W karnawale same bale.

Za sprawą choroby, a w zasadzie wywołanej nią niepewności i strachu, zdałem sobie sprawę, że mój czas upływa zupełnie inaczej niż wcześniej. Strasznie przyspieszył. Kiedyś czekałem i czekałem nie mogąc się doczekać: kiedy dorosnę, kiedy skończę szkołę, kiedy się ożenię, kiedy dzieci urosną i się usamodzielnią, kiedy przejdę na emeryturę… Teraz mój czas okropnie zasuwa. Gdybym nie został uprzedzony przez Einsteina, pewnie wymyśliłbym moją teorię względności. Ja podobnie jak Einstein zauważyłem, że czas mój płynął i płynie inaczej w zależności od układu odniesienia. Widocznie zgodnie ze starym powiedzeniem mówiącym, że – mądrość przychodzi z wiekiem, dzięki Bogu, wiek do mnie nie przyszedł sam. Ot! Pierwszy przykład z brzegu. Trwa karnawał, wyłuszczę mój wywód teorii względności.

Wstyd się przyznać, ale dawniej źle datowałem czas rozpoczęcia karnawału. Kiedyś uważałem, że karnawał zaczynał się wraz z końcem adwentu. Z końcem uprzykrzonego postu i irytujących obsztorcowań matki – „Nie wyjadaj, bo to na święta!”. Byłem już „starym chłopem”, a nadal trwałem w błędzie dzieciństwa. Wciąż myślałem, że karnawałowe szaleństwo zaczyna się po pasterce. Że wstanę rano i już karnawał. Cieszyłem się więc, śpiewałem, tańczyłem, jadłem i … Nie! Picie i zakąszanie było dla mnie jeszcze zakazane. W niewiedzy tej trwałem długo. Ale – Jak się czyta to się wie. Dzisiaj jestem świadomy i na zapusty czekam do momentu, aż Trzej Królowie dadzą mi sygnał, że mogę korzystać z życia i bawić się dowoli. Wykorzystuję ten czas grzeszenia bez grzechu, aż do dnia posypania głowy popiołem. Ostatnio cieszę się z życia coraz bardziej. Do tego stopnia, że żałuję iż okres zimowego imprezowania jest tak krótki.  Trwa tylko kilka tygodni. Kilka tygodni karnawałowych imprez, balów kostiumowych, studniówek, tańca do białego rana, kuligów, spotkań towarzyskich, domówek i kolędujących po domach przebierańców,(tu mam na myśli tylko i wyłącznie tradycję kolędników – o ile tacy jeszcze chodzą). Odliczając od okresu karnawału przyziemne codzienne obowiązki, pozostaje mi kilka, góra kilkanaście dni karnawałowego szału.

Cieszę się więc z życia i nie rozumiem ludzi, którzy w jednym jedynym dniu karnawałowego szaleństwa organizowanego nieprzerwanie od 32 lat, nie potrafią cieszyć się wraz innymi. Nie rozumiem ludzi odbierających i nadających na innych falach, którym przeszkadza radość innych osób. Nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy usprawiedliwiając swoją postawę wobec radosnych, roześmianych uczestników WOŚP, dorabiają do tego swoją ideologię i przypinają łatki innym. Dla tych niezadowolonych mam takie memento – Zawsze może być gorzej. Z historii wiem, że karnawały moich rodziców nie były radosne. Młodość upływała im w czasie II wojny światowej. Później nie było lepiej. Zapanowała szarość komuny. Ze wspomnień moich babek zapamiętałem napomnienia ich rodziców a moich pradziadków –  „Siedź w kącie, a znajdą cie!” Szły więc posłusznie do cichych kątów, a z nimi smutek i echa I wojny. Zapusty pokolenia moich pradziadków, trafnie opisał Tadeusz Boy Żeleński w książce „Wakacje z prydumką”, która ukazała się w 1933 roku.
Jerzy Wnukbauma

W drugim jej rozdziale zatytułowanym „Karnawał” autor pisze…

Na każdym kroku oblega nas porównanie nowych form życia z dawnymi; zestawienie to wydaje mi się szczególnie pouczające, nawet w błahostkach. Ot, na przykład zdarza mi się parę razy do roku zajrzeć na chwilę na dancing i przyglądać się z przyjemnością parom falującym rytmicznie na niedużym kręgu posadzki. Mówi się wiele o „szale tańca” jako o symptomie dzisiejszym, powojennym. Niezupełnie ściśle. Bo szał tańca istniał i dawniej i z pewnością większy niż dziś; tyle tylko, że był umiejscowiony co do czasu. Tańczyło się na przestrzeni sześciu czy  ośmiu tygodni Karnawału. Ale za to wszyscy i bez mała co dzień. Poszukiwany tancerz – lub w ogóle człowiek mający znajomości – Hasał noc w noc do siódmej lub ósmej rano. I nie tak jak dziś, gdy tańczy się marzące tanga, spokojne bostony. Wówczas co za tańce! Pot lał się z czoła, kołnierzyk skręcał się na szyi w mokry sznurek; przy zmianie koszuli (bo wytrawni tancerze brali z sobą zapasowe koszule) można było wyżąć z niej kubeł wody. Potem karnawał się kończył; jeszcze ostatni biały mazur, gasła cała feeria i zaczynało się beztaneczne życie trwające resztę roku.

Instytucja karnawału była dość ciekawym przykładem, do jakiego stopnia kultura mieszczańska nie umiała wytworzyć własnych form; jak bardzo była w tym pod uciskiem tzw. arystokracji i ziemiaństwa, z którego w znacznej części „inteligencja” w Polsce zdegrengolowała. W wielkim świecie karnawał był to generalny zjazd wszystkich dzielnic, rodzaj targów małżeńskich; był zresztą jedną z form świętowania, trwającego cały rok. W sferze ziemiańskiej, gdy prace rolne były ukończone, gdy w kabzie było nieco grosza a w piwnicy wina, z dawien dawna odwiedzano się kuligami, zjeżdżano do miast i miasteczek, również aby pokazać sobie wzajem synów i córki, aby swatać i krzyżować swoje młode. W mieście, gdzie ludzie mogą się widywać ciągle, takie kontakty traciły poniekąd swój społeczny sens; mimo to, instytucja karnawału utrwaliła się i w mieście. Wiem oczywiście, że można ją wywieść od pogańskich orgiastycznych tradycji; ale nie mam zamiaru sięgać tak daleko, pragnę jedynie wskazać tutaj parę jej dość paradoksalnych rezultatów.

Przede wszystkim, karnawał magnacki czy ziemiański kojarzył się z pojęciem wywczasu. W mieście natomiast w sferze ludzi pracujących, przypadał on w pełnym sezonie pracy. Po przetańczonej nocy,  urzędnik szedł do swojej budy, młody lekarz do kliniki, student na wykłady. Biura, szpitale funkcjonowały swoim trybem. Jak to połączyć z conocnym tańczeniem do upadłego? Toteż wzięty tancerz chodził przez te dwa miesiące w dzień jak błędny, w nocy wyciskał ostatek sił czarną kawą, winem, koniakiem. Pod koniec karnawału bywał rozpity na dobre. Wątlejszy dostawał krwotoku płuc. Iluż młodych ludzi wykoleił karnawał, te dwa miesiące nierealnego życia, przewracającego wszystkie wartości do góry nogami!

Niedorzeczność tej formy zabaw na gruncie burżuazyjnym objawiała się i czym innym. Tradycyjne tańce, urodzone w pałacach, na wielkich salach balowych, przechodziły do coraz mniejszych mieszkań. Dziś da się ślicznie tańczyć bluesa na paru metrach kwadratowych posadzki. Ale jak w niedużym pokoju, szumnie nazwanym salonem, wyglądały kadryle, kotyliony, – mazur zwłaszcza – bez których szanująca się zabawa nie mogła się odbyć? Stąd owe figury mazurowe, przez wszystkie ubikacje łącznie z kuchnią, prowadzone przez zziajanych Fikalskich, ale jakże mało mające wspólnego z tańcem!

Ale największe barbarzyństwo ujawniło się w powszechnym obowiązku tańca. Dziś tańczy kto chce, kto ma warunki i kwalifikacje po temu; nawet w dancingu jedni tańczą, drudzy sobie rozmawiają spokojnie, inni ssą w barze koktajl prosto od jakiejś krowy. Dawniej, ponieważ całe życie towarzyskie skupiało się na owym przez cały rok wyczekiwanym karnawale, gromadził on wszystkich. I każdy, czy prosty czy krzywy, czy miał słuch czy nie, czy umiał czy nie umiał, – a taniec jako umiejętność był w klasie średniej, u mężczyzn przynajmniej, w wielkim zaniedbaniu, – musiał tańczyć. Inaczej ściągał na siebie opinię człowieka bez wychowania, pasożyta, który przychodzi wyjadać kolację. Zawsze były jakieś panny które „siedziały”. Jakaś brzydka czyjaś kuzynka wołająca o zmiłowanie. Niech będzie tancerz jaki chce, byle był. Jeszcze tańce wirowe mógł nietańczący gość sabotować, ale kiedy przyszły tańce angażowane które były głównym wypełnieniem wieczoru, obchodzono sale i wyławiano wszystkich mężczyzn zdatnych do służby – cenzus równie rozciągliwy jak w czasie wojny. Zawsze zresztą – o ile przedstawił inne szanse życiowe – kawaler mógł być przez jakie boże dziewczę wybrany, a wówczas odmowa równała się najczęściej niegrzeczności.

Cóż za widok! Pokazano nam raz w kabarecie takiego autentycznego kadrylo-mazura z owych czasów, nic nie przesadzając; wystarczyło, aby pęknąć ze śmiechu. Iluż godnych, przyzwoitych i inteligentnych ludzi dyskredytowało się, podskakując jak wróbel na nitce, przytupując nie w takt, komiczni, przeraźliwi. I nikt tego nie uniknął; bo nawet kadryl, który był tańcem konwersacyjnym, „chodzonym”, kończył się najzdradliwszą Galopką z figurami. Była to niby złośliwa pułapka, bo właśnie kadryl to był taniec, do którego poszukiwani byli panowie poważni, epuzerzy. Rozmowa zaczynała się od byle czego, a mogła się skończyć oświadczynami; i w chwilę potem ów odpowiedzialny konkurent zmieniał się w ledwodrypę od siedmiu boleści, depcącego po nogach w galopce.

Wszystko to wydaje się błahe ale miało swoje bardzo poważne znaczenie. Bo karnawał przy braku innych terenów spotykania się płci odmiennych zachował i w miejskiej sferze charakter targów małżeńskich; zawsze rezultatem jego była pewna ilość oświadczyn i zaręczyn. Ale dobór odbywał się w tej sferze na swoistych zasadach. Kandydata na męża kwalifikowało jego stanowisko, zdolność utrzymania rodziny. Tym samem, dobrzy fachowcy, mole książkowe, pilni pracownicy, poważniejsi panowie, mieli for. Stąd zabawne poplątanie. Bo niewątpliwie taniec sam w sobie ma charakter zalotów, zabiegów przedpłcennych – jak mówi nieoszacowany Kurkiewicz – jest jednym z elementów doboru płciowego. Coś niby turniej, w którym mężczyzna ma się wykazać zręcznością, dziarskością, wdziękiem. Ale tutaj z tą paradoksalną poprawką, że ci którzy się najlepiej „wykazywali” w tańcu, to były przeważnie zawodowe nieroby, karnawałowe łaziki, w najlepszym zaś razie ludzie młodzi, bez stanowiska, nie nadający się (na razie przynajmniej) do małżeństwa. W tych warunkach trudno o większy absurd niż łączenie przeznaczeń małżeńskich z turniejem tanecznym. Wprawiano młodą dziewczynę w trans szału, po to aby jej kazać wybierać z rozsądkiem. Wnoszono w jej duszę nieuchronny zamęt; z kim innym idealnie się jej tańczyło, w innego ramionach drżała rozkosznie – a innego za podszeptem rozsądnej matki, brała na oko jako kandydata na męża. Ale co więcej, tego przyszłego męża stawiano w możliwie najgorsze warunki. Ten sam kandydat, nieraz tęgi i wartościowy człowiek, w którym panna mogłaby się szczerze zakochać (jak dziś na przykład) jako jego uczennica, podwładna czy koleżanka w biurze – na jakimkolwiek terenie zresztą, z wyjątkiem tańca – musiał jakby umyślnie pokazywać się ze swej najsłabszej strony; w tym w czym go bił na głowę lada dureń. Na tym gruncie, pocieszne były owe zaloty, cierpiane z roztargnieniem, niezręczne, przerywane co chwila przez jakiegoś fircyka, który porywał pretendentowi pannę w pół słowa sprzed nosa i odnosił mu ją pobladłą z tanecznej rozkoszy. A cóż dopiero, kiedy ten pan na stanowisku, prokurator, lekarz, czy profesor uniwersytetu, podrygiwał w tańcu bez wdzięku, kiedy młoda dziewczyna widziała biegnące za nim drwiące spojrzenia i rumieniła się za niego! Słowem inteligencki karnawał był instytucją kojarzenia par, przy równoczesnym dyskredytowaniu przyszłych mężów w oczach przyszłych żon i niezdrowym rozszczepianiu serc panieńskich w samem zaraniu decyzji. Ileż kompleksów musiało się wytwarzać, które najpoważniej zaciążyły – wręcz fizycznie! – na losach takich małżeństw.

Jeszcze niedorzeczniejszy i okrutniejszy był karnawał w stosunku do wielu panien, które zmuszał do wystawienia się na pokaz, do podejmowania kobiecej walki o byt w warunkach również najniekorzystniejszych. Znowu ta sama historia; dzielna, inteligentna dziewczyna, której zalety można by ocenić na właściwym jej terenie – tam na sali balowej, beznadziejna weteranka kilku karnawałów, w zbyt opatrzonej sukience, wystawiona na banalne rywalizacje, wyczekująca pod okiem mamy aż się ktoś do niej zbliży, sterczała nieraz do rana z powściąganymi łzami w oczach, lub też uciekała w pełni balu pod pozorem bólu głowy, aby w domu gorzko płakać do rana. Kilkadziesiąt bukiecików które gromadziła „królowa balu” – najczęściej koronna gęś – to było tyleż skalpów zdartych z głów skromniejszych rywalek.

Stanowczo, mimo wszystko co można by zarzucić naszej epoce, ludzie żyją dziś jakoś dorzeczniej, swobodniej i elastyczniej. Nawet taniec odzyskał swoją godność i sens, gdy wcześniej był rajfurem małżeńskim, i to rajfurem niezręcznym i nielojalnym. I kiedy mi się zdarzy rozejrzeć po dzisiejszym boisku tanecznym, gdzie dobrane pary kręcą się bezinteresownie w spokojnej harmonii, a potem przypomnę sobie dawną salę balową o siódmej rano; straszliwy rząd matek dogorywających pod ścianą, ale jeszcze ścigających nienawistnym wzrokiem krzywdzicielki swoich niedotańczonych córek i schrypłego wodzireja z błędnym wzrokiem, obwieszonego papierowymi orderami, ryczącego swoje „urrrra! z życiem panowie! dziś, dziś, dziś”; i owo pospolite ruszenie pociesznych mazurzystów, którzy za godzinę, ledwie zdoławszy się trochę obmyć, pójdą, wpół przez sen, z ciężką głową sądzić, leczyć, operować, wykładać, egzaminować, – muszę stwierdzić, że to był dopiero prawdziwy „szał tańca”. Nawet nie szał, ale wścieklizna tańca, przeciw której dzisiejszy dancing jest błogosławioną szczepionką.

Tyle T. Boy-Żeleński.

Gen dobry!

Powyższy tytuł może sugerować, że skoro jest dobry gen, to zapewne jest też zła, mniej doskonała jednostka dziedziczności. Wszystkich oczekujących na analityczne, genetyczne wypracowanie, oraz wszystkich zwiedzionych powyższym tytułem – przepraszam. Nie mam zielonego pojęcia o genetyce, dlatego artykuł nie będzie o badaniach genetycznych, o DNA, genotypach, haplogrupach czy innych dla mnie niezrozumiałych zagadnieniach. Będzie natomiast o zachowanych na piśmie „wybrykach” naszych przodków.

Przeglądając stare, archiwalne księgi, natrafiałem czasem na akty, których zapis odbiegał nieco od szablonowych wpisów większości metrykalnych aktów. Gros takich przypadków stanowiły wpisy w aktach ksiąg zgonów i w alegatach. Były to wzmianki o samobójstwach, ofiarach morderstw i nieszczęśliwych wypadków. Niektóre takie akty są skarbnicą wiedzy o starych dziewiętnasto i wczesno dwudziestowiecznych czynnościach i sposobach postępowania ówczesnych służb policji, prokuratury i sądów w takich przypadkach. Można to wywnioskować na podstawie jednego, góra dwóch zdań wpisów poczynionych przez duchownych powołujących się na odnośne pisma wspomnianych organów. Pochówki pod krzyżem, na rozstajach dróg, pod cmentarnym murem stanowiły nierozłączny obrzęd postępowania z denatami w omawianym okresie. Wydawać by się mogło, że takie wpisy są wyłączną domeną aktów zgonów. Trudno sobie wyobrazić podobne wpisy w aktach małżeństw i urodzeń. Te, w moim odczuciu, emanują radością narodzin, lub szczęściem ledwo co poślubionych małżonków. A jednak. Byłem kilka razy zaskoczony. Ostatnio w księdze urodzenia natrafiłem na taką niespodziankę. Ktoś złośliwy z racji gry słów dziecko-niespodzianka, powiedziałby – trafiłeś facet na kinder niespodziankę.

Wertując stare dziewiętnastowieczne księgi urodzeń, kilkakrotnie natknąłem się na wzmiankę księdza o ojcach nowonarodzonych dzieci wywiezionych na Syberię. Początkowo uważałem fakty zesłania za chwalebne. Miło łaskotały mnie one po sercu. W kraju gdzie jedno powstanie goniło kolejne powstanie, nie brakowało ofiar carskich represji. Na wzmianki o zsyłkach w głąb Rosji reagowałem raczej pozytywnie przyjmując je za wynik rozprawienia się carskich siepaczy z krnąbrnym narodem. Zwłaszcza tu, w indeksowanej przeze mnie świętokrzyskiej parafii. W miejscu w którym ze względu na występowanie licznych oddziałów powstańczych, oraz toczących się na tym terenie walk, głośno jest nawet dziś przy okazji różnego typu uroczystości z okazji Powstania Styczniowego. Z błędu w którym żyłem wyprowadził mnie krótki wpis pisany cyrylicą w akcie urodzenia. Piszę go w czytelnej dla wszystkich formie fonetycznej – „…katorej muż wysłan w Sybir za ubitie…” tu imię i nazwisko ofiary porywczego męża matki dziecka.

Innymi zachowanymi na papierze archiwalnymi wykopaliskami dokumentującymi poczynania naszych przodków, są artykuły znalezione w starych, pożółkłych gazetach. Poniżej zamieszczam dwa wycinki z warszawskich gazet okresu międzywojennego. Pierwszy z „Expresu Porannego” z 10.04.1931r , drugi z „Dzień Dobry” z 12.12.1935r. Nie komentuję ich. Pozostawiam je ocenie czytających. Pierwszy artykuł, o aresztowaniu pięciu aferzystów w Kielcach, wybrałem z racji bliskiej mojemu sercu relacji Warszawa-Kielce. Drugi zamieszczam ze względu na wzmiankę o moim kuzynie w trzecim pokoleniu, dzielnie „podstawiającemu czoła” swojemu ojczymowi. Życiorys reprezentującego go adwokata Hofmokla-Ostrowskiego zamieszczony jest w WikipediA. Moim zdaniem on też jest godny polecenia. Ja po zapoznaniu się z jego biografią mogę tylko zacytować klasyka – „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być…”

Jerzy Wnukbauma

 

 

W temacie stadła mam takie zdanie; Leci ten czas nieubłaganie…

Statystyki GUS wykazują największy przyrost naturalny ludności w październiku. Jednoznacznie  oznacza to, że ludziom – tu powiedzmy skromnie – najpilniej do kobierca w styczniu i z początkiem lutego, czyli w karnawale. Wzorem kuny, nietoperza i wielbłąda, które jak wiadomo, parzą się w tych miesiącach i człowiek najczęściej w styczniu i lutym szuka sobie pary. Wyjątkiem są; koty – dla nich zarezerwowany jest marzec, oraz kobiety w okresie rozrodczym, dające sobie w szyję – one zdaniem starszego pana mają wszystkie miesiące w dupie. Karnawałowa atmosfera w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, podziałała również na mnie i moją przyszłą małżonkę. Było to dokładnie…?

Jak zapamiętać datę rocznic własnego ślubu? To proste. Wystarczy raz o niej zapomnieć. Mina i zachowanie twojej żony da ci znać, że coś z tobą jest nie tak. Długo o tym popamiętasz. Piszę o tym, bo i ja raz zapomniałem. Teraz datę mojego ślubu zapamiętam do końca moich dni. Przypominam o niej sobie miesiąc wcześniej, a przygotowania do obchodzenia kolejnych rocznic, robię już z dużym wyprzedzeniem. Przezorny zawsze ubezpieczony. Tak się składa, że przede mną kolejna rocznica naszego ślubu. I to nie byle jaka. Okrąglutka i zasługująca już na medal. Nie wiadomo kiedy stuknęło nam z żoną pięćdziesiąt lat wspólnego pożycia.

Zbliżająca się rocznica skłoniła mnie do licznych retrospekcji. Przypomniałem sobie pierwsze nasze spotkanie, niekończące się rozmowy mówione szeptem, pierwsze pocałunki, poznawanie siebie nawzajem. Później szybkie przygotowania do ślubu. Zakup złotych obrączek. Ceremonia w USC. Przyrzeczenie przed ołtarzem i jestem jej wierny i nie opuszczę aż do śmierci. Pamiętam wszystkich naszych weselnych gości. Niestety czas zrobił swoje. Z pokolenia moich dziadków i rodziców, do naszych Złotych Godów dożyły tylko dwie osoby uczestniczące w naszym ślubnym przyjęciu. Z tamtego grona, żyją tylko „weselni goście” z naszego pokolenia – urodzeni po II Wojnie. Późniejsze pięćdziesiąt lat wspólnie spędzonych chwil, to już proza życia. Życia, które minęło nam jak z bicza strzelił.

Finałem moich wspomnień było przemyślenie, że chyba nie jestem mężem złym? Przeżyłem z żoną 50 wiosen i zim, co daje okrągłe 600 miesięcy, tygodni ponad 2,6 tysięcy, 18 250 dni i nocy, (te przeleciały nam jak z procy), 438 tys. godzin wspaniałych, 1mln 752 tys. kwadransów trwałych… Szczęśliwych minut z nią nie zliczę, sekundy nadal co sekunda liczę, a jeśli to was jeszcze nie wzrusza – przeżyłem z żoną koronawirusa. Młodym doradzam –  Gniew powstrzymać i „Będę Ci wierny” da się dotrzymać.

Przy okazji naszych złotych godów, przeanalizowałem też długości pożycia małżeńskiego moich przodków. Robiłem to wcześniej przy wpisywaniu kolejnych kuzynów i krewnych, ale bardziej skupiałem się na; datach, dzieciach, parafiach, nazwach ulic, nr domów, miejscach zamieszkania, nazwiskach świadków i rodziców chrzestnych… Tak działa mechaniczny, automatyczny zapis. Odfajkuj i zapomnij. Odfajkowywałem więc i przechodziłem nad tym do porządku dziennego. W ten sposób moje drzewo genealogiczne rozrastało się i kwitło. Brakowało w nim jednak czegoś. Zabrałem się więc do roboty. Lepiej późno niż wcale. Poszło szybko. Po wykluczeniu par przodków, w których jedna ze stron nie dożyła siedemdziesięciu lat, oraz po pominięciu par w których jedna ze stron była wdową, lub wdowcem, wyszedł mi wynik – zero trafień stuprocentowych, oraz kilka małżeństw z małym prawdopodobieństwem dotrwania ich do złotych godów. Z długotrwałym pożyciem moich krewnych, zdecydowanie lepiej jest w okresie powojennym. Tu są dwa trafienia. Pierwsza para postanowieniem z dnia 13 czerwca 1947 roku, na wniosek Warszawskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Druga para, kilka lat później, została uhonorowana pamiątkowym Medalem „Za długoletnie pożycie małżeńskie”. Starszej wersji obecnego Medalu za Długoletnie Pożycie Małżeńskie. Na ten właśnie medal, po spełnieniu papierologicznych wymogów, będę pretendował wraz z żoną niebawem.

Odnowienie przysięgi małżeńskiej w kościele trochę mnie bawi. Moim zdaniem wygląda to tak, jakby zwierzchnicy mojego kościoła dopuszczali mały, lub nawet kilka małych skoków w bok. Czego oczy nie widziały tego sercu nie żal? Chyba, że księża z góry zakładają, że nie doszło do rozpadu małżeństwa i wszystko jest Ok. Przecież nie doszło do złamania sakramentalnego – Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. Hipokryzja. To jest przecież sakrament. Zresztą. Przedsmak odnowienia przysięgi małżeńskiej mieliśmy z żoną kilka lat temu przy okazji uroczystości  w naszej parafii. Nic wielkiego, nic takiego, zwyczajne tralalalala. Podsumowałem to kiedyś rymowanką.

Do kościoła przyszli – „Młoda” i „Młody”,
przed ołtarzem obchodzili swoje Złote Gody.
Młoda mówi- Pójdę zapalę Mateńce świeczkę,
bo przyprowadziłam Bogu zbłąkaną owieczkę.
Młody odpowiedział – Kogo chcesz oszukać?
Świecisz, – bo takiego męża to ze świecą szukać!

Prawda jest taka, że ja swoją żonę szukałem ze świecą. Niedawno natrafiłem na tekst napisany i zamieszczony równo czterdzieści lat przed naszym ślubem, w styczniu 1934 roku w warszawskim Expresie Porannym. Zaintrygował mnie jego podtytuł –  „Garść danych historycznych o małżeństwie”. Myślę, że wtedy gdy się ukazał przed laty, mogli go czytać moi dziadkowie. Mój ojciec z racji wieku co najwyżej mógł sylabizować jego tytuł „Gdy no-we sta-dła się ko-ja-rzą”. Czterdzieści lat, niby niewiele, a wyczuwam znaczny upływ czasu. Zresztą przekonajcie się sami. Poniżej ów artykuł w oryginalnym brzmieniu.

Gdy nowe stadła się kojarzą
Garść danych historycznych o małżeństwie.

 Tysiąc kobiet Salomona.
Wszak z biblii wiemy, że Jakub zaślubił dwie kobiety; Leah i Rachelę, z dwiema niewolnicami miał dzieci.  Ezaw – Bazemolę i Jodytę, ale już Roboam idzie znacznie dalej bo bierze 18 małżonek i 60 nałożnic, a najmądrzejszy z nich Salomon, ma aż 700 żon i 300 nałożnic. W wiekach średnich wiele ludów żyło w wielożeństwie. Nasz Mieszko I miał 7 żon z których jedna Dąbrówka skłoniła go do przyjęcia chrześcijaństwa. Skończyło się dobre. Nie można powiedzieć, że by to podniosło wartość kobiety. Toteż tam gdzie uprawiano wielożeństwo, kobieta była bardzo nisko ceniona, często mniej od domowego zwierzęcia.

 Kobieta-  czy koza
Wprawdzie o wsi murzyńskiej piszą  Jacezes i Storms, ale opowiadanie ich jest charakterystyczne; oto w pewnej osadzie afrykańskiej wybuchł hałas, rozeszła się wieść, że krokodyl porwał kozę. Wszyscy spieszą na miejsce wypadku, bolejąc szczerze nad stratą, którą poniósł właściciel. Tymczasem dowiadują się, że to nie była koza, ale kobieta, więc odchodzą. Tam znów, gdzie odczuwa się brak kobiet, mężczyzna spada w cenie, bo niejednego nie stać na własną żonę. Tak jest na przykład w Badu, gdzie się kupuje męża jak u nas w formie posagu, lecz przeciwnie kupuje się żonę od jej rodziny, składając okup. Tam mężczyzna nie mając środków na kupienie żony, wchodzi w spółkę zazwyczaj z kilkoma krewnymi męskimi i przy ich pomocy składa żądany okup. W ten sposób tworzy się wielożeństwo. Tak jest między ludem w Tybecie. 

 Raptus puellae
W Polsce jeszcze za Piastów, do połowy XIV stulecia młodzian upatrzywszy sobie dziewczynę, porywał ją, czasami i nie bez jej zgody; później nastał obyczaj, że ojciec chłopca kupował synową u rodziców dziewki, posyłając do nich dziewosłębów czyli swatów. Dopiero prawo Kazimierza Wielkiego uznało obyczaj porywania za kryminalny występek. Stąd w zwyczaj więc weszły wyłącznie swaty, albo małżeństwo służebne. Młodzieniec nie mający na kupno dziewczyny wchodził do domu jej rodziców na bezpłatną służbę, zasługując sobie pracą łaskę ojców a z czasem miał względy swojej ukochanej. Nic na skróty. Ślady tego zwyczaju pozostają w pieśni:
Cztery lata wierniem służył gospodarzowi –
Ranom wstawał, sieczkę zrzynał – Niech sam powi.
A to wszystko dla dziewczęcia – miło mi legło
Bo mi serce , jak żywiczka – do niej przyległo.
Małżeństwo służebne było i jest jeszcze w niektórych okolicach formą kupowania sobie żony, nie za gotówkę lecz za pracę.

 Targ na dziewczęta
Na zachodzie jednak w krajach przodujących kulturze europejskiej utrzymał się niemal do dni obecnych handel dziwnego rodzaju, który bardzo delikatnie zużytkował librecista popularnej przed kilku laty i u nas operetki pod tytułem „Targ na dziewczęta”. Notatka zamieszczona 22.VI.1797 w Timesie brzmi – „Czy przez zapomnienie, czy też przez miejską niechęć sprawozdawców z jarmarku Smiethfield nie możemy podać kursów cen kobiet na bieżący tydzień. Wzrastająca wysokość płci pięknej uważa wielu znakomitych pisarzy za oznakę budzącej się wyższej cywilizacji. Pod tym względem mógłby rościć sobie Smiethfield szczególniejszą pretensję i uchodzić za miejsce postępu i wydelikacenia uczuć to na jego łamach podskoczyły w ostatnich czasach ceny kobiet z pół na trzy i pół gwinei. Należy tu jeszcze dodać, że Smiethfield było to miejsce gdzie odbywały się stale jarmarki na bydło, między którymi sprzedawano też kobiety. Jeszcze w 1884 notowano w Anglii 20 przypadków kupowania żon. W Norwegii ostatnio są tego ślady w XVII stuleciu. W Niemczech zaś pod koniec XV wieku, ale w Anglii, jakkolwiek konserwatywnej, lecz uważanej nie tylko przez siebie, ale i przez innych za przodowniczkę cywilizacji był taki wypadek, jak podaje W.Schrelber w roku 1895.

 W uniwersyteckim Oxfordzie
Pewien wieśniak z okolic słynnego uniwersyteckiego miasta Oxfordu, sprzedał żonę z dokładnym wciągnięciem do ksiąg podatkowych, ale nie dopełnił jakiejś formalności. Sąsiedzi zwrócili jego uwagę na to, że sprzedaż nie jest ważną, poszedł więc żonę odebrać i związaną na sznurze 7 mil pieszo przeprowadził do Oxfordu, gdzie sprzedał ją za pół korony po raz drugi. Co najciekawsze, to to, że musiał za nią na rogatce miejskiej zapłacić myto jak od dwunożnego bydlęcia na sznurze 4 pensy.

 Ostatnia transakcja
Czy więc można się dziwić transakcji, zawartej 15 lat temu u nas w Polsce, a o której mówi dokument, znajdujący się w rękach autora niniejszego artykułu.  

Kapral
Policji Komunalnej
Wojsławice
18 czerwca 1919 r
nr 75
Wojsławice
Pol. Kom. pow. Chełmskiego
Do Sierżanta IV Okręgu

Załączam przy niniejszem umowę zawartą między Józefem Besiukiem a Józefem Maciejką o odstąpienie żony za 100 koron. Umowa ta została przeze mnie zabrana od Maciejki dn. 23-go czerwca r. b. który pokazywał mnie i pytał się, czy taka umowa będzie ważna. Nadmieniam, że obaj wymienieni są żonaci, lecz żaden z żoną nie mieszka. Maciepko ma lat 50, a Besiuk około 69. Maciejko, Besiuk, i świadkowie Aleksander Semeniuk i Szymon Bożuś są mieszkańcami wsi Wojsławice
KAPRAL POLICJI
(…) podpis

UMOWA
Ustępuję dobrowolnie moją żonę Annę Marię z Trubałów Bęsiuk i otrzymując od Maciejki Józefa za to sto koron (100 kor.) żadnej pretensji nie mam.
+++ Józef Bęsiuk
dn. 24. IV. 1919.
Świadczyli; A. Semeniuk (po polsku)
Filip Bożus (po rosyjsku)  

 Czy wychodząc za mąż w którymś tam kwartale przed laty pani Bęsiukowa przypuszczała, że stanie się po latach przedmiotem kupna-sprzedaży jak jej przed laty antenatki, wątpimy.
Franciszek Goliński

Tyle autor F. Goliński w temacie „Garści danych historycznych o małżeństwie”. Kończę i ja, bo muszę udobruchać żonę. Wpisując do mojego felietonu artykuł z przedwojennej, warszawskiej prasy, kontem oka zauważyłem, że moja małżonka zaczęła śledzić w kobiecych pismach anonse typu Kupię-Sprzedam-Zamienię. Kończę by ją udobruchać, w przeciwnym razie – Obym trafił w dobre ręce.
Jerzy Wnukbauma

 

O wyższości powstania styczniowego nad powstaniem listopadowym.

Jak różny jest nasz uczuciowy stosunek do większości wydarzeń w kraju (i na świecie) nie muszę nikomu uzmysławiać. Nic w tym dziwnego. Nasze stare powiedzenie mówi, że gdzie spotyka się dwóch Polaków, tam na ten sam temat są trzy różne zdania.  Ot choćby przykład ostatnich wydarzeń politycznych jakie rozgrywały się w naszym kraju. Połowa narodu była za obecnym „dobrym ładem”, druga połowa przeciw nieładowi, a zdecydowana większość miała wszystko w głębokim poważaniu. Nie inaczej wyglądało i wygląda postrzeganie naszych nieco starszych dziejów. Przykładem z mojego podwórka jest różna ocena dotycząca powstania warszawskiego. Wśród członków mojej bliskiej rodziny, którzy przeżyli powstanie, były odmienne i jakże skrajne jego oceny. Zasadniczym punktem niezgody była jego celowość –  czy było potrzebne, czy nie? Niestety, wraz z odejściem naszych „warszawiaków” nie umilkły o to spory. Widocznie dostaliśmy to w spadku. Dzisiaj na ten temat trwają nadal polemiki historyków i pseudohistoryków.

W historii Polski było kilka wielkich zrywów narodowych. Każde z nich postrzegano zgoła inaczej. Odmiennie w zależności od; wiedzy, umiejętności analizowania zgromadzonych w licznych dokumentach faktów. W ocenie powstań dużą rolę mają także sentymenty związane z miejscami toczących się walk, a także z udziałem w nich naszych bliskich. A było trochę tych zrywów: powstanie kościuszkowskie, Legiony Dąbrowskiego i wojna napoleońska, powstanie krakowskie, powstanie chłopskie (rabacja), powstania śląskie, powstanie wielkopolskie, powstanie w getcie warszawskim i powstanie warszawskie. Dla lepszego zobrazowania, zajmę się dwoma powstaniami – powstaniem listopadowym i powstaniem styczniowym. Dzieliła je nie tylko niewielka, jednopokoleniowa różnica czasu. Ponieważ nie jestem historykiem i nie pretenduję do literackich nagród, powyższy temat potraktuję zezem.

Oba te powstania znacznie się od siebie różnią. Łączą je chyba tylko wielkie poświęcenie, ogromne bohaterstwo, oraz zmarnowane szanse przypieczętowane ich klęską. Oba powstania na równi absorbują nasze umysły i uczucia. Patriotycznie łechcą nasze serca i napełniają je zarówno zachwytem jak i gniewem. Jak więc wykazać wyższość jednego powstania nad drugim. Osobiście uważam, że łatwiej jest porównywać je z innymi powstaniami. Ot choćby z powstaniem krakowskim, lub chłopskim Jakuba Szeli. Zestawienie z tymi drugimi, zawsze wypada na korzyść powstań z lat 1830 i 1863 roku. Bohaterów powstania z 1846 nie odbieramy z tak wielkim wzruszeniem jak partyzantów 1863 roku.  Choć nie wykluczam, że sentyment do nich mogą mieć genealodzy mający bohaterów z tamtego okresu w swoim genealogicznym drzewie.

Powstanie listopadowe opierało się na wyszkolonej armii Królestwa Kongresowego. Na jego aparacie państwowym  i na jego zasobach finansowych. Stoczone bitwy były potyczkami dwóch ścierających się ze sobą regularnych armii. Powstanie to miało podstawę operacyjną. Mogło się rozwijać i rozwijało się w prawidłową wojnę polsko-rosyjską. Miało strategiczne widoki powodzenia. Inną rzeczą jest, że je zmarnowano.

A powstanie styczniowe? Kto zna choć pobieżnie dzieje porywu Polaków w 1863 roku, bez namysłu dojdzie do wniosku, że z czysto militarnego punktu widzenia, powstanie styczniowe od samego początku  nie miało najmniejszych szans na powodzenie. Najmniejszych nadziei na zwycięstwo. Było zrywem prawie bez pieniędzy, bez broni, bez wodza naczelnego. Walczące oddziały powstańcze nigdy nie zdobyły sobie strategicznych terenów służących za podstawę do przyszłych wojskowych działań operacyjnych. Od początku do końca oddziały powstańcze stanowiły partyzantkę i to szczególną partyzantkę działającą bez koordynacji sił i środków z innymi oddziałami. Partyzantkę rozpierzchłą, kryjącą się po lasach. Oddziały rekrutujące się ze zbieraniny różnej maści powstańców, mogły tylko niepokoić, szarpać i trudzić wroga. O pokonaniu regularnych oddziałów wroga nie można było marzyć.

Powstaniec styczniowy, to typ zupełnie odmienny od żołnierza listopadowej zawieruchy. Powstańcy z 1930 roku byli żołnierzami szkolonymi i przygotowywanymi do ewentualnych wojen. Stanowili odrębną strukturą od rosyjskiej armii. Powstaniec listopadowy szedł i miał prawo iść w bój z dużą wiarą w zwycięstwo. Z nadzieją, że od srogiej zemsty chronił go kodeks wojenny i podpisane międzynarodowe urzędowe zobowiązania. Powstanie listopadowe było zbrojnym zrywem Królestwa Polskiego Kongresowego, w tamtym okresie autonomicznego państwa. Co innego udział w powstaniu styczniowym. Przystąpienie do tego powstania wymagało wielkiej odwagi, wielkich wyrzeczeń i heroicznego bohaterstwa. Ten, kto szedł do powstania w 1863 roku, był traktowany przez moskali jak buntownik. Z góry wiedział, że w razie złapania skończy na szubienicy, a w najlepszym wypadku na zesłaniu na Syberię. Opuszczając dom i rodzinę, powstaniec styczniowy kładł na szali nie tylko swoje życie, ale także los swoich najbliższych.

Ze wszystkich naszych walk zbrojnych o niepodległość, powstanie styczniowe, było najmniej przygotowane pod względem; organizacyjnym, wyszkolenia i potrzebnych środków materialnych. Było spontanicznym zrywem ludności. Demonstracją zbrojną narodu polskiego. Przeciw wyszkolonym, karnym oddziałom rosyjskim wynoszącym 93 tysiące żołnierzy stanęło zaledwie 10 tysięcy kryjących się po lasach partyzantów w zdecydowanej większości pozbawionych wykształconych w wojennym rzemiośle kadr.

Było to powstanie nieprzygotowane. Wybuchło przed zamierzonym czasem. Przyśpieszył je radykalnie cywilny zarządca kraju margrabia Wielopolski nakazem masowej branki do carskiego wojska. Gdyby nie branka powstanie wybuchłoby najprawdopodobniej na wiosnę. Z jakim skutkiem? Być może powiodłoby się nękanie i zbrojne natarcia na małe załogi rosyjskie. Późniejszy okres popowstaniowy, okazał się dla nas bardziej korzystny na arenie europejskiej. Dwa lata później nasze sprawy międzynarodowe mogły mieć już inny, bardziej korzystny obrót.  Ale… Mądry Polak po szkodzie.

Podsumowując. Oba powstania odegrały doniosłą rolę w naszych dziejach. Wzmocniły patriotyzm naszych ojców i dziadów. Nie dopuściły do wyrzeczenia się niepodległości. Oba przysłużyły się późniejszej sprawie Polski.

Jakby powiedział „profesor” mniemanologii stosowanej i mistrz postrzegania świata zezem, a zarazem mistrz rozważań o wyższości świat Bożego Narodzenia nad Wielkanocą – I to by było na tyle.

Jerzy Wnukbauma

Jak się bawić, to się bawić.

Ostatnio natrafiłem w internecie na skan wydawanego przed wojną w Warszawie Expressu Porannego ze środy 8 kwietnia 1931 roku. W gazecie tej natrafiłem na artykuł Stanisława Czosnowskiego zatytułowany „Pije Kuba do Jakuba”. Zapewne pominąłbym go po przeczytaniu. Zwykle tak robię. Odfajkowuję i zapominam. Lecz nie tym razem. Ten przypomniał mi, że i ja przed laty napisałem kilka słów w tym temacie. Mój zatytułowałem „Genealogia z gorzałą w tle”. Ten przedwojenny artykuł sięgnąłem również z innego powodu – mianowicie spodobał mi się, bo pokazuje jak bawili się onegdaj faceci. Od tamtej pory świat poszedł do przodu. Współczesnym sarmatom  nie wystarczają już trunki. Polacy coraz częściej sięgają po innego rodzaju chemiczne destylaty – narkotyki i dopalacze. Ostatnio w prasie ukazały się informacje o dotychczas  mało upowszechnionym wspomagaczu męskich igrców  – o wiagrze. „Rozsławili” ją uczestniczący w „męskich” zabawach na plebanii w Dąbrowie Górniczej panowie. W swych igraszkach postanowili cofnąć się do lat dziecięcych i pobawić się w starą dziecięcą zabawę – w pociąg, a konkretniej – w podczepianie się do tyłów wagoników. Na wszelki wypadek mojemu prawnukowi zmienię tekst znanej dziecięcej piosenki. Wstawię w niej moje słowa: – konduktorze morowy, byle nie do Dąbrowy.

 

Stanisław Czosnowski

Pije Kuba do Jakuba…

Stosunek Polaka do butelki zawsze był pozytywny. Gdy nie znał jeszcze gorzałki, ani wina, chętnie zaglądał do dzbana z piwem lub miodem.

Piwo jest jednym z najstarszych trunków, znanych jeszcze rzymianom, którzy je nazywali ” cerevisla”. W języku Gotów nazywało się „bior” – stąd germańskie „bier”. Z początku do wyrobu jego używali wyłącznie jęczmienia, a chmielu zaczęto używać dopiero od X w. W Polsce piwo było już znane w czasach przedhistorycznych. Gallus, opisując postrzyżyny u Piasta, wspomina o cudownym pomnożeniu piwa. Do rozpowszechnienia piwa w naszym kraju przyczynia się Ludgarda, żona Przemysława II, która w Kaliszu założyła pierwsze, wielkie browary. Wyrób piwa udoskonalono jednak dopiero za Zygmunta Augusta i z czasem zasłynęły w Polsce Piwa częstochowskie, wareckie, łowickie, końskowolskie, drzewickie i inne.

Narody północne oprócz piwa, chwaliły sobie i miód. Sam wyraz „miód”, jak dowodzi Czacki, Jest pochodzenia islandzkiego; w formie „miod” użyty jest w najstarszych pomnikach piśmiennictwa islandzkiego z XI w. W Polsce i na Litwie miód rozpowszechniony był od najdawniejszych czasów. Stare pieśni litewskie wspominają o sławnym miodzie kowieńskim. Zygmunt August upomniał się u swych dzierżawców litewskich o dostawę miodów polnych na stół królewski, karcąc ich: „bo u nas piją, a wy na rok naznaczony nie dostawiacie”.

W XVIII w. zaczęto u nas uważać miód za napój pośledniejszy i mniej dystyngowany. Podawano go np. zamiast wina w Popielec, na znak umartwienia. Biskup Krasicki, który w pismach swych lubił moralizować, choć prawdopodobnie mrużył przytem jedno oko, nawołuje do zaniechania picia kosztownych win zagranicznych i powrotu do miodu, jako napoju krajowego i zdrowego, który „krwi nie zapala”.

Pierwsze wiadomości o gorzałce w Polsce pochodzą z XIV w. Z czasów króla Olbrachta dochowały się spisy dochodów królewskich z miast i tam wymienione są różne gatunki wódek. Wina importowanego przeważnie z Węgier.

Popularna w ostatnich latach – ale nie wśród smakoszów, – „Złota Reneta”, jak się okazuje, ma jednak starożytnych protoplastów, próby bowiem produkcji win krajowych w Polsce sięgają odległych czasów. W kunszcie tym – jak i we wszystkich innych wówczas – przodują klasztory. W 1203 r. przy klasztorze Cysterek w Trzebnicy założono winnice i sprowadzono z zagranicy winogradników, a z 1257 r. zachowało się w tej sprawie nadanie Bolesława Wstydliwego dla klarysek z Zawichostu. Za Władysława IV wojewoda Ossoliński, który usiłował obchodzić się bez produktów zagranicznych, dawał na ucztach „miasto włoskiego wina maliniaki smakowite: było i polskie wino z Sędzimirskiego kraju, białe i czerwone”. Próby te nie powiodły się jednak, skoro późniejsi pisarze ubolewają, że ” w Polszcze zbyt mało myślano o winie narodowem”.

Za to myślano dostatecznie o winie zagranicznem i pocieszno się niem gruntownie. W muzeach możemy dotąd podziwiać potwornych rozmiarów naczynia, z których pijali nasi przodkowie.

Dobry kielich przeciętnie mieścił garniec wina. Niekiedy zwał się „Vitrum Gloriosum” i w hierarchii najwyższe trzy miał miejsca, niekiedy „Corda Fidelium” i „pysznił się, że sam Cześnik przed nim ze strachu zmykał, a zwalił Chorążego, choć jak beczka łykał, niekiedy zaś przez przekorę monstrum takie nazywało się „Naparsteczkiem” jak informuje nas Morawski.

Był jeden kielich, z którego pijał August II i car Piotr Wielki. Obaj monarchowie wystawili mu stosowne dyplomy, a gdy kielich ten przeszedł później w posiadanie Sapiehów, to w takiej był u nich estymie, że wydobyciu go z kredensu towarzyszyć musiały honory i asysta przy kotłach i trąbach.

O jednym z takich kielichów jest anegdota, że był tak ogromnej pojemności, iż nikt duszkiem nie mógł go wychylić. August II wyznaczył więc hojną nagrodę dla zwycięzcy. Wielu próbowało – napróżno! Wreszcie do turnieju stanął pewien mnich, ale piwniczy Królewski, który miał z nim jakieś osobiste porachunki dolewając mu puchar, zręcznie rzucił doń zdechłą mysz. Nie stropiło to świętobliwego męża; wychylił duszkiem, poczem rzekł: „Najjaśniejszy Panie! Wino masz zacne, ale podczaszy djabła wart – nie pilnuje, aby muchy do wina nie wpadały”.

Do kielichów największego kalibru zaliczały się roztruchany, które wyrabiano przeważnie ze srebra lub złota, nadając im fantastyczne kształty lwa, gryfa lub pawia. Kielichy te zwykle ofiarowano tym, do których z nich przepijano.

Gdy na uczcie podochocenie dochodziło do szczytu zaczynano pić z kijów. Kij był szklany, dęty i tak skonstruowany, że kto go do ust przyłożył musiał już wychylić do dna, inaczej bowiem został obryzgany, a w dodatku współbiesiadnicy wlewali mu za kołnierz kielich zimnej wody.

Były także kielichy o krótkiej nóżce, bez podstawy. Taki kielich nazywał się „Kulas”, nie można go było bowiem postawić i nieustannie musiał przechodzić z rąk do rąk. Stąd zwrot „Kielich okrężny”. Na jednym z takich kielichów wyryty był dwuwiersz:

                 „Wielkąś krzywdę mi wyrządził, większą ja ci zrobię;
Tyś mi jedną nogę uciął – ja ci utnę obie!”

Pomysłowość szlachecka w tej dziedzinie nie miała granic. Gdy np. generał Madaliński, który przez całe życie za kołnierz nie wylewał, na starość zapadł na podagrę i uroczyście ślubował, że odtąd kielicha do ust nie weźmie – przyjaciele jego byli niepocieszeni. Nie mogąc go skłonić, by odstąpił od tak nierozsądnych ślubów, uciekli się do takiego fortelu; zamówili dla generała specjalne naczynie w kształcie armaty i wręczyli je w dniu imienin.

Nie trzeba dodawać, że tę armatę nabijało się nie prochem, lecz garncem wina. Tu już solenizant nie mógł się sianem wykręcić, bowiem co armata, to nie kielich, a on wszak ślubował tylko kielicha już do ust nie brać. Tak przyparty do muru musiał wychylić to działo co smutnie się skończyło; zmarł w kilka dni potem, a mówiono o nim, że jak na generała przystało – poległ z armaty.

Z opisy zasobnej piwnicy w magnackim dworze przytoczymy jeden fragmencik; wisiała tam na łańcuchach ogromna beczka zawierająca 300 garncy wina, cała  obrośnięta kożuchem, niby niedźwiedź. Nazywano ją z szacunkiem „Panią Matką” a butelki z niej ściągnięte „dziadkami”. Z takim to zasobem amunicji i  z takim arsenałem grubokalibrowej broni przodkowie nasi wyruszali na oblężenie fortecy Trzeźwości. Czyż mogła się ostać?

Tyle stary przedwojenny artykuł. Zachowałem w nim autentyczną pisownię. Od siebie dodam, że od wspomnianej armatki może pochodzić powiedzenie – „Strzelić lufę”. Ale to chyba już inne, mocniejsze trunki.

Zabawa zabawą, ale nadchodzi kiedyś czas gdy się ona kończy. Gdy goście wyjdą i zostanę z żoną sam, biorę ją za rękę, idziemy do innego lokum. Tam biorę w rękę mokrą, małą czareczkę (zawsze musi być mokra, praca na sucho jest niedopuszczalna), wsadzam w nią delikatnie dwa palce, badam czy nie wejdzie trzeci i delikatnymi ruchami posuwistozwrotnymi oraz okrężnymi penetruję otwór do samego dna. Nie przerywam nawet wtedy, gdy słyszę i widzę cichą aprobatę żony. Na koniec wlewam płyn, robię jeszcze kilka ruchów ręką i gotowe. Zrobiłem swoje. JA TAK MYJĘ KIELISZKI DO KONIAKU! Jeszcze tylko spłukanie czystą wodą, wytarcie do sucha i jestem wolny.

Jerzy Wnukbauma

 

Miłość i ciepło.

Mówią, że tylko miłość i ciepło dają człowiekowi błogie poczucie bezpieczeństwa. Ktoś, kto wymyślił to powiedzenie, nie pomyślał o czwartym wymiarze – o czasie. A w moim przypadku, to czas decyduje czy będę kochał i czy będę jeszcze kochany.

Myślałem, że szybka ścieżka, jak sama nazwa wskazuje to szybka ścieżka do leczenia. Przyjdę, dostanę zastrzyk w dupę. Usłyszę ciepły głos pielęgniarki – Śpij kochanie, śpij! Później zrobią co mają zrobić. Zostanę wybudzony, otworzę szeroko oczy i poczuję się jak nowonarodzone dziecko – bezpiecznie. Byłem w błędzie. Według mnie nic się nie zmieniło. A w TVP mówią, że w służbie zdrowia jest lepiej niż za Tuska. Muszę podziękować Bogu, że jeszcze żyję. Przy okazji zapytać księdza, czy już po wszystkim nie warto zrobić odnowienia chrztu. Proszę się nie śmiać i powstrzymać od ewentualnego hejtu. W moim kościele tj. rzymskokatolickim przyjęte jest tzw. odnowienie przez małżonków sakramentu – przyrzeczenia małżeńskiego. Ponieważ z moją Starą przeżyłem pięćdziesiąt lat, mam nadzieję, że niedługo będę tego żywym przykładem. Trochę się z tym (odnowieniem) nie zgadzam. Dla mnie to tak, jakby pasterze mojego kościoła dopuszczali, że dane przed Bogiem przyrzeczenie – „Będę ci wierny aż do śmierci” -z czasem traci na wartości, lub nie daj Bóg można było go łamać. Co w takim razie z sakramentalnym – „Co Bóg złączył…? Idąc tym tropem zakładam, że być może na tej zasadzie wskazane jest też odnowienie pierwszego sakramentu jaki przyjmujemy nieświadomie będąc dziećmi. O właśnie! Jest taki dzień w życiu człowieka, którego data z pamięci ucieka, a tym wyjątkowym dniem jest, dzień w którym braliśmy chrzest. Każdy z nas, katolików, pamięta datę swoich urodzin. Znamy ją wszyscy na pamięć. Ale czy znamy datę swojego chrztu? Wątpię. Ja daty swojego nie pamiętam, choć z genealogicznego punktu widzenia, poszukiwanie swych przodków powinienem zacząć od siebie.

Udałem się do kościoła. Trwała msza. Usiadłem w ławce i wziąłem udział w odprawianym nabożeństwie. Przysłuchując się głoszonemu Słowu Bożemu zauważyłem, że pośrednio dotyczyło ono genealogii, a dokładniej mówiąc genealogii Jezusa. Oto ta ewangelia spisana przez Św. Marka.

Wyszedł stamtąd i przyszedł do swojego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I jakie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie późniejsze kazanie księdza, a dokładniej mówiąc jego malutki fragment nawiązujący do wygłoszonej przed chwilą ewangelii. Nie mam w zwyczaju komentować i recenzować kazań. Po niektórych kazaniach mam jednak dziwne odczucie. W takich chwilach chciałbym żeby kapłan skończywszy kazanie, zwracał się do słuchających go wiernych melodyjnym zaśpiewem – Oto słowo księdza! W tym konkretnym kazaniu uderzyło mnie to, że ksiądz zawahał się przy określeniu wymienionych z imienia braci, oraz anonimowych sióstr Jezusa nazywając ich krótko, jednym słowem – jego krewnymi. Dla mnie był to nader dobrze zauważalny wybieg. Krewni? Niby prawda, ale to jednak spychanie na dalszy plan stopnia bliskiego pokrewieństwa z jego braćmi i siostrami do dalszych krewnych, lub nawet i kuzynów. Trąciło to nieuczciwością co do dokładności ewangelicznego przekazu. Stąd moja propozycja wprowadzenia zakończeń kazań odśpiewaniem przez kapłana – Oto słowo księdza!

W swoich korzeniach mam przodków z kilku wyznań. Doliczyłem się pięciu wiar. Nie różnicuję żadnej z nich. Nie doszukuję się też wyższości mojej wiary nad innymi wyznaniami. Do wspólnoty chrześcijańskiej zostałem przyjęty ponad 70 lat temu i tak zostanie aż do śmierci. Czułem się w niej bezpiecznie nawet za czasów panowania komuny. Nie czułem żadnej presji lub innego dyskomfortu. Sytuacja zaczęła zmieniać się diametralnie kilkanaście lat temu. Spotęgowała się ona wraz z dojściem do władzy obecnej ekipy rządzącej. To słychać, widać i czuć w moim kościele. Do tego stopnia, że zacząłem obawiać się o jego przyszłość. Nie czuję się z tym bezpiecznie. Boleśnie odczuwam sojusz kościoła z tronem. Nie czuję się bezpiecznie, gdy pasterze mojego kościoła dają ciche przyzwolenie na profanację ołtarza. Mam tu na myśli gloryfikowanie rządzących na mszach świętych. Nazywanie  ich ewangelistami. Dopuszczanie ich przed ołtarz łamie obowiązujące prawo kościelne. Dość mam przymykania oczu, gdy wierni (jednostki, ale zawsze to członkowie wspólnoty) bałwochwalczo błogosławią łono tej czy innej kobiety. Wkurza mnie, że kardynałowie i biskupi tolerują takie zachowania swoich wiernych. Błogosławienie obsikanych, a być może i ufajdanych łon zwykłych grzesznic? W pale się nie mieści. Mam dość pląsania przed ołtarzami polityków, którzy zaraz po przyjęciu komunii św. wychodzą z kościoła dzielą naród i wyzywają ludzi od „chamskiej hołoty”, „zdradzieckich mord”, „gorszego sortu”. Nie poprzestają na słownych docinkach atakując fizycznie kobiety, inne opcje seksualne, oraz swych przeciwników politycznych. Mam dość pedofilii w moim kościele i przenoszenia przestępców seksualnych na inne parafie. Nie czuję się bezpiecznie i wszyscy wierni powinni się zatrwożyć i zastanowić czy przyjąć z rąk zboczeńców komunię św. Nikt mi nie wmówi, że grzeszne ręce które pogwałciły prawo kościelne i karne, które dotykały bezbronne dzieci, są nadal konsekrowane i bez obaw wierni mogą przyjmować Ciało Chrystusa(?). No właśnie. Czy to jest jeszcze Ciało Chrystusa? Czy za sprawą takiego księdza Chleb i Wino przeistoczy się w Ciało Chrystusa? Jak się ma rydzykowe – „To że ksiądz zgrzeszył, to zgrzeszył” do fragmentu ewangelii Św. Jana o dobrym pasterzu – „Czy zły duch może otworzyć oczy niewidomego?” Wątpię! To obraża moje uczucia religijne. Ukrywanie i marginalizowanie przestępstw doprowadza do wyhodowania na gruncie mojego kościoła min. Damazego Macocha czy Marciala Maciela Degollado.

O bezpieczeństwie spod znaku PiS zamilczę. Mieli na to osiem lat swoich rządów. Nie wyszło i liczne swoje winy zwalają na innych. Wina: Tuska, Putina, Unii Europejskiej, Totalnej Opozycji… Jakby to ich przeciwnicy byli u władzy przez ostatnie osiem lat. A oni w tym czasie co robili? Byli ubezwłasnowolnieni? Najwyższy czas wsłuchać się w Słowo Boga i uderzyć we własne piersi. Owszem, miłość i ciepło dają poczucie bezpieczeństwa, ale zakłamywanie rzeczywistości i podgrzewanie atmosfery sprawia, że w tym kotle wrze. A to już jest piekło.

Na wybory pójdę. Nad referendum jeszcze się zastanowię. Pytania referendalne proponowane przez rządzących przypominają mi pytanie zadane kilkanaście lat temu przez wysłannika mojego proboszcza. Brzmiało ono tak – Czy jestem za mordowaniem nienarodzonych dzieci? – Tak? czy Nie? Nie docierało do mojego gościa, że tak postawione pytanie robi ze mnie mordercę gdy powiem Tak, lub osobę  jawnie łamiącą obowiązujące wtedy prawo gdy powiem Nie. Zadałem mu więc przykładowe pytanie – Czy przestałeś już kraść? Tak czy Nie? Zdziwienie na jego twarzy znaczyło, że facet nie zakumał. Dopiero drugie pytanie pomocnicze – Czy przestałeś się onanizować? Tak czy Nie uświadomiło mu, że tak sformułowane pytanie jest chwytem poniżej pasa. Że w tak sformułowanych pytaniach nie ma dobrej odpowiedzi. Czy do końca zrozumiał swoją głupotę. Wątpię czy nie powielał go później u innych sąsiadów.

Uszanuję wynik wyborów i referendum niezależnie od ich rezultatu. Uszanuję je tak jak kiedyś uszanowałem fakt przyprowadzenia przez mojego „dojrzałego” syna do domu jego pełnoletniej koleżanki. Gdy po pewnym czasie usłyszałem dochodzące z pokoju odgłosy „rozkoszy”, chciałem TO natychmiast przerwać. Poszedłem do jego pokoju. Na drzwiach wywieszony był sporych rozmiarów plakat z wizerunkiem Chrobrego. Dotarł do mnie jego rebusowy przekaz. Na plakacie widniał syn Mieszka a za drzwiami – mój syn mieszka. Uszanowałem jego „dorosłą” decyzję. Odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Po latach Jarek uświadomił mi, że dobrze zrobiłem. Mam mądrego chłopaka. Miał dobre serduszko. Wybijał swojej dziewczynie dawanie w szyję. Sam na moje szczęście po wyznaczonej przez prezesa godzinie za dwadzieścia pięć siódma nie stawał sięł Zosią. He!, he!, he!

Jerzy Wnukbauma.

Que sera, sera.

Za sprawą choroby, wszedłem na szybką ścieżkę leczenia. Szybkie badania, szybka diagnoza, krótkie terminy wizyt. W jednej chwili zacząłem postrzegać otaczający mnie świat zupełnie w innym świetle. Przewartościowałem całe swoje życie. Sprawy, które uważałem za ważne, zeszły na drugi plan. Zacząłem doceniać dar życia i cenić upływający czas. Niepojęte, ale odstawiłem nawet genealogię do szuflady. Na bliżej nieokreślony termin. No! może z jednym, małym wyjątkiem – zacząłem analizować długość życia, oraz przyczyny śmierci moich przodków. W końcu to też genealogia.

Na co umierali nasi przodkowie? O niektórych przyczynach śmierci pisałem już wcześniej w swoich artykułach. W parafii Raszyn nietypowymi, wartymi przypomnienia przyczynami zejść był min. – kieliszek wódki i róża w nodze odnotowana w zaświadczeniu wydanym przez Szpital Dzieciątka Jezus. W indeksowanej ostatnio przeze mnie parafii Bodzentyn natrafiłem na zaduszenie gazem kwasorodnym, śmierć dozorcy dróg publicznych na wskutek przypadkowego zastrzelenia, utonięcie oficerskiego ordynansa przy pławieniu konia w stawie. Jest ich znacznie więcej. Większość z tych nietuzinkowych przyczyn (oprócz róży w nodze) dotyczyła zejść na wskutek tragicznych wypadków. Zostały one wpisane do akt na podstawie ówczesnej wiedzy „medycznej” księdza, a być może także sugestii naszych pradziadów przy spisywaniu aktu. Pewnie dlatego iż każdy akt zgonu kończył się szablonowym wpisem – „Po naocznym przekonaniu się o zejściu…”, przyczyny śmierci były wpisywane w aktach na oko. Taka gra słów naocznie – na oko. Na końcu takich aktów fikcja wzięta z sufitu była sygnowana własnoręcznym podpisem księdza.  Pod koniec XIX i na początku XX wieku rozpoczął się okres innych zdarzeń i zgonów na wskutek wypadków komunikacyjnych. Min. wspomnę tu o zatonięciu Titanica, ale o tym potem. Na końcu felietonu.

Zbierając materiał do tego artykułu natrafiłem w internecie na stronę tygodnika ITS. Moim zdaniem autorka artykułu w szerszy i przystępny sposób opisuje wybrane przez nią przyczyny zejść naszych przodków w skierniewickich aktach zgonów z XIX wieku. Nie będę ich streszczał. Pójdę na łatwiznę i posłużę się tylko odnośnikiem do jej artykułu.  https://tygodnikits.pl/na-co-umierali-nasi-przodkowie/ar/10355038

Ostatnio porządkując swoje życie dowiedziałem się od księdza, że Bóg mnie kocha i dlatego wybrał mnie dając mi do dźwigania krzyż. Nie wiem dlaczego, ale jego słowa odebrałem podobnie jak XIX-to wieczne archaizmy wpisów poczynionych przez jego poprzedników w aktach zgonu. Co będzie to będzie, przecież Bóg mnie kocha.

Ostatnia ofiara Titanica

Przysiadłem na miejskiej ławeczce
przy ładnej, zgrabnej babeczce.
Wspomniałem coś o pogodzie,
i napomknąłem o swoim rodzie.
I tak od słowa do słowa
na przodków zeszła rozmowa.

Kiedy weszliśmy na genealogiczne tory
ona opowiedziała swe rodowe story
o dziadku który był na Titanicu.
Nie przewidziałem takiego wyniku.
Dodała iż wszystkich ostrzegał, że okręt zatonie.
Czyżby? Doprawdy? O nie!

Od razu zrzedła mi mina.
mój podryw legł jak klocki domina.
Spotkała mnie potworna wpadka;
Gdzie jej dziadek przy moich dziadkach.
Widziałem go oczami wyobraźni.
nie będę się swymi genami błaźnił.

Nie powiem, trochę żem się zjeżył.
Spytałem tylko czy jej dziadek przeżył.
Przeżył! Był jak zmarznięta, mokra psina,
bo go ludzie na deszcz wyrzucili z kina.
Dobrze mi tak! Jestem fujara!
Historia tego dziadka jak świat jest stara.

Jerzy Wnukbauma.

Mówi sąsiad do Hawranka…

Droga genealoga nie jest usłana różami.
Często wiedzie pod górę licznymi zakrętami,
Prowadzi w ślepe zaułki, zbacza na manowce.
Wiem, bo badam korzenie i jestem drogowcem.
Jerzy Wnukbauma.

Bez bicia przyznaję się do winy. Zajmując się genealogią – grzeszyłem. Najczęściej winiłem przeciwko dziesiątemu przykazaniu bożemu. Dla przypomnienia, X przykazanie w niezmienionej formie brzmi – „Ani żadnej rzeczy która jego jest”. Jest ono dopełnieniem IX oraz rozszerzeniem VII przykazania. By wszystko było jasne! Nie kradłem! Jeśli zaś chodzi o IX przykazanie? Wyspowiadałem się i zostałem rozgrzeszony. Temat zamknięty. Niestety, co do X przykazania, nie mam tak silnego postanowienia poprawy. Umrę i się nie zmienię. Nawet teraz pisząc te słowa zazdroszczę koleżankom i kolegom genealogom. Lista przewin jest dosyć spora. Zazdroszczę im między innymi – ich wiedzy o swoich rodzinach, ich wypasionych drzew, znamienitych przodków, wywodów szlacheckich sięgających powstania tej warstwy społecznej. A nade wszystko, zazdroszczę wszystkim posiadania licznych pamiątek rodzinnych. Zdaję sobie sprawę, że taki stan u mnie jest w konflikcie z ostatnim przykazaniem Bożym, ale to jest silniejsze ode mnie. Takie postępowanie niezgodne z wiarą, nakręca mnie i jest bodźcem do walki z innym grzechem głównym – z lenistwem. Zwalczam jeden grzech drugim grzechem. Taki swoisty klin klinem. Przyjdzie jeszcze czas uderzyć się w pierś i wyznać – Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

Powodem do powyższego, „szczegółowego” opisu moich stanów, jest chęć zamknięcia za sobą pewnego etapu. Grzechów związanych z genealogią mam znacznie więcej chociażby grzech zaniechania, lenistwo, próżność. Ale zanim wytoczę najcięższe działa, zacząłem od moim zdaniem najlżejszego, lecz najczęściej popełnianego przeze mnie grzechu.

Niedawno zbierając materiały do artykułu pt. ” Droga genealoga”, (który zapewne ukarze się w III wydaniu „Naszych Gene-historii”) oprócz zazdrości popełniłem inny ciężki grzech. Przewinienie pochodzi z zestawu  siedmiu grzechów głównych. Jest nim GNIEW. Pojawił się gdy zazdrościłem naszym przodkom szeregu Wielkich Polaków. Pominę wyliczanie ich wszystkich. Nazwiska te zajęły by mi kilka stron. Z racji tego, że jestem z wykształcenia drogowcem, posłużę się jedynie przykładem innego drogowca – Franciszka Xawerego Christianiego. Według Wikipedii był on polskim inżynierem, pionierem dróg bitych w Królestwie Polskim. Według dr Minakowskiego  był tylko pionierem budowy dróg bitych. Dla niewtajemniczonych nazwa – drogi bite – nie pochodzi od napadów na podróżnych i od sprawiania im łomotu na traktach. Dla odróżnienia od najpowszechniejszych w tamtym okresie dróg gruntowych, drogi bite były drogami o utwardzonych nawierzchniach. Nazwa przyjęła się od sposobu zagęszczania użytego do budowy dróg kamienia.

Co mnie urzekło w Christianim? Według współczesnej nomenklatury rodem z TVP Info gdzie nagminnym przekazem są tylko dwa okresy – za Tuska i za rządu PiS,- mój bohater żył przed Tuskiem, a dokładniej mówiąc, żył u schyłku pięknego dla Polski okresu zwanego Oświeceniem. Przypominając sobie wiedzę o Oświeceniu w Polsce, z każdym czytanym zdaniem narastał we mnie wielki gniew. Zastanawiałem się jak to możliwe, że pod koniec XVIII i na początku XIX wieku doszło do gwałtownego rozwoju; szkolnictwa, przemysłu, życia społecznego i kulturalnego. Jak to możliwe, że w stosunkowo krótkim czasie nagromadziło się tylu znanych, znamienitych, mądrych Polaków? Rozwiązał się z nimi jakiś worek? Co dziwne, większość z nich stanowili księża katoliccy. To wtedy powstała pierwsza w Europie Konstytucja 3 maja. Polska dźwigała się z zacofania kulturalnego i społecznego. Powstał teatr powszechny, bank polski. Nastąpił największy rozkwit Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego. Powstała pierwsza w kraju Szkoła Akademiczno-Górnicza. Jak można było to wszystko ogarnąć? Jak? Dzisiaj dostrzegam przeciwieństwo tamtego okresu. Wokół Nowogrodzkiej nagromadził się szereg ludzi przeciwstawnie uzdolnionych. Jakby ich ktoś celowo przeniósł ze Średniowiecza i osadził w dzisiejszych realiach. Choć powołują się na Boga i zdobycze  Konstytucji 3 Maja, depczą i łamią obowiązującą dziś konstytucję. Z chęcią przemianowałbym fragment ulicy Nowogrodzkiej na Ciemnogrodzka.

Zgadzam się z pisowską propagandą głoszoną w TVPInfo tylko w jednym – że przed Tuskiem, (po wojnie) było znacznie gorzej. Wiem coś o tym. Uczestniczyłem w procesie „budowy”. Nie byłem członkiem, lecz pośrednio przyczyniałem się „by Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatnie”. Z tamtych lat pamiętam w drogownictwie jeszcze transport konny. Powoli wypierany był przez Stary 20 i Stary 25. Ziły i Kamazy były cennymi nabytkami. Wspominam stare ciągniki Ursus, walce drogowe, rajzery do asfaltu lanego. Asfalt naturalny był w metalowych beczkach. Niejeden przodek dzisiejszych genealogów mógł mieć dach kryty blachą pochodzącą z beczek po włoskim czy albańskim asfalcie. Pamiętam też siekiery do wycinania próbek w nawierzchniach bitumicznych. Co jeszcze pamiętam? Obowiązkową lekturę członkowską z tamtego okresu. Ktoś, (zapewne jakiś „drogowiec”) przewrotnie nazwał ją „Nowe Drogi”. To były czasy. Wspominam je z sentymentem, lecz dziękuję Bogu, że świat idzie do przodu.

Za Tuska genealogiczny świat też ruszył do przodu. Przed Tuskiem genealodzy mieli pod górkę. Archiwa skrywały swoje zasoby. Nie było szerokiego dostępu do dokumentów. Ksiądz w tamtych czasach też uchyliłby nieba, ale najpierw co łaska do łapy dać było trzeba. A dziś niektórzy z uporem maniaka mówią, że to była wina Tuska? Dosyć już jednak konfabulacji. Koloryzowanie niektórym może kojarzyć się z tęczą. A tego nie chcemy. Kredki mają być w jedynie słusznych kolorach i odcieniach. Gdyby to miało trwać nadal… E! Skończę bo skoczyła mi gula i nie daj Bóg tak mi zostanie. Skorzystam z logiki sąsiedniego kraju i za przykładem Hawranka powiem – Ja sem ne boim…
Jerzy Wnukbauma.

Do zakopania jeden krok.

Kiedy kończyłem podstawówkę,
pomysłów na życie miałem ze stówkę,
lecz na młodzieńczym życia progu,
wybór średniej szkoły powierzyłem Bogu.

To w ósmej klasie, leżąc na wznak
wyszeptałem  w niebo – Daj mi jakiś znak”
i na zasadzie – ” mówisz   i   masz ”
w Technikum Drogowym mijał mój czas.

Potem po szkole (tu jestem szczery)
zdobyłem szczeble zawodowej kariery.
Miałem  pod sobą sprzęt i ludzi,
i w swej brygadzie respekt żem budził.

Przez lata stawiałem znaki na drodze
kierowcom wszystkim ku przestrodze,
a znak A-14 był moim przesłaniem,
że teren wziąłem w swe posiadanie.

Dzisiaj nie pytam niebios o znak.
Nie! Nie dlatego, że pójdzie nie tak.
Nie pytam, bo dzisiaj znak A-14
nie jest atutem jak joker w kanaście.

Dzisiaj już jestem na emeryturze,
drogi są kiepskie, nawierzchnie w ażurze,
lecz mam co robić z wolnym czasem.
Do nieba mnie wezmą przez to ciupasem.

Do nieba, bo piekło już wybrukowane
a ścieżki do czyśćca są wydeptane.
Buduję teraz mą drogę do nieba.
Prostą pod górę. Znaków nie potrzeba.

Lecz, gdy powoli kończę budowę,
znak A-14 ma już inną wymowę,
bo zamiast robotnika, na nim za to,
widzę grabarza z wielką łopatą.
Jerzy Wnukbauma.