Hoc erat in votis

Tego sobie właśnie życzyłem; trochę ziemi,

dom i ogród z wiosną pod rękę.

fragm. „Satyry”. Horacy

Przed ponad dwoma tysiącami lat marzeniem Horacego był; własny mały skrawek ziemi, na nim dom i ogród, a w pobliżu mały las i tryskające czystą wodą źródełko… Wkoło kwitnąca wiosna, cisza i spokój. Sielskość, anielskość. Marzenia Horacego w zasadzie nie różnią się od moich pragnień oraz żądz współczesnego zjadacza chleba. By ten cel osiągnąć, jesteśmy gotowi na wiele wyrzeczeń. Mały domek na wsi w miłej, spokojnej okolicy, w odległości około pół godziny samochodem od miasta, jest osiągalnym marzeniem dla coraz większej grupy osób. Dom na wsi to istna oaza spokoju dla niemałej rzeszy ciężko spracowanych nuworyszy. Dom jest także pierwszym warunkiem jaki stawiany jest mężczyźnie po założeniu rodziny. Później już tylko; spłodzić syna i posadzić drzewo. To żywe, dające cień, rozłożyste, zielone. Dąb, lipę jabłoń. Mnie taka sielska cisza i spokój dopinguje do zadbania o inne drzewo – drzewo genealogiczne.

Chociaż jestem niepoprawnym mieszczuchem, horacjański model życia zawieszenia między miastem i wsią, na mnie też działa. Nie mam tak daleko idących jak Horacy wygórowanych ambicji o własnym ranczu. Zbudowałem dom, spłodziłem syna, posadziłem drzewo i wystarczy. Starych drzew już się nie przesadza. Wystarczy mi tylko cisza i święty spokój. Moje marzenia dotyczą innych doznań. Od kilku lat pragnieniem moim jest naładowanie swoich akumulatorów w jakimś odludnym, cichym letnisku na nadwiślańskim Urzeczu. Z dala od miasta, zgiełku, ludzi… Tylko ja, żona i prześcigający się w dogadzaniu nam właściciele agroturystycznego ośrodka. Mój sen kończy się zazwyczaj na tym, że wschodzi słońce i nad horyzontem zaczynam dostrzegać górujące; PKiN i warszawskie drapacze chmur. Póki co „jestem w Rzymie i robię to, co robią wszyscy Rzymianie”.

Do niedawna wielkim moim marzeniem było zdobycie zdjęcia dziadka. Pragnąłem zobaczyć jak wyglądał, żył, mieszkał mój ojczysty dziadek. Byłem święcie przekonany, że ktoś z potomków jego licznych sióstr i braci zachował choćby najmniejszą dowodową fotkę podarowaną przez dziadka komuś bliskiemu „na wieczną pamiątkę”. Po cichu liczyłem na to, że zachowało się choćby jedno jedyne zdjęcie z przedwojennych rodzinnych uroczystości na których był mój dziadek. Dałem temu wyraz w felietonie zamieszczonym pięć lat temu w artykule – „Królestwo za dziadka”. Pisałem w nim, że poruszyłbym niebo i ziemię by zobaczyć nawet jego domniemany portret. Wreszcie doczekałem się. Niebo uchyliło się i spadła mi prosto z niego daleka, lecz bliska memu sercu kuzynka. W jej rodzinnych albumach nie tylko znajduje się rodzinne ujęcie na którym jest mój dziadek. Bezcenną fotografią jest też rodzinne zdjęcie na którym uwieczniona jest moja prababka z czwórką swoich dzieci. Hoc erat in votis. O to się modliłem! I w końcu zostałem wysłuchany.

Hot erat in votis. O to się modliłem. Od lat korzystam z internetowych zasobów genealogicznych, lecz dziś coraz częściej dane mi jest powtarzać za Horacym, że zostałem wysłuchany. W moim ojczystym, niekoniecznie w jego języku i często nawet nie zdając sobie sprawy, że był, żył i tworzył Flakkus zwany Horacym. Nie pamiętając o tym że cytuję już niegdyś zapisane słowa. Znajdując w internetowych genealogicznych  bazach danych co rusz to nową duszyczkę, na usta ciśnie mi się – Oto się modliłem. Tego pragnąłem. Dzięki sporej grupie fotografujących i indeksujących księgi parafialne, moim podziękowaniom wznoszonym ku Niebu nigdy nie ma końca. Co rusz przybywa nowych rekordów i w sieci pojawiają się nowe zindeksowane akty. Moim cichym marzeniem jest by odwiedzający portale genealogiczne i korzystający z usług indeksujących mieli na uwadze inne łacińskie powiedzenie – hodie mihi, cras tibi. W znaczeniu – dziś ktoś tobie, jutro ty komuś.

Jerzy Wnukbauma.

Uczta Baltazara

Król Baltazar urządził dla swoich możnowładców w liczbie tysiąca, wielką ucztę i pił wino wobec tysiąca. Gdy zasmakował w winie rozkazał przynieść srebrne i złote naczynia, które jego ojciec zabrał ze świątyni, aby mogli z niego pić król, oraz jego możnowładcy, jego żony i nałożnice. Pijąc wino wychwalali bożków…

W końcu doczekałem się emerytury. ZUS nie miał prawa powiedzieć mi NIE! Mam już gotowe plany na nową drogę życia. Co będę robił? Odpowiem tak, jak odpowiadam na to pytanie moim znajomym – Nadszedł czas kupić kilka butelek wina, zaprosić moich przodków pochodzących od Kołodzieja – w liczbie około tysiąca. Pousadzać ich za stołem zgodnie z hierarchią. Zasmakować się w winie, wsłuchiwać się w to, co mają mi do przekazania traktujące o nich archiwalne dokumenty. Poznać jak najwięcej sekretów moich pradziadów. Później posprzątać cały bałagan po uczcie. Poskładać wszystko, poszufladkować i spisać sagę rodu. Przelać wiedzę na papier, bo pamięć mam ulotną. Przekazać wszystko potomnym, żeby później nie było – a dziad wiedział, nie powiedział, a to było tak.

W tej chwili ukazały się palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego pałacu. Zakrzyknął król by wprowadzono wróżbitów, Chaldejczyków i astrologów. Zwrócił się do mędrców babilońskich i rzekł – Każdy kto przeczyta to pismo i wyjaśni mi je, ma być odziany w purpurę i złoty łańcuch na szyi i ma panować w moim kraju jako trzeci.

Jeszcze kilka lat temu byłbym niezmiernie wdzięczny za pojawienie się czyjejś niewidzialnej ręki, która nakreśliłaby mi cały mój wywód przodków. Prawdopodobnie jeszcze kilka lat temu musiałbym skrzyknąć też wszystkich; wróżbitów, Chaldejczyków i astrologów, żeby zrozumieć uczonych w piśmie genealogów. Trochę z przekonania a trochę ze skąpstwa, postanowiłem rozwiązać mój problem sam. Samodzielnie poszukiwałem przodków przy tym edukowałem się intensywnie. W tym celu zalogowałem się na genealogiczne forum, wstąpiłem do towarzystwa genealogicznego i czerpałem wiedzę całymi garściami. Z czasem jednak zraziłem się do forum i początkowy apel do Koleżanek i Kolegów – Uczta Baltazara szybko zamieniłem na – Sami sie uczta!

Wtedy odezwał się Daniel i rzekł wobec króla; – Dary swoje zatrzymaj, a podarunki daj innym! Jednakże odczytam królowi pismo i wyjaśnię jego znaczenie. A oto nakreślone pismo; mene, tekel, fares. Takie zaś jest znaczenie wyrazów; Mene – policzono. Bóg obliczył twoje panowanie i ustalił jego kres. Tekel – zważono.  Zważono cię na wadze i okazałeś się zbyt lekki. Fares – podzielono. Twoje królestwo uległo podziałowi.

Niedawno stanąłem przed przysłowiową ścianą. Poddałem się. Osłabłem w zapałach. Rozważałem rzucenie tego wszystkiego w cholerę. Wpatrując się ślepo w ścianę miałem odczucie, że za chwilę ukarze się na niej napis Mene, Tekel, Fares przepowiadający mój upadek i ostrzegający mnie przed zbliżającym się końcem. Nic takiego w ścianie jednak nie dostrzegłem. Nie pojawiła się też żadna pisząca na niej niewidzialna ręka. Ściana pozostała blada. No, może trochę wyblakła i przybrudzona. Uświadomiłem sobie, że muszę ją pomalować. Może dla odmiany pieprznę na niej jakiś szlaczek. Postaram się zdążyć z malowaniem do chwili spotkania się z nowo poznaną kuzynką. Kto wie. Może jak biblijny Daniel pomoże mi na nowo odczytać inne graffiti – moje porozrzucane i powoli zapominane drzewo genealogiczne. Ta myśl pozwala mi na nowo cieszyć się genealogią.

Jerzy Wnukbauma

Jeśli ktoś zna powód

Jeśli ktoś zna powód …

„Jeśli ktoś zna powód dla którego ci dwoje nie mogą się połączyć węzłem małżeńskim, niech przemówi teraz, lub zamilknie na wieki”. Ta formułka na ślubach kościelnych w Polsce, nie jest wygłaszana. To przypisywane księdzu zdanie, ciśnie mi się na usta, gdy czytam prasowe informacje stawiające naszych przodków w innym, niepochlebnym świetle. Chcę wtedy powiedzieć – Gościu przemów! Masz swoje pięć minut! Mów prosto z mostu. Nie owijaj w bawełnę. Podaj; fakty; nazwiska, imiona, daty… Mów; kto?, co?, gdzie?, kiedy? Albo zamilknij na wieki! Przypisywanie całemu narodowi win jednostki jest niedorzeczne i krzywdzące. Podejrzewam jednak, że wtedy podniesie się rwetes, że zamykam komuś usta, lub o zgrozo – życzę komuś śmierci. O łyknięciu czegoś z mlekiem matki, nie wspomnę.

Już na początku zmagań genealogicznych, zdawałem sobie sprawę, że wszystkie; wykresy przodków, drzewa genealogiczne, tabele, raporty i wszystkie badania wzięte razem, nie wystarczą. Że trzeba będzie kiedyś usiąść, zebrać to wszystko w całość i opisać to dokładnie i obiektywnie. Wreszcie przyszedł ten czas i „… doświadczenia, o których napiszę, nie są objęte zwolnieniem z restrykcji, jakie przewiduje ustawa o IPN. Po wejściu w życie ustawy nie mam zamiaru zaprzestać mówić i pisać o tym, co widziałam i słyszałam.”

Powyższy cytat pochodzi z felietonu Joanny Szczepkowskiej „Poczucie wspólnoty” zamieszczonego w  lutowym weekendowym wydaniu Rzeczpospolitej Plus Minus. Przywłaszczyłem sobie ten fragment jej tekstu. Myślę, że autorka mi wybaczy. Puści płazem jak Mariuszowi Błaszczakowi, który sięgnął do innego jej powiedzenia – o upadku komunizmu w Polsce. Pan minister „zapożyczył” całą jej wypowiedź i na dodatek określił nową datę tego ważnego wydarzenia. Ja zerżnąłem tylko mały fragment jej przemyśleń i w moim przypadku, to nie plagiat i nie dobra zmiana, lecz co najwyżej facebookowe; „Lubię to”. A skoro lubię – to i „Udostępnij”.

Co ja wiem o moich przodkach? Na początku mojej zabawy w genealoga, myślałem, że wiem o nich prawie wszystko. Prawie wszystko, bo na genealogicznym starcie, opierałem się wyłącznie na rodzinnych przekazach. Z góry zakładałem, że informacje pochodzące z ust najbliższych mi osób, są niebudzącymi żadnych wątpliwości pewnikami. Myliłem się? To był mój błąd. Nie brałem pod uwagę, że ktoś może wiedzieć o moich przodkach więcej i lepiej, niż moi najbliżsi. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że moja wiedza to zbiór; fałszywych tropów, nadinterpretacji, błędów w rozumowaniu i pojmowaniu rzeczywistości. Że zajmuję się powtarzaniem zasłyszanych fam. Że cechuje mnie nieznajomość  dokładnych realiów historycznych, religijnych, społecznych i obyczajowych. W ten sposób dzięki całej rzeszy znawców spraw polskich, ludzi „wszechstronnie wykształconych i lepiej znających fakty”, wpadam w kompleksy i wychodzę na wielkiego ignoranta. Lecz nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jestem bogatszy o „nową wiedzę”. Nie muszę martwić się na zapas, że zejdę z tego świata nieświadomy. Fack! A mogłem przecież żyć nieświadomie, ale za to długo i szczęśliwie.

Tydzień temu córka poprosiła mnie o wysłanie na jej pocztę, skanów obozowych pamiątek po jej prababci, a mojej matecznej babce. Ostro zabrałem się do pracy. Poszło szybko, bo niewiele tego było. Kilka zdjęć zrobionych przez wyzwalających obóz amerykanów, dokumenty, adresy kilku internetowych stron i tyle. Reszta pamiątek po babce przepadła bezpowrotnie. Większość z nich zniszczyła sama babka. Nigdy nie mówiła o swoich przeżyciach. O jej losie dowiedziałem się od ojca. W odróżnieniu od matki izraelskiego dziennikarza, matka mojego ojca nigdy nie mówiła w języku Goethego, Wagnera, Hitlera, Eichmanna i Reinefartha. Nigdy nie mówiła, choć doskonale znała jego represyjno-rozkazujące zwroty. Nie mówiła, że ratowała Żydów. Od ojca wiem, że chociaż sami przymierali głodem, babka przerzucała chleb przez mur głodującego getta. Nie słyszałem, czy ktokolwiek ratował moją babkę w okupowanej Warszawie. Wraz z córką trafiła do „polskiego obozu” na terenie III Rzeszy. Nie mogła tam liczyć na Sprawiedliwego Niemca. Po Jałcie nie mogła liczyć już na nikogo. Przeżyła i doczekała wyzwolenia obozu w którym było jej tak dobrze, że wyzwalający obóz żołnierze amerykańscy dopuścili się samosądu na niemieckich strażnikach. Rozstrzelali 560 SS-manów – członków załogi obozu i żołnierzy Waffen-SS. W 1945 roku wróciła do umarłego miasta i domu którego nie umiała zlokalizować wśród stosów gruzu. Wysłane córce do USA materiały miały posłużyć mojemu wnukowi do lekcji poglądowej w szkole. Nie przydały się. Były nie na temat. Nie mówiły nic o holokauście.

Nie znam się na ludziach. Zresztą, na przyjaciołach ludzi też nie. Przeżyłem tyle lat i do tej pory nie wiem; czy dobry pies jest wtedy gdy szczeka i gryzie, czy jest dobry dlatego, że przy powitaniu chce mnie zalizać na śmierć. Nie jestem święty, ale sięgnę po argumenty św. Augustyna, który mówił że człowiek jak pies musi strzec swojej trzody, lecz czasem musi zaszczekać by ostrzec o grożącym niebezpieczeństwie. Jednej rzeczy święty nie wziął pod uwagę. Człowiek nie zawsze strzeże swojej trzody. Potrafi też nieźle skalać swoje gniazdo i szczekać bez konkretnego zagrożenia. Słuchając takiego szczekania, upewniam się w przekonaniu, że wszystko co zostało pozamiatane pod dywan przez pokolenia naszych rodziców, dziadków i pradziadków, wraca do nas z niewspółmierną siłą. Sprawy kiedyś nadzwyczaj ważne, niewyjaśnione we właściwym czasie (i miejscu) pozostawione samemu sobie, odżywają na nowo i na dodatek zaczynają żyć swoim życiem. Niewykorzystane ongiś atuty, mszczą się i dziś wytaszczane są przez ludzi ze specyficznym podejściem do historii Polski. Zresztą. Ludzi takich nie brakuje po obu stronach barykad. Najgorsze, że narzucają sposób swojego myślenia pokoleniu naszych; dzieci, wnuków i prawnuków. Pokoleniu wychowanemu pod kloszem.

„Jeśli ktoś z tutaj obecnych zna powód… , niech przemówi teraz, lub zamilknie na wieki”. Polak od księdza tego nie usłyszy. Od starszych braci w wierze pada za to szereg innych słów. M.in. „polskie obozy zagłady”. Jeśli mają na myśli – „polskie” – bo w tych obozach mordowani byli Polacy różnych wyznań -to jak najbardziej. „Polskie” – bo taki był najczęstszy kierunek powrotów z tych obozów po wyzwoleniu – to zgadzam się z nimi w zupełności. W przeciwnym razie z ich głową jest coś nie tak. Uczestnicząc dzisiaj w ceremoniach ślubnych nie czekam na słowa, które nigdy nie padną. Siedzę i wsłuchuję się w słowa przysięgi małżeńskiej. Czekam na przyzwolenie księdza – Teraz Młodzi mogą się pocałować! Te słowa wróżą długie i szczęśliwe życie pod jednym dachem. Lecz i z tym bywa różnie. Zdarzają się kłótnie, odejścia i rozwody. C’est la vie.

Jerzy Wnukbauma.

Z rodziną…

Gdy masz rodzeństwo; siostry i braci,

wszyscy pospołu jesteście bogaci.

Gdy możesz się tulić do matki i taty,

jesteś szczęśliwy i podwójnie bogaty.

Potrójne bogactwo ci sprzyja,

gdy masz do tego ciotkę i stryja.

Gdy żyją jeszcze twoi dziadkowie,

toś przebogaty – każdy to powie.

Powiedzcie zatem, dlaczego się słyszy;

„Z rodziną wychodzi się dobrze na kliszy!”

Jerzy Wnukbauma

Z Urzecza.

Ciekawość człeka z czasem nachodzi,

kim był jego przodek i skąd pochodzi?

Gdy mnie dopadła chęć poznania

zabrałem się do poszukiwania –

Wygodnie siadłem do komputera

i zabawiłem się w genehuntera.

 

Wpisałem w Google swoją godność,

wygooglowało mi jedną zgodność –

‚Modry urzyczak” -Zwierciadło etnologiczne?

– drobny druk, ryciny, odsyłacze liczne.

Sto siedemdziesiąt cztery strony!

Końca nie widać. ” Byłem przerażony.

 

Czytałem wszystko. Nuda była.

Ciekawość jednak zwyciężyła,

(Nie mogłem czytać na odczepnego

bym nie przegapił tego modrego).

Szukałem ciekaw w elaboracie

czy modry bo – po denaturacie.

 

Wreszcie znalazłem to co szukałem

o denaturat już się nie bałem.

W tekście wyjaśniał dr Stanaszek,

że jest to męski fatałaszek,

innymi słowy – strój wilanowski

nosiły go nad Wisłą wioski.

 

Więc źródłosłowem mego nazwiska,

(jak dajmy na to – bluzka ciału bliska),

był były, męski przyodziewek?

Mam być ofiarą licznych prześmiewek?

Kupiłem książkę. A co mi szkodzi.

Z niej dowiedziałem się o co chodzi.

 

I nawiązałem kontakt z autorem

wkrótce odpisał mi z humorem;

„Ze Skolimowa przodek Twój

Nosił w Falentach z Urzecza strój

Jak go widzieli tak go nazwali

Odtąd Urzyczak w aktach pisali”.

 

Do dziś autora darzę sympatią

trochę za książki dedycatio.

„Temu, który nie mieszka na Urzeczu,

lecz jego korzenie po mieczu

świadczą, że jego dola człowiecza

wzięła początek od przodka z Urzecza.”

 

Jerzy Wnukbauma

W obronie krzyży staję!

Jedną z nienaruszalnych zasad na wszystkich stronach genealogicznych, jest zakaz publikowania treści obrażających: inne narodowości, pochodzenie etniczne, oraz uczucia religijne. Dlatego pisanie na portalu genealogicznym na tematy wiary, może być odbierane przez ich administratorów jako łamanie regulaminu. Zabrania się też poruszania wszelkich tematów związanych z polityką. Nie zamierzam politykować, nikogo obrażać i łamać regulaminu. Muszę się jednak liczyć, że znajdzie się ktoś, kto połączy politykę z religią i będzie udowadniać wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. W ten sposób szybko narażę się na heit, a nawet na ostracyzm. A niech tam. W dobie coraz częstszych zakazów, nakazów i znikania krzyży z życia publicznego, zabiorę głos, by pokazać nierozerwalny związek krzyża z genealogią.

Krzyże, krzyże, krzyże. Towarzyszą każdemu poszukiwaczowi korzeni. Niezależnie od wiary. Są one znakiem rozpoznawczym naszych świątyń, kaplic, cmentarzy. Ich znak spotykamy wielokrotnie, często nie zdając sobie z tego sprawy. Nie mam tu na myśli krzyży widniejących na flagach państw i znakach drogowych, umiejscowionych przed przejazdami kolejowymi. tzw. krzyży św. Andrzeja spotykanych podczas podróży do archiwów. Przemilczę też powiedzenia towarzyszące nam przy pożegnaniach; – w domu przez współmałżonka – „Mam z tobą krzyż pański” a w archiwach przez urzędników – „Krzyż na drogę”.  W kręgu genealogicznych zainteresowań są także liczne kościoły pod wezwaniem Św. Krzyża. W moim przypadku aż cztery.  Ale nie o nich będzie mowa. Napiszę o krzyżach, które  spotykamy w genealogii. To o nich napiszę kilka słów.

Każdy z nas, wcześniej czy później w starych aktach natrafił na znak krzyża zastępujący podpis osoby niepiśmiennej. Jeden lub kilka w rzędzie postawionych obok siebie krzyży lub krzyżyków (iksów) zastępujących podpis. Ten z pozoru prosty znak był poświadczeniem mówienia (i pisania) prawdy. Niejednego genealoga ucieszył analfabetyczny gryzmoł poczyniony niewprawną ręką niepiśmiennego przodka. Dlaczego znak krzyża, a nie inny nieskomplikowany znak pisarski? W moim przypadku odpowiedź jest prosta. Życie moich przodków nierozerwalnie powiązane było z wiarą i religią. Znakiem krzyża moi przodkowie rozpoczynali i kończyli dzień. Błogosławili dzieci i pokarmy. Przystępowali do pracy, odżegnywali się nim od złego. Postawiony przez nich krzyż przydrożny, był miejscem modlitw i spotkań również okolicznych mieszkańców. Także i dziś, przechodząc lub przejeżdżając obok niego, wiele osób skłania głowę, zdejmuje czapki, lub żegna się kreśląc na piersi znak krzyża.

Krzyże znajdują się też na tarczach herbowych. Jego różne formy widnieją na rodowych godłach. Występują na tarczy jako figury; zaszczytne, uszczerbione i zwykłe. Genealodzy obeznani z językiem blazonowania potrafią dokładnie określić zarówno kształt krzyża, jak jego rodzaj i usytuowanie go na herbowej tarczy (lub klejnocie nad tarczą). Mniej obeznani mogą posłużyć się wyszukiwaniem ich na stronach;                    www.gajl.wielcy.pl     lub         www.genealogia.okiem.pl

Za pomocą tej  drugiej strony, po wybraniu formy krzyża i kliknięciu na „Herby z tym symbolem” można zapoznać się z całą gamą herbów z wybranym krzyżem. Szczęśliwcy mogli także odziedziczyć po swych znamienitych przodkach pamiątki z tym znakiem; zegarki, sztućce, oraz biżuterię z wygrawerowanymi krzyżami w herbie. Także monety i odznaczenia z motywem krzyży – to niektóre z przykładów pamiątek z tym znakiem.

Przydrożne krzyże wraz z przydrożnymi figurkami i kapliczkami, stanowią małą architekturę sakralną. Rozsiane są wszędzie tam gdzie istniało i istnieje chrześcijaństwo. W Polsce są czymś naturalnym. Cały nasz kraj jest nimi bogato ozdobiony. Te pomniki religijnej kultury, są niemymi świadkami naszych dziejów. Stawiano je z różnych powodów. W zależności od dziejów. Wznoszenie ich nasilało się w czasach prześladowań, wojen, zaraz, powstań, uwłaszczeń. Stawiane były także w czasie zaborów, chociaż stawiania ich było zabronione przez zaborców. Wznoszono je także w PRL-u. Najgłośniejszym wydarzeniem z tego okresu było postawianie krzyża w Nowej Hucie, kiedy to w kwietniu 1960 r. doszło do rozruchów z milicją.

Żaden z krzyży nie powstał przypadkowo. Każdy z nich przypomina o jakimś wydarzeniu – lokalnym bądź państwowym. W mikro skali – jednego fundatora lub kilku osób. Stawiane były w miejscach ważnych; przy kościołach, w centrum wsi lub osad. Stawiano je także w miejscach mniej ważnych lub całkiem na odludziach. Stawiane na końcu wsi, wytyczały jej granice. W kilku regionach Polski, te graniczne krzyże, były świadkami ostatniego pożegnania osoby zmarłej z wsią i jej społecznością. Pod krzyżami stojącymi na rozstajnych drogach, witano zacnych przybyszów i żegnano odchodzących gości. Stawiane przy ścieżkach do lasów, miały chronić mieszkańców przed czyhającym w lesie złem. Lokowane przy zbiornikach wodnych miały chronić przed utonięciem lub upamiętniały czyjeś utonięcie. Służyły do pochówków pod nimi. Akt zgonu nr 23 z 1811 roku z parafii Raszyn.

http://metryki.genbaza.pl/genbaza,detail,163330,6

Akt nr 23   Posiada Załuski

Roku tysiąc osiemset jedenastego dnia czwartego miesiąca maja o godzinie piątej pod wieczór przed Nami Proboszczem Raszyńskim sprawującym obowiązki urzędnika Stanu cywilnego gminy raszyńskiej powiatu warszawskiego w departamencie warszawskim Stawili się; Piotr Baran mający lat pięćdziesiąt dwa, tudzież Grzegorz Ostrowski mający lat trzydzieści dwa obydwaj stanu rolniczego gospodarze we wsi Opaczy Dużej do której Posiada Załuski jest przyległa w gminie i parafii raszyńskiej położonej zamieszkali i oświadczyli Nam iż znaleźli człowieka płci męskiej w tym dniu, wcale nieznanego, który się obwiesił w gaiku między brzezinką tejże Posiady Załusk w gminie i parafii raszyńskiej, zostający już wiszonego, za uczynioną tedy przez zesłanych od rządu Fizyka i chirurga na miejscu excuteracyja i wykonanym w przytomności mnie urzędnika cywilnego opisie i zatwierdzeniem podpisu mojego, tenże Człek na rozstajnej drodze pod figurą głęboko w ziemię zakopany został. Po czym oświadczający gdy pisać nie umieją my akt niniejszy zejścia takowego po przeczytaniu onego stawiającym podpisaliśmy.

Ksiądz Szczepan Bogdanowicz proboszcz raszyński sprawujący obowiązki urzędnika stanu cywilnego.

 

Każdy z wznoszonych krzyży był okolicznym drogowskazem; zarówno duchowymi, czysto ludzkimi jak i dosłownie użytkowymi. Niektóre krzyże z czasem stały się tak charakterystyczne dla miejscowego krajobrazu, że podróżni określi swoje położenie w terenie względem nich. Chociaż większość z nich jest dzisiaj anonimowa, każdy krzyż do czegoś nawołuje lub przypomina o zdarzeniu z przeszłości. Były wznoszone w podzięce za otrzymane łaski, za uzdrowienie z choroby, za uratowanie z wojennej pożogi, lub klęski żywiołowej. Stąd tak wiele z nich powstało w czasie wojen i powstań lub po ocaleniu mieszkańców przed nadciągającą zarazą.

Charakterystyczne są krzyże choleryczne. Osoby które pochłonęła zaraza chowano na osobnych cmentarzach cholerycznych i wznoszono krzyże, które noszą nazwę krzyży morowych, lub krzyży cholerycznych. Występowały jako pojedyncze lub potrójne. Forma ustawienia trzech krzyży była ściśle określona. Pośrodku znajdował się dwuramienny krzyż zwany krzyżem cholerycznym, morowym lub od hiszpańskiego miasta – karawaką. Taki rodzaj krzyża nazywany jest także krzyżem św. Zachariasza. Po jego bokach stawiano dwa niższe krzyże jednoramienne. Takie krzyże w dobrym stanie zachowały się w kilku miejscowościach m.in. w Babkowicach w Wielkopolsce. Na pionowych i poprzecznych belkach wyryto 7 krzyży oraz 18 liter będących początkiem modlitewnych psalmów. Patronami od morowego powietrza byli św. Rozalia i św. Roch.

Osobnym zagadnieniem są krzyże pokutne. Stawiane były na przestrzeni XIII do XIX wieku. Zwyczaj  stawiania ich przywędrował do Polski z zachodu Europy. W Niemczech i Czechach zwane były krzyżami pojednania, bo nie pokuta a akt przebaczenia leżał u podstaw stawiania krzyży. Krzyże te przypominają raczej o surowości prawa, niż skrusze zabójcy. Stawiane one były przez sprawców zbrodni po spełnieniu kilku warunków m.in. pielgrzymka do miejsc świętych, poniesienie opłat sadowych, wpłacie pewnej sumy na rzecz Kościoła -światło, pochówek, msze za zmarłego, msza za sprawcę, zadośćuczynienie rodzinie ofiary – pokrycie kosztów leczenia, renta dla wdowy itp.  Te kamienne krzyże nader często przenoszone były z pierwotnych miejsc ich umiejscowienia w odległe miejsca. Wykorzystywane były na cmentarzach, w parkach i ogrodach. Niejednokrotnie posłużyły jako tani materiał kamieniarski przy wznoszeniu nowych krzyży lub budowli. Przykładem jest Bytom Odrzański, gdzie kilka takich krzyży zostało wmurowane przy budowie wieży. Także na Ziemi Świętokrzyskiej można spotkać krzyże pokutne. Znajdują się w pobliżu Kielc, w Żernikach, w gminie Sobków, w powiecie jędrzejowskim.

Mówiąc o krzyżach i genealogii nie sposób nic nie powiedzieć o instytucjach, do których najczęściej zwracamy się listownie lub e-mailowo. Odpowiedzi na piśmie z tych instytucji są podstemplowane pieczątkami z wizerunkiem krzyża. Mają go liczne USC miast w których herbie jest krzyż.  Wykorzystują go także PCK, Policja i niektóre Towarzystwa Genealogiczne. Krzyż jest w logo; Warszawskiego i Ostrowskiego TG oraz ŚTG „Świętogen”. Podczas wertowania aktów spotykamy się z nazwiskami których krzyż stał się etymonem słowotwórczym. Oto niektóre z takich nazwisk; Krzyżak, Krzyżan, Krzyżaniak, Krzyżanowski, Krzyżeński, Krzyżewski, Krzyżkowiak, Krzyżosiak, Krzyżuk. Nie sposób nie wspomnieć też o licznych miejscowościach, które w swej nazwie mają ten znak. Są one rozsiane po całej Polsce. Zajmują kilka stron Słownika geograficznego Królestwa Polskiego; Krzyż, Krzyżaki, Krzyżanów, Krzyżanowice, Krzyżany, Krzyżowa… To tylko niektóre z nich. W naszym województwie też jest kilka takich miejscowości. Najbardziej jednak znane są; klasztor na Świętym Krzyżu i ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe.

Dzisiaj proste krzyże stają się niepopularne. Dla części ludzi są wręcz passe. Wykorzystywane są też nader często do niemających nic wspólnego z religią celów. (Amber Gold, faszyści, sataniści, Ku-Klux-Klan skinheadzi). Ostatnio zapanowała moda na ich usuwanie. Niektórzy chętnie posprzątaliby je wszystkie. Myślę, że nie trzeba odgórnych zaleceń, decyzji, poleceń do ich usuwania. Krzyże starzeją się, niszczeją i same znikają z polskiego krajobrazu. Taka jest kolej rzeczy. Trzeba robić wszystko by swym działaniem nie przyczyniać się do powstawania nowych krzyży. Myślę tu o krzyżach stawianych na miejscu wypadków komunikacyjnych oraz o opisywanych powyżej przyczynach stawiania krzyży – prześladowania, wojny, zarazy, powstania.

Jerzy Wnukbauma

 

Kochać? Nie kochać?

Kochać? Nie kochać?

 

Wkrótce dekada w Świętogenie. Okrągły jubileusz jest zawsze okazją do świętowania i zadumy. To czas robienia podsumowań, czas rozpamiętywania i retrospekcji. Cofnę się więc w czasie i wrócę do moich początków; do wykopalisk liczących sobie tyle lat co nasz jubilat. Bo moja przygoda z genealogią zaczęła się też dziesięć lat temu. Wtedy to w Internecie znalazłem całą linię swoich przodków po kądzieli. Nie przeszkadzało mi, że to nie była moja praca i że ściągam od kogoś gotowca. Liczyło się tylko to, że na tacy dostaję bonus w postaci niemieckich przodków po matce. Całą gałąź, aż do 6xpradziadka. Uczucie jakiego wtedy doznałem jest trudne do opisania. Wstąpiło wtedy coś we mnie, dostałem powera i poczułem potrzebę zgłębienia wiedzy o swoich korzeniach. Konsekwencją było wstąpienie do „Świętogenu”.

 

Co się od tamtego czasu zmieniło? Czy jestem mądrzejszy? Minęło dziesięć lat i w dalszym ciągu wiem, że zbyt mało wiem. Nadal istnieje szereg białych plam, a odnalezienie nowych dokumentów budzi szereg nowych pytań. Faktem jest, że dzisiaj znacznie lepiej poruszam się po meandrach genealogii i z całą pewnością dziś mogę powiedzieć; -Duchem, czuję się o dziesięć lat młodszy.

 

Pytanie postawione w tytule, nie jest [broń Boże] moim rozrachunkiem z przeszłością, ani też metafizycznym rozważaniem w sensie być albo nie być? Kocham wszystkich moich przodków bez najmniejszego wyjątku. Nie różnicuję nikogo. W tytule nie posługuję się też żadnym kluczem i nikogo nie namawiam do pokochania Niemców. Pytanie to zadaję wyłącznie sobie i to w kontekście kochać to co robię, czy szkoda na to czasu i rzucić to w cholerę. Zadanie dla wróżki? Zabawię się więc we wróża. Zerwę kwiat i zacznę obrywać z niego płatek, po płatku.

Niemieckie osadnictwo w Galicji. Ostsiedlung.

Zacznę od początku. Od historii niemieckiej kolonizacji na ziemiach polskich. W zasadzie mógłbym pominąć ten wstęp. Po sobie jednak wiem, że należy się parę słów wprowadzenia. Sam, trzydzieści, czterdzieści lat temu o kolonistach niemieckich, sądziłem, że „wpieprzyły się do nas pieprzone szkopy”. Jak słychać i widać – język mówi sam za siebie. Przekazuje mój dawny stan emocji. Dzisiaj, gdy na ten temat wiem nieco więcej, zmieniłem zdanie i już tak nie uważam. Dziś z tamtego młodzieńczego rozumowania zgadzają się tylko szkopy (w rozumieniu Niemcy). Dziś w stosunku do kolonistów niemieckich nie używam epitetu pieprzeni. Zmieniłem też zdanie co do ich wtargnięcia. Byli tu zapraszani, a ówczesna Polska była dla nich saksami.

Co mówią na ten temat źródła?

Ostsiedlung, to nic innego jak stopniowe przemieszczanie się ludności niemieckiej na obszary wschodnie zamieszkałe przez Słowian. Proces ten był znacznie rozłożony w czasie i z różnym nasileniem przebiegał na różnych terenach. W państwach, które przyjęły chrześcijaństwo i które zostały uznane przez Rzym, osiedlenie przebiegało pokojowo. Natomiast kolonizacja na terenach zamieszkałych przez pogańskich Słowian, miała charakter podboju ziem. Proces ten nabrał nieznacznie tempa pod wpływem zakonu krzyżackiego. Zwolnił nieco pod wpływem klęski pod Grunwaldem i czarnej śmierci.

 

Na terenach Galicji, pierwsze osiedlenia niemieckich grup datuje się na VIII wiek, a pierwsza nieco większa fala osadników niemieckich na te tereny, nastąpiła w późnym średniowieczu – po przyłączeniu do Polski przez Kazimierza Wielkiego Rusi Czerwonej. Wcześniej terenami tymi władali książęta Rusi. Ziemie doliny Wisłoka, dzisiaj okolice Rzeszowa, Łańcuta, Krosna były słabo zamieszkałe, porośnięte gęstymi lasami. Na tych terenach królowała; Puszcza Karpacka i Puszcza Sandomierska. Po przyłączeniu Rusi Czerwonej do Polski, Kazimierz Wielki rozpoczął na tych terenach akcję osadniczą. Z tego okresu pochodzą dwa silne skupiska ludności pochodzenia niemieckiego w okolicach Łańcuta i Sanoka. Wtedy to założono min. Rzeszów i  Łańcut. Stara nazwa Łańcuta w tamtym okresie, brzmiała Landschut identycznie jak nazwa miasta skąd przybyli osadnicy. O cechach kolonii nie decydowała liczba niemieckich osadników, lecz monarcha i miejscowi władcy.

Także w późniejszym okresie, ludność niemiecka zachęcana przez miejscowych władców, napływała do miast Galicji. Mieli oni własne kościoły i swych kapłanów. Dla ciekawości powiem, że niektóre Polskie miasta, w tym Kraków, sprawiały wrażenie miast niemieckich. Przypomnę tu, że Kościół Mariacki w Krakowie początkowo należał do gminy niemieckiej. Na początku XVI wieku polscy rajcowie zaczęli domagać się spolszczenia kościoła. W 1537 roku Zygmunt I wydał edykt ograniczający niemieckie nabożeństwa do poobiednich. Także niektóre drewniane zabytki budownictwa sakralnego zaliczane są do pomników kultury niemieckiej z tamtego okresu. Należą do nich między innymi drewniane kościoły w Haczowie i Dębnie.

Z czasem niemieccy koloniści zasymilowali się z miejscową ludnością do tego stopnia, że zatracili swoją mowę i pismo, przejmując mowę i zwyczaje od rdzennej ludności. Określano ich mianem głuchoniemcy (taubdeutsche). Pozostawili po sobie spuściznę w języku polskim – liczne zapożyczenia. Dziś, mówiąc czy pisząc, nie zdajemy sobie sprawy, że posługujemy się zapożyczeniami z języka niemieckiego. Wyrazy te często traktujemy jak stare, polskie nazwy. Dla przykładu niektóre z nich. Średniowieczny rozkwit miast na prawie magdeburskim, a wiec niemieckim, zaowocował  takimi urzędniczymi stanowiskami jak; burmistrz, radny, kanclerz, wójt, sołtys,… Architektura miast wzbogaciła się o; krużganek, jarmark, rynek, szyld, grunt, rynsztok, handel, kiermasz, knajpa, szpital, plac, lamus. W domach mieszkalnych jest strych, rynny, furtki, ganek, wanna, wazon… Kuchnia zyskała szynkę, kartofle, brytfanny, chleb, cukier, sól, olej, knedle, Aby nie było za pięknie. Do naszej mowy weszły także nowe słowa pochodzące z języka niemieckiego; fałsz, gwałt, ofiara, plądrować, pręgierz, rabunek, szajs, szmalcownik, szpicel, szwindel, zaszlachtować, żołdak… Na koniec trochę niemieckich zapożyczeń z naszego, genealogicznego podwórka. W genealogii oprócz imion i nazwisk typowo niemieckich, często posługujemy się niemieckimi zapożyczeniami jak – szlachcic, herb, szwagier… Według naszego rodzimego językoznawcy dr Janusza Wróblewskiego, pierwsze nazwiska noszące przymiotnikową strukturę zakończoną na -ski pojawiły się na zachodzie, gdzie funkcjonowała administracja niemiecka. Niemieccy koloniści którzy przybywali do nas i asymilowali się z Polakami dokonywali dosłownego tłumaczenia zawodów i dodawali do nich końcówkę -ski, która tworzyła strukturę nazwiska. Dzisiaj nie sposób dowiedzieć się czy Młynarski to nie dawny Muller czyli młynarz, a Kowalski to nie potomek Szmieda czyli kowala.

Gorącą zwolenniczką kolonizowania biednych, zacofanych terenów Galicji była cesarzowa Maria Teresa – matka Józefa II. Akcje przeprowadzane przez nią, od jej imienia zwane były kolonizacją teresińską. Od wcześniejszych średniowiecznych akcji kolonizacyjnych, były znacznie lepiej zorganizowane, zalegalizowane prawnie i obejmowały w głównej mierze katolickich kupców i rzemieślników, którzy byli zachęcani do osiedlania się w galicyjskich miastach bez żadnych ograniczeń. Dla kupców i rzemieślników protestanckich, patent kolonizacyjny opiewał na cztery wyznaczone miasta; Lwów,  Jarosław, Zamość i Zaleszczyki. Koloniści niemieccy mieli duży wpływ na rozwój rzemiosła. Dzisiaj jeszcze w języku polskim funkcjonują niemieckie nazwy niektórych powszechnie używanych narzędzi. Z biegiem lat i ci niemieccy osadnicy ulegli asymilacji z miejscową polską ludnością.

Pierwsza w pełni udana, zaplanowana i przeprowadzona na znacznie większą skalę akcja mająca na celu zasiedlenie ludnością niemiecką terenów dawnej Galicji przeprowadzona była przez syna Marii Teresy, Cesarza Austro-Węgier, Józefa II. Stąd jej nazwa – kolonizacja józefińska. Nosiła ona już cechy obco narodowościowej ekspansji. Podpisany przez cesarza patent cesarski z 17 września 1781 roku, rozpoczął kolonizację Galicji na szeroką skalę włączając w nią oprócz dotychczasowego osadnictwa miejskiego także kolonizację rolniczą. Nieco późniejszy patent z listopada tegoż roku dopuszczał na terenach byłych ziem Polskich także osadnictwo protestantów. Kolonizując te tereny, Cesarz  zamierzał doprowadzić te biedne, słabo zaludnione tereny do stopniowego rozwoju. Chciał dobrze a wyszło jak zawsze. W kolejnych latach w śród rdzennej ludności nasilała się bieda, głód, pogorszenie sytuacji społecznej, zwłaszcza na wsiach i w konsekwencji Rzeź Galicyjska zwana także Rabacją lub Powstaniem Szeli.

Odrębnym okresem mającym największy, negatywny wpływ na postrzeganie całego procesu niemieckiej kolonizacji był okres zaborów oraz I i II Wojny Światowej. Głównie pod wpływem obu wojen w naszej świadomości zachowały się negatywne oceny osadnictwa niemieckiego. Nic dziwnego, bo niektórzy koloniści przyczynili się do wielu krzywd wobec swych sąsiadów. Przez nich niektórzy Polacy byli więzieni w obozach a dla wielu po burzy nie wzeszło już słońce. Koloniści brali też udział w łapankach i eksterminacji Polaków i Żydów. W woj. świętokrzyskim w okolicach  Łopuszna w Skałce Polskiej , 11 maja 1943 doszło do pacyfikacji wsi. Oddziały niemieckie wspierane przez uzbrojonych volksdeutschów spacyfikowały wieś. Mienie ofiar zagarnęli miejscowi  folksdojcze z sąsiedniego Antonielowa. Wieś spalono. Zamordowano wtedy 91 osób. Czas  goi rany? W końcu, nie takie rzeczy działy się nawet w najlepszych rodzinach.

Jerzy Wnukbauma

 

 

 

 

Bajki, bajanie i bajdurzenie.

Co robi dziadek gdy przypadnie mu opieka nad wnukiem? Nie wiem jak inni dziadkowie, ja wtedy oglądam z wnukiem bajki. Mam wtedy chwilę świętego spokoju. Zanim jednak osiągnę ten błogi stan ducha, muszę pogłówkować co włączyć, jaki kanał wybrać i jaką bajkę obejrzeć. Dzisiaj jest ogromny wybór, zarówno sprzętów na których można je oglądać jak i samych tytułów bajek. Gdyby mój dziadek dożył lat pięćdziesiątych i chciał oglądać ze mną w domu bajki, miałby do wyboru tylko rzutnik i klisze z bajkami. Taką namiastkę kina domowego zapamiętałem z dzieciństwa. Zgaszone światło, ekran na ścianie, siedzenie po turecku na podłodze, zadarta do góry głowa. Cisza jak makiem zasiał i głos ojca czytającego napisy. Dziwne. Zapamiętałem szczegóły a także kolor i kształt starego rzutnika, pamiętam zapach nagrzanego ebonitu z którego był on wykonany, lecz za cholerę nie pamiętam jakie wtedy oglądałem bajki. Tym bardziej dziwne, że wtedy wybór bajek był mizerny. Kilka czy kilkanaście zwiniętych w rulonik klisz w małych plastykowych pojemniczkach. Savoir vivre dla dzieci czyli „Opowiadania Pana Kamyczka” kojarzę z lat późniejszych –z lat siedemdziesiątych. Kinooperator i lektor pozostał niezmiennie ten sam. Zmienił tylko sprzęt na nowszy, dodał nowe tytuły bajek a widownię odmłodził o swych wnuków. W latach siedemdziesiątych nastąpił zmierzch diaskopów i przeźroczy. Wypierało je radio i telewizja zwiększając bloki programowe dla dzieci. W księgarniach pojawiły się też słuchowiska dla dzieci nagrane na długogrających, winylowych płytach.

 

Dzisiaj wnukowi włączam telewizor lub komputer i szukam kreskówek. Lubi „Pingwiny z Madagaskaru”. Wstyd się przyznać, ale gdy je pierwszy raz oglądałem, nie mogłem doliczyć się jednego z tytułowych bohaterów. Coś mi się w tej kreskówce nie zgadzało. Widziałem cztery animowane postacie w elegancko skrojonych frakach. W uszach słyszałem cztery różne głosy aktorów dubingujących kreskówkowych bohaterów, a z dialogu wynikało, że jest ich tylko trzy: Skipper, Rico i szer. Kowalski. Ja poniał, gdy obejrzałem kolejny odcinek. Przeczytałem napisy lecące na początku filmu i odtąd już wiem kto jest kim. Jak się czyta to się wie. Gdybym miał powiedzieć którą z filmowych postaci lubi mój wnuk,  bez wahania powiedziałbym – Król Julian! Tak! Ogoniasty jest niepowtarzalny i wyjątkowy. W oglądanym dziś odcinku lemurreksa zaciekawiła literacka twórczość Marlenki. Wyrwał jej zeszyt z poezją, przeczytał i zaopiniował  – Podoba mi się to. Rozkazuję, że my też tak będziemy. Maurice weź kartkę. Czuję, że rozsadzają mnie koncepcje. Aż mnie telepie z tej ekscytacji”.

 

Kiedyś i mną zatelepało z ekscytacji i postanowiłem przelać swą wiedzę o rodzinie na papier. Marzyło mi się napisanie sagi. Dlaczego napisanie rodzinnej opowieści a nie czegoś skromniejszego, zgodnego z genealogicznym zainteresowaniem? Byłoby prościej i dzieło żyło by już swoim życiem, a tak męczę się i końca jego nie widać. Dlaczego? Dlatego iż uważam, że najokazalsze wywody przodków i drzewa genealogiczne bez komentarza, są milczącą kroniką rodu. Rozrysowane na papierze diagramy drzew z czytaniem nie mają nic wspólnego. Czegoś im brak. To, że i moje dzieło jest nieme zauważyłem po moich „widzach”, którym podsuwałem wykonaną przeze mnie genealogiczną spuściznę. Za każdym razem miałem odczucie mniejszego nimi zainteresowania niż były moje oczekiwania. Nie rzucały na kolana. Były jak wyświetlane na ścianie ilustracje bajek z dzieciństwa lub stare nieme filmy. Te pierwsze ożywiał cichy głos lektora, emocji tym drugim dostarczała gra kinowego grajka. Wyjaśnianie za każdym razem kto jest kim w drzewie genealogicznym było kłopotliwe. Zabawiam się więc w stukającego w klawisze tapera.

 

Tworzyłem w wolnych chwilach. Pisałem i odkładałem swoje notatki. Rwałem zapiski i dokładałem nowych uwag. Dużo czytałem, uczyłem się, analizowałem, wyciągałem wnioski i zapisywałem uwagi. Czasem wpędzałem się w maliny. Łatwiej było mi pisać o współczesnych członkach rodziny. Szło jak po maśle. To zrozumiałe. Znałem ich, żyłem wśród nich i wiem co mam o nich pisać. Ponadto mam do nich silne i jednoznaczne uczucie – za życia kochałem ich, kocham ich nadal gdy już odeszli. Swoim życiem zasłużyli na moją miłość i na garść ciepłych słów skierowanych do potomnych. No dobrze, ale co pisać w przypadku zagłębiania się w czasie? Co pisać o pradziadkach po których pozostały tylko zapisy w archiwalnych księgach? Z krótkich akt urodzeń, małżeństw i zgonów wielu rzeczy się nie dowiem. Wielu rzeczy trzeba się domyślać i umiejscawiać w historycznych realiach. Ksiądz nie wpisywał bądź rzadko wpisywał szczegóły. W archiwalnych księgach nie ma gotowej odpowiedzi jak żyli, jakimi byli ludźmi. Ode mnie zależało co napiszę. Czy popuszczę wodzę fantazji czy będę trzymał się szczegółów i prawdy historycznej? Coraz częściej po napisaniu kilku słów o prapradziadach, zapiski zaopatrzone w znaki zapytania odkładałem do szuflady. Całość była niejednolita tematycznie i literacko. Ich scenariusz mógłby co najwyżej  posłużyć na nakręcenie Polskiej Kroniki Filmowej. Powoli zacząłem wątpić w siebie a dalszą realizację rodzinnej sagi odkładać na bliżej nieokreślony termin. Pisałem rzadziej i wyłącznie dla własnego użytku, do akt i do szuflady.

 

Podczas porządkowania dokumentów wyciągnąłem z szuflad kilka ryz zapisków. Rzadko do nich sięgam bo nie mam w zwyczaju katować się swą „tfurczością”. Nazbierało się tego. Czego tam nie było. Sporo miejsca wśród makulaturowego miszmaszu zajmuje genealogia. Już ożywiona moim komentarzem. Są też rymowanki na różne okoliczności; wiersze z okazji narodzin wnuków, epitalamia na cześć młodych par, poezja żałobna. Sporą część zajmują; kalendarium wydarzeń z życia osobistego i politycznego, rodzinne zdjęcia opatrzone uwagami, komentarze, bajki dla dzieci i dorosłych, opowiadania, anegdoty… Wyciągnąłem papierzyska z zamiarem ich segregacji. Położyłem je na regale i wyszedłem do pracy. W czasie mojej nieobecności stosem papierów zainteresowała się moja Muza u której mam wikt i opierunek. Przejrzała i przeczytała. Po powrocie spytała mnie co zamierzam z tym zrobić bo wyszła mi niczego sobie sylwa. Sprawdziłem w encyklopedii czy mnie nie obraża. Przeczytałem co to jest sylwa. Postanowiłem mój ogród wspomnień pozostawić w spokoju w szufladzie. „Dzieło” zostało docenione i muszę go teraz chronić. Oglądam więc z wnukiem bajki. Nie uczę go malowania i wycinania. Nie wprawiam w sztuce orgiami. Nie pokazuję mu jak robi się papierowe samolociki i okręty. W ten sposób zmniejszam ryzyko, że moje dzieło spłynie do kanału lub ulegnie defenestracji.

Jerzy Wnukbauma

 

Autor: Jerzy Użyczak