam do badania swoich korzeni. Niech się przekonają, gdzie i w jakim wojsku mógł służyć ich przodek, podczas kiedy, przez 123 lata nie istniało państwo polskie. Mój dziadek będąc potomkiem Niemca, służył w wojsku austriackim. Mam się tym smucić, czy cieszyć? Stopniując zaborców na Niemiec – zły, Austriak – taki sobie, Rosjanin – ten dobry zaborca, mój dziadek wypada pośrodku? A więc płakać, skakać z radości, czy siedzieć cicho? Chwalenie się pochodzeniem szlacheckim mam z głowy. Nawet, gdyby jeszcze do dziś obowiązywały tytuły szlacheckie i związane z tym przywileje, miałbym na nie szlaban. Ostatnie wersy poświęciłem etymologii mojego nazwiska pochodzącego od nazwy nadwiślańskiego regionu leżącego pod Warszawą. Fakt ten dodał mi skrzydeł, a w szufladzie mojej przybyło sporo wierszy poświęconych Urzeczu.

Są czasem takie chwile gdy, genealogię pisze się przez łzy. Świat się wali, serce krwawi. Ręka drży a głos się dławi. Choroba, cierpienie, zgon. The Show Must Go On. Bo to jednak wielka sztuka. Serca się nie da oszukać? Wysiłek wielki, chwila trwożna. I pytasz siebie – Czy tak można?.

W nocy po Trzech Króli
w objęcia Najświętszej Matuli
zabrał moją matkę Śmierci kosy świst.
Ostatnią z Baumów. Last but not least.

≈~≈

To był szok, gdy dowiedziałem się o raku,
To był nokaut zapierający w piersi dech.
Czekałem cudu, Niebios najmniejszego znaku
I w jednej chwili power we mnie zdechł.

Wiersze dotyczą moich rodziców. Jeszcze dziś, po wielu latach, podobnie te wersy przeżywam. O rozwodach przemilczę. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Te słowa słyszą wszyscy katolicy przy okazji ślubów. Na pamięć powinien je znać kapłan udzielający ślubu. Zastanawiam się jednak, jak to jest możliwe w przypadku rozwodu kościelnego konsumowanego przez 24 lata małżeństwa. Zwłaszcza, gdy jego owoce chodzą po świecie? Czy to znaczy, że sędzia kościelny dając rozwód nie jest człowiekiem i stawia się na równi z Bogiem? Co Bóg złączył – CZŁOWIEK NIECH NIE ROZDZIELA! Nie wiadomo o co w tym wszystkim chodzi, a jak nie wiadomo o co chodzi… jednego z warunków rozwodu, choroby psychicznej nie wykluczam.

Ostatnim punktem konspektu powinno być zakończenie. Zazwyczaj jest to podsumowanie całego omówionego tematu. Daruję to sobie, oraz wszystkim czytającym te słowa. Zachowam się jak przedstawiciele obecnej klasy rządzącej, którzy po wygłoszeniu tego co mieli powiedzieć, opuszczają pospiesznie zaskoczonych dziennikarzy. Oni robią tak pewnie dlatego, by naród przespał się z tym tematem. Ja siedzę w domu, bo jest pandemia. I Serce mnie boli, bo znam przyjemne metody zarażania.

Jerzy Wnukbauma

Jabłoneczka

Jak obyczaj stary każe;

Gdy się syn urodzi ojciec siedzi w barze,

Później potrząśnie sakiewką;

Buduje dom i sadzi drzewko.

Matka mówiła, że mój stary

Z baru poszedł na bazary –

Przyniósł drzewko, miał być dąb

Gdy zasadził drzewo w klomb,

Obsypało wiosną kwieciem

I wydało owoc w lecie.

Odtąd koło okieneczka

Rosła rajska jabłoneczka.

I choć cierpkie ma owoce

Słodkie przy niej dnie i noce.

 

Ojciec co rok miał zajęcie,

Dbał o drzewko, robił cięcie

A na wiosnę, na wypryski

Robił co rok mu opryski.

Dużo słońca, trochę chemii,

Czas i mnie w mężczyznę zmienił.

Wtenczas koło mego okieneczka

Przechadzała się dzieweczka.

Cherubinek puścił strzałę

Było moje dziewczę całe.

Było ciepło, parne noce

Obdarzyłem ją owocem.

Jak obyczaj stary karze

Przesiedziałem później w barze.

 

Bóg dał syna, dom już miałem

A gdy tylko wytrzeźwiałem

Po bazarze połaziłem

Jabłoneczkę dosadziłem.

Odtąd z okna, zwłaszcza w maju

Piękny widok jest jak w raju,

Dziś, gdy pannę ujrzę w sadzie,

Co ma w głowie jabłek kradzież,

To zadumam się – Staruszku!

Co takiego w twym jabłuszku?

Ledwo co opadną kwiatki

Od zarania, od pramatki

Młoda panna czy staruszka

Ma ochotę na jabłuszka.

Jerzy Wnukbauma

Uciec gdzie pieprz rośnie.

3 fala pandemii. Tak jak wszyscy, jestem zaskoczony jej rozmiarem. Poprzednia, jesienna, dała się mnie i mojej żonie we znaki. Nie chciałbym już nigdy…. Tu złapałem się, bo wpadłem w pułapkę językową i ugryzłem się w język. Zgodnie ze starym polskim powiedzeniem, w takich przypadkach, chciałem napisać – Nie chciałbym tego PRZEŻYĆ JESZCZE RAZ. Zwodny kruczek językowy, bo jak nie daj Boże miałbym zachorować ponownie, to oczywiście chcę PRZEŻYĆ. Dlatego urwaną myśl skończę prościej – Nie chciałbym już nigdy tego przechorować! Mam pietra, bo jak do tej pory nie ma na tego łobuza lekarstwa. Jak zatem się przed nim bronić?  Zapaść się pod ziemię? Zniknąć jak kamfora? Przepaść jak kamień w wodę? Rozwiać się jak dym? Taka forma ucieczki nie wchodzi w grę. To nie gra w chowanego. Nie wystarczy jak dziecko zasłonić oczy i udawać że koronawirus mnie nie dostrzeże. Uciec gdzieś na odludzie? Schować się do mysiej nory? Przeczekać najgorszy okres tam gdzie pieprz rośnie? Taka opcja ucieczki nie daje gwarancji niezachorowania. Tam gdzie pieprz rośnie, z koronawirusem radzą sobie podobnie jak u nas. Istnieje też ryzyko, że gdy zachoruje się w krajach orientalnych, w razie choroby jest się skazanym na kiepską opiekę lekarską i samotność. Jedynym rozsądnym wyjściem jest zaszczepienie się i chuchanie na zimne – higiena, maseczka i samoizolacja. Co jednak robić z wolnym czasem? Jak bronić się przed nudą i mgłą mózgową? Po krótkim zastanowieniu postanowiłem zadbać o siebie i napisać kilka zdań o ucieczkach (tam gdzie pieprz rośnie) zaobserwowanych podczas indeksacji parafii Sędziszów. Zgodnie z przyjętym zwyczajem pogrupowania roczników ksiąg kościelnych (UMZ), zacznę od ksiąg urodzonych.

W czasie indeksowania księgi urodzonych w parafii Sędziszów z roku 1915 natknąłem się na niespotykane nigdzie wcześniej w tej parafii, częstsze niż zwykle zjawisko zgłaszania i podawania do chrztu urodzone dzieci przez akuszerki. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Odkąd istnieje obowiązek zapisu narodzin dzieci w kościelnych księgach, zawsze (nigdy nie mów zawsze) – w większości przypadków nieślubnych narodzin, obowiązek zgłaszania dzieci spoczywał na akuszerkach. Babkach, które odbierały poród. Już samo to, że zamiast ojca dziecka przed księdzem stawia się akuszerka, powoduje domysł, że jest tu coś nie tak. Dlatego z większą uwagą przyglądam się dalszemu zapisowi takich aktów. Jednak, jak wcześniej zaznaczyłem, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Dzieci nieślubne rodziły się, rodzą się i będą przychodzić na świat. W ich przychodzeniu na świat bywają zarówno lata tłuste jak i lata chude. Wraz ze wzrostem populacji zwiększa się prawdopodobieństwo wzrostu liczby takich narodzin. Rzecz jest w czymś innym. Jak napisałem powyżej, akty pochodzą z 1915 roku – z początku I Wojny Światowej.

Czym różnią się te z drugiego roku trwającej wojny? Tym, że w większości wspomnianych aktów przed nazwiskiem matki jest zapis księdza, iż dziecko pochodzi z ojca takiego a takiego, który wyjechał w poszukiwaniu pracy, lub przebywa gdzieś w sprawach handlowych. W kilku aktach, (tych z ojcem bez ojca), rodzic przebywał w Rosji. Zgodnie z zasadą dziecku wpisywałem nazwisko ojca. Za każdym razem dodatkowo sprawdzałem nazwisko dziecka w indeksach i wszystko było OK. Wszystkie dzieci były uznane. Nosiły nazwisko ojca. Z ciekawości wróciłem do poprzedniego roku. W aktach urodzenia z 1914 roku (i wcześniejszych latach), nie odnalazłem takiej potrzeby migracji za chlebem świeżo upieczonych tatusiów. Rok 1914, rok rozpoczęcia I Wojny zwiększył tylko nabór mężczyzn do wojska. Tu należy doszukiwać się usprawiedliwionych absencji ojców przy chrzcie własnych dzieci w 1915 r. Carowi potrzebne było mięso armatnie. Rok później tatusiowie byli o rok mądrzejsi. Tu moje małe przypomnienie. W artykule tym wspominam tylko o udokumentowanych w aktach urodzeń takich faktach. Takich przypadków musiało być znacznie więcej. Świeżo upieczeni ojcowie stanowili tylko mały procent wszystkich młodych mężczyzn zamieszkałych w parafii. Podejrzewam, że pozostali też szukali pracy za siódmą górą. I mieli rację. Sam zwiewałbym gdzie pieprz rośnie.

Napiszę teraz o innych ucieczkach jakie nasuwały mi się podczas wertowania ksiąg kościelnych. Nie są to sensu stricto ucieczki. Nikt nigdzie nie uciekał. Wręcz przeciwnie – dzielnie, choć prawdopodobnie ze spuszczoną głową, stawał przed księdzem. „Ucieczki” te są wytworem mojej bujnej wyobraźni i są ucieczką w sensie – uciec ze wstydu, schować się do mysiej dziury, zapaść się pod ziemię… Oto kilka przykładów.

W XIX wieku aż roi się od nadawania na Chrzcie Świętym „wyszukanych” imion dla dzieci urodzonych przez niezamężne matki. Dla dziewczynek przodowały imiona Kordula, Bibiana, Placyda a dla chłopców Narcyz, Sylwin, Rufin, Kilian, Dydak. To tylko nieliczne z nich. Jak zauważyłem, to ostatnie zarezerwowane było dla synów wdów. Jeśli matka była wdową i przytrafiło jej się po kilku latach od śmierci męża urodzić syna, to w stu procentach miał on na imię Dydak. Przy analizowaniu takich aktów zastanawiałem się, jak musiała czuć się kobieta podczas chrztu. Jak czuła się gdy jej dziecko przez szereg lat poniżano i wytykano palcami. Księdza to nie obchodziło. Miał swój kanon imion zarezerwowanych dla nieślubnych dzieci i z niego korzystał. Ojciec (duchowny) zrobił swoje i odchodził w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku walki z szatanem. Lećmy dalej. Jak czuła się młoda, dopiero co wkraczająca w życie dziewczyna, gdy ksiądz przed ołtarzem zrywał jej welon z głowy a później w akcie małżeństwa wpisał półdziewica. Jak czuli się rodzice dziecka, gdy jedynym śladem owocu ich miłości jest księga zgonu w której ksiądz zapisywał dziecko bezimiennie. Jedynym grzechem takich dzieci było to, że Bóg powołał je do siebie zbyt wcześnie. Przed udzieleniem Chrztu Świętego. Gdyby odeszły godzinę później, miały by własne imię i dopisek – katolik a nie martwo-urodzone.  Dobrze, że nie trwało to długo. XX wiek był już spoko.

Jestem trochę rozgoryczony postawą niektórych księży w czasie pandemii. To co nieliczni z nich mówią o niemożliwości zarażania się koronawirusem w kościele, to stek nieprzemyślanych bzdur. Oburącz podpisuję się pod oceną takich kapłanów przez ks. Lemańskiego, który skwitował ich krótko – „Głupich księży nie brakuje”. Ja jedyne co mam do dorzucenia to, że w całej historii Kościoła nie spotkałem się z uzdrowicielską siłą kapłana. A jeśli już taki trafił się – to był on uznany przez Kościół za świętego. Jak widać, niektórym kapłanom i ich przełożonym, daleko do świętości.

Jerzy Wnukbauma

By w archiwum zrobić zdjęcie

By w archiwum zrobić zdjęcie

sprawiłem sobie aparat w prezencie.

Spełniłem wreszcie swoją zachciankę

i zakupiłem cyfrową lustrzankę.

Prostą w obsłudze, chylę czoła,

tylko naciskać. Dla matoła.

Od razu w domu ją spróbowałem

i wszystkie fotki żonie pstrykałem.

Nie wytrzymała w końcu stara

i jak fredrowska z Zemsty Klara

doprowadziła mnie do zguby

– „To teraz wierszyk pisz mi luby!

Kilka zwrotek. Pod te zdjęcia.

Będę kochać cię jak księcia.”

Z zachciankami nie wyrobię

i odpuszczę chyba sobie.

Nie, że pisać nie potrafię,

ale pod te fotografie?

Takie są niezbite fakty –

miast zdjęć aktów, mam żony akty.

Jakże jej opiewać cnotę?

By ktoś inny miał ochotę?

Zdjęcia w archiwum też diabli wzięli –

Te pozostawiam znawcy – Korneli.

Jerzy Wnukbauma

Kobiety, dzieci i ryby…

Ani się obejrzałem jak zindeksowałem prawie wszystkie księgi z parafii Sędziszów. Oprócz Sędziszowa indeksowałem także inne świętokrzyskie parafie. Parafie, za każdym razem to podkreślam, nie będące w kręgu mojego zainteresowania. Prawie codziennie, z małymi przerwami, wyłuskiwałem ze sfotografowanych w AP Kielce ksiąg, istotne dla poszukiwaczy korzeni dane genealogiczne i zapisywałem je w odpowiednich arkuszach w formie cyfrowej. Poświęciłem kilka ładnych lat na żmudną pracę przy komputerze. Lata samozaparcia i wielu wyrzeczeń. Lata zysków i strat. Strat w postaci kilku wyeksploatowanych komputerów. Zysków, bo przybywało mi indeksów na liczniku. Czerpałem też małe korzyści, a mianowicie, poszerzałem swoją wiedzę. Natrafiałem też na ciekawe akty tzw. perełki. Podczas indeksacji, prócz poszerzenia wiedzy o mieszkańcach świętokrzyskich wsi, towarzyszyły mi różnego rodzaju przemyślenia. Nazbierało się ich trochę. Starczyłoby na mały zarys mieszkańców niejednej parafii. W przypadku Sędziszowa od XVII, do XX wieku. Dokładniej od 1632 do 1900 roku. Może kiedyś skuszę się na takie opracowanie. Dzisiaj jednak nie pora na „naukowe” podsumowania. W świetle protestów kobiet na ulicach polskich miast, poruszę temat „Piekła Kobiet” w świetle dotychczas zindeksowanych przeze mnie archiwalnych ksiąg.

Aby odnieść się do zagadnienia nierówności płci, trzeba sięgnąć do samego początku. Do Adama i Ewy. Wydaje mi się, że sam proces stworzenia przez Stwórcę kobiety jest dla kobiet trochę upokarzający. Dlaczego? Bo do jej stworzenia wystarczył Panu Bogu tylko gest, skinienie, klaśnięcie w dłonie lub wypowiedzenie krótkiego słowa, np. – Niech się stanie, czy jak w przypadku Adama – „Uczyńmy człowieka na nasz obraz…” Przy całej boskiej wszechmocy kobieta została jednak stworzona z kawałka gnata – żebra Adama. Pramatce Ewie przypisuje się też grzech pierworodny. Adam potraktowany jest w Biblii znacznie łagodniej. Występuje w niej jako pierwsza ofiara babskiego kuszenia. Zrobił swoje i za babskie grzechy musiał odejść z Raju. Do dzisiaj w kościele uważa się, że za sprawą biblijnej Ewy na świat przychodzą owoce grzechu pierworodnego. Owszem! To są zapożyczenia ze Starego Testamentu. Z wiary Starszych Braci w Wierze. Jednak jakby nie patrzeć różnicowanie płci jest; przejęte, kontynuowane i starannie eksponowane przez Kościół. Po wsze  czasy.  Amen.

Wróćmy jednak do metrykalnych ksiąg. Przy poprawności pisowni męskich nazwisk, pozwalających dokładnie wskazać kto jest kim, w starych księgach występują gramatyczne rozbieżności żeńskich odpowiedników nazwisk. Konia z rzędem temu kto wytypuje poprawnie nazwisko: Wojciechowej, Janowej, Wojcieskiej, Pawłowej… Bóg jedyny wie czy Kowalowa, Kowalszczonka, Młynarzowa, Stelmaszczonka, Piwowarczonka są nazwiskami czyichś  przodkiń, czy też określeniami zawodów ich mężów lub ojców. Nie lepiej jest gdy chodzi o imiona. Wszystkie żeńskie imiona występują w dosyć wąskim zakresie. W parafialnych księgach dominują Marianny, Katarzyny, Agnieszki, Zofie. Nic lub prawie nic poza nimi. Tylko sporadycznie występują Ewy, Barbary, Genowefy, Balbiny, Kunegundy… Do końca XIX wieku żadnej Marii. To imię zarezerwowane było wyłącznie dla Najświętszej Marii Panny. Pod koniec indeksowanych przeze mnie parafii, nieśmiało pojawiają się żeńskie odpowiedniki męskich imion – Bronisława, Władysława, Stanisława, Leona, Julianna, Eugenia, Aleksandra… Na niektóre, dzisiaj pospolite imiona kobiet takie jak; Irena, Celina, Paulina, moda zapanowała stosunkowo niedawno. Mniej więcej w tym samym czasie za sprawą mody coraz częściej rodzice nadawali dzieciom więcej niż jedno imię. W drugiej połowie XX wieku w parafialnych księgach, pojawiają się obce imiona; Megan, Syntihia, Izaura, Tatiana… Dałem temu wyraz w wierszu „Odbieram wnuka z przedszkola na Woli”.

W starych księgach urodzeń i małżeństw zauważyłem też inne znamiona dyskryminacji kobiet. Czytając i analizując wszystkie księgi urodzeń, które przeszły przez moje ręce, niejednokrotnie zastanawiałem się czy na chrzcie dziecka była obecna jego matka. W końcu, kilka godzin po porodzie była w nie najlepszej formie położnicą. Stosowany w księgach urodzonych szablonowy zapis nie pozwala jednoznacznie tego potwierdzić lub wykluczyć. Z aktów wiadomo tylko, że dziecko płci takiej a takiej jest „zrodzone z jego żony…”. Szablonowy zapis aktów urodzeń pozwala też szybko określić moralność kobiet. W znacznej większości aktów urodzeń w których urodzenie dziecka zgłasza akuszerka, matką jest niezamężna panna lub wdowa. Przy wdowach rekordzistkach widnieją zapisy księdza o kilkuletnim stażu bycia singielką. Jako ciekawostkę podam, że spotkałem się z dzieckiem urodzonym dziesięć lat po śmierci… Tu zrobię krótką pauzę, gdyż długo zastanawiałem się jakie nazwisko wpisać nowonarodzonemu dziecku. Osobą zgłaszającą była akuszerka, były mąż matki dziecka nie żył od lat, biologicznego ojca brak, przy matce adnotacja, że od dziesięciu lat jest wdową, w akcie podane było jedno nazwisko matki. Bóg jeden wie czy zmarłego męża, czy jej panieńskie. W tym przypadku pomocnym okazał się indeks urodzonych znajdujący się na końcu księgi. Nie zastanawiając się, wpisałem zapisane w nim nazwisko. Nieznaczny procent pozostałych aktów zgłaszanych przez powiwalne babki, stanowią wdowy, których mąż zmarł w wymaganym dziewięciomiesięcznym okresie przed rozwiązaniem. Tu wszystko było ok.

Zdawałoby się, że księgi małżeństw pozbawione będą zróżnicowania przez kościół katolicki kobiet i mężczyzn. Bo niby w jaki sposób miałoby dochodzić do nierównego traktowania płci. Do kościoła zgłasza się kawaler lub wdowiec. Poślubia przed ołtarzem pannę lub wdowę. (Pomijam rozwodników. W starych księgach na rozwodników natrafiłem tylko raz. Drugim niecodziennym przypadkiem na jaki natrafiłem był kościelny rozwód konsumowanego przez dwadzieścia kilka lat małżeństwa). Ksiądz błogosławi i po sprawie. Owszem! W przypadku facetów tak się sprawy mają. W przypadku kobiet kościół katolicki wymyślił jeszcze jeden pośredni stan cywilny. W wolnym tłumaczeniu – niepełna dziewica. Półdziewictwo? Wątpliwe dziewictwo. Co to znaczy? Sam zachodzę w głowę czy były to panny z dzieckiem, panny z widocznie zaokrąglonym brzuchem, czy Młode zdradzające na spowiedzi kontakt przedmałżeński z przyszłym mężem. Całe szczęście, że ten okres dyskryminacji kobiet nie trwał długo i odszedł(?) w zapomnienie.

W kościelnych woluminach, równość panuje dopiero w księgach zgonów. Nic dziwnego, bo po śmierci wszyscy jesteśmy równi. Wspomagając się jednak alegatami, dochodzę do wniosku, że jest to remis  ze wskazaniem na płeć piękną. W alegatach znaleźć można dokumenty świadczące o tym, że kobiety poruszały niebo i ziemię, by dowiedzieć się kiedy i gdzie zmarli ich mężowie. W swojej „karierze” napotkałem na kilka takich przykładów. Jeden z nich, dotyczący moich korzeni, opisałem w artykule „Walecznych tysiąc”. Do dziś zastanawiam się jak niegramotna, niezbyt zamożna wieśniaczka wiedziała gdzie i jak szukać śladów zmarłego męża?  Nie należę do grona męskich szowinistów, którzy mówią, że szukały bo ich „tyłki swędziały”. W załatwianiu formalności przed ponownym zamążpójściem prawdopodobnie pomagali im księża i urzędnicy.

Ktoś mądry kiedyś napisał: „Myślę, że kobiety są niemądre udając, że są równe mężczyznom. Są znacznie lepsze i zawsze były. Cokolwiek dasz kobiecie ona to powiększy. Jeśli podasz jej nasienie, da ci dziecko. Jeśli dasz jej mieszkanie, ona da ci dom. Jeśli dasz jej artykuły spożywcze, da ci posiłek. Jeśli uśmiechniesz się do niej, da ci swoje serce. Pomnaża i powiększa to co jest jej dane. Więc jeśli dasz jej bzdury, przygotuj się na tonę gówna.” Tym wulgarnym zakończeniem wpisałem się w retorykę haseł protestujących kobiet. Rozumiem je i jestem za. Popieram je i wierzę w ich mądrość i zwycięstwo. Czy zwyciężą? Nie wiem tego. Każda kropla drąży skałę. Mądrością już się wykazały nie słuchając nawoływań Premiera, by protesty przenieść do sieci. Złowione w sieci ryby, głosu nie mają.

Jerzy Wnukbauma

Czekając na koniec pandemii.

Jeszcze trochę moi mili,

doczekamy się tej chwili,

że Kornelia nam obwieści,

informację takiej treści; –

– „Dość kwarantann, dość odludzia!

Czas się spotkać, wypić brudzia,

porozmawiać o normalce

w muzealnej małej salce.”

 

Jeszcze trochę cierpliwości

i normalność znów zagości.

Nic nas w domach nie uziemi,

odetchniemy po pandemii,

zaprosimy sympatyków,

nowicjuszy i praktyków.

Bądźmy cierpliwi Panie i Panowie

aż Prezes te słowa nam powie.

Jerzy Wnukbauma

 

 

Ab ovo.

Nie mogłem zasnąć. Liczenie baranów na mnie nie działa. Ze środków nasennych preferuję tylko łyk destylowanego napoju z regionu Cognac. Przewracałem się z boku na bok. Do barku nie podchodzę, bo żona coś wspomniała o wyrwanej z dupy nodze. Kiedy byłem dzieckiem, nie cierpiałem na bezsenność. Gdy nie mogłem zasnąć zjawiała się moja matka, dawała mi mojego ulubionego misia, zanuciła kołysankę i już po chwili byłem w ramionach Orfeusza. Później, gdy byłem starszy i umiałem czytać, łatwo zasypiałem przy czytaniu bajek. Wtedy też, mój ukochany miś poszedł w odstawkę. Straciłem go z oczu na wiele lat. Nie wiedziałem, że zaopiekowała się nim moja matka. Wyciągnęła moją przytulankę z czeluści szafy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Mój stary miś posłużył jeszcze moim dzieciom i bratankom. Przetrzymał dwa pokolenia małych rączek stworzonych do niszczenia zabawek. Dobra, profesjonalna robota. Pomimo tego, że był niezniszczalny, wylądował na śmietniku. Dzisiaj kręcę się i nie mogę zasnąć, bo zastanawiam się, jak nazywa się ktoś kto robi misie dla dzieci. Lalki robi lalkarz. Rozumując analogicznie to miśki robi… Nie! Nie idźmy tą drogą.

Miśkarz nie robił zabawek. Miśkarz był osobą zajmującą się miśkowaniem, czyli kastracją zwierząt. Miśkowanie to potocznie używany termin chirurgicznego zabiegu pozbawienia samców zdolności rozmnażania się. Najczęściej miśkowane były małe knurki. Zauważono bowiem, że kastrowane knurki szybciej przybierały na wadze, a ich mięso uwolnione było od przykrego knurzego zapachu. Zapach ten jest efektem nagromadzenia się dużych ilości „męskiego” hormonu płciowego produkowanego przez jądra. Gromadzi się on w tkankach tłuszczowych, ponieważ jest łatwo rozpuszczalny w tłuszczach.

Miśkarz był zawodem poszukiwanym. Wiodło im się dobrze. W odróżnieniu od wyśmiewanych i poniżanych pracowników zajmujących się trzodą chlewną (pastuchów świń, świniarków, świniopasów, świniarzy, świniarczyków), profesja miśkarza budziła respekt. Miśkarze należeli do wyższego stanu społeczności wiejskiej. Pozostawali zawsze ludźmi luźnymi, tj. wędrującymi od wsi do wsi, od dworu do dworu, oferując swoje usługi z zakresu…(?) Tu potrzebna jest chwila zastanowienia gdyż miśkarze nie zajmowali się tylko i wyłącznie kastrowaniem zwierząt. We „wszystkowiedzącym” internecie znalazłem informacje, że miśkarze po kastracji zajmowali się kilkudniową opieką nad okaleczonymi przez nich knurkami. Utrzymywali rany w czystości i kontrolowali powstałe blizny. Odchodzili od wykastrowanych zwierząt,  gdy mieli pewność, że wszystko poszło po ich myśli. Leczyli też chore zwierzęta i pomagali chorym ludziom. Cieszyli się sławą wiejskich; zielarzy, lekarzy, znachorów, magów. Wyrywali bolące zęby i leczyli ziołami inne dolegliwości. Z racji swobodnego przemieszczania się po kraju pod zaborami, miśkarze byli także źródłem cennych informacji. Początkowo zawód ten wykonywany był przez Czechów, Niemców, Ślązaków. Ich wiedza weterynaryjna przekazywana była z ojca na syna. Wędrówkę zaczynali po Świętach Wielkanocnych. Wracali do domów przed zimą. Z czasem miśkowanie przejęli miejscowi przyuczeni chłopi. Współcześnie neutralizacje rozrodczości wykonują wyłącznie lekarze weterynarii. W czasach gdy w Polsce  powstawały nazwiska zawód ten dał początek takim nazwiskom jak; Miśkarz, Misiak, Misiewicz, Miśkiewicz, Miśkowicz i inne.

Przez tysiące lat stosowano też kastrację mężczyzn. Mężczyzn wytrzebiano w celu; upokorzenia pojmanych jeńców, karania więźniów, napiętnowania niewolników i wrogów. Tylko nieliczni mężczyźni oddawali dobrowolnie swoje klejnoty. Działo się tak przed laty w męskich klasztorach katolickich i prawosławnych. Mnisi poddawali się dobrowolnie okaleczeniu, by wyrzec się pokus i grzechu. W niektórych krajach biedota sprzedawała i poddawała kastracji swoje męskie potomstwo, by zapewnić mu lepsze życie. Kastraci byli strażnikami haremów na dworach; egipskich, bizantyjskich, perskich, osmańskich, chińskich, hinduskich. Eunuchowie obejmowali wysokie stanowiska państwowe i wojskowe, mieli wpływ na bieg spraw na dworach. Byli członkami straży przybocznych i opiekunami świątyń. Stanowiska te ustawiały eunuchów i ich rodziny na całe życie. Z powodu zakazu występowania kobiet na scenie w Państwie Kościelnym, papieżowi, kardynałom i biskupom czas umilały chóry kastratów. Po scenach Watykanu moda ta trafiła do oper całej Europy. W okresie największego rozkwitu opery, kastraci stanowili znaczny procent wszystkich śpiewaków. Ostatni taki sławny śpiewak zmarł w 1922 roku. Co mają kastraci do genealogii? Tylko tyle, że byli czyimiś; braćmi, stryjkami, wujkami, szwagrami, kuzynami… i siłą rzeczy znajdują się w drzewach genealogicznych. Nieco komicznie musiały wyglądać ich Święta Wielkanocne, gdy siedząc przy rodzinnym stole usłyszeli – „Podzielmy się teraz jajkami”. Ale bez jaj panowie i panie! Bez jaj!

Jerzy Wnukbauma.

Paradoks

Czas domowej kwarantanny. Korci mnie by pospacerować, spotykać się ze znajomymi, pogadać, pooddychać pełną piersią i poczuć się wolnym. A tu nuda. Wszechobecna pandemia. Brakuje mi trochę comiesięcznych świetogenowych spotkań. Tych normalnych, nie maseczkowych zebrań. Aby nie zwariować postanowiłem przygotować materiał na kolejne spotkanie ŚTG. Zaprezentuję go jednak już dzisiaj w dobie pandemii. Przekażę go bezpiecznie, bo w formie pisemnego artykułu. Nasze comiesięczne spotkania poprzedzają zazwyczaj krótkie informacje o ich terminie, prelegencie i temacie spotkania. Odstąpię od tej zasady, bo: *przedstawiać się nie muszę, *termin przeczytania go zależny od Was. Pozostaje mi tylko określić temat artykułu – nazwałem go „Ociupina sprzeczności”.

Szedłem w Warszawie po bulwarze, słoneczko grzeje, wiosna, więc marzę.

Korzystam z pierwszej, ciepłej okazji i puszczam wodze swojej fantazji.

Tutaj konkretnie w tym przypadku, myślami byłem przy moim dziadku.

Wyliczam przodków gdym tak chodził; Dziadek przed wojną tu ojca spłodził,

tu mieszkał ojciec mego dziadka… Ilość pradziadków dla mnie zagadka.

Dziś jest okazja więc ich policzę i przy okazji pamięć poćwiczę;

Każdy ma ojca i dwóch dziadków, czterech pradziadków i ośmiu prapra,

trzydziestu dwóch, sześćdziesiąt cztery…. Coś tu nie tak? Co do cholery?

Dalsze liczenie na nic się zda. Pomnażam tylko przed dziadkiem pra,

a gdybym mnożył numer przy dziadku, całą Warszawę miałbym w spadku.

Z punktu widzenia genealoga, nie tędy droga. Naszła mnie trwoga.

Może nie trwoga , lecz obawy, że wkrótce dotrę do Warsa i Sawy.

Na nic liczenie i dalszy mój trud, wszak Wars i Sawa wznieśli ten gród.

Zakradł się błąd? Coś jest nie tak? Może od Warsa policzę wspak.

Pewnie gdy zliczę Warsa wstępnych dojdę do wniosków już przystępnych.

Płyną minuty, mijają godziny, Warsowi rosną w rozmiar syny

i z mego liczenia Warsa plemię po kilku wiekach zaludnia Ziemię,

żeby w przyszłości jego dziedzice zaczęli życie gdzieś w galaktyce.

Pryma aprilis, omam, czy co? Przestałem liczyć idąc ulicą.

W pierwszy dzień wiosny nic po rozumie. Zakłopotany skryłem się w tłumie.

Naszły mnie zgoła inne obawy. Być może „moich” jest pół Warszawy.

Wiersz powstał w 2006 roku. Pisałem go na moim pierwszym, stacjonarnym komputerze w początkowym okresie moich genealogicznych zmagań. Opublikowałem go na genealodzy.pl w 2010 roku. Przypomniałem sobie o nim za sprawą tęsknoty za moimi wiosennymi spacerami po Warszawie. Dotyczy on genealogicznego paradoksu tj. z pozoru logicznych rozważań, które w końcu prowadzą do jednej wielkiej sprzeczności. Dla potrzeb wiersza ograniczyłem się w nim tylko do moich męskich przodków. Nie ująłem w nim naszych babek. Sorry moje babki, ale i bez Was moje teoretyzowanie tworzy nieskończony ciąg. Tą moją rymowaną wyliczankę oparłem na zasadzie ciągu geometrycznego tj. uporządkowanego ciągu liczb w którym każda kolejna liczba różni się od poprzedniej iloczynem wyrazu poprzedniego. Liczenie takie, lawinowo doprowadza do niesamowitych astronomicznych cyfr. Z ciekawości brniemy w pomnażaniu przodków, aż do chwili gdy dojdziemy do zaskakujących i sprzecznych wniosków. Sytuacja pozornie możliwa, staje się nierealna z chwilą gdy uświadomimy sobie, że na kuli ziemskiej nigdy nie żyło tylu ludzi. Wyliczanka będzie bardziej bezowocna i nierealna, gdy uświadomimy sobie, że naukowcy wskazują na małą grupkę homo sapiens żyjącą w Afryce, która rozprzestrzeniając się po naszej planecie, dała obecny kształt życia ludzi na Ziemi. Moja religia zacieśnia tą grupę tylko do dwóch osób – do Adama i Ewy.

Jak przebiega takie liczenie? Prosto. Każdy ma ojca i matkę, czwórkę dziadków i ośmiu pradziadków, szesnaście 2xpradziadków, trzydziestu dwóch 3x pradziadków, sześćdziesiąt cztery 4xpradziadków, sto dwadzieścia osiem 5xpradziadków, dwieście pięćdziesiąt sześciu 6xpradziadków, pięćset dwunastu 7xpradziadków, tysiąc dwadzieścia cztery 8xpra, dwa tysiące czterdzieści osiem 9xpra, cztery tysiące dziewięćdziesiąt sześciu 10xpra, osiem tysięcy stu dziewięćdziesięciu dwóch 11xpra, 16384, 32768, 65536, 131072… itd., itd. Z czasem dalsze liczenie staje się nudne. Nie chce się nawet dodawać wyróżnika ileś tam razy pra które przecież świadczy o tym, że nie są to tylko suche liczby, lecz konkretni nasi przodkowie. Ludzie z krwi i kości tworzący przeogromne rozmiary genealogicznych drzew na przestrzeni wieków. Licząc tak, powielimy swoich przodków do; bilionów, biliardów, trylionów… Wyliczanie w moim wierszu skończyłem na 64 przodkach. Bo tak mi się pięknie zrymowało. Liczenie wspak od Adama i Ewy, a w moim przypadku od Warsa i Sawy, nie wniesie nic konkretnego. Na samym początku skażone będzie błędem, ale… pozwoli lepiej zrozumieć zjawisko zwane ubytkiem, lub ubywaniem przodków. Dla lepszego zrozumienia moje rozważania zacznę od związków między bliskimi członkami w grupie. Takim swoistym pokrywaniu wszystkiego co się wokół rusza. O endogamii i egzogamii. Endogamia polegała  na dobieraniu się w pary i prokreacji w obszarowo zamkniętych grupach etnicznych w celu zabezpieczenia jej przed utratą jej członków. Egzogamia zakazywała związków kazirodczych i nakazywała systematyczną wymianę kobiet (i mężczyzn) między tymi samymi grupami egzogamicznymi. O takim doborze decydowała starszyzna. Z chwilą przyrostu i rozprzestrzeniania się ludności, łatwiej było o dobór niespokrewnionego partnera. Omawiane związki zachodziły coraz rzadziej.

Rozprzestrzenienie się ludności na kuli ziemskiej, nie wyklucza innego zjawiska zwanego ubytkiem przodków. Występował on i nadal występuje w drzewach genealogicznych każdego z nas. Możemy o nim nie wiedzieć, gdy zjawisko takie występowało w czasach w których nie było, bądź nie zachowały się źródła i nie sposób go udowodnić. W mniej odległych czasach w których możemy dotrzeć do archiwalnych ksiąg i dokumentów ubytek przodków jest miłym (lub nie) zaskoczeniem dla każdego poszukiwacza korzeni. Polega ono na tym, że któryś z naszych xpradziadków jest wspólnym przodkiem dla nas w sensie mąż – żona, lub idąc w górę – naszych rodziców bądź dziadków, pradziadków… Dzieje się tak z kilku powodów. Ubytek ten powodowany był świadomie i nieświadomie. Występował nieświadomie, gdyż z czasem potomkowie blisko ze sobą powiązanych rodziców lub dziadków zapominają, lub niewiedzą, że wiążą się ze swoimi dalszymi krewnymi lub kuzynami. Świadomie natomiast był inicjowany w ramach bliskiego pokrewieństwa w rodzinach królewskich, arystokratycznych i bogatszych kręgach społecznych. Celowemu doborowi spokrewnionych małżonków, przyświecało pragnienie nierozłączności, niedzielenia a wręcz pomnożenia majątku. Ubytkowi przodków sprzyja zasiedziały tryb życia. Dawne osady, wioski, parafie, były wielkim kotłem wspólnych genów osób ze sobą spowinowaconych i skoligaconych. Krewnych i pociotków, piątych, siódmych czy dziesiątych wód po kisielu.

Nie możemy też wykluczyć w naszych drzewach genealogicznych na przestrzeni wieków, związków kazirodczych. Choć termin ten powoduje strach i niechęć do dalszych poszukiwań swoich korzeni, jest wielce prawdopodobny. O dzieciach tak poczętych wspomniałem na spotkaniu ŚTG prezentując w lutym tego roku temat „Trup w szafie”. W dawnych księgach metrykalnych możemy natknąć się na termin pater incestuus – ojciec kazirodczy. Dzieci związków kazirodczych (liberi incestuosi) są dziećmi poczętymi ze związków pary spokrewnionej. W kościele katolickim definicja ta zmieniała się przez wieki. Istniała różnica między prawem kanonicznym a prawem cywilnym. Kiedyś za związek kazirodczy kościół uważał nawet stosunki osób  spokrewnionych w czwartym stopniu prawa kanonicznego, oraz osób spowinowaconych ze sobą bez żadnych związków krwi. Jak sami widzicie – strachu nie ma. Chyba, że zaszła koicja między rodzeństwem, rodzicami a ich dziećmi, lub dziadkami a wnukami. Fe! O starych prawach pierwszej nocy, sororacie i lawiracie tylko wspomnę. Tak poczętych przodków niech doszukują się zwolennicy genealogii genetycznej. Życzę powodzenia.

W moim drzewie genealogicznym po kądzieli, po za jednym przypadkiem, nie doszukałem się większego ubytku przodków. Mógł on zaistnieć i prawdopodobnie zaistniał w okresie w którym nie zachowały się archiwalne źródła. Dość bliskie relacje rodzinne występują natomiast w rodowodzie mojej ojczystej babki Felicji z domu Krośnicka. Są one dobrze udokumentowane. Przodkowie po mieczu mojej babki wywodzą się ze starego rodu mazowieckiej szlachty. Ich miejscem rodowym były Krośnice. Miejscowość w parafii Lekowo leżąca na trasie kolejowej między Ciechanowem a Mławą. Mężczyźni z tego rodu żenili się z okolicznymi szlachciankami głównie z dwóch powodów. Pierwszym był majątek; ziemia, bydło, posag, dożywocia. Drugim powodem wynikającym z pierwszego, było ówczesne prawo zabraniające szlachcicowi bądź szlachciance poślubienia kogoś ze stanu niższego. Stabilizacja małżeńska stanowiła warunek przetrwania i stabilności własności szlacheckiej. Uczucie odgrywało drugoplanową rolę. Seks miał służyć wyłącznie rozmnażaniu, a nie przyjemności. Pośród zawierających związek małżeński z Krośnickimi powtarzają się nazwiska okolicznej szlachty; Smoleńscy, Milewscy, Stryjewscy, Olszewscy, Żmijewscy, Gogolewscy, Pszczółkowscy, Kołakowscy, Szczepkowscy, Szymborscy, Czarzaści, Purzyccy, Zembrzuscy… Wystarczy jeden rzut oka na mapie na okoliczne wioski i wszystko jasne. Większość z nich jest rodowymi siedzibami sąsiadów moich przodków Krośnickich. Część wymienionych nazwisk występuje także w Warszawskiej linii rodu Krośnickich. Nie zauważyłem drastycznego załamania rodowodu w rodzie mojej babki. Dostrzegalny natomiast jest długotrwały proces jej zubożenia w rodowej posiadłości. Z czasem staną się „dziedzicami swej części na Krośnicach”. Nie przeszkadza to ich krewnym być dziedzicami i dziedziczkami w okolicznych majątkach szlacheckich.

W tym temacie to by było na tyle! Przez pandemię, a dokładniej mówiąc przez przedłużający się okres kwarantanny, mój stan zdrowia powoli wchodzi w etap choroby współistniejącej tzn. – Cholera mnie bierze! Za sprawą wnuka, muszę zaprzestać pisania. Poprosiłem zstępnego o przeczytanie mojego artykułu. Wymigał się brakiem czasu. Spytał tylko o czym piszę. Odpowiedziałem, że o ubywaniu przodków. Roześmiał się tylko i powiedział – Dziadek weź to na klatę! W tym wieku faceci tak mają. Miałbyś problem gdyby ci ubywało tyłków. Siedziałbyś teraz u proktologa. Początkowo nie zaskoczyłem o co chodzi. Po chwili dotarło do mnie. Nie czytając artykułu, krytycznie go ocenzurował. Dlaczego? Bo lekarz tej specjalności jest – do dupy. Przestaję pisać. Życzę zdrowia i wytrwałości.

Jerzy Wnukbauma.