Ab ovo.

Nie mogłem zasnąć. Liczenie baranów na mnie nie działa. Ze środków nasennych preferuję tylko łyk destylowanego napoju z regionu Cognac. Przewracałem się z boku na bok. Do barku nie podchodzę, bo żona coś wspomniała o wyrwanej z dupy nodze. Kiedy byłem dzieckiem, nie cierpiałem na bezsenność. Gdy nie mogłem zasnąć zjawiała się moja matka, dawała mi mojego ulubionego misia, zanuciła kołysankę i już po chwili byłem w ramionach Orfeusza. Później, gdy byłem starszy i umiałem czytać, łatwo zasypiałem przy czytaniu bajek. Wtedy też, mój ukochany miś poszedł w odstawkę. Straciłem go z oczu na wiele lat. Nie wiedziałem, że zaopiekowała się nim moja matka. Wyciągnęła moją przytulankę z czeluści szafy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Mój stary miś posłużył jeszcze moim dzieciom i bratankom. Przetrzymał dwa pokolenia małych rączek stworzonych do niszczenia zabawek. Dobra, profesjonalna robota. Pomimo tego, że był niezniszczalny, wylądował na śmietniku. Dzisiaj kręcę się i nie mogę zasnąć, bo zastanawiam się, jak nazywa się ktoś kto robi misie dla dzieci. Lalki robi lalkarz. Rozumując analogicznie to miśki robi… Nie! Nie idźmy tą drogą.

Miśkarz nie robił zabawek. Miśkarz był osobą zajmującą się miśkowaniem, czyli kastracją zwierząt. Miśkowanie to potocznie używany termin chirurgicznego zabiegu pozbawienia samców zdolności rozmnażania się. Najczęściej miśkowane były małe knurki. Zauważono bowiem, że kastrowane knurki szybciej przybierały na wadze, a ich mięso uwolnione było od przykrego knurzego zapachu. Zapach ten jest efektem nagromadzenia się dużych ilości „męskiego” hormonu płciowego produkowanego przez jądra. Gromadzi się on w tkankach tłuszczowych, ponieważ jest łatwo rozpuszczalny w tłuszczach.

Miśkarz był zawodem poszukiwanym. Wiodło im się dobrze. W odróżnieniu od wyśmiewanych i poniżanych pracowników zajmujących się trzodą chlewną (pastuchów świń, świniarków, świniopasów, świniarzy, świniarczyków), profesja miśkarza budziła respekt. Miśkarze należeli do wyższego stanu społeczności wiejskiej. Pozostawali zawsze ludźmi luźnymi, tj. wędrującymi od wsi do wsi, od dworu do dworu, oferując swoje usługi z zakresu…(?) Tu potrzebna jest chwila zastanowienia gdyż miśkarze nie zajmowali się tylko i wyłącznie kastrowaniem zwierząt. We „wszystkowiedzącym” internecie znalazłem informacje, że miśkarze po kastracji zajmowali się kilkudniową opieką nad okaleczonymi przez nich knurkami. Utrzymywali rany w czystości i kontrolowali powstałe blizny. Odchodzili od wykastrowanych zwierząt,  gdy mieli pewność, że wszystko poszło po ich myśli. Leczyli też chore zwierzęta i pomagali chorym ludziom. Cieszyli się sławą wiejskich; zielarzy, lekarzy, znachorów, magów. Wyrywali bolące zęby i leczyli ziołami inne dolegliwości. Z racji swobodnego przemieszczania się po kraju pod zaborami, miśkarze byli także źródłem cennych informacji. Początkowo zawód ten wykonywany był przez Czechów, Niemców, Ślązaków. Ich wiedza weterynaryjna przekazywana była z ojca na syna. Wędrówkę zaczynali po Świętach Wielkanocnych. Wracali do domów przed zimą. Z czasem miśkowanie przejęli miejscowi przyuczeni chłopi. Współcześnie neutralizacje rozrodczości wykonują wyłącznie lekarze weterynarii. W czasach gdy w Polsce  powstawały nazwiska zawód ten dał początek takim nazwiskom jak; Miśkarz, Misiak, Misiewicz, Miśkiewicz, Miśkowicz i inne.

Przez tysiące lat stosowano też kastrację mężczyzn. Mężczyzn wytrzebiano w celu; upokorzenia pojmanych jeńców, karania więźniów, napiętnowania niewolników i wrogów. Tylko nieliczni mężczyźni oddawali dobrowolnie swoje klejnoty. Działo się tak przed laty w męskich klasztorach katolickich i prawosławnych. Mnisi poddawali się dobrowolnie okaleczeniu, by wyrzec się pokus i grzechu. W niektórych krajach biedota sprzedawała i poddawała kastracji swoje męskie potomstwo, by zapewnić mu lepsze życie. Kastraci byli strażnikami haremów na dworach; egipskich, bizantyjskich, perskich, osmańskich, chińskich, hinduskich. Eunuchowie obejmowali wysokie stanowiska państwowe i wojskowe, mieli wpływ na bieg spraw na dworach. Byli członkami straży przybocznych i opiekunami świątyń. Stanowiska te ustawiały eunuchów i ich rodziny na całe życie. Z powodu zakazu występowania kobiet na scenie w Państwie Kościelnym, papieżowi, kardynałom i biskupom czas umilały chóry kastratów. Po scenach Watykanu moda ta trafiła do oper całej Europy. W okresie największego rozkwitu opery, kastraci stanowili znaczny procent wszystkich śpiewaków. Ostatni taki sławny śpiewak zmarł w 1922 roku. Co mają kastraci do genealogii? Tylko tyle, że byli czyimiś; braćmi, stryjkami, wujkami, szwagrami, kuzynami… i siłą rzeczy znajdują się w drzewach genealogicznych. Nieco komicznie musiały wyglądać ich Święta Wielkanocne, gdy siedząc przy rodzinnym stole usłyszeli – „Podzielmy się teraz jajkami”. Ale bez jaj panowie i panie! Bez jaj!

Jerzy Wnukbauma.

Paradoks

Czas domowej kwarantanny. Korci mnie by pospacerować, spotykać się ze znajomymi, pogadać, pooddychać pełną piersią i poczuć się wolnym. A tu nuda. Wszechobecna pandemia. Brakuje mi trochę comiesięcznych świetogenowych spotkań. Tych normalnych, nie maseczkowych zebrań. Aby nie zwariować postanowiłem przygotować materiał na kolejne spotkanie ŚTG. Zaprezentuję go jednak już dzisiaj w dobie pandemii. Przekażę go bezpiecznie, bo w formie pisemnego artykułu. Nasze comiesięczne spotkania poprzedzają zazwyczaj krótkie informacje o ich terminie, prelegencie i temacie spotkania. Odstąpię od tej zasady, bo: *przedstawiać się nie muszę, *termin przeczytania go zależny od Was. Pozostaje mi tylko określić temat artykułu – nazwałem go „Ociupina sprzeczności”.

Szedłem w Warszawie po bulwarze, słoneczko grzeje, wiosna, więc marzę.

Korzystam z pierwszej, ciepłej okazji i puszczam wodze swojej fantazji.

Tutaj konkretnie w tym przypadku, myślami byłem przy moim dziadku.

Wyliczam przodków gdym tak chodził; Dziadek przed wojną tu ojca spłodził,

tu mieszkał ojciec mego dziadka… Ilość pradziadków dla mnie zagadka.

Dziś jest okazja więc ich policzę i przy okazji pamięć poćwiczę;

Każdy ma ojca i dwóch dziadków, czterech pradziadków i ośmiu prapra,

trzydziestu dwóch, sześćdziesiąt cztery…. Coś tu nie tak? Co do cholery?

Dalsze liczenie na nic się zda. Pomnażam tylko przed dziadkiem pra,

a gdybym mnożył numer przy dziadku, całą Warszawę miałbym w spadku.

Z punktu widzenia genealoga, nie tędy droga. Naszła mnie trwoga.

Może nie trwoga , lecz obawy, że wkrótce dotrę do Warsa i Sawy.

Na nic liczenie i dalszy mój trud, wszak Wars i Sawa wznieśli ten gród.

Zakradł się błąd? Coś jest nie tak? Może od Warsa policzę wspak.

Pewnie gdy zliczę Warsa wstępnych dojdę do wniosków już przystępnych.

Płyną minuty, mijają godziny, Warsowi rosną w rozmiar syny

i z mego liczenia Warsa plemię po kilku wiekach zaludnia Ziemię,

żeby w przyszłości jego dziedzice zaczęli życie gdzieś w galaktyce.

Pryma aprilis, omam, czy co? Przestałem liczyć idąc ulicą.

W pierwszy dzień wiosny nic po rozumie. Zakłopotany skryłem się w tłumie.

Naszły mnie zgoła inne obawy. Być może „moich” jest pół Warszawy.

Wiersz powstał w 2006 roku. Pisałem go na moim pierwszym, stacjonarnym komputerze w początkowym okresie moich genealogicznych zmagań. Opublikowałem go na genealodzy.pl w 2010 roku. Przypomniałem sobie o nim za sprawą tęsknoty za moimi wiosennymi spacerami po Warszawie. Dotyczy on genealogicznego paradoksu tj. z pozoru logicznych rozważań, które w końcu prowadzą do jednej wielkiej sprzeczności. Dla potrzeb wiersza ograniczyłem się w nim tylko do moich męskich przodków. Nie ująłem w nim naszych babek. Sorry moje babki, ale i bez Was moje teoretyzowanie tworzy nieskończony ciąg. Tą moją rymowaną wyliczankę oparłem na zasadzie ciągu geometrycznego tj. uporządkowanego ciągu liczb w którym każda kolejna liczba różni się od poprzedniej iloczynem wyrazu poprzedniego. Liczenie takie, lawinowo doprowadza do niesamowitych astronomicznych cyfr. Z ciekawości brniemy w pomnażaniu przodków, aż do chwili gdy dojdziemy do zaskakujących i sprzecznych wniosków. Sytuacja pozornie możliwa, staje się nierealna z chwilą gdy uświadomimy sobie, że na kuli ziemskiej nigdy nie żyło tylu ludzi. Wyliczanka będzie bardziej bezowocna i nierealna, gdy uświadomimy sobie, że naukowcy wskazują na małą grupkę homo sapiens żyjącą w Afryce, która rozprzestrzeniając się po naszej planecie, dała obecny kształt życia ludzi na Ziemi. Moja religia zacieśnia tą grupę tylko do dwóch osób – do Adama i Ewy.

Jak przebiega takie liczenie? Prosto. Każdy ma ojca i matkę, czwórkę dziadków i ośmiu pradziadków, szesnaście 2xpradziadków, trzydziestu dwóch 3x pradziadków, sześćdziesiąt cztery 4xpradziadków, sto dwadzieścia osiem 5xpradziadków, dwieście pięćdziesiąt sześciu 6xpradziadków, pięćset dwunastu 7xpradziadków, tysiąc dwadzieścia cztery 8xpra, dwa tysiące czterdzieści osiem 9xpra, cztery tysiące dziewięćdziesiąt sześciu 10xpra, osiem tysięcy stu dziewięćdziesięciu dwóch 11xpra, 16384, 32768, 65536, 131072… itd., itd. Z czasem dalsze liczenie staje się nudne. Nie chce się nawet dodawać wyróżnika ileś tam razy pra które przecież świadczy o tym, że nie są to tylko suche liczby, lecz konkretni nasi przodkowie. Ludzie z krwi i kości tworzący przeogromne rozmiary genealogicznych drzew na przestrzeni wieków. Licząc tak, powielimy swoich przodków do; bilionów, biliardów, trylionów… Wyliczanie w moim wierszu skończyłem na 64 przodkach. Bo tak mi się pięknie zrymowało. Liczenie wspak od Adama i Ewy, a w moim przypadku od Warsa i Sawy, nie wniesie nic konkretnego. Na samym początku skażone będzie błędem, ale… pozwoli lepiej zrozumieć zjawisko zwane ubytkiem, lub ubywaniem przodków. Dla lepszego zrozumienia moje rozważania zacznę od związków między bliskimi członkami w grupie. Takim swoistym pokrywaniu wszystkiego co się wokół rusza. O endogamii i egzogamii. Endogamia polegała  na dobieraniu się w pary i prokreacji w obszarowo zamkniętych grupach etnicznych w celu zabezpieczenia jej przed utratą jej członków. Egzogamia zakazywała związków kazirodczych i nakazywała systematyczną wymianę kobiet (i mężczyzn) między tymi samymi grupami egzogamicznymi. O takim doborze decydowała starszyzna. Z chwilą przyrostu i rozprzestrzeniania się ludności, łatwiej było o dobór niespokrewnionego partnera. Omawiane związki zachodziły coraz rzadziej.

Rozprzestrzenienie się ludności na kuli ziemskiej, nie wyklucza innego zjawiska zwanego ubytkiem przodków. Występował on i nadal występuje w drzewach genealogicznych każdego z nas. Możemy o nim nie wiedzieć, gdy zjawisko takie występowało w czasach w których nie było, bądź nie zachowały się źródła i nie sposób go udowodnić. W mniej odległych czasach w których możemy dotrzeć do archiwalnych ksiąg i dokumentów ubytek przodków jest miłym (lub nie) zaskoczeniem dla każdego poszukiwacza korzeni. Polega ono na tym, że któryś z naszych xpradziadków jest wspólnym przodkiem dla nas w sensie mąż – żona, lub idąc w górę – naszych rodziców bądź dziadków, pradziadków… Dzieje się tak z kilku powodów. Ubytek ten powodowany był świadomie i nieświadomie. Występował nieświadomie, gdyż z czasem potomkowie blisko ze sobą powiązanych rodziców lub dziadków zapominają, lub niewiedzą, że wiążą się ze swoimi dalszymi krewnymi lub kuzynami. Świadomie natomiast był inicjowany w ramach bliskiego pokrewieństwa w rodzinach królewskich, arystokratycznych i bogatszych kręgach społecznych. Celowemu doborowi spokrewnionych małżonków, przyświecało pragnienie nierozłączności, niedzielenia a wręcz pomnożenia majątku. Ubytkowi przodków sprzyja zasiedziały tryb życia. Dawne osady, wioski, parafie, były wielkim kotłem wspólnych genów osób ze sobą spowinowaconych i skoligaconych. Krewnych i pociotków, piątych, siódmych czy dziesiątych wód po kisielu.

Nie możemy też wykluczyć w naszych drzewach genealogicznych na przestrzeni wieków, związków kazirodczych. Choć termin ten powoduje strach i niechęć do dalszych poszukiwań swoich korzeni, jest wielce prawdopodobny. O dzieciach tak poczętych wspomniałem na spotkaniu ŚTG prezentując w lutym tego roku temat „Trup w szafie”. W dawnych księgach metrykalnych możemy natknąć się na termin pater incestuus – ojciec kazirodczy. Dzieci związków kazirodczych (liberi incestuosi) są dziećmi poczętymi ze związków pary spokrewnionej. W kościele katolickim definicja ta zmieniała się przez wieki. Istniała różnica między prawem kanonicznym a prawem cywilnym. Kiedyś za związek kazirodczy kościół uważał nawet stosunki osób  spokrewnionych w czwartym stopniu prawa kanonicznego, oraz osób spowinowaconych ze sobą bez żadnych związków krwi. Jak sami widzicie – strachu nie ma. Chyba, że zaszła koicja między rodzeństwem, rodzicami a ich dziećmi, lub dziadkami a wnukami. Fe! O starych prawach pierwszej nocy, sororacie i lawiracie tylko wspomnę. Tak poczętych przodków niech doszukują się zwolennicy genealogii genetycznej. Życzę powodzenia.

W moim drzewie genealogicznym po kądzieli, po za jednym przypadkiem, nie doszukałem się większego ubytku przodków. Mógł on zaistnieć i prawdopodobnie zaistniał w okresie w którym nie zachowały się archiwalne źródła. Dość bliskie relacje rodzinne występują natomiast w rodowodzie mojej ojczystej babki Felicji z domu Krośnicka. Są one dobrze udokumentowane. Przodkowie po mieczu mojej babki wywodzą się ze starego rodu mazowieckiej szlachty. Ich miejscem rodowym były Krośnice. Miejscowość w parafii Lekowo leżąca na trasie kolejowej między Ciechanowem a Mławą. Mężczyźni z tego rodu żenili się z okolicznymi szlachciankami głównie z dwóch powodów. Pierwszym był majątek; ziemia, bydło, posag, dożywocia. Drugim powodem wynikającym z pierwszego, było ówczesne prawo zabraniające szlachcicowi bądź szlachciance poślubienia kogoś ze stanu niższego. Stabilizacja małżeńska stanowiła warunek przetrwania i stabilności własności szlacheckiej. Uczucie odgrywało drugoplanową rolę. Seks miał służyć wyłącznie rozmnażaniu, a nie przyjemności. Pośród zawierających związek małżeński z Krośnickimi powtarzają się nazwiska okolicznej szlachty; Smoleńscy, Milewscy, Stryjewscy, Olszewscy, Żmijewscy, Gogolewscy, Pszczółkowscy, Kołakowscy, Szczepkowscy, Szymborscy, Czarzaści, Purzyccy, Zembrzuscy… Wystarczy jeden rzut oka na mapie na okoliczne wioski i wszystko jasne. Większość z nich jest rodowymi siedzibami sąsiadów moich przodków Krośnickich. Część wymienionych nazwisk występuje także w Warszawskiej linii rodu Krośnickich. Nie zauważyłem drastycznego załamania rodowodu w rodzie mojej babki. Dostrzegalny natomiast jest długotrwały proces jej zubożenia w rodowej posiadłości. Z czasem staną się „dziedzicami swej części na Krośnicach”. Nie przeszkadza to ich krewnym być dziedzicami i dziedziczkami w okolicznych majątkach szlacheckich.

W tym temacie to by było na tyle! Przez pandemię, a dokładniej mówiąc przez przedłużający się okres kwarantanny, mój stan zdrowia powoli wchodzi w etap choroby współistniejącej tzn. – Cholera mnie bierze! Za sprawą wnuka, muszę zaprzestać pisania. Poprosiłem zstępnego o przeczytanie mojego artykułu. Wymigał się brakiem czasu. Spytał tylko o czym piszę. Odpowiedziałem, że o ubywaniu przodków. Roześmiał się tylko i powiedział – Dziadek weź to na klatę! W tym wieku faceci tak mają. Miałbyś problem gdyby ci ubywało tyłków. Siedziałbyś teraz u proktologa. Początkowo nie zaskoczyłem o co chodzi. Po chwili dotarło do mnie. Nie czytając artykułu, krytycznie go ocenzurował. Dlaczego? Bo lekarz tej specjalności jest – do dupy. Przestaję pisać. Życzę zdrowia i wytrwałości.

Jerzy Wnukbauma.

Czym mierzyć pracę genealogów?

Czym mierzyć pracę genealogów?;

  • Ilością przestąpionych archiwów progów?
  • Sumą wpłaconych za akty „co łaska”?
  • W patach, sukcesach, czy może w fiaskach?
  • Kilometrami w zmęczonych nogach?
  • Paliwem spalonym na polskich drogach?
  • Rozmiarem drzew, tabel, wywodów?
  • Liczbą: urodzeń, zgonów, godów

krewnych po mieczu i po kisielu

spisanych w Wordzie lub w Excelu…?

  • Procentem ksiąg zindeksowanych?
  • Miarą lat swojej rodzinie zabranych?
  • Tomami ksiąg i starodruków?
  • Bajtami; postów, blogów, e-booków?
  • Poziomem spotkań, postów na forum?
  • Ryzami pism, rozpraw, variorum?
  • A może wszystko mierzyć jak leci

– w metrach sześciennych – miarą śmieci?

Jerzy Wnukbauma

 

Serce wie swoje.

Ilekroć przejeżdżam w pobliżu starej, od lat nieczynnej społemowskiej piekarni na Głęboczce, zastanawiam się w którym miejscu stał duży, drewniany dom, w którym mieszkała moja ojczysta babka. Dzisiaj w mojej pamięci zachowały się tylko nieliczne obrazy z rodzinnych wypadów na Głęboczkę; brukowana ulica Zagnańska, Superfosfaty, tartak, górujący nad całą okolicą stary szpital psychiatryczny… Wspomnieniom mym towarzyszy także smak pochłanianych po drodze pączków lub kajmaków. Zwieńczeniem podróży była krótka, gruntowa uliczka kończąca się tuż przy kolejowych torach. Na jej końcu stał dom w którym mieszkali moi krewni.

Kurcze! Co takiego jest w tym miejscu, że gdy jestem w jego pobliżu, za każdym razem mimowolnie mój wzrok kieruje się w jego stronę. Co takiego jest w tym zakątku, że nawet gdy jestem na drugim końcu świata, wracają dawne wspomnienia i ożywają w nich nieżyjący moi najbliżsi?  Co to za magia, że moim wspomnieniom towarzyszy odgłos przejeżdżających nieopodal pociągów oraz fabrycznych buczków ogłaszających fajrant w fabryce SHL? Co takiego sprawia, że dziś bezbłędnie rozpoznałbym zapachy tego miejsca; Superfosfatów, tartaku, piekarni i pobliskiej magistrali kolejowej. Co kryje w sobie ten niewielki skrawek ziemi przejęty przez rozbudowujący się KZWM, że moja cioteczna siostra, sześćdziesięcioletnia kobieta nie zważając na straż przemysłową, chce przeskoczyć zakładowy parkan? Co to za siła? Ta moc to nic innego jak duch miejsca – genius loci.

Co to jest genius loci? Dosłowne tłumaczenie to duch opiekuńczy miejsca. Jego łacińska nazwa sugeruje, że zjawisko jest stare jak świat. Ten martwy język doskonale oddziela istotę przyjaznego ducha od duchów które opuszczają ciało ludzkie i których należy się bać. Te w języku łacińskim nazwane są spiryt. Spirytus sanctus (powiew, tchnienie) to Duch Święty. Łacina jednak nie pokazuje istoty sprawy, bo w dosłownym tłumaczeniu genius to duch opiekuńczy. Wracamy więc z powrotem do punktu wyjścia – do ducha. Różnicę ducha w znaczeniu spiryt a genius doskonale wyjaśnia polszczyzna, gdyż w języku polskim słowo duch jest także określeniem cech natury ludzkiej; zapału, entuzjazmu, temperamentu, usposobienia, charakteru. I tak duch może być; bojowy, sprawczy, zwycięstwa, wolności. Ktoś może być wielkiego lub małego ducha. Ktoś może być nieobecny duchem. Można być Bogu ducha winnym, marzyć o czymś w skrytości ducha. Można spotkać się w duchu przyjaźni. Można stracić ducha, iść z duchem czasu, upaść na duchu, wyzionąć, lub oddać ducha. Może być duch czasu, duch świąt, duch opiekuńczy, duch miejsca. Gdy ostatni zgasi światło i zapanuje cisza, powiedzieć, że nie ma już żywego ducha i pożegnać się harcerskim okrzykiem – Czuj duch! Wyraz duch jest także członem słowotwórczym wyrazów takich jak; lekkoduch, łapiduch, pięknoduch, znajduch, zaduch, duchota. Powstałe w ten sposób nowe wyrazy  są określeniami pejoratywnymi tj. mającymi ujemny negatywny odcień. Nasz duch miejsca – to coś, co podobnie jak duch (spiryt) jest nieuchwytne, lecz przez nas odczuwalne. Zawarty jest w murach, przestrzeniach, rzeczach i ludziach, którzy je wypełniają (lub wypełniali) swoim życiem. Towarzyszy wszystkim ludziom, jednak różnie go odczuwamy i opisujemy.

Według słowników duch opiekuńczy miejsca nie posiada jednej, uniwersalnej definicji. Nie będę się silił na naukowe wyjaśnienia. Samo  pojecie „MIEJSCE” nie jest sprecyzowane. Dla każdego człowieka jest to inny obiekt zainteresowania. Dla ludzi zajmujących się poszukiwaniem swoich korzeni miejscem takim zazwyczaj są; dom rodzinny, ojcowizna, strony rodzinne, region, parafia, archiwum w którym znajdują się ślady pobytu naszych przodków. W naszym odczuciu, takie miejsca obdarzone są wyjątkowymi cechami  i w istotny sposób wpływają na naszą wyobraźnię. Nie wyklucza to faktu, że takich miejsc możemy mieć setki, oddalonych od siebie nawet o wiele kilometrów. Miejsc mających i nie mających nic wspólnego z naszymi korzeniami. Co się zaś tyczy ducha. Ducha opiekuna miejsca. To relacja zachodząca w nas samych. Relacja człowiek-miejsce. Są to te silne odczucia, które rodzą się gdy patrzymy lub tylko wspominamy takie miejsca.

Nie znaczy to jednak, że miejsca w których mieszka duch genius loci są wyjątkowe. Nie znajdują się w nich bliżej niepojęte miejsca mocy, promieniowanie kosmiczne, czakramy, lub jakieś inne anomalia fizyczne. Są to zazwyczaj zwykłe miejsca, mające swoją rangę tylko w określonych przypadkach, a mianowicie gdy zachodzi w nas wspomniana relacja – relacja człowiek-miejsce tj. silny lub nawet słaby, sentymentalny związek emocjonalny z tym miejscem.

Nie wszyscy zjadacze chleba czują ducha miejsca i nie wszyscy gotowi są na spotkanie z nim. Część ludzi obojętnie przechodzi obok miejsc obdarzonych genius loci i nie robi on na nich żadnego wrażenia. Nie czują tego ducha. By doświadczyć jego władczą moc, musimy dać sobie szansę na poczucie jego obecności. A możemy go poczuć, dostrzec i doświadczyć pod jednym warunkiem – gdy potrafimy; zwolnić, wyluzować, wsłuchać się w głos swego serca. Człowiek zaganiany „nie ma czasu na takie pierdoły”. Ludzie odwiedzający miejsce z zegarkiem w ręku, ludzie którym pali się grunt pod nogami, nie są w stanie poczuć tego ducha. Co najwyżej mogą zrobić sobie na tle takiego miejsca sweet focie, by później móc chwalić się nim znajomym na facebooku. Jak pisał Ryszard Kapuściński – „Kiedy się spieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz.” I to jest prawda.

Nie zdając sobie z tego sprawy, sami  wpływamy na ducha miejsca w którym mieszkamy, pracujemy, przebywamy, opiekujemy się nim. Wystarczy wspomnieć, że idąc do; teatru, filharmonii, opery ubieramy się stosownie. Wpływając na jakość swojego życia i społeczności wokół nas przyczyniamy się do poczucia tożsamości z tym miejscem. Duch tak postrzeganego miejsca wzbogaca sferę duchową człowieka, nobilituje go, wpływa na jakość życia, obliguje go do bycia innym, lepszym. Miejsca takie potęgują naszą wrażliwość. Posiadają moc wywoływania wspomnień. Znajdując się w nich dostrzegamy odległe zjawiska związane z przeszłością. Oprócz miejsc ściśle związanych z naszymi przodkami, niezaprzeczalnie wszystkie świątynie, muzea i atrakcje turystyczne mają takiego ducha. Posiadają wyjątkowy, specyficzny niepowtarzalny klimat, mają swoją tradycję i wyjątkowa atmosferę.

Dzisiaj obserwuje się tendencje przeciwne tzn. niedoceniania roli ducha miejsca. Zmniejszanie jego roli oddziaływania na otoczenie, a nawet celowe niszczenie go. Powodów jest kilka. Brak wrażliwości, kultury, wiedzy, bądź też chęć celowego zniszczenia. Duch miejsca jest zarówno zjawiskiem cennym jak i nietrwałym. Podlega zmianom a czasem przestaje w ogóle istnieć. By go zachować i ocalić trzeba go rozpoznać i zrozumieć.

Na koniec zagadka. Czy duchem miejsca jest; BIAŁA DAMA z zamku w Kórniku, tatrzański ŚPIĄCY RYCERZ, lub przybierający ludzką postać SKARBEK? Odpowiedź jest prosta. Mózg analizuje i kalkuluje, duch podpowiada i wzywa, a serce wie swoje. To genius loci tych miejsc – zamku w Kurniku, Doliny Kościeliskiej i Tatr, a także licznych kopalń – sprawił, że powstawały o nich legendy i miejscowe podania.

Jerzy Wnukbauma.

Jasna cholera.

Indeksując dziewiętnastowieczne księgi z parafii Sędziszów, natknąłem się na kilka kolejno zapisanych po sobie aktów zgonów, osób zamieszkałych w tej samej miejscowości i noszących to samo nazwisko. Zbieg okoliczności? Nie trzeba marnować czasu na analizowanie faktów. Wystarczy jeden rzut oka, by stwierdzić, że do piachu poszła cała rodzina. Rodzice i ich dzieci. Co było powodem ich śmierci? Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy przyczyną ich zgonu była choroba. Znajdujące się w państwowych archiwach duplikaty ksiąg, nie zawierają informacji o przyczynach zgonów. Pomimo to, takie akty robią na mnie przytłaczające wrażenie. W takich chwilach chciałbym, żeby indeksację aktów zgonów robili za mnie przeciwnicy obowiązkowych szczepień.

Od czasu do czasu świat obiega informacja o ogniskach chorób zakaźnych. Wszystkich ogarnia wtedy panika, a internetowe fora pękają w szwach od nadmiaru chętnych do pogaduch. Z czasem wszystko wraca do normy. Świat uspakaja się. Okazuje się, że zagrożenie nie było wcale tak wielkie jak starano się nam wmówić. Ptasie czy świńskie grypy, okazują się nie tak groźne dla ludzi jak je nam starano się przedstawić. Pacjenci mają pretensje do lekarzy. Lekarze do polityków. Politycy do WHO. Wszyscy zarzucają Światowej Organizacji Zdrowia niekompetencję i wymuszanie na krajach członkowskich kupowanie od koncernów farmakologicznych drogich szczepionek, które na domiar złego nie zostały przebadane i wyrządzają więcej szkód niż pożytku. Z czasem wszystko przycicha. Wszyscy wiedzą o co chodzi, bo jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Winni nie są ukarani. Ten łańcuch kryminogennych powiązań działa tylko w jedną stronę. Skończę na tym, bo nie jestem od wskazywania, karania lub rozgrzeszania winnych. Zajmę się inną sprawą. Napiszę o zarazach które kiedyś dziesiątkowały naszych przodków.

O wielkich epidemiach dziesiątkujących starożytnych ateńczyków i rzymian wiemy niewiele. Historycy sprzeczają się co do rodzajów chorób powodujących rozprzestrzenianie się starożytnych zaraz. Na czele tych chorób były; dżuma, tyfus, cholera i ospa. Inne, choć też śmiertelne, nie wywoływały tak szybko rozprzestrzeniających się po świecie epidemii. Najgroźniejszą zarazą jaka nawiedziła Ziemię była dżuma – czarna śmierć. Kilkakrotnie atakowała ludność Ziemi. Na wielką skalę w Europie szalała kilkakrotnie. Największe żniwo zebrała w VI i w XIV wieku. Ta pierwsza nazwana została od imienia bizantyjskiego władcy dżumą Justyniana. Początkiem pierwszej pandemii była Etiopia. Druga znacznie większa miała swój początek w Chinach. Po uśmierceniu ok 25 mln Azjatów jedwabnym szlakiem niesiona przez kupców i mongolskie wojska inwazyjne parła na Zachód. W ciągu kilku lat cała Azja Mniejsza oraz tereny okupowane przez Złotą Ordę nad Wołgą i na Krymie zostały zainfekowane tą śmiertelną chorobą. Do Europy dotarła za sprawą kupców z Genui i Wenecji. Po najeździe mongolskiego chana na Kaffę (port handlowy na Krymie), wystraszeni kupcy spakowali swój dobytek na 12 statków i popłynęli w strony ojczyste. Zatrzymywali się po drodze w Konstantynopolu i w innych licznych portach Morza Śródziemnego. Dotarli do Genui, Wenecji i Pizzy niosąc za sobą zarazę dżumy. Z zadżumionych portów, drogą morską i lądową dżuma szybko rozprzestrzeniła się po całej Europie. Dotarła aż do Moskwy. Nie ominęła także Polski.

W XIX wieku naszych przodków nękała także cholera. Ta ostra, zakaźna choroba przewodu pokarmowego do Polski dotarła za sprawą wojsk rosyjskich podczas powstania listopadowego. Ten początkowy nasz sprzymierzeniec w walce z zaborcą, przyczynił się do śmierci wielu istnień ludzkich. Choroba nie przebierała w ofiarach. Na całym świecie atakowała zarówno; białych, azjatów, czarno i czerwonoskórych. Bogatych i biednych. Zmarł na nią min. wielki książę Konstanty, carski marszałek Dybicz i nasz wieszcz Adam Mickiewicz. Tereny polski obfitują w liczne XIX wieczne krzyże choleryczne – karawaki. W Polsce cholera po raz ostatni zebrała żniwo w latach 1892- 1894.

Tyfus inaczej dur plamisty to kolejna choroba zakaźna dziesiątkująca naszych przodków. Roznoszona jest przez wszy i pchły ludzkie. Między innymi jego epidemia odpowiedzialna jest za odwrót  wojsk Napoleona z Rosji. W jej wyniku zmarło ponad 400 tys. żołnierzy. Powrót zarazy nastąpił podczas I Wojny Światowej. Zabijała także w więzieniach. Do czasu pojawienia się penicyliny i antybiotyków jedynym lekarstwem na cholerę były szczepionki wynalezione w latach dwudziestych XX wieku przez polskiego biologa Rudolfa Weigla.

Grypa. Odmiana tej sezonowej choroby zakaźnej, zwanej hiszpanką, w 1918 roku zaatakowała ludzi na wszystkich kontynentach. Zabiła ponad 100 mln ludzi. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Liczne żniwo zbierała w przedziale wiekowym 20 do 40 lat.

Miałem nadzieję, że w XXI wieku wirusy już nigdy nie wydostaną się na światło dzienne. Myliłem się. Według arcybiskupa Marka Jędraszewskiego czeka nas inna, jeszcze większa zaraza. Tęczowa. I jak tu żyć i ewentualnie zapobiegać jej pandemii? Na NFZ nie mamy co liczyć, bo jaka jest służba zdrowia każdy widzi. Na jej reformowanie, ze Skarbu Państwa poszło już tyle pieniędzy, że już dawno sama powinna się wyleczyć. Pozostają tylko tradycyjne metody; wiara, zielarstwo, szczepionki, pijawki i bańki? Sorry. Znowu  gafa. Te ostatnie puszczane przeze mnie w dzieciństwie mieniły się przecież kolorami tęczy. Niesione przez wiatr tęczowe bańki szybko rozprzestrzeniałyby się po całym świecie przyczyniając się do dalszego roznoszenia zarazy. Pozostaje niekonwencjonalna ochrona. Tylko nie mów tego nikomu. Ja zapobiegawczo zaciskam pośladki i odnoszę wrażenie, że to Ekscelencja zamyka się przed ludźmi w doskonale pilnowanych, szczelnie zamkniętych „laboratoriach”.                                                                                     Jerzy Wnukbauma.

Szukali nowych, nieodkrytych dróg.

Mój mateczny dziadek Władysław tułał się z rodziną po świecie jak przysłowiowy Cygan. Pracował; w Mielcu, we Fryszerce, w Kielcach, w Książu Wielkim, w Koluszkach, w Bliżynie, w Chęcinach, w Kowlu, w Ciepielowie. Za każdym razem gdy zmieniał miejsce swojej pracy, obiecywał mojej babci, że to już ich ostatnia przeprowadzka. Mówił jej -„Helu! To ostatni raz i osiądziemy już na swoim.” Były nawet widoki na jego ustatkowanie się. Miał koło Mielca własną działkę budowlaną. Zgromadził na niej materiał na budowę ich własnego domu. Plany przerwała jego śmierć. Moja babka zgodnie z przyrzeczeniem małżeńskim – Gdzie ty Gajuszu tam i  ja Gaja – przemierzała wraz z mężem świat i wszędzie tam gdzie dziadkowi wpadła w ręce praca, prowadziła mu rodzinny dom. Niezaprzeczalnym dowodem na migrację po całej Polsce moich dziadków, są rozsiane po kraju akty urodzenia ich dzieci. Czworo dzieci i cztery odległe od siebie miejsca ich urodzeń. Nie zastanawiałem się nad przyczyną częstych przeprowadzek dziadków. Znałem ją z rodzinnych przekazów. Powodem tułaczki był zawód dziadka. Był mechanikiem tartacznym. Budował nowe, lub rozbudowywał istniejące tartaki. Zastanawiałem się jednak nad tym, skąd dziadek wiedział gdzie ma się udać w poszukiwaniu nowej pracy? Nie w każdej miejscowości były tartaki i nie we wszystkich tartakach była możliwość pracy.

Wbrew pozorom poszukiwanie pracy nie musiało być takie trudne. Po odzyskaniu niepodległości Polska powołała państwową służbę zajmującą się pomocą osobą poszukującym pracę. Niedługo po zakończeniu I Wojny Światowej, w dniu 27 stycznia 1919 roku, Naczelnik Państwa na wniosek Premiera RP  podpisał dekret o powołaniu Państwowych Urzędów Pośrednictwa Pracy i opieki nad wychodźcami. Na tamte czasy urzędy te znakomicie spełniały swoją rolę. Te międzywojenne biura pośrednictwa pracy, działały do wybuchu II Wojny Światowej. Dodając do tego stare jak świat, wypróbowane metody poszukiwania pracy ; koniec języka za przewodnika, rozsyłanie wici po rodzinie i znajomych, szukanie informacji w przydrożnych karczmach, wypytywanie podróżnych, kupców, przewoźników, wędrownych czeladników. Źródłem informacji były również liczne cechy i izby rzemieślnicze.

No dobrze, ale jak znajdowano pracę na długo przed powołaniem państwowych czy prywatnych urzędów? Dajmy na to w XVIII lub w XIX wieku? W wieku pary i elektryczności? Jakim cudem o czekającej za oceanem pracy mógł wiedzieć w XVIII wieku niepiśmienny góral? Co sprawiło, że o możliwości pracy w jeziorańskiej papierni dowiedział się mój krewny Olaf Swenson urodzony w Danii w Kopenhadze syn Swena i Elżbiety? Z jego aktu małżeńskiego wynika, że był czeladnikiem kunsztu papierniczego. Pracował w papierni w Jeziornie. Skąd u licha wiedzieli w Kopenhadze, że w odległej, podwarszawskiej miejscowości jest zakład papierniczy i że oczekują tu na Duńczyków z otwartymi rękami. Tego niestety się nie dowiem. Mogę tylko użyć swojej fantazji.

Sięgając jeszcze w odleglejsze lata, kilka wieków wstecz, do okresu kamienia łupanego czy późniejszych dymarek, wiedza moja jest znacznie uboższa. Nawet wyobraźnia mówi pas. Według Tacyta rzymskiego historyka, w tamtym okresie ziemie te zamieszkiwały związki plemienne. Tworzyły one konfederacje. Wśród najsilniejszych wymienia Tacyt plemiona; Lugiów, Hariów, Helwekonów, Manimów, Helizjów, Nahanarwalów. Wymówić trudno a co dopiero zapamiętać. Nie będę silił się na naukowe wywody. Przynależność etniczna „naszych przodków” nawet dla naukowców jest wciąż dyskusyjna. Uczeni różnią się nawet kierunkiem, z którego przyszli na te tereny pierwsi osadnicy. Ja skłaniam się do głosów laickiej większości czyli do przywędrowania koczowniczych plemion z Piątnicy. Bo jak nie z Piątnicy to skąd? Większość naukowców wskazuje jednak na ich migrację z Wyżyny Sandomierskiej.

Jak wspomniałem wcześniej nurtuje mnie inne zagadnienie, a mianowicie skąd starożytni ludzie wiedzieli, że tu czekała na nich praca? Jak orientowali się, że na tych a nie innych terenach były interesujące ich pokłady krzemienia pasiastego, rudy żelaza, rudy ołowiu i miedzi? Skąd rolniczy lub koczowniczy ludek czerpał wiedzę o sposobie wydobywania i pozyskiwania metali w niełatwym,  skomplikowanym procesie wytopu? Tego nie mogli wiedzieć miejscowi mieszkańcy parający się zbieractwem, myślistwem, czy rolnictwem. Owszem mogli znajdować pojedyncze bryłki rud metali robiąc orkę lub kopiąc studnie. Mogli znajdować bryłki kruszców wymywane przez miejscowe potoki. Moim zdaniem to wszystko na co było ich stać. Nie znając zasad geologii, nie mając wiedzy o górniczych sposobach wydobywania podziemnych skarbów narażali by tylko swoje życie. Zresztą. Załóżmy, że udało im się wykraść Skarbkowi skarby, nie mając pojęcia o wytopie metali, cały ich trud poszedłby na marne. W ogniskach domowych co najwyżej wypalali by tylko cegły i garnki gliniane. Na wytop żelaza metodą prób i błędów nie starczyłoby życia. Zapewne na te tereny przyszli z sąsiednich krajów Europy lub z Azji specjalizujący się w wydobyciu podziemnych skarbów gwarkowie. Za nimi przywedrowali hutnicy i kowale. Kim oni byli? Daleki jestem od hipotez Ericha von Dänikena o wpływie istot pozaziemskich na życie naszych przodków wywodzących się od Adama i Ewy. Nie docierają do mnie i pozostawiam je większym ode mnie fantastom.   Jerzy Wnukbauma.

Dawno, dawno temu.

Niedawno, przed moim wyjściem na zebranie „Świętogenu”, żona nakręciła naszą trzyletnią wnuczkę by ta zapytała mnie co robią genealodzy. Nie czekałem na pytanie. Dałem znać obu paniom, że spieszy mi się bardzo i gotów jestem na udzielenie wyczerpujących odpowiedzi, ale dopiero po powrocie z zebrania. Nie dałem się wkręcić. Każda moja odpowiedź mogłaby rodzić galopadę pytań – Dziadziusiu! A dlacego?  Nie znalazłbym czasu na objaśnienie dziecku. Było już późno, przede mną długa droga. Myślami byłem już na spotkaniu. Obiecałem wnuczce i babci, że po powrocie do domu udzielę im krótkiego instruktażu. Dałem obu całusa i wyszedłem.

W drodze powrotnej przypomniałem sobie o danej wnuczce obietnicy. Zastanawiałem się nad stosowną do jej wieku odpowiedzią. Ułożyłem nawet krótki konspekt. Trafny, prosty, odpowiedni do późnej pory dnia i wieku małego przedszkolaczka. Zaczynał się utartym zwrotem – „Dawno, dawno temu.” To stare jak świat zdanie jest inicjałem większości bajek. Zagajeniem bez mała każdej opowieści na dobranoc. Używane jest często, bo buduje tajemniczy, bajkowy klimat. Dlatego też wydaje mi się być najlepszym wstępem i do mojej rozmowy z dzieckiem. A co się tyczy żony. Będę musiał nieco wysilić się i odkoloryzować opowieść o tym czym zajmuje się dziadek na zebraniach. Z nią nie pójdzie mi tak łatwo, bo intuicyjnie wyczuwa,  kiedy jestem niepoprawnym bajkopisarzem.

Na szczęście Państwu nie muszę wyjaśniać czym zajmują się genealodzy. Doskonale wiemy co robimy. Mam natomiast przekonanie graniczące z pewnością, że zapominamy o bajkowości naszego hobby. To określenie może wydawać się komuś nietrafne lub zbyt na wyrost. Ja uważam jednak, że w naszą pasję też wpisany jest bajkowy klimat. Tylko trzeba dać sobie szansę go poczuć. Jak dziecko, poddać się chwili i dać się ponieść wyobraźni. Podobnie jak to robią „genealodzy” doszukujący się swojego szlacheckiego pochodzenia. „Koleżanki” i „koledzy” wertujący wszystkie możliwe herbarze w poszukiwaniu swojego nazwiska, którzy z chwilą znalezienia go w herbarzu, pielęgnują marzenia o znamienitych przodkach, herbie i błękicie swojej krwi. Nie mam nic przeciwko genealogii szlacheckiej. Jest wspaniała i  prawdziwa. Pod warunkiem udokumentowania szlachectwa przodków w archiwalnych dokumentach. Grupę pseudo genealogów podaję tu tylko jako przykład doznań. Uważam, że mając pochodzenie chłopskie, też można podobnie jak oni nakręcać się. Jak oni postrzegać wyższość swych bliskich i doświadczać podobnej dumy. Mierzyć czas miarą – Dawno, dawno temu. W genealogii jednak ten wstęp bajek, jest zwieńczeniem naszych poszukiwań. Dochodzimy do granic możliwości, walimy głową w mur i jak w bajce żyjemy nadzieją – A nuż gdzieś, ktoś, jeszcze, kiedyś. Jak dzieci łakniemy dowiedzieć się co było jeszcze wcześniej – dawniej, dawniej temu.

O feerycznym, mieniącym się barwami, pulsującym światłem i przesyconym dźwiękami świecie w którym żyli moi przodkowie, opowiem szerzej na naszym powakacyjnym zebraniu. Oczywiście wtedy, gdy Kornelia pozwoli. Postaram się uwolnić swoje wspomnienia zamknięte w szufladzie. Zabawię się w narratora i dołożę wszelkich starań by ożywić uwięziony w starych aktach; obraz i dźwięk. Wskazane będzie zamknięcie oczu i wczucie się w klimat. Będę mówił cicho i powoli. Czasem włączę nastrojową muzykę. Sprawi ona nastrój tego spotkania. Być może uda mi się też sprawić przewietrzenie Waszych szuflad.

Jerzy Wnukbauma.

Jak liść (autokrytyka).

Po wojnie, w dobie socjalistycznej budowy kraju, „modne” było składanie samokrytyki. Była ona publicznym przyznaniem się skruszonych osób do popełnienia odstępstw od jedynie słusznej drogi. Celowo wziąłem w cudzysłów ich popularność, gdyż były to zazwyczaj wymuszane przez kolektyw rachunki sumienia. Czasem nie była to jedyna kara za prawdziwe lub domniemane, niepopełnione czyny. Często gęsto samobiczujący się słowem, po wyznaniu samokrytyki odbywał pokutę. Zostawał przesuwany na niższe stanowisko, lub był usuwany z szeregów partii i szedł do więzienia. Była podstawa prawna – przyznał się przecież do błędu. Dzisiaj przepraszanie jest oznaką słabości. Jest to pojęcie mylne i krzywdzące dla osoby tak „spowiadającej się”. Trzeba mieć odwagę by pokajać się publicznie. Dlatego też z wrodzoną sobie skromnością wyznaję szczerze moje zaprzaństwo. Mea culpa.

Kiedy zaczynałem genealogiczną przygodę, łapałem się każdego sposobu. Byle tylko mieć, byle szybko i byle jak. Postrzegałem drzewo jako zwieńczenie poszukiwań. Dzisiaj wiem, że myliłem się. Cała para szła w gwizdek, a ja wciąż o moim drzewie wiedziałem tyle, co pojedynczy liść o swoim drzewie. Nic a nic. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Zacząłem czerpać składniki nieodzowne do jego życia z innych, bogatszych źródeł. Nadal żyłem drzewem, lecz coraz częściej sięgałem do innych materiałów; do przekazów historycznych, do etnologii, do informacji  regionalnych, do wspomnień starych mieszkańców, do genetyki. Spróbowałem nawet zrobić rodzinny genogram. Zacząłem postrzegać genealogię znacznie szerzej i znacznie bogaciej. Poczułem się jego (drzewa) nierozłącznym elementem.

Gdy napotykam w aktach nieznane, inne niż dotychczasowe miejsce urodzenia lub zamieszkania moich przodków, włącza mi się funkcja „szukaj i sprawdź”. Większość miejscowości, które wiem gdzie leżą, z racji braku czasu, zaliczam pobieżnie. Wsie w których znajdowały się rodowe posiadłości, oraz miejscowości, które zostały zasiedlone przez moich krewnych, bardziej leżą mi na sercu i zgłębiam je dokładniej. Tu pomocne okazują się książki historyczne i opracowania etnograficzne. Z nich poznaję; historię, zarys społeczny, geopolityczny, gospodarczy interesującego mnie regionu. Poznaję miejscowy folklor; muzykę, stroje ludowe, zwyczaje i obyczaje, miejscowe wyroby. Czasami dowiaduję się o znanych ludziach urodzonych bądź zamieszkałych na tych terenach. Po ostatnich słownych przepychankach naszych starszych braci w wierze, śledzę też relacje między kościołem a synagogą.

Kiedy przypominam sobie moje początki, czuję się trochę zażenowany. Jak można było być aż tak niemądrym i naiwnym. Jak można było pokładać wielkie nadzieje w etymologii? Liczyć, że pomoże mi ona dojść do sedna sprawy? Do genezy, do rodowego gniazda, do źródła od którego moje nazwisko wzięło swoją nazwę. Kiedy przestałem pokładać nadzieję a zacząłem przyswajać wiedzę, stało się to co musiało się stać. Cud. Dzięki etnografii natrafiłem na etymologię swojego nazwiska. Dowiedziałem się od czego wywodzi się jego nazwa i skąd pochodzili moi przodkowie po mieczu. Wcześniejsze badania genealogiczne, choć kierunkowały mnie właściwie, nie dawały mi tak szerokiego spektrum. Dzięki etnografii nie umrę nieświadomy, bo wiem, że „Lepiej na Łurzycu na wierzbie, niż na Polesiu w izbie” oraz  że „Na Łurzycu woda topi”. Posiadłem też wiedzę – „Za co piją łurzycoki. – Za pszenice i buroki”. Robiąc głębszą archeologię dusz – genogram, poczułem się lekko oszukany. Miał zaspokoić potrzebę poznania i zrozumienia przeszłości mojej rodziny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle – „wiem, że nadal nic nie wiem”. By mieć efekty, muszę jeszcze podkształcić się w dziedzinie psychologii, socjologii, politologii, prawa, norm społecznych i prawnych. O psychiatrii nie wspomnę.

Sorry. Byłbym zapomniał. Przez cały czas zajmowania się poszukiwaniem swych korzeni, byłem pasożytem czerpiącym treściwe soki z pracy innych. Dzień bez przeszukiwania genealogicznych stron, ściągania zeskanowanych i zindeksowanych przez kogoś aktów, bez wertowania wyszukiwarek nazwisk, tabel, herbarzy, uważałem za dzień stracony. Za wszystkie grzechy żałuję. Widząc znaczące pukanie i słysząc głos żony – Nie grzesz więcej – odchodzę w pokorze odbyć pokutę.

Jerzy Wnukbauma.