Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę.

Walecznych tysiąc opuszcza Warszawę

Przysięga klęcząc; naszym świadkiem Bóg

Z bagnetem w ręku pójdziem w świętą sprawę

śmierć naszym hasłem niechaj zadrży wróg.

I dobosz zagrzmiał już sojusz zawarty

z panewką próżną idzie w bój pułk czwarty.

Julius Mosen

Przeglądając porozrzucane po licznych księgach parafialnych akty moich krewnych, natrafiłem na akt małżeństwa mojej pierwszej kuzynki w czwartym pokoleniu, wnuczki mojego 4x pradziadka. Było to jej drugie małżeństwo. Od niespełna roku, dokładniej …”od 25 lutego roku ubiegłego wdowa po żołnierzu wojsk polskich pułku dwudziestego piechoty liniowej, poległym w batalii pod Grochowem.” Jak chłonny wiedzy studenciak sprawdziłem co na temat bitwy mówią wszechwiedzące Google. Przypomniałem sobie wiedzę o powstaniu listopadowym i o bitwie pod Olszynką Grochowską. Gdy zaspokoiłem swoją wiedzę, pozostała ciekawość – skąd w 1832 roku, kilka miesięcy po bitwie o Olszynkę Grochowską moja pra…kuzynka wiedziała, gdzie walczył i poległ jej mąż.

 

Strategia i taktyka dawnych walk, polegała na zaangażowaniu jak największej ilości wojska i dążeniu do rozstrzygnięcia konfliktów w decydującej bitwie. Drogą do zwycięstwa było wykrwawienie się przeciwnika. Ludzkie życie nie miało wartości. Pojedynczy żołnierz był bezimiennym graczem i nie znaczył nic. Liczyły się rzucane do boju masy „armatniego mięsa”. Po bitwie, świadectwem rozegranych dramatów, były liczne masowe groby rozsiane na szlakach ofensyw. Kryły one anonimowych uczestników walk. Po wsiach i miasteczkach do których nie powróciło kilkudziesięciu lub kilkuset ich mieszkańców stawiano symboliczne mogiły. Zbyt wielu poległych nie miało swojego grobu. Ich ciał nie odnaleziono lub nie zidentyfikowano. Symbolem ich losów są groby nieznanego żołnierza. Te jednak bardziej upamiętniają miejsca stoczonych bitew, niż przywołują ich bohaterskich uczestników. Z czasem zmieniła się strategia i taktyka walk. Po rewolucji technicznej, do dyspozycji armii stanęła rzesza naukowców; konstruktorów, inżynierów, mechaników, chemików, fizyków… Do ich pomocy oddawano nowoczesne laboratoria i instytuty naukowe. Wszechobecne w armii konie, zastąpiono nowoczesnymi środkami transportu. Zapotrzebowanie w paliwo i na surowce strategiczne stało się jednym z głównych działań do ich pozyskiwania. To z kolei spowodowało wytyczanie nowych obszarów w konfliktach zbrojnych. Żołnierzy zaczęto wyposażać w znaki tożsamości – nieśmiertelniki.

 

Nieśmiertelniki, identyfikatory żołnierzy w razie ich śmierci, lub zranienia, zostały wprowadzone dość niedawno. W Polsce zostały wprowadzone po Bitwie Warszawskiej rozkazem z dnia 22.12.1920 roku. Rozkaz ten nakazywał zaopatrzenie w nieśmiertelniki każdego żołnierza i zobowiązywał ich do jego noszenia w czasie wojny (po mobilizacji). Od tego czasu zmieniały się zarówno ich wzory jak i materiały z których je wyrabiano. Niezmiennym jest fakt, że noszący je człowiek-żołnierz jest bezimiennym numerem w machinie wojennej, opętanych manią wielkości szaleńców. Nieśmiertelniki nie stanowią też żadnej gwarancji, że wygrywający wojnę będzie przestrzegał międzynarodowych umów i będzie zainteresowany ustaleniem tożsamości  poległych żołnierzy. Dowodem są liczne przykłady niemieckich i sowieckich władz okupacyjnych, a także rodzimych, powojennych władz komunistycznych, które skupiały się na wyłapywaniu i mordowaniu pozostałych przy życiu żołnierzy. Niechęć okupantów a później komunistów przyczyniły się do tego, że do dziś niewiadomo ilu żołnierzy poległo, oraz kto i gdzie zginął. Dziś wątpliwa jest także szansa jaka pojawiła się ostatnimi czasy. Badania DNA. Jest zbyt kosztowna, a czas nieubłagalnie płynie i robi swoje.

 

W świetle powyższego uzasadniona była moja dociekliwość – skąd w 1832 roku moja pra wiedziała, że  poległ jej niedawno poślubiony mąż i na dodatek skąd umiała dokładnie wskazać gdzie i kiedy zmarł?  Nie była w tym odosobniona. Takich jak ona wdów było tysiące kobiet. Część z nich o śmierci mężów dowiadywała się od ich towarzyszy broni którzy mieli szczęście przeżyć i powrócić do domu. W jej przypadku sprawa też była prosta. By powtórnie wyjść za mąż poruszyła niebo i ziemię by udokumentować fakt śmierci swojego męża. Odszukała dwóch świadków jego śmierci. Złożyła w Sądzie Królestwa Polskiego prośbę o uznanie go za zmarłego. Po uznaniu go za poległego w bitwie, dostała pozwolenie na ponowne małżeństwo. W akcie jej drugiego małżeństwa, ksiądz przy jej nazwisku zapisał – …”od 25 lutego roku ubiegłego wdowa po żołnierzu wojsk polskich pułku dwudziestego piechoty liniowej, poległym w batalii pod Grochowem.” Jak widać zarówno przynależność wojskowa jak i miejsce stoczonej bratali nie były tajemnicą wojskową. Od 31 stycznia 1832 roku powtórnie została mężatką, a wkrótce matką ośmiorga dzieci, w tym trójki przyszłych żołnierzy. O jej pierwszym mężu pisali niemieccy (Polenlieder) i francuscy poeci i pisarze wychwalając męstwo żołnierza polskiego. Z tego czasu w Polsce najbardziej znany jest wiersz Juliusa Mosena, którego przetłumaczone na język polski słowa posłużyły  do skomponowania pieśni o powstańcach listopadowych – „Walecznych tysiąc”. Waleczność jej synów i wnuków opiewali inni, m.in. szwedzka hardrockowa grupa Sabaton. Rodzimi w tym czasie poprzestali na słowach krytyki pod adresem dowódców, popełnionych przez nich błędów taktycznych, rozbudzonych nadziejach, bezsensowności walki. Bo my potrafimy komplikować swoje życie doszukując się Bóg wie czego w powodzie naszych klęsk. Stąd powiedzenie – Mądry Polak po szkodzie. Warto pomyśleć przed szkodą.

Jerzy Wnukbauma.

 

Rolnik szuka żony.

Daleki jestem od postrzegania wsi jako pięknej, błogiej i cichej mieściny. Wyidealizowanej, pełnej szczęścia, miodem i mlekiem płynącej krainy, którą zewsząd otacza wszechobecna przyroda. Miejsca dającego wrażenie beztroski, pojednania z naturą i poczucie wewnętrznej, duchowej równowagi. Z punktu widzenia „odwiecznego” mieszczucha nawet współczesna mi rozwijająca się, powojenna wieś jawiła mi się raczej jako skupisko wszechobecnej nędzy i ubóstwa. Wylęgarnia przesądów i zabobonów nierozerwalnie związanych z porami roku i towarzyszącym im cyklem ludowych obrzędów. Hamulcowym przemian. Zapieckiem w którym ubiegający czas regulowało gdakanie kur i pianie koguta. To swoje mieszczańskie spojrzenie na polską (i nie tylko) wieś zmieniłem wraz z poznawaniem moich korzeni. Korzeni wywodzących się de facto ze wsi. Artykuł dedykuję wszystkim moim i mojej żony przodkiniom.

Jest jednak coś co podoba mi się na wsi. To uprzywilejowana pozycja chłopa. Patriarchat.  Układ społeczny dający mężczyźnie pozycję i władzę. Chłop potęgą jest tu i basta. Od żony wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Za najdrobniejszą niesubordynację miał ją prawo bić ilekroć uznał to za stosowne. Uprzywilejowana pozycja mężczyzny jako głowy rodziny była widoczna także podczas prac polowych. Chłop bronił się od zginania karku oraz robót związanych z bezpośrednim kontaktem z matką ziemią. Te prace wykonywały kobiety. Żęcie sierpem, zbieranie pokosów zboża, wykopki, plewienie chwastów, to należało do zakresu obowiązków kobiet. Do mężczyzn należała orka, siew i kośba. Podziałowi na męskie i babskie zajęcia podlegał także podział prac w chłopskiej chałupie  i zagrodzie. Do chłopa należała opieka nad zwierzętami pociągowymi (konie, woły). Kobiety doglądały; krów, świń, owiec i ptactwa. Pieliły i uprawiały przydomowe ogródki. Utrzymywały czystość w chacie, piekły, gotowały, myły naczynia, prały, opiekowały się dziećmi, przędły, szyły, czyściły buty i odzież… Nachodziły się od stołu do kuchni, od studni do garnków, od koryta do koryta, nazginały się karków, nadźwigały, a wieczorem gdy dzieci i gospodarz znużony pracą poszedł spać; przędły, szyły, cerowały, prasowały, odmawiały pacierz i ostatnie kładły się spać.  Choć czas pracy wieśniaczek był znacznie dłuższy od czasu pracy ich mężczyzn i tak ich domowe zajęcia uznawane były za mniej wartościowe i znacznie lżejsze od męskich prac gospodarskich.

Praca w wiejskim gospodarstwie zaczynała się wcześnie rano. Według Kolberga o „godzinie 3ciej lub wpół do 4tej wstają ludzie po wsi”. Tak wczesna pora pobudki wymuszona była przez wygłodniałe zwierzęta w stajniach i oborach.  Powszedni dzień gospodarze zaczynali od odmawiania pacierza. Po porannej modlitwie chłop rąbał drzewo, rżnął sieczkę dla bydła i szedł w pole, lub na robotę do pana. W tym czasie jego żona doiła krowy, ścieliła bydłu, wyrzucała spod niego gnój, podrzucała mu siana. Z ciężkim skopem mleka wracała do chałupy, rozpalała ogień, szła po wodę, gotowała strawę i zanosiła ją mężowi w pole. Po powrocie do domu miała wolny czas dla siebie. W tym czasie przynosiła wodę ze studni, zmywała naczynia, sprzątała, przędła, sporządzała odzienie, naprawiała go lub szyła nowe. Raz lub dwa razy w tygodniu szła do rzeki i okładała kijankami pranie. Później przebierała kaszę, łuskała groch, szatkowała kapustę, gotowała obiad, szła go zanieść mężowi na pole. W powrotnej drodze do domu rwała trawę dla bydła i pokrzywy dla świń, ładowała to wszystko do chusty i obładowana wracała do domu. Szła po wodę, myła naczynia i garnki, podsypywała ziarna ptactwu, darła pierze, gotowała kolację. Gdy wrócił chłop i zjadł kolację, myła naczynia. Choć była zmęczona zasiadała do żaren i mełła w nich ziarna. To wtedy od swojego chłopa słyszała – „Daj ja pobruszę, a ty poczywaj”. Szła odpocząć bo czekała ją jeszcze inna praca. Z chłopem. Nie zaprzątali sobie głowy próżną gadaniną. Przez szereg lat przekazywała jego geny wydając na świat liczne potomstwo – męskie na obraz i podobieństwo chłopa, żeńskie na wzór i kontynuację jej losu.

Dzisiejsza kobieta wiejska łączy tradycję z nowoczesnością, bo dzisiejsza wieś jest całkowicie inna. Trochę taka jak ta przedwieczna: piękna, cicha, sielska. To w końcu przecież jest wieś. Z drugiej strony dostrzegam jej pauperyzację, hektary nieużytków, odchodzenie od tradycyjnych metod hodowli i produkcji. Kobiety już nie siadają pobruszać. Bo chleb produkuje się przecież w piekarni.

Jerzy Wnukbauma

Wsi spokojna, wsi wesoła.

Gdy przyszedł czas na zrobienie wywodu przodków mojej żony, zgodnie z tym co podają wszystkie genealogiczne podręczniki, zacząłem od siebie. Lecz zanim zidentyfikowałem się w drzewie jako probant, sięgnąłem do podręczników i przypomnienia sobie nie tak odległej historii świętokrzyskiej wsi.  Historii którą pisali rodzice i dziadkowie mojej żony.

Wsi wesoła, wsi spokojna,

Byłabyś bogata, ale przyszła wojna.

Ludobójcze plany wyniszczenia ludności polskiej i eksploatacji terenów Polski, zostały opracowane na długo przed rozpoczęciem II Wojny Światowej. Plany te powstawały na biurkach oraz sztabowych mapach obu najeźdźców ziem polskich i były przez obie strony szczegółowo koordynowane. Podpisanie Paktu Ribbentrop-Mołotow sfinalizowało ten zdradziecki układ. Po napaści Niemiec i ZSRR na Polskę i po zdławieniu wszelkich przejawów życia narodowego, zaczęło się wdrażanie przez okupantów planów unicestwienia Polski. Zakładały one wymordowanie polskich elit, ujarzmienie Narodu Polskiego, a później stopniową jego depopulację i zaludnienie terenów Polski przez kolonistów niemieckich i sowieckich. Sowieckich, bo na Kresach występował podobny schemat, lecz ten przebiegał pod hasłem wkroczenia Armii Czerwonej w celu „udzielenia pomocy bratnim narodom”.

Od chwili wkroczenia na tereny Polski, armia niemiecka prowadziła wojnę totalną wobec podbitego narodu. Już w pierwszych dniach wojny frontowe oddziały Wermachtu dopuściły się licznych mordów na wziętych do niewoli jeńcach wojennych oraz na ludności cywilnej. Władza Wermachtu trwała do końca października 1939 roku. Później armia przekazała pełnię władzy niemieckiej administracji cywilnej. Tereny Polski nie przestały być świadkiem gwałtownych wstrząsów. Policja i żandarmeria stosowały przemoc na ludności cywilnej bez względu na wiek i płeć. Na kilka lat, terror i przemoc stały się metodą rządów.

Oracz pługiem zarznie w ziemię,

A okupant polskie plemię.

W latach okupacji podbite ziemie polskie traktowane były przez okupantów jako olbrzymi obóz pracy, eksploatacji, wyzysku i grabieży. Stosowanie represji na ludności wiejskiej oprócz zastraszania i wymuszania posłuszeństwa miało także na celu realizację nałożonych przez okupanta na polską wieś obowiązków kontyngentowych. Wszystkie wsie zostały objęte obowiązkowymi dostawami żywności, świadczeniem przymusowej pracy na rzecz Niemców – wysyłka na roboty do III Rzeszy, szarwarki, podwody. Kontyngenty narzucane i co roku zwiększane przez okupanta, nierzadko przewyższały zebrane plony. Podczas odbioru obowiązkowych dostaw płodów rolnych, Niemcy dopuszczali się  oszustw celowo rozkalibrowując wagi lub określając na oko rekwirowane worki ze zbożem np. za metr oddanego zboża wpisywano 75kg. Przeciwko wsiom niewywiązującym się z obowiązkowych dostaw urządzano wyprawy karne. Za niewywiązywanie się z obowiązkowych kontyngentów groziły konfiskaty, pobicia, więzienie, karne obozy, wywózka do obozów koncentracyjnych i nierzadko śmierć. Takie same kary groziły za pokątny ubój zwierząt hodowlanych.  Niemcy z czasem podwyższyli i tak wielkie obciążenia kontrybucyjne, których rozmiary przekraczały możliwości gospodarstw chłopskich. Taka eksploatacja ekonomiczna doprowadziła do znacznego zubożenia ludności wiejskiej. Jak podają polskie źródła, na ziemiach włączonych do III Rzeszy tylko do lutego 1942 roku skonfiskowano Polakom blisko 900 tys. gospodarstw rolnych o łącznym obszarze 9.2 mln ha. W kolejnym 1943 roku w GG skonfiskowano 800 tys. gospodarstw. Z okupowanych ziem zrabowano i wywieziono w głąb Rzeszy miliony ton zboża, ziemniaków i innych płodów rolnych. Sowiecka polityka w stosunku do Polaków na zagarniętych wschodnich ziemiach różniła się od tej jaką stosował okupant niemiecki. Tu dominowały czystki etniczne. Wypędzoną ze swej ziemi ludność polską, wywożono bezpowrotnie na przymusowe roboty do sowieckich łagrów. Uwięzieni w rozsianych po całym ZSRR gułagach Polacy, stanowili tanią siłę roboczą.

Gdy się z Niemcem rozprawiemy,

komin w koło obsiędziemy.

Wobec polityki okupantów, chłopi polscy nie stali bezczynnie. Niepokorność chłopska uwidoczniła się na samym początku wojny. Kilka miesięcy po jej wybuchu, w 1940 roku na ziemiach polskich istniało już ok. 200 organizacji podziemnych. Znaczną siłę, drugą co do wielkości, stanowiły oddziały Chłopskiej Straży. Wiosną 1941 roku przemianowanej na Bataliony Chłopskie. W 1944 roku BCh  liczyły ok. 160tys żołnierzy. Głównym jej celem była obrona ludności polskiej przed nasilającym się terrorem oraz eksploatacją gospodarczą. Około 80% sił partyzanckich BCh koncentrowało się w okręgach; kieleckim, lubelskim i krakowskim. Na terenie dawnego województwa kieleckiego działał III Kielecki Okręg Batalionów Chłopskich. Ich najsłynniejszymi akcjami były; dwukrotne rozbicie więzienia w Pińczowie, utworzenie Republiki Pińczowskiej, zwycięskie starcie pod Słupią w pow. buskim z niemiecką 17 Dywizją Pancerną, oraz walki o wyzwolenie Skalbmierza oraz walki o utworzenie przyczółka baranowsko-sandomierskiego. BCh pozostały oddziałami zbrojnymi polskiego ruchu ludowego do końca II wojny, do 1945 roku.

Chwała Bogu, że te kraje

niosą insze obyczaje.

Odwaga i waleczność żołnierzy rekrutujących się z Ziemi Kieleckiej uwidoczniła się tuż po wybuchu II Wojny Światowej. Z tej ziemi pochodził garnizon w dniach 1-7 września 1939 roku broniący  Westerplatte. Skapitulował gdy brakowało im amunicji. Na początku wojny cała Ziemia Kielecka stała się kolebką ruchów partyzanckich. Duże zalesienie terenu, jego górzyste ukształtowanie, trudno dostępne miejsca, oraz duża koncentracja rozbitych i zaskoczonych klęską wrześniową polskich oddziałów wojskowych spieszących na pomoc Warszawie, sprzyjały działalności podziemnej na tym terenie. Lasy kielecczyzny stały się azylem dla różnej maści partyzantów. Tu walczył i ukrywał się ze swym oddziałem pierwszy partyzant II wojny mjr Henryk Dobrzański „Hubal”. Tu działały oddziały; „Jedrusi”, Ponurego, Barabasza, Nurta, Szarego, „Wybranieccy”, Brygada Świętokrzyska NSZ, BCh, AK, GL(AL). W końcowych latach wojny walczyły tu także oddziały partyzantki radzieckiej przerzucane za linię frontu w celach dywersyjnych i wywiadowczych. Świnia Góra, Szewce, Gruszka, Wykus to tylko nieliczne, najbardziej znane miejsca na których oddziały partyzanckie stoczyły bitwy z wojskami niemieckimi.

Bodaj wszytkich mąk skosztował,

kto na nas wojsko szykował.

Pierwsze represje ze strony Niemców dotknęły ludność Polską już na początku wojny, we wrześniu 1939 roku. Szybko postępujące w głąb kraju wojska niemieckie, przekonane przez swoją propagandę o napotykaniu na aktywny i masowy udział ludności cywilnej przeciwko nim, wpadały w psychozę i mściły się na wziętych do niewoli żołnierzach polskich i ludności cywilnej. Zjawisko to dobrze charakteryzuje pierwsza  masowa zbrodnia na wziętych do niewoli jeńcach wojennych w Ciepielowie. Dnia 8 wrz.1939 roku rozegrała się tu walka między żołnierzami 74 Pułku Piechoty z Lubania Śląskiego a żołnierzami niemieckiego 15 Pułku Piechoty. Polskie oddziały walczyły dzielnie, wciągając Niemców w zasadzkę i początkowo odnosząc przewagę, jednakże nie mając żadnego wsparcia zostały otoczone i musiały skapitulować. Rozbrojonym i wziętym do niewoli żołnierzom polskim Niemcy kazali się rozebrać, pozostawiając ich tylko w bieliźnie. W ten sposób pozorowali, że zostali zaatakowani przez oddział cywilnych bandytów. Rozebranych jeńców pognali w las, uszeregowali przy drodze wzdłuż rowu i rozstrzelali. Wkrótce do Niemców dotarło, że dla honoru żołnierza większym wstydem jest być pokonanym przez cywilną bandę, niż przez regularne oddziały wojskowe. Zaczęli po sobie usuwać wszelkie ślady naruszenia prawa wojennego i reguł konwencji haskiej. Do 1950 roku zbrodnia ta była zapomniana i żyła tylko w pamięci nielicznych mieszkańców Ciepielowa. Ujrzała światło dzienne po otrzymaniu anonimowego niemieckiego maszynopisu w którym ze wszystkimi szczegółami opisana była historia potyczki Niemców z Polakami. Do maszynopisu noszącego formę żołnierskiego pamiętnika, dołączone były czarnobiałe zdjęcia przedstawiające egzekucję 300 polskich żołnierzy.

Rzeczywiste i domniemane sukcesy Wojska Polskiego, rzekome i prowokowane przez niemieckie bandy napady polskich cywilów na żołnierzy Wermachtu, a także liczne donosy, sprawiały że wkraczające wojska frontowe dokonywały pacyfikacji wisi paląc, wypędzając lub mordując jej mieszkańców. W późniejszym okresie okupacji wieś świętokrzyską spotykały innego rodzaju liczne represje; za współpracę i pomoc partyzantom, za nieprzestrzeganie narzuconych nakazów i zakazów, za chłopską niepokorność, stawanie w obronie swojego mienia. Po „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”, hitlerowskie obozy koncentracyjne zapełniły się wywożonymi na pewną śmierć Żydami oraz Polakami podejrzanymi o udzielenie takiej pomocy. Osoby dające schronienie lub w inny sposób udzielające pomocy Żydom, były na miejscu zabijane lub palone żywcem. W grudniu 1942 roku za udzielanie pomocy Żydom, żywcem spalono rodzinę Kowalskich w Ciepielowie, leżącym w dawnym woj. kieleckim.

W 1943 roku nasiliły się represje związane z działalnością partyzancką. W odwecie za pomoc żołnierzom podziemia spacyfikowano i wymordowano mieszkańców Michniowa i Skałki Polskiej. W rodzinnej parafii mojej żony, oraz w sąsiadujących z nią gminami, niesławą okrył się 62 pluton żandarmerii zmotoryzowanej dowodzony przez Alberta Schustera. Dopuścił się on licznych przestępstw na ludności cywilnej Kielecczyzny. Wśród jego ofiar znalazł się wujek mojej żony. Jego nazwisko znajduje się na tablicy pamiątkowej poświęconej parafianom Nowej Słupi, którzy oddali życie za wiarę i za ojczyznę. A. Schuster jako jeden z niewielu hitlerowskich zbrodniarzy, doczekał się zasłużonej kary. Skazano go na karę śmierci. Wyrok wykonano.

Wrócąć sie i dobre lata,

Jeszczeć nie tu koniec świata.

W czasie hitlerowskiej okupacji wieś polska zapewniała możliwość schronienia i przetrwania osobom wysiedlonym i wypędzonym. Była ostoją dla jeńców, uciekających więźniów i Żydów. Tu były zakonspirowane schronienia dla odpoczywających i leczących swe rany partyzantów. Tu miała schronienie, pracowała i ukrywała się inteligencja. Chociaż ludność wiejska sama cierpiała głód, chłopski solidaryzm umożliwiał organizowanie pomocy głodującym miastom i walczącym oddziałom partyzanckim. Na barkach chłopów spoczywał ciężar: wyżywienia narodu i czynnej walki przeciwko okupantowi. ŻYWIĄ I BRONIĄ. Ta dewiza kościuszkowskich kosynierów przetrwała w chłopskiej tradycji i w ich genach do dzisiaj. Po wyzwoleniu polskim chłopom starano się narzucić i stopniowo wprowadzić obcy system gospodarczy wzorowany na sowieckich rozwiązaniach. Z tej lekcji historii chłopi wyszli zwycięsko. Byli i są przykładem patriotyzmu i walki o zachowanie polskości.

Jerzy Wnukbauma

Hoc erat in votis

Tego sobie właśnie życzyłem; trochę ziemi,

dom i ogród z wiosną pod rękę.

fragm. „Satyry”. Horacy

Przed ponad dwoma tysiącami lat marzeniem Horacego był; własny mały skrawek ziemi, na nim dom i ogród, a w pobliżu mały las i tryskające czystą wodą źródełko… Wkoło kwitnąca wiosna, cisza i spokój. Sielskość, anielskość. Marzenia Horacego w zasadzie nie różnią się od moich pragnień oraz żądz współczesnego zjadacza chleba. By ten cel osiągnąć, jesteśmy gotowi na wiele wyrzeczeń. Mały domek na wsi w miłej, spokojnej okolicy, w odległości około pół godziny samochodem od miasta, jest osiągalnym marzeniem dla coraz większej grupy osób. Dom na wsi to istna oaza spokoju dla niemałej rzeszy ciężko spracowanych nuworyszy. Dom jest także pierwszym warunkiem jaki stawiany jest mężczyźnie po założeniu rodziny. Później już tylko; spłodzić syna i posadzić drzewo. To żywe, dające cień, rozłożyste, zielone. Dąb, lipę jabłoń. Mnie taka sielska cisza i spokój dopinguje do zadbania o inne drzewo – drzewo genealogiczne.

Chociaż jestem niepoprawnym mieszczuchem, horacjański model życia zawieszenia między miastem i wsią, na mnie też działa. Nie mam tak daleko idących jak Horacy wygórowanych ambicji o własnym ranczu. Zbudowałem dom, spłodziłem syna, posadziłem drzewo i wystarczy. Starych drzew już się nie przesadza. Wystarczy mi tylko cisza i święty spokój. Moje marzenia dotyczą innych doznań. Od kilku lat pragnieniem moim jest naładowanie swoich akumulatorów w jakimś odludnym, cichym letnisku na nadwiślańskim Urzeczu. Z dala od miasta, zgiełku, ludzi… Tylko ja, żona i prześcigający się w dogadzaniu nam właściciele agroturystycznego ośrodka. Mój sen kończy się zazwyczaj na tym, że wschodzi słońce i nad horyzontem zaczynam dostrzegać górujące; PKiN i warszawskie drapacze chmur. Póki co „jestem w Rzymie i robię to, co robią wszyscy Rzymianie”.

Do niedawna wielkim moim marzeniem było zdobycie zdjęcia dziadka. Pragnąłem zobaczyć jak wyglądał, żył, mieszkał mój ojczysty dziadek. Byłem święcie przekonany, że ktoś z potomków jego licznych sióstr i braci zachował choćby najmniejszą dowodową fotkę podarowaną przez dziadka komuś bliskiemu „na wieczną pamiątkę”. Po cichu liczyłem na to, że zachowało się choćby jedno jedyne zdjęcie z przedwojennych rodzinnych uroczystości na których był mój dziadek. Dałem temu wyraz w felietonie zamieszczonym pięć lat temu w artykule – „Królestwo za dziadka”. Pisałem w nim, że poruszyłbym niebo i ziemię by zobaczyć nawet jego domniemany portret. Wreszcie doczekałem się. Niebo uchyliło się i spadła mi prosto z niego daleka, lecz bliska memu sercu kuzynka. W jej rodzinnych albumach nie tylko znajduje się rodzinne ujęcie na którym jest mój dziadek. Bezcenną fotografią jest też rodzinne zdjęcie na którym uwieczniona jest moja prababka z czwórką swoich dzieci. Hoc erat in votis. O to się modliłem! I w końcu zostałem wysłuchany.

Hot erat in votis. O to się modliłem. Od lat korzystam z internetowych zasobów genealogicznych, lecz dziś coraz częściej dane mi jest powtarzać za Horacym, że zostałem wysłuchany. W moim ojczystym, niekoniecznie w jego języku i często nawet nie zdając sobie sprawy, że był, żył i tworzył Flakkus zwany Horacym. Nie pamiętając o tym że cytuję już niegdyś zapisane słowa. Znajdując w internetowych genealogicznych  bazach danych co rusz to nową duszyczkę, na usta ciśnie mi się – Oto się modliłem. Tego pragnąłem. Dzięki sporej grupie fotografujących i indeksujących księgi parafialne, moim podziękowaniom wznoszonym ku Niebu nigdy nie ma końca. Co rusz przybywa nowych rekordów i w sieci pojawiają się nowe zindeksowane akty. Moim cichym marzeniem jest by odwiedzający portale genealogiczne i korzystający z usług indeksujących mieli na uwadze inne łacińskie powiedzenie – hodie mihi, cras tibi. W znaczeniu – dziś ktoś tobie, jutro ty komuś.

Jerzy Wnukbauma.

Uczta Baltazara

Król Baltazar urządził dla swoich możnowładców w liczbie tysiąca, wielką ucztę i pił wino wobec tysiąca. Gdy zasmakował w winie rozkazał przynieść srebrne i złote naczynia, które jego ojciec zabrał ze świątyni, aby mogli z niego pić król, oraz jego możnowładcy, jego żony i nałożnice. Pijąc wino wychwalali bożków…

W końcu doczekałem się emerytury. ZUS nie miał prawa powiedzieć mi NIE! Mam już gotowe plany na nową drogę życia. Co będę robił? Odpowiem tak, jak odpowiadam na to pytanie moim znajomym – Nadszedł czas kupić kilka butelek wina, zaprosić moich przodków pochodzących od Kołodzieja – w liczbie około tysiąca. Pousadzać ich za stołem zgodnie z hierarchią. Zasmakować się w winie, wsłuchiwać się w to, co mają mi do przekazania traktujące o nich archiwalne dokumenty. Poznać jak najwięcej sekretów moich pradziadów. Później posprzątać cały bałagan po uczcie. Poskładać wszystko, poszufladkować i spisać sagę rodu. Przelać wiedzę na papier, bo pamięć mam ulotną. Przekazać wszystko potomnym, żeby później nie było – a dziad wiedział, nie powiedział, a to było tak.

W tej chwili ukazały się palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego pałacu. Zakrzyknął król by wprowadzono wróżbitów, Chaldejczyków i astrologów. Zwrócił się do mędrców babilońskich i rzekł – Każdy kto przeczyta to pismo i wyjaśni mi je, ma być odziany w purpurę i złoty łańcuch na szyi i ma panować w moim kraju jako trzeci.

Jeszcze kilka lat temu byłbym niezmiernie wdzięczny za pojawienie się czyjejś niewidzialnej ręki, która nakreśliłaby mi cały mój wywód przodków. Prawdopodobnie jeszcze kilka lat temu musiałbym skrzyknąć też wszystkich; wróżbitów, Chaldejczyków i astrologów, żeby zrozumieć uczonych w piśmie genealogów. Trochę z przekonania a trochę ze skąpstwa, postanowiłem rozwiązać mój problem sam. Samodzielnie poszukiwałem przodków przy tym edukowałem się intensywnie. W tym celu zalogowałem się na genealogiczne forum, wstąpiłem do towarzystwa genealogicznego i czerpałem wiedzę całymi garściami. Z czasem jednak zraziłem się do forum i początkowy apel do Koleżanek i Kolegów – Uczta Baltazara szybko zamieniłem na – Sami sie uczta!

Wtedy odezwał się Daniel i rzekł wobec króla; – Dary swoje zatrzymaj, a podarunki daj innym! Jednakże odczytam królowi pismo i wyjaśnię jego znaczenie. A oto nakreślone pismo; mene, tekel, fares. Takie zaś jest znaczenie wyrazów; Mene – policzono. Bóg obliczył twoje panowanie i ustalił jego kres. Tekel – zważono.  Zważono cię na wadze i okazałeś się zbyt lekki. Fares – podzielono. Twoje królestwo uległo podziałowi.

Niedawno stanąłem przed przysłowiową ścianą. Poddałem się. Osłabłem w zapałach. Rozważałem rzucenie tego wszystkiego w cholerę. Wpatrując się ślepo w ścianę miałem odczucie, że za chwilę ukarze się na niej napis Mene, Tekel, Fares przepowiadający mój upadek i ostrzegający mnie przed zbliżającym się końcem. Nic takiego w ścianie jednak nie dostrzegłem. Nie pojawiła się też żadna pisząca na niej niewidzialna ręka. Ściana pozostała blada. No, może trochę wyblakła i przybrudzona. Uświadomiłem sobie, że muszę ją pomalować. Może dla odmiany pieprznę na niej jakiś szlaczek. Postaram się zdążyć z malowaniem do chwili spotkania się z nowo poznaną kuzynką. Kto wie. Może jak biblijny Daniel pomoże mi na nowo odczytać inne graffiti – moje porozrzucane i powoli zapominane drzewo genealogiczne. Ta myśl pozwala mi na nowo cieszyć się genealogią.

Jerzy Wnukbauma

Jeśli ktoś zna powód

Jeśli ktoś zna powód …

„Jeśli ktoś zna powód dla którego ci dwoje nie mogą się połączyć węzłem małżeńskim, niech przemówi teraz, lub zamilknie na wieki”. Ta formułka na ślubach kościelnych w Polsce, nie jest wygłaszana. To przypisywane księdzu zdanie, ciśnie mi się na usta, gdy czytam prasowe informacje stawiające naszych przodków w innym, niepochlebnym świetle. Chcę wtedy powiedzieć – Gościu przemów! Masz swoje pięć minut! Mów prosto z mostu. Nie owijaj w bawełnę. Podaj; fakty; nazwiska, imiona, daty… Mów; kto?, co?, gdzie?, kiedy? Albo zamilknij na wieki! Przypisywanie całemu narodowi win jednostki jest niedorzeczne i krzywdzące. Podejrzewam jednak, że wtedy podniesie się rwetes, że zamykam komuś usta, lub o zgrozo – życzę komuś śmierci. O łyknięciu czegoś z mlekiem matki, nie wspomnę.

Już na początku zmagań genealogicznych, zdawałem sobie sprawę, że wszystkie; wykresy przodków, drzewa genealogiczne, tabele, raporty i wszystkie badania wzięte razem, nie wystarczą. Że trzeba będzie kiedyś usiąść, zebrać to wszystko w całość i opisać to dokładnie i obiektywnie. Wreszcie przyszedł ten czas i „… doświadczenia, o których napiszę, nie są objęte zwolnieniem z restrykcji, jakie przewiduje ustawa o IPN. Po wejściu w życie ustawy nie mam zamiaru zaprzestać mówić i pisać o tym, co widziałam i słyszałam.”

Powyższy cytat pochodzi z felietonu Joanny Szczepkowskiej „Poczucie wspólnoty” zamieszczonego w  lutowym weekendowym wydaniu Rzeczpospolitej Plus Minus. Przywłaszczyłem sobie ten fragment jej tekstu. Myślę, że autorka mi wybaczy. Puści płazem jak Mariuszowi Błaszczakowi, który sięgnął do innego jej powiedzenia – o upadku komunizmu w Polsce. Pan minister „zapożyczył” całą jej wypowiedź i na dodatek określił nową datę tego ważnego wydarzenia. Ja zerżnąłem tylko mały fragment jej przemyśleń i w moim przypadku, to nie plagiat i nie dobra zmiana, lecz co najwyżej facebookowe; „Lubię to”. A skoro lubię – to i „Udostępnij”.

Co ja wiem o moich przodkach? Na początku mojej zabawy w genealoga, myślałem, że wiem o nich prawie wszystko. Prawie wszystko, bo na genealogicznym starcie, opierałem się wyłącznie na rodzinnych przekazach. Z góry zakładałem, że informacje pochodzące z ust najbliższych mi osób, są niebudzącymi żadnych wątpliwości pewnikami. Myliłem się? To był mój błąd. Nie brałem pod uwagę, że ktoś może wiedzieć o moich przodkach więcej i lepiej, niż moi najbliżsi. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że moja wiedza to zbiór; fałszywych tropów, nadinterpretacji, błędów w rozumowaniu i pojmowaniu rzeczywistości. Że zajmuję się powtarzaniem zasłyszanych fam. Że cechuje mnie nieznajomość  dokładnych realiów historycznych, religijnych, społecznych i obyczajowych. W ten sposób dzięki całej rzeszy znawców spraw polskich, ludzi „wszechstronnie wykształconych i lepiej znających fakty”, wpadam w kompleksy i wychodzę na wielkiego ignoranta. Lecz nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jestem bogatszy o „nową wiedzę”. Nie muszę martwić się na zapas, że zejdę z tego świata nieświadomy. Fack! A mogłem przecież żyć nieświadomie, ale za to długo i szczęśliwie.

Tydzień temu córka poprosiła mnie o wysłanie na jej pocztę, skanów obozowych pamiątek po jej prababci, a mojej matecznej babce. Ostro zabrałem się do pracy. Poszło szybko, bo niewiele tego było. Kilka zdjęć zrobionych przez wyzwalających obóz amerykanów, dokumenty, adresy kilku internetowych stron i tyle. Reszta pamiątek po babce przepadła bezpowrotnie. Większość z nich zniszczyła sama babka. Nigdy nie mówiła o swoich przeżyciach. O jej losie dowiedziałem się od ojca. W odróżnieniu od matki izraelskiego dziennikarza, matka mojego ojca nigdy nie mówiła w języku Goethego, Wagnera, Hitlera, Eichmanna i Reinefartha. Nigdy nie mówiła, choć doskonale znała jego represyjno-rozkazujące zwroty. Nie mówiła, że ratowała Żydów. Od ojca wiem, że chociaż sami przymierali głodem, babka przerzucała chleb przez mur głodującego getta. Nie słyszałem, czy ktokolwiek ratował moją babkę w okupowanej Warszawie. Wraz z córką trafiła do „polskiego obozu” na terenie III Rzeszy. Nie mogła tam liczyć na Sprawiedliwego Niemca. Po Jałcie nie mogła liczyć już na nikogo. Przeżyła i doczekała wyzwolenia obozu w którym było jej tak dobrze, że wyzwalający obóz żołnierze amerykańscy dopuścili się samosądu na niemieckich strażnikach. Rozstrzelali 560 SS-manów – członków załogi obozu i żołnierzy Waffen-SS. W 1945 roku wróciła do umarłego miasta i domu którego nie umiała zlokalizować wśród stosów gruzu. Wysłane córce do USA materiały miały posłużyć mojemu wnukowi do lekcji poglądowej w szkole. Nie przydały się. Były nie na temat. Nie mówiły nic o holokauście.

Nie znam się na ludziach. Zresztą, na przyjaciołach ludzi też nie. Przeżyłem tyle lat i do tej pory nie wiem; czy dobry pies jest wtedy gdy szczeka i gryzie, czy jest dobry dlatego, że przy powitaniu chce mnie zalizać na śmierć. Nie jestem święty, ale sięgnę po argumenty św. Augustyna, który mówił że człowiek jak pies musi strzec swojej trzody, lecz czasem musi zaszczekać by ostrzec o grożącym niebezpieczeństwie. Jednej rzeczy święty nie wziął pod uwagę. Człowiek nie zawsze strzeże swojej trzody. Potrafi też nieźle skalać swoje gniazdo i szczekać bez konkretnego zagrożenia. Słuchając takiego szczekania, upewniam się w przekonaniu, że wszystko co zostało pozamiatane pod dywan przez pokolenia naszych rodziców, dziadków i pradziadków, wraca do nas z niewspółmierną siłą. Sprawy kiedyś nadzwyczaj ważne, niewyjaśnione we właściwym czasie (i miejscu) pozostawione samemu sobie, odżywają na nowo i na dodatek zaczynają żyć swoim życiem. Niewykorzystane ongiś atuty, mszczą się i dziś wytaszczane są przez ludzi ze specyficznym podejściem do historii Polski. Zresztą. Ludzi takich nie brakuje po obu stronach barykad. Najgorsze, że narzucają sposób swojego myślenia pokoleniu naszych; dzieci, wnuków i prawnuków. Pokoleniu wychowanemu pod kloszem.

„Jeśli ktoś z tutaj obecnych zna powód… , niech przemówi teraz, lub zamilknie na wieki”. Polak od księdza tego nie usłyszy. Od starszych braci w wierze pada za to szereg innych słów. M.in. „polskie obozy zagłady”. Jeśli mają na myśli – „polskie” – bo w tych obozach mordowani byli Polacy różnych wyznań -to jak najbardziej. „Polskie” – bo taki był najczęstszy kierunek powrotów z tych obozów po wyzwoleniu – to zgadzam się z nimi w zupełności. W przeciwnym razie z ich głową jest coś nie tak. Uczestnicząc dzisiaj w ceremoniach ślubnych nie czekam na słowa, które nigdy nie padną. Siedzę i wsłuchuję się w słowa przysięgi małżeńskiej. Czekam na przyzwolenie księdza – Teraz Młodzi mogą się pocałować! Te słowa wróżą długie i szczęśliwe życie pod jednym dachem. Lecz i z tym bywa różnie. Zdarzają się kłótnie, odejścia i rozwody. C’est la vie.

Jerzy Wnukbauma.

Z rodziną…

Gdy masz rodzeństwo; siostry i braci,

wszyscy pospołu jesteście bogaci.

Gdy możesz się tulić do matki i taty,

jesteś szczęśliwy i podwójnie bogaty.

Potrójne bogactwo ci sprzyja,

gdy masz do tego ciotkę i stryja.

Gdy żyją jeszcze twoi dziadkowie,

toś przebogaty – każdy to powie.

Powiedzcie zatem, dlaczego się słyszy;

„Z rodziną wychodzi się dobrze na kliszy!”

Jerzy Wnukbauma

Z Urzecza.

Ciekawość człeka z czasem nachodzi,

kim był jego przodek i skąd pochodzi?

Gdy mnie dopadła chęć poznania

zabrałem się do poszukiwania –

Wygodnie siadłem do komputera

i zabawiłem się w genehuntera.

 

Wpisałem w Google swoją godność,

wygooglowało mi jedną zgodność –

‚Modry urzyczak” -Zwierciadło etnologiczne?

– drobny druk, ryciny, odsyłacze liczne.

Sto siedemdziesiąt cztery strony!

Końca nie widać. ” Byłem przerażony.

 

Czytałem wszystko. Nuda była.

Ciekawość jednak zwyciężyła,

(Nie mogłem czytać na odczepnego

bym nie przegapił tego modrego).

Szukałem ciekaw w elaboracie

czy modry bo – po denaturacie.

 

Wreszcie znalazłem to co szukałem

o denaturat już się nie bałem.

W tekście wyjaśniał dr Stanaszek,

że jest to męski fatałaszek,

innymi słowy – strój wilanowski

nosiły go nad Wisłą wioski.

 

Więc źródłosłowem mego nazwiska,

(jak dajmy na to – bluzka ciału bliska),

był były, męski przyodziewek?

Mam być ofiarą licznych prześmiewek?

Kupiłem książkę. A co mi szkodzi.

Z niej dowiedziałem się o co chodzi.

 

I nawiązałem kontakt z autorem

wkrótce odpisał mi z humorem;

„Ze Skolimowa przodek Twój

Nosił w Falentach z Urzecza strój

Jak go widzieli tak go nazwali

Odtąd Urzyczak w aktach pisali”.

 

Do dziś autora darzę sympatią

trochę za książki dedycatio.

„Temu, który nie mieszka na Urzeczu,

lecz jego korzenie po mieczu

świadczą, że jego dola człowiecza

wzięła początek od przodka z Urzecza.”

 

Jerzy Wnukbauma